Describe something you learned in high school.
POLITECHNIKA ŁÓDZKA
Describe something you learned in high school.
POLITECHNIKA ŁÓDZKA
Rozdział o naszej rodzinie oraz życiu, rozpocznę od przedstawienia rodowodów rodzin Jagódki, odnalezionych materialnych zapisów tyczących pradziadków, dziadków i rodziców Jagódki de domo Frej, Frey, Frei. Nazwisko wywodzi się od pojęcia wolności. Przodkowie Jagódki po mieczu, w początku XIX wieku przybyli do Polski jako wolni obywatele z rejonu Alzacji, Lotaryngii krytymi wozami zwanymi w wiekach XVII-XIX nomen omen – brykami. Pamięć rodziny nie sięga daleko jedynie do drugiego pokolenia wstecz. Dzięki dostępnemu w necie cyfrowym rejestrom Ksiąg parafialnych, wiemy że dziadek Antoni urodził się ca 1882 (1884?) roku w Kossowie w powiecie włoszczowskim, województwo obecnie Świętokrzyskie. Rodzice dziadka Antoniego zamieszkiwali w Zelowie i tam u dziadków żyli a także chodzili do szkoły Henryk i Józef Frejowie, synowie Antoniego i Lucyny. Dziadek Antoni Frej to prawdziwy lodzermensz, kupiec gildiowy branży kolonialnej poświęcał cały czas i energię w budowę interesu kupieckiego. Ożeniony 14.08.1910 roku w przyszłej Łódzkiej Katedrze (wówczas Kościele pod wezwaniem Św. Stanisław Kostki – w budowie) z Lucyną domo Brudnicka urodzoną 4.02.1889 w Zagrodnicy (obecnie dzielnica Izbicy Kujawskiej), posiadali oraz zarządzali, trzema dużymi sklepami kolonialnymi w rejonie pogranicza obecnych osiedli Fabryczna – Helenów (Południowa, Północna, Magistracka, Sterlinga). Pierwszy powstał na rogu Magistrackiej (dzisiaj harcmistrza Kamińskiego nr 27) i Południowej, mieszkali przy Magistrackiej 14. Babcia Luta zmarła w czasie wojny 28.5.1942 w Łodzi. Po wojnie w 1946 roku, aby uniknąć kolejnych domiarów podatkowych oraz definitywnej utraty lokalu, jeden z dwóch ocalałych sklepów, mieszczący się w narożnej kamienicy u zbiegu ulic Północnej i Magistrackiej (dziś harcmistrza Kamińskiego), został przekształcony przez dziadka Antoniego na mieszkanie. Mieszkanie otrzymała ciocia Helena Malendowicz domo Kiełczewska, pseudo „szprotka”. Przemiła osoba skoligacona ze Skórzewskimi, poprzez Malendowiczów z Kujaw (rodzina Jagódki po kądzieli) oraz Chalupcami z Lipna na Ziemi Dobrzyńskiej – czyli rodziną Poli Negri (Apolonii Chalupec), gwiazdy niemego kina Hollywood.
Ostatnie Delikatesy ocalałe po wojnie, mieściły się w pięknej narożnej kamienicy Pomorska 91 (róg wtedy Buczka a dziś harcmistrza Kamińskiego). Ten wielki lokal sklepowy po licznych domiarach podatkowych oraz przymusowej nacjonalizacji okresu Stalinizmu (1945-1953), został przejęty przez komunistów oraz podzielony na trzy małe sklepy różnych branż. Dziadkowie Frejowie Antoni – Lucyna mieli trzech synów Henryka urodzonego w 1911 roku oraz bliźnięta Józefa Władysława i Jana Kazimierza urodzonych w 1917 roku. Jan Kazimierz z bliźniąt, wkrótce zmarł Henryk ożenił się z Nancy, mieli Jurka (Georg) oraz Barbarę. Henryk z rodziną mieszkali w Sopocie. Barbara wyszła za mąż i zamieszkała w Warszawie. Georg wyjechał do Szwecji, ożenił się ze Szwedką i tam osiadł na stałe. Józef ożenił się z Henryką Skórzewską wiosną 1945 roku, mają dwoje dzieci Jadwigę (Jagódka)1945 oraz Zbigniewa 1956.
Skórzewscy, to wielce rozgałęziony ród kujawsko-wielkopolski. Legenda rodzinnego przekazu mówi o hrabim Andrzeju który przegrał jednej nocy w karty, prawo tytułu oraz dziedzictwa Skórzewskich. Dostępna w necie literatura przedmiotowej rodziny obfituje w wiele barwnych, pełnokrwistych postaci – w tym kilkoro wybitnych, znanych i opisywanych jak hr. Witold (Konstancin Jeziorna) czy hr. Paweł (stolnik kaliski, senator, uczestnik Sejmu Wielkiego). Skórzewscy herbu Drogosław, zawołania semper rectum (zawsze ma rację), wśród nich najsłynniejsza, opisywana kosmopolitka, sawantka Marjanna z Ciecierskich hrabina Skórzewska hr Skórzewska. Uzupełnione dostępnymi materiałami opisy zawierają opracowania : Konstancin hr Witold czy hr Paweł Skórzewski. Mimo usilnych poszukiwań w Archiwach Kujaw, Pomorza oraz Wielkopolski, zbiorach cyfrowych Akt Parafialnych tamtych obszarów, nie udało mi się z przekonaniem potwierdzić ani zaprzeczyć więzi czy skoligacenia z ziemiańskim rodem hrabiowskim. Moje przypuszczenia czy hipotezy zawiera opracowanie RódSkórzewski. Jednakowoż udało mi się dociec oraz uporządkować wzór genealogiczny znanych Jagódce przodków Jej rodziny wywodzącej się z Kujaw. Babcią Jagódki a mamą Henryki była Marianna (6.8.1903 – 5.3.1991), wywodząca się z mieszczańskiego rodu Malendowiczów z Izbicy Kujawskiej. Dziadkiem Jagódki, ojcem mamy Henryki był Marian Skórzewski vel Skórzyński vel Skużyński (13.10.1887 – 19.9.1969), właściciel dużego gospodarstwa rolnego w Długiem na Kujawach. Dziadek Marian uzyskał decyzją Sądu Powiatowego w Kole w dniu 29.11.1952 roku, przywrócenie pierwotnego brzmienia nazwiska Skórzewski po ojcu Andrzeju, następnie tą samą decyzją dokonuje przywrócenia pierwszego imienia matki na – Emilia (Emilia Weronika). Ponadto 12 lutego 1953 roku, odbyło się kolejne posiedzenie Sądu Powiatowego w Kole, tym razem o przywrócenie rodowego nazwiska matki Mariana Skórzewskiego z Kostelińska na Kozielska. Ojciec dziadka Mariana Andrzej Skórzewski początkowo włodarz Korzecznika, od 1887 roku był nadleśniczym w Gaju a następnie od 1893 roku zarządcą majątku w Bełdowie (łódzkie). Poniżej zamieszczam skan aktu małżeństwa rodziców dziadka Mariana tj. Andrzeja Skórzewskiego syna Wojciecha & Emilii Weroniki z Kozielskich zawartego w Gaju, parafia Brdów w 1872 roku (adnotacja o ww. zmianach Sądowych po polsku, widoczna na lewym marginesie dokumentu). Czerwone podkreślenia tekstu cyrylicą: Andrzej Skórzewski – Андрей Скоржевский oraz Emilia Weronika dwojga imion Kostelińska – Эмилия Вероника оба имени Костелиньские.
W tym miejscu pragnę ujawnić ciekawostką na którą podczas badań udało się natrafić. Rozgryzając rodzinę o nazwisku Kozielski (nazwiska rodowego obu prababć Jagódki, po mieczu Frejów a po kądzieli Skórzewskich). Okazało się że prababcie Jagódki Emilia Weronika Skórzewska oraz Eleonora Brudnicka były rodzonymi siostrami. Urodziły się jako córki Piotra Kozielskiego i Marianny domo Kubicka we Wrzący Małej, osadzie położonej przy trakcie nr 270 łączącym Włocławek z Kołem. Urodzone, Emilia Weronika 8.8.1852 roku zaś Eleonora 19.03.1863. Niezmiernie ciekawym jest czy rodzice Jagódki Henryka domo Skórzewska i Józef Frej wiedzieli o tym pokrewieństwie przodków. Myślimy że najprawdopodobniej wiedzieli. Tak, mamy potwierdzenie od żyjących seniorów rodziny : cioci Tekli Herman domo Skórzewska oraz wujka Lesława Skórzewskiego najmłodszego syna że wiedzieli o tym pokrewieństwie. Udało się także odnaleźć w zbiorach cyfrowych Parafii WNMP w Izbicy, rekord datowany na rok 1920, o ślubie Mariana Skużyńskiego (Skórzewskiego) z Długiego oraz Marianny Malendowicz z Izbicy. Mama Jagódki Henryka była pierworodną tego małżeństwa urodzoną 28.8.1921, zmarła w wieku 97 lat 4.12.2018 roku.
Majątek Mariana & Marianny Skórzewskich mieścił się w Długiem nieopodal Izbicy Kujawskiej. W promieniu kilku kilometrów były trzy jeziora Długie, Modzerowskie, Brdowskie oraz znane z miejsc związanych z dziejami rodziny miejscowości Brdów, Gaj oraz Korzecznik nad jeziorem Korzecznik oraz Wrząca. Na początku XIX wieku Izbica Kujawska była miastem prywatnym rodu Skarbków z Górki. Terytorialnie wchodziła do Królestwa Polskiego, pod protektoratem Rosji. Marian miał starszych – brata Konstantego (1883 – ?) i siostrę Michalinę (1873 – ?), Mariannę (1880 – ?) oraz młodszego brata Stanisława (1893 – ?). Matka Mariana Emilia Weronika domo Kozielska, po śmierci męża Andrzeja w 1904, postanowiła wyposażyć i wydać za mąż córki, starszą Michalinę oraz młodszą Mariannę, zaś starszego syna Konstantego oraz młodszego Stanisława uposażyć, skłaniając do emigracji w kierunku Ameryki, przy jednoczesnym zrzeczeniu się sukcesji na rzecz Mariana (Wielka emigracja Polaków z ziem polskich pod zaborem Rosji, Niemiec i Austrii miała miejsce pod koniec XIX i na początku XX wieku, kiedy to ponad 2,5 miliona Polaków przybyło do Ameryki). W tym postępowaniu Emilia Weronika, kierowała się obiegowym przekonaniem że Moskale nie powołują do armii jedynych żywicieli na gospodarstwie (reforma Milutina z 1874 roku). To przekonanie zawiodło a Marian, przyszły dziadek Jagódki, został wcielony do carskiej armii na długie 11 lat służby. Wrócił pp. w 1919 roku i zapoczątkował organizowanie formacji POW w Powiecie Kolskim. Dziadek aktywnie uczestniczył w budowie lokalnej społeczności w Długiem i okolicach, budował zręby samorządu lokalnego oraz czynnie tamże uczestniczył jako radny, wójt oraz sołtys. Miałem wiele okazji gawędzić o jego doświadczeniach z armii carskiej. Otóż, szybko zorientowano się o talencie i umiejętnościach cieśli Mariana. Stopniowo latami nabył perfekcyjnych umiejętności, instruował oraz kierował zespołami cieśli podczas budowy armijnych makiet – całych miasteczek, remiz, dworków itp. Opowiadał że bardzo było mu przykro jak podczas ćwiczeń czy manewrów, gdy te z wysiłkiem wypracowane obiekty ulegały zburzeniu czy spaleniu. Ciesielstwo w sezonowym, uformowanym zespole stało się zawodem i pasją dziadka Mariana. W owym czasie po I Wojnie Światowej w niepodległej ojczyźnie zawód cieśli oraz kierowanie zespołem budowlanym stały się wielce atrakcyjnym towarem, poszukiwanym i dobrze opłacanym. Wiosną dziadek Marian siadał w karczmie Izbicy Kujawskiej, przeprowadzał rozmowy najmując cieśli i robotników chętnych do pracy przy budowie kolejnego dworku z modrzewia. Umowę na materiały i budowę miał dogadaną uprzedniej jesieni. Ostatnią powojenną jak mawiał wielką budową, była Wytwórnia Filmów Fabularnych w Łodzi przy ulicy Łąkowej. Majster Marian Skórzewski uczestniczył aktywnie w procesie decyzyjnym, odpowiedzialnym za zakres realizacyjny głównie filmowych makiet, aranżacji czy scenografii, był z tego niesłychanie dumny i doceniony. Dziadek Marian zmarł dwa lata po naszym ślubie 19.11.1969 roku.
Oprócz pracy zawodowej toczyło się normalne życie naszej rodziny. Po ślubie 16 grudnia 1967 roku, gościnnie zamieszkaliśmy z Jagódką w moim pokoiku kawalerskim, domku na Helskiej 58. Warunki bytowe były tutaj surowe. Mieliśmy kanapę gondola, szafę ubraniowo-bieliźnianą, duże biurko orzechowe z ciekawą historią, stolik dwuosobowy, krzesło i fotel biurowy. Pokoik posiadał piec kaflowy koloru zieleni butelkowej, centralne oświetlenie sufitowe z wyłącznikiem przy drzwiach wejściowych, trzy gniazdka elektryczne 220 v, lampę biurkową i lampkę nocną nad kanapą. Toaleta WC, umywalka z zimną wodą znajdowały się w w adaptowanej części korytarza budynku. Praktycznie sześć dni tygodnia spędzaliśmy na Uczelni. Śniadania oraz kolejne przekąski, jedliśmy w bufetach uczelni. Obiady mieliśmy najczęściej w Barach Mlecznych, lubiliśmy zwłaszcza Bar Mleczny Zachodni, mieszczącym się w budynku narożnym Żwirki i Wólczańskiej. Kolacje urządzaliśmy razem z moimi rodzicami w ich mieszkaniu, sąsiadującej z naszym pokojem dużej kuchni wielofunkcyjnej oraz pokoju stołowego, będącego również sypialnią rodziców. Po kolacji zmywaliśmy naczynia, myliśmy się prowizorycznie w dużej misce ciepłej wody. Rodzice w tym czasie oglądali program telewizyjny. Po umyciu zębów mówiliśmy dobranoc i zabieraliśmy się do wieczornej lektury, ew. rozmów bądź słuchania radia przed snem w naszym pokoiku.
Nasza kanapa była ciasna ale miła i własna. Tą gondolę wypatrzyła i kupiła moja mama Helena, w salonie sprzedażowym Spółdzielni Pracy „Tapicer” wybudowanej około 1960 roku, w miejscu dawnego pola ornego, po drugiej stronie naszej ulicy Helskiej nr 67. Mamy tą gondolę do dzisiaj. Po śmierci rodziców w 1991 roku i sprzedaży domu w 1994, wróciła do nas pięknie odremontowana w pobliskim pawilonie tapicerskim. Gondola bardzo podobała się naszej córeczce Ani, służyła Jej kilka lat, aż do wyprowadzki po ślubie z Tomaszem Sobierajskim w 1997, do Ich pierwszego mieszkania przy ul. Lubelskiej. Potem kanapę przejęła nasza wnuczka Nina 1999, córka Ani. Do dziś służy Jej jako miejsce wygodnego, dobrego wypoczynku podczas każdego wakacyjnego czy świątecznego pobytu u dziadków w Polsce.
Mieszkanie teściów Henryki i Edwarda Gąciarzów w 1967 roku, mieściło się na 3 piętrze, części frontowej kamienicy przy Zachodniej 78. W 1967 powiadomiono rodzinę że najdalej za dwa lata zaplanowano rozbiórkę frontu tego budynku. Te zamiary bardzo sprzyjały naszym planom uzyskania nowego mieszkania w blokach. Postanowiliśmy że Jagódka nie wymelduje się z adresu rodziców a ja zamelduję się do niej jako małżonek. Taka wymuszona obowiązującymi przepisami meldunkowymi sytuacja, powodowała korzystną dla nas możliwość uzyskania przydziału samodzielnego mieszkania, jako rodzinie wykwaterowanej na skutek rozbiórek.
1968 rok pamiętny z wielu przyczyn. Pisałem już w rozdziale o Studiach na PŁ na temat „wydarzeń marcowych’68” a zwłaszcza o strajku studentów, także na Łódzkich Uczelniach. Rok pamiętny także w skali międzynarodowej – „praska wiosna” i wiele innych, ujętych syntetycznie we współczesnym dokumencie UE. EU1968Doc Rok kulturowych, mentalnych oraz pokoleniowych przełomów. W Polsce strefie za „żelazną kurtyną” upamiętniony „bratnią pomocą wojskową” Układu Warszawskiego w Czechosłowacji. Zbrojnego, brutalnego stłumienia postulowanych przez KC KPCz z Alexander Dubček’ iem głównym realizatorem, szeroko zakrojonych reform w partii i państwie, zwanych praską wiosną 1968. Przeżywaliśmy to bardzo osobiście z racji obecności w naszym otoczeniu młodej prażanki Mileny, wtedy gdy ta interwencja następowała. Milena była koleżanką naszej rówieśnicy Hanny, bratanicy sąsiadów z ulicy Helskiej. Rodzina Hanny zamieszkiwała na stałe w Pradze czeskiej. Właśnie wówczas w sierpniu 1968 roku, Hanna zaprosiła Milenę do spędzenia części wakacji z rodziną w Polsce. Milena wieczory do późna w nocy spędzała wraz z Hanną oraz innymi na nasłuchu i tłumaczeniu, aktualnych wydarzeń w Czechach oraz Słowacji z bardzo mocnych rozgłośni radiowych Pragi i Bratysławy. Znamienną była skokowo zmieniona narracja tych wiadomości przed i po 23 sierpnia 1968 czyli dniu przejmowania kontroli w radiofonii Czechosłowacji przez moskiewskich propagandystów. Po osadzeniu nowego prezydenta Ludvika Svobody na Hradczanach, narracja radia wróciła do znanych, realno-socjalistycznych wzorców propagandowych. Bardzo zaniepokojona zmianą sytuacji Milena, wracała do Czechosłowacji, dopiero około połowy września. My Polacy byliśmy zawstydzeni hańbiącą rolą Wojska Polskiego PRL, którą niechlubnie odegrało podczas zniewalania czesko-słowackich dążeń społecznych. Próba przywrócenia wolności słowa oraz podmiotowości obywatelskiej społeczeństw, zakończono podobnie jak poprzednie w bloku sowieckim za „żelazną kurtyną”, pacyfikacją masowych protestów społecznych : NRD 1953, Węgry i Polska 1956, Polska i Czechosłowacja 1968, Polska 1970, Polska 1976, Polska 1981. Historia naszego polskiego społeczeństwa po II wojnie 1939-1945 podpowiada, że nacisk siłowy wzmaga opór społeczny. Bywamy nieujarzmieni…ale łatwo bywamy przekupni, tak jak współcześnie…. w latach 2015-2023, ..nieukrywanej rekonstrukcji PRL. Dobrze to pamiętamy – 46 lat byliśmy naocznymi świadkami oraz niezbywalnymi uczestnikami komunistycznego eksperymentu społecznego.
Adam Kamil urodził się w Warszawie 7.8.1970 roku. Wyjechaliśmy z Jagódką na początku sierpnia 1970 na tydzień do wujostwa Tekli i Jana Hermanów mieszkających w osiedlu oficerskim w Zegrzu. Wujek Janek z rodziną i babcią Marysią wyjechali akurat na wczasy nad morze Bałtyckie, prosili aby zaopiekować się mieszkaniem i działką pracowniczą którą uprawiali systematycznie i troskliwie. Jagódka w ciąży czuła się znakomicie, do planowanego rozwiązania było jeszcze ponad miesiąc. Chodziliśmy więc na spacery nad zalew Zegrzyński, pielić oraz podlewać pięknie utrzymaną obficie nasadzoną działkę, robiliśmy zakupy, przygotowywaliśmy posiłki – słowem byliśmy prawie jak na wakacjach. Około południa w dniu powrotu z wczasów naszych gospodarzy, Jagódka doznała odejścia wód płodowych co było równoznaczne z rozpoczęciem akcji porodowej. Dla nas była to wielkie zaskoczenie bowiem termin rozwiązania oznaczono na połowę września. Nie bardzo wiedzieliśmy co robić, na wszelki wypadek postanowiliśmy szykować się do wyjazdu do Warszawy, to ponad 37 km autobusem. Na szczęście w tym momencie drzwi mieszkania się otworzyły i rodzinka powracała z wczasów. To była wielka ulga, oraz wsparcie w naszej decyzji udania się do lekarza im szybciej tym lepiej. Podczas jednogodzinnej jazdy autobusem Jelcz „ogórek” przeżywałem rozliczne, dramatyczne rozterki, w przerwach podtrzymywaniu na duchu i uspakajaniu zdenerwowanej Jagódki, myślałem co robić do kogo właściwie się udać po pomoc w sytuacji porodu który już się rozpoczął (Adaś dawał wyraźne oznaki że chce wydobyć się na świat). Na tyle ile znałem Warszawę z kilkukrotnej bytności połączonej ze zwiedzaniem Pałacu Kultury i Nauki, Domów Towarowych, Marszałkowskiej, Alej Jerozolimskich, Ronda Marszałkowska-Jerozolimskie (Hotelu Forum jeszcze nie było) oraz Rotundy, wiedziałem że właśnie tam musimy wysiąść. Także skojarzyłem (nie wiem skąd się to wzięło) że po przeciwległej stronie Rotundy PKO, na pierwszym piętrze budynku na zapleczu Hotelu Europejskiego (obecnego Hotelu Metropol), znajdowała się największa Lecznica Warszawskiej Spółdzielni Lekarzy Specjalistów. Ten plan dzięki Bożej Opatrzności sprawdził się w 100 procentach. Autobus z Serocka przez Zegrze, Legionowo, Jabłonną, Żerań, Warszawę do Piaseczna – właśnie tam obok Lecznicy miał przystanek. W recepcji Lecznicy pani pytała do jakiego lekarza państwo potrzebują, odpowiedziałem że nie wiem ale sprawa jest pilna, bo żona rodzi. Pani natychmiast poprowadziła nas do gabinetu na galeryjce a lekarka wezwała karetkę pogotowia. To był rok 1970, to zupełnie inaczej wyglądało w porównaniu do stanu obecnego, Pogotowie Ratunkowe nie posiadało przestronnych, doskonale wyposażonych ambulansów ratowniczych. Podjechała po nas nieco tylko podwyższona karetka na podwoziu Fiata 125P, Jagódkę wniesiono (wsunięto na noszach) do przestrzeni transportowej. Zdążyłem jeszcze uchwycić jej rękę a karetka szybko ruszyła i odjechała w nieznane, tak w nieznane bo nikt – dosłownie nikt nie był w stanie mi odpowiedzieć…. do jakiej kliniki karetka pojechała. Okazało się po wielu dniach z opowiadań Jagódki, że zespół karetki zachował się bardzo stanowczo i profesjonalnie. Zawieziono Ją do najbliższej geograficznie (około 3 km) oraz przyjęto do Kliniki Położnictwa i Chorób Kobiecych UW przy Placu Starynkiewicza 3. Ta sięgająca początków odrodzenia Polski w 1920 roku placówka kliniczna, wówczas w 1970 roku była najbardziej znaną i polecaną rodzącym Warszawiankom, bowiem standardowo stosowano tam znieczulenia położnic.
Wujek Janek Herman wicekomendant OSŁ w Zegrzu, wkrótce po moim smutnym, samotnym powrocie z Warszawy do Zegrza, wojskowymi kanałami komunikacji ustalił miejsce gdzie znajduje się Jagódka oraz Kto i gdzie w Warszawie przyszedł na świat 7 sierpnia 1970 roku. Adam był wcześniakiem z wagą nieco przekraczającą 2,45 kilograma. Wkrótce okazało się że pozostaną w klinice do momentu nim Jagódka dokarmi Adasia do wagi minimum 2,5 kilograma. Jagódka z Adasiem zostali wypisani do domu 4 września, odebrałem Ich osobiście z wielkim wzruszeniem. Taksówką pojechaliśmy na tymczasowy dworzec Warszawa Centralna. Postanowiliśmy nie wracać do domu na Helskiej, lecz skorzystać z zaproszenia do mieszkania Babci Marysi, w bloku przy ulicy Zielnej również na Bałutach. U Babci spędziliśmy parę miesięcy, ponieważ nasze nowe mieszkanie w bloku przy Dąbrowskiego 99 było wtedy w fazie wykańczania detali oraz instalowania elektryki i hydrauliki. Wyglądało na to że klucze otrzymamy wiosną w 1971 roku. W marcu 1971 Adaś mocno zachorował. Konieczne było kilkutygodniowe leczenie w Szpitalu Pediatrycznym im. Korczaka (dawny Szpital Anny Marii fundacji Herbstów) przy ulicy Piłsudskiego 71 (wtedy Armii Czerwonej). Zaczęło się od zmian spastycznych w oskrzelach a skończyło na zapaleniu płuc. Adasia leczono dożylnymi antybiotykami oraz krwią. Leczenie prowadził osobiście dr Kawiorski, ordynator Oddziału Pulmonologii szpitala Anny-Marii. Oddałem krew dla potrzeb leczenia Adasia 16 marca 1971 roku – chyba skutecznie bo po kilku dramatycznych dniach, stan naszego synka zaczął się powoli poprawiać. Mój bliski kolega z PSiR inż. Wiesław Tarchalski wsłuchując się w moją opowieść o Adasiu, zaproponował że udostępni nam rekomendację zwalnianego letniska u pani Zofii Orskiej w leśnej willi w Przygłowie.
W najbliższą niedzielę po moich imieninach w kwietniu 1972, wyjechaliśmy z Wieśkiem oraz siostrą Jego żony Bożeny z mężem Państwem Thielami. Ich samochodem Moskvith pojechaliśmy najpierw do Przygłowa na rekonesans, potem do Piotrkowa do państwa Zofii primo voto Orski oraz Jana Kajdzińkich aby zamówić letnisko na lato 1972. Letnisko to mieszkanie, duży pokój z kuchnią oraz dużą zadaszoną werandą, stanowiło połowę pierwszego piętra drewnianego starego budynku letniskowego. Cały budynek o adresie Przygłów Las 152 posadowiony był w środku sosnowego lasu, przepiękna okolica nad rzeką Luciążą – zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Byłem niesłychanie wdzięczny Wieśkowi i Bożenie za Ich uroczystą rekomendację jako następców na ich dotąd wynajmowane mieszkanie. W czerwcu 1972 roku babcia Henia wraz z prababcią Marysią postanowiły zainaugurować Przygłowskie letnisko zostając z Adasiem cały miesiąc. Wujek Jagódki Zdzisław Skórzewski, wicedyrektor ŁPBP Nr 2, umożliwił przewiezienie ferajny oraz całego wyposażenia Nysą wynajętą od przedsiębiorstwa. Kilka dni wcześniej my z Jagódką pojechaliśmy tam autobusem PKS, aby sprzątać oraz dokonać inspekcji stanu wyposażenia i potrzeb w tym zakresie. Największy kłopot był z węglem i drewnem do podpałki pod tradycyjną kuchnią węglową Kupiliśmy też dwie butle gazowe 2,5 kg oraz turystyczną kuchenkę gazową dwupalnikową. Węgla udało mi się odkupić od sympatycznego sąsiada pana Malinowskiego, właściciela dużego kurnika, kurczaków hodowanych do uboju. Drewno do podpałki zastępowały przez dług czas pozbierane w okolicznych lasach aromatyczne szyszki sosnowe. Posiłki wymagające gotowania czy podgrzewania przyrządzaliśmy na kuchenkach gazowej lub elektrycznej. Wymianę butli realizowaliśmy w Sulejowie na stacji benzynowej CPN, usytuowanej vis a vis ulicy Polany. Tam mieścił się stadion trawiasty, Ośrodek Domków Kempingowych oraz Restauracja. Obiady przynosiłem w pięcioczęściowej menażce z nosidełkiem. Corocznie udawało mi się zakupić obiady w którymś z licznych, pobliskich pracowniczych ośrodków kolonijnych czy wczasowych na Polance, Polanie Sulejowskiej albo Włodzimierzowie. Pachnący jeszcze gorący chleb, bułki, drożdżówki czy ciasto drożdżowe w sobotę kupowaliśmy w piekarni Machałów we Włodzimierzowie. Świeżuteńkie masło, nabiał oraz inne produkty spożywcze oraz warzywa w pobliskim sklepie GS. Po mleko chodziliśmy do gospodarstwa chłopskiego na górce przy ulicy ulicy Topolowej po drugiej stronie Luciąży. Idąc tam tuż za mostem przechodziłem obok zajazdu Sielanka, malowniczej drewnianej karczmy postawionej na brzegu Luciąży. Do wejścia z oryginalnym rustykalnym krużgankiem, należało przejść historyczny piaszczysty plac dla wozaków. Plac był dla wozów konnych wracających do okolicznych wsi, położonych na wschód za Luciążą z jarmarku w Sulejowie. Mimo że mijało wówczas prawie trzydzieści lat od wojny, to nadal podstawowym środkiem przewozu płodów rolnych na targ, był dyszlowy wóz konny. Wóz na balonach pod którym podczas nocnych powrotów do domów, kiwała się obowiązkowa lampa naftowa jako sygnalizator poruszającego się pojazdu. Gospodarz spał w najlepsze z lejcami w garści na pustym wozie, gdy koń doskonale znając drogę powrotną ciągnął wóz, śpiących gospodarzy oraz dobytek do domu. Po roku 1976 stołowaliśmy się na obiadach w małej jadłodajni prywatnej u państwa Balcerzaków we Włodzimierzowie po sąsiedzku z dużym Ośrodkiem Wczasowo Wypoczynkowym łódzkiej FONIKI. Luciąża w dolnym biegu między Przygłowem a młynem Murowaniec, przepływała kolistymi meandrami pomiędzy zalesionymi, piaszczystymi pagórkami. Ścieżka naszych spacerów poprzez piaszczyste zagajniki młodników sosnowych, wiodła kilkukrotnie po stromych, urwistych brzegach – takich małych piaszczystych klifach. Z literatury: „Luciąża wpływa do Pilicy nieco poniżej Sulejowa koło dawnej osady młynarskiej Murowaniec, gdzie jeszcze w 1970 r. stał pocysterski młyn.”MurLuci
Murowaniec, dzisiaj w 2023 roku to współcześnie nazwa okolicy dawnego murowanego pocysterskiego młyna wodnego. Budynek murowany z ułomków skał wapiennych, był fragmentami otynkowany. Jak pamiętam (widać to na zarysie fundamentów), miał dwa skrzydła robocze i mieszkalne. Mieszkalne jakby dobudowane, z frontem i wejściem do drogi dojazdowej. Droga zakręcała za budynkiem mieszkalnym ku wybrukowanej części podwórca zaraz za częścią roboczą młyna. Tam przy młynie była rampa załadowcza i wyładowcza. Budynek młyna położony na sztucznej wyspie, utworzonej miedzy nurtem rzeki a wykopanym przed budynkiem kanałem. Kanał upuszczał nadmiar wody zbiornika, utworzonego spiętrzeniem głównego nurtu zaporą ziemną i palisadą. Wodę kierowano na jaz i koło młyńskie albo upuszczano śluzą gdy koło miało być zatrzymane. Za kołem młyńskim czy śluzą, woda spływała pod betonowy most dojazdowy a dalej dołączała przed ujściem do Pilicy do nurtu tworząc ponownie koryto główne. Nieco około kilometra od młyna Luciąża uchodziła do koryta Pilicy. Obecne koryto Luciąży w tym miejscu zwanym Murowaniec, ma nieco inny przebieg niż ten zapamiętany. Natomiast pozostały bezwodny sztucznie wykopany kanał (prosta linia) czy rów, nazwano Starorzeczem Luciąży. Tutaj właśnie pozostał betonowy solidny most o którym powyżej wspominałem. Most istnieje do dzisiaj, obecnie przebiega po nim szlak spacerowy. Wybudowany został tuż za górką gdzie znajduje miejsce owiane licznymi legendami – zabytkowy drewniany krzyż przydrożny. Młyn rozebrano nakazem administracyjnym w 1972 roku (napełnianie zbiornika Zalewu Sulejowskiego 1969 – 1974). Nasza rodzina należy do szczęśliwców pamiętających wygląd młyna oraz spotykanych mieszkańców Murowańca.
Podczas pierwszego w 1972 roku spaceru z Adasiem w wózku trasą około 5 km, zdarzyła się przygoda związana właśnie z mieszkańcami Murowańca. Idąc od Przygłowa przez lasy obok malowniczych serpentyn wijącej się Luciąży, przeprawami najpierw mostem dojazdowym obok Murowańca gdzie chwilkę rozmawialiśmy z dziećmi młynarzy, dalej chwiejną drewnianą przeprawą mostową nad kanałem potem wzdłuż pokaźnej plantacji wikliny użytkowej, doszliśmy do pięknego punktu widokowego przy ujściu Luciąży do Pilicy. Byliśmy tam sporo ponad godzinę, był tam kawałek piaszczystej plaży a widok na koryto i brzegi Pilicy urzekający. Wracamy już nieco szybciej i za pierwszym mostkiem, na fragmencie wybrukowanej wapiennym kamieniem budulcowym drogi tuż przy budynku młyna, odpada duże kółko wózka którym jechał Adaś. Dzięki Bogu udało mi się uchwycić oparcie wózka, dzięki czemu Adaś nie wypadł na kamienie bo mogło się to źle skończyć. Byliśmy 4 kilometry od domu, trzeba było próbować naprawiać, osadzając w jakiś choćby prowizoryczny sposób kółko na osi wózka zabezpieczając przed ponownym wysunięciem. Przed podwojami wejścia do młyna siedziało nadal dwoje dzieci. Oględziny osi wykazały że doszło do złamania czy też wytarcia lub wypadnięcia zawleczki zabezpieczającej z otworka w rurce osi. Aby ten defekt skutecznie naprawić trzeba było wyjąć niklowaną pokrywkę piasty kółka, osadzić kółko na ośce, przewlec gwoździk odpowiedniej średnicy przez otworki rurkowej osi a na koniec kombinerkami wygiąć końcówki gwoździa w literkę „S” aby zabezpieczyć przed wypadnięciem, wcisnąć kapselek piasty na końcówce. Ten obraz naprawy miałem już w umyśle i przed oczyma. Pytanie było jak tego dokonać bez narzędzi oraz odpowiedniego gwoździka. Podszedłem z Adasiem (chodził trzymając się za rękę) do dzieci, spytałem o rodziców, okazało się że są w polu czy na łące, dokładnie nie wiedziały. Starsza dziewczynka była nieśmiała ale chłopiec okazał się śmiały i rezolutny. Udało mi się powiedzieć, narysować patykiem o jakie narzędzie mi chodzi, gwoździe znał i nawet zapytał o młotek. Długo go nie było, ale w końcu przyniósł kleszcze, młotek, szpilorek szewski oraz różne gwoździe. Szpilorkiem udało mi się wyjąć kapsel piasty, włożyłem kółko na oś i wózek już stał na czterech. Gwoździe wszystkie były nieco za duże, szpilorkiem udało mi się nieco rozbić ten z góry, włożyłem gwóźdź i wbiłem w drugi otworek młotkiem na tyle że trzymał się mocno a nawet nieco wystawał. Więcej wbijać nie mogłem bo gwóźdź się wykrzywił i o dalszym wbijaniu mowy nie było, musiało tak już zostać. Podziękowałem chłopcu chwaląc że będzie dla taty dużą pociechą, pożegnaliśmy oboje i bez problemu dotarliśmy do domu nieco tylko spóźnieni.
Nasza córeczka Anna Sława Jeneralczyk, urodziła się 9 sierpnia 1973 roku w bardzo znanej Łodziankom, Klinice Położniczej im. Marii Skłodowskiej-Curie przy ulicy Skłodowskiej-Curie Marii 15/17 w Łodzi. Od maleńkości była zdrowa i silna, zawsze uśmiechnięta, radosna. Poniżej zdjęcie kliniki pobrane ze znanego bloga Faceboka. Współcześnie ten budynek przechodził remont kapitalny, po którym służy pacjentom regionu, jako Miejskie Centrum Medyczne „POLESIE” w Łodzi. W 2024 roku, podjęto decyzję o przekazaniu obiektu Samorządowi Wojewódzkiemu oraz Jego przekształceniu w nowoczesne Centrum Zdrowia Psychicznego dla Dorosłych.
Letnisko w Przygłowie wynajmowaliśmy rok rocznie aż do 1981 roku. Plan na wakacje był przeważnie standardowy, Jagódka była w Przygłowie od początku lipca do około połowy sierpnia. Dla odmiany każdego roku starałem się o dwutygodniowe wczasy, początkowo podczas pracy w FTiAT ELTA, poprzez dofinansowanie z FWP. Gdy pracowałem w RSW to już w Ośrodku Zakładowym Sulejów Polana lub ośrodkach podległych ZZP Radia i Telewizji. W zależności od przyznanych terminów, zamykaliśmy letnisko na ten czas, opłacając zawsze za dwa miesiące, niekiedy wyjeżdżaliśmy w tym samym czasie, także na wczasy rodzinne nad morze lub w góry. Wybieraliśmy także nizinne ale atrakcyjne turystycznie kierunki jak Ciechocinek czy Spała, wyjazdy często obejmowały okres zimowy szczególnie gdy dzieci były w okresie szkolnym. Pierwszy taki zapamiętany wyjazd mieliśmy jeszcze tylko z Adasiem do Dziwnowa w 1972 roku. Wczasy do kwater prywatnych u rybaków. Jechaliśmy tam pociągiem pośpiesznym, to była ekstremalna podróż. Wówczas jazdy na wczasy, to pamiętne przeżycia, gdy o miejsce siedzące w przedziale trzeba było się mocno starać sprytem, a niekiedy walczyć całym ciałem czy łokciami. W sierpniu 1973 roku urodziła się nasza córeczka Ania, więc całe wakacje a nawet nieco dłużej spędziliśmy na letnisku w Przygłowie. Podobnie w lecie 1974 oraz 1975 woleliśmy być w zasięgu dojazdu autobusem czy taksówką w razie konieczności udzielenia pomocy medycznej czy też okresowego powrotu do Łodzi. Jak tylko było możliwe w 1973 roku, założyliśmy celową książeczkę oszczędnościową PKO na Fiata 126P. W 1974 na Placu Defilad w Warszawie, odbyła się powszechna prezentacja wyprodukowanych w Bielsku i Tychach, pierwszych serii samochodów Fiat 126P. Pojechałem do Warszawy na całą niedzielę, aby uczestniczyć wraz kilku tysiącami widzów jacy zjechali się z całego Kraju na te pokazy. Jesienią 1975 sytuacja samochodowa diametralnie się zmieniła. Maszynista offsetowy Goss Metro Kuba Gromek, zaproponował nam okazyjną sprzedaż swojego dziesięcioletniego, błękitnego Trabanta 601. Wręczył mi cały stosik wielobarwnych targowych folderów oraz przejrzyste kolorowe rysunki ujęte w perspektywie, obrazujące konstrukcję wewnętrzną kluczowych podzespołów mechanicznych ale także co mnie zachwyciło wielobarwny schemat elektryczny 6V!, tego samochodu.
Studiowałem te kolorowe materiały z wypiekami na twarzy, stwierdziłem że Trabant na pewno jest większy zarówno w kabinie ale co najważniejsze, wielkością bagażnika. Ponadto mając takie rysunki oraz poradniki na pewno wiele rzeczy będę mógł sam naprawić a nawet ulepszyć choćby sterowanie czasowe wycieraczkami. Zaraz też podjęliśmy decyzję odnośnie odsprzedania książeczki samochodowej i udziałów nabycia Fiata 126P. Chętnych nabywców było kilku, wybraliśmy sympatycznego pana Gawrońskiego, inżyniera produkcji, Zakładów Obiciowych VERA na Złotnie. To już minęły trzy lata gdy wystaliśmy w kolejce, założyliśmy książeczkę samochodową w banku PKO oraz z niemałym wysiłkiem obsługiwaliśmy kolejne raty oszczędności uprawniających do losowania momentu nabycia samochodu. Nie ukrywam że odsprzedanie książeczki było korzystne i uzyskana suma bez problemu wystarczyła do nabycia oferowanego Trabanta. Umowę z Kubą Gromkiem dopięliśmy w końcu stycznia 1976 roku. Samochód do wiosny przezimował w garażu na Helskiej. Od czasu do czasu przyjeżdżałem do Taty, wtedy wchodziłem do samochodu, napawałem się wonią benzyny i zapachem tapicerki oraz lakierów. Wyjeżdżałem nieco na zewnątrz garażu, wykonywałem suchą zaprawę obsługi nożno-manualnej sprzęgła, dźwigni biegów, hamulca, zapalałem silnik na luzie podładowując nieco akumulator, sprawdzałem uruchamianie świateł, migaczy oraz wycieraczek. W kwietniu 1976 wykupiłem trzy jedno godzinne lekcje jazdy w siedzibie Nauki Jazdy LOK przy Piotrkowskiej 187. Jeździłem Maluchem z bardzo sympatycznym instruktorem o imieniu Jan. Oj, dawał mi ostro w kość, od pierwszego momentu gdy po raz pierwszy w życiu wsiadłem do małego Fiata. Od razu dostałem polecenie „odpalaj i wyjeżdżamy na ulicę (Piotrkowską !)”. Powiedział „…skoro po trzech lekcjach jazdy ze mną, chcesz zdać egzamin za pierwszym razem, to ja muszę szybko sprawdzić czy to jest możliwe”. Na początku maja powiedział, „..jest możliwe że uda Ci się za pierwszym podejściem, tylko w przypadku gdy egzaminatorowi nie wpadnie na myśl sprawdzić Twoją jazdę cofaniem, wtedy oblejesz”. Od razu pojechałem do Wydziału Komunikacji na Zachodniej aby opłacić egzamin i tym samym uzyskać termin zdawania. Zdawałem za dwa tygodnie, część teoretyczna – budowa samochodu, obsługa, znaki drogowe, pierwszeństwo ruchu zdawaliśmy w sali egzaminacyjnej na Ogrodowej, wspólnie z jeszcze jednym eksternem. Oboje byliśmy dobrze przygotowani, po kilkunastu pytaniach dla każdego abiturienta, egzaminator oświadczył „no dobrze, ..za dwie minuty startujemy z chodnika przed wejściem, maluch już tam stoi”. Mnie wskazał tylne siedzenie a koledze nakazał siadać i jechać na Lutomierską przy Bazarowej. Dobrze mu szła jazda i kiedy zatrzymał się przy Bazarowej, egzaminator ze swoim notatnikiem w ręku, bez słowa wyszedł na chodnik i rozmawiał z innymi egzaminatorami których kursanci także zdawali na innych maluchach. Po kilku minutach widzieliśmy że coś pisał, potem podszedł kiwnął na kolegę i wręczył mu protokół, kiwnął do mnie że mam siadać za kółko, powiedział „..wracamy pod Inspektorat na Ogrodową”, zapiął pas, czekałem na to, po czym odpaliłem, migacz, ruszamy kawałek za skrzyżowanie, po czym lewy migacz, zawracamy, na prawy pas, prosto do Zachodniej, prawy migacz, ostrożnie skręcamy w prawo i rura do przodu, mijamy Drewnowską, dalej migacz w prawo, przepuszczam jadących Ogrodową, skręcam ostrożnia na chodnik dokładnie w miejscu gdzie stał poprzednio, wrzucam luz, zaciągam ręczny, wyłączam silnik, wyjmuję i oddaję kluczyki. Egzaminator otwiera notatnik, podpisuje protokół, wysiadamy. Wręcza mi protokół mówiąc gdzie i kiedy mam złożyć protokół w Wydziale Komunikacji. Nawet nie pomyślałem że tak szybko i łatwo mi pójdzie. Nie myślcie że kiedykolwiek upajałem się jazdą czy prędkością, zdawałem sobie sprawę że kierowcą to dopiero będę gdy opanuję wszystkie arkana, zacznę poznawać znajomych idących ulicą, widzieć wszystko dookoła a zwłaszcza znaki oraz jadących czy idących z tyłu pojazdu. Wiele razy przypominałem sobie w późniejszym życiu zdanie które Jan, mój instruktor powiedział do mnie na odchodne „..pamiętaj że samochód to nie zabawka, możesz posłużyć się nim aby zrobić wiele dobrego ale również może przyczynić się do złego i nieszczęścia Twojego i Innych”
Tego lata 1976 roku po raz pierwszy jeździłem samodzielnie własnym samochodem, którego od razu polubiłem, błękitnym Trabantem 600. Trampka do dzisiaj mile wspominam, mimo wielu najprzeróżniejszych doświadczeń z innymi pojazdami które były po Nim. To był „dzielny pojazd”, łatwo pokonywał oblodzone podjazdy czy nawiane na drodze zaspy, możliwe było zdemontowanie głowicy silnika na drogowym postoju czy też w deszczu wyregulować kąt przyspieszenia zapłonu. Sam wymieniałem przednią szybę czy uszkodzone duraplex’ owe elementy drzwi oraz błotników. Te naprawy były kompleksowe łącznie z natryskowym lakierowaniem powierzchni rozpylaczem słoiczkowym, wykorzystując nadmuch powietrzem z wyjścia odkurzacza. Wymiana ogumienia, wycieraków szyb, szczęk oraz tłoczków czy cylinderków hamulcowych, regulacja linki hamulca ręcznego także nie nastręczały większych trudności. Sam wymontowywałem tłoki oraz cylindry do przeszlifowania, zakładałem odpowiednie pierścienie a następnie docierałem wyremontowany silnik. Raz jedyny chyba w 1978, oddałem mego Trampka do remontu u mechanika, Jana Czernielewskiego przy ulicy Kopcińskiego, po tym gdy rozsypało się łożysko kulkowe, blokując napęd w cztero-biegowej skrzyni biegów. Skrzynia zadziałała bez zarzutu, lecz czekała mnie przykra niespodzianka. Podczas montowania zespołu napędowego pod maskę Trabanta, pomylono kolejność trzech przewodów podłączonych do prądnicy. To była sobota, wyjazd na weekend z Jagódką i babcią Marysią do Przygłowa. Jazda do dzieciaków i przebywającej z nimi babci Heni i Zbyszka. Zapadał już zmrok wiec koło Tuszyna zapaliłem światła główne, zauważyłem od razu że barwa świecenia wpada w czerwień a światło jest słabe. Zatrzymałem się na pierwszym parkingu w Tuszyn Lesie i otworzyłem maskę, od razu poczułem jakiś brzydki zapach „elektrycznej izolacji”, dotykając prądnicy niemal się oparzyłem, tak była gorąca. Na razie nie miałem pojęcia co mogło się wydarzyć. Postanowiłem jechać dalej na światłach postojowych, miałem nadzieję że starczy energii w akumulatorze do końca trasy. Dojechaliśmy ledwo, ledwo ale na tyle że ostatnie 50 metrów lasu przed posesją letniska, panie wysiadły z torbami a ja przepchnąłem Trampka byle wjechać za bramę wjazdową. Postanowiłem odłączyć klemę akumulatora a wyjaśnienie przyczyny oraz ładowanie akumulatora odłożyć na niedzielę. W niedzielę po śniadaniu położyłem się w okolicy prądnicy odchyliwszy do oporu koło aby dobrze widzieć. Po analizie schematu samochodu domyślałem się że możliwe jest niewłaściwe podłączenie prądnicy z regulatorem ładowania. Dwa przewody były cieńsze (2,5 mm, DF i D-) a jeden gruby (6 mm, D+), sprawdzam położenie grubego przewodu, stwierdzam że tutaj nie można było się pomylić gdyż tylko jeden zacisk miał oczko na gruby przewód, to było w porządku. Zamieniłem miejscami cieńsze przewody. Potem zamocowałem klemę akumulatora, zamknąłem maskę. Podepchnąłem Trampka ku pobliskiej drodze dojazdowej na górkę, u podnóża której wczoraj Trabi odmówił posłuszeństwa. Wsiadłem, włączyłem kluczyk oraz pierwszy bieg, nacisnąłem sprzęgło i dałem znak Zbyszkowi aby mnie popchnął. Trabi rozpędzony zapalił bez problemu w okolicach ulicy. Pojechałem nim do Sulejowa, dalej w stronę Podklasztorza i nieco dalej w las, potem w drugą stronę przez plac Straży w kierunku Białej, potem wróciłem do Przygłowa. Gdy patrzyłem na włączone i biało świecące lampy główne, wiedziałem że wszystko jest w porządku, moja naprawa się powiodła. Dumny byłem zwłaszcza z tego że pewny byłem co trzeba zrobić, że ta ocena była trafna. Równie dumny byłem z opracowania oraz skutecznego wykonania układów elektronicznych – czasowego sterowania pracą wycieraczek a także mostka kontroli temperatury silnika i napięcia instalacji elektrycznej samochodu. To były bardzo przydatne ulepszenia, przez lata dawały satysfakcje, powiększały komfort użytkowania (łatwe usuwanie niewielkich kropli opadów) oraz bezpieczeństwo eksploatacji (chłodzenie silnika czy kontrola ładowania akumulatora 6 V).
Rok 1976 miał szczególnie bogaty turystycznie oraz wypoczynkowo, program wakacyjny. Na przełomie lipca i sierpnia otrzymaliśmy za pośrednictwem programu socjalnego RSW „Prasa-Książka-Ruch” dwutygodniowe wczasy w kwaterach prywatnych nad polskim morzem, w przepięknej miejscowości Karwia. To pierwsza nasza samochodowa podróż 400 km, na wczasy nad polskim morzem. Karwia dzisiaj w 2024 roku, to znany wszystkim Polakom nadmorski kurort wczasowy, wówczas miejscowość była małą rybacką wioską ze skromną infrastrukturą wczasowo turystyczną czy raczkującą gastronomią. Wtedy liczyła się piękna, rozległa i czysta z białym piaskiem plaża. Zajmowaliśmy duży pokój na piętrze w murowanym, ceglanym domku rybaków odległym niecałe 200 metrów od plaży. Maria i Jerzy Suligowie zamieszkali z dwójką dzieci od strony północnej z widokiem na wydmy i plażę a my z Anią i Adasiem od strony południowej z widokiem na studnię i ogród. Toaletę WC i prysznic, mieliśmy w społecznym użyciu oraz porozumieniu co do kolejności użytkowania, położoną centralnie na korytarzu miedzy pokojami. Wodę do mycia i na herbatę w postaci mocno żelazistej cieczy, zdatnej do mycia oraz spożycia po przegotowaniu, czerpaliśmy wiaderkiem ze studni. To noszenie na piętro wiader wody, grzanie jej nurkowymi grzałkami oraz mętne i niepokojąco ciemne herbaty, były największymi niedociągnięciami tych wczasów, wszystko inne było wielkimi zaletami. Tutaj nadmienię że podobnie było na letnisku w Przygłowie, także do mycia oraz picia czerpaliśmy wodę ze studni gruntowej na podwórzu gospodarstwa, naturalną kąpiel odbywaliśmy w Luciąży. Woda w Przygłowie była czysta i miękka a herbata z niej zaparzona smakowała rewelacyjnie.
Jak już wyżej wspominałem, letnisko w Przygłowie wynajmowaliśmy corocznie, na dwa miesiące lipiec i sierpień, poczynając od 1972 do 1981 roku włącznie. Posługiwaliśmy się nazwą miejsca jako Przygłów ponieważ taką nazwę nosiła stacja kolejki wąskotorowej „Ciuchci” Piotrków – Sulejów. Tymczasem właściwa wieś Przygłów rozciągała się na lewym brzegu Luciąży na północ od naszego miejsca letniskowego leżącego na prawym brzegu rzeki Luciąży tj. we Włodzimierzowie. Początkowo korzystaliśmy z komunikacji autobusowej bezpośredniej lub z przesiadką w Piotrkowie lub kolejowo-autobusowej, pociągiem do Piotrkowa i przesiadka na autobus na Głównym Dworcu kolejowo-autobusowym Piotrkowa. Od 1976 roku przeprowadzkę i powrót z letniska, nadal jak dotąd wykonywaliśmy wynajętym Żukiem lub Nysą a dojazdy osobowe realizowaliśmy własnym Trabantem. Samochód osobowy umożliwił naszej rodzinie turystykę w okolicy Piotrkowa, Witowa, Sulejowa, Podklasztorza a nawet Opoczna także do Smardzewic oraz Borków. Zapuszczaliśmy się również w okolice Koła, Bronisławowa, Białej oraz Łęczna, odważnie mimo faktu że wiodły tam drogi w zasadzie gruntowe jedynie wzmocnione nawierzchniową warstwą białego kamienia czy szutru skalnego. Poznawaliśmy historyczne i kulturowe znaczenie rzeki Pilicy, przeglądaliśmy ówcześnie nieliczne opracowania z najnowszej historii tych ziem z okresu II Wojny Światowej. Namacalnym, materialnym śladem tej historii były liczne poniemieckie obronne schrony żelbetonowe, spotykane często na trasach naszych pieszych spacerów. Opisy tych instalacji w świetle współczesnej wiedzy, zawarłem w opracowaniach sporządzonych z dostępnych i oznaczonych źródeł internetowych LinPilicy .
Na zakończenie podrozdziału tyczącego się okresu letniska w Przygłowie w historii naszej rodziny, należy koniecznie wspomnieć o kolejce wąskotorowej Piotrków Sulejów, kolejki zwanej Ciuchcią. Kolejka ta towarzyszyła nam swoim widokiem i dźwiękiem sygnału oraz stukotem kół, podczas ośmiu naszych letnich pobytów. Początkowo kilka pulmanowskich wagonów osobowych bądź towarowych, wypełnionych pasażerami lub towarami ciągnął przepiękny, mały dymiący parowóz a za nim jako pierwszy podążał wagon pocztowy. Około 1972 roku parowóz został zastąpiony lokomotywą spalinową rumuńskiej marki. Obserwacje kursujących co kilka godzin pociągów, dowodziła że większość kursów to pociągi towarowe. Niekiedy skład wagonów był kombinowany. Zawsze w składzie był wagon pocztowy a dalej dwa lub więcej wagony osobowe a za nimi dwa lub kilka krytych wagonów towarowych. Do Sulejowa wożono węgiel kamienny i koks, materiały budowlane w tym bloczki budowlane i cement w workach, niekiedy drobnicę w zamkniętych wagonach. W stronę Piotrkowa jechały pociągi towarowe wypełnione palonym, niegaszonym wapnem. Wtedy w latach 60-70 zapotrzebowanie na niegaszone wapno jako składnika zaprawy murarskiej, nadal było duże dla technologii masowego budownictwa. Nasze dzieci Ania i Adaś uwielbiały wycieczki tymi pociągami, obojętnie czy w kierunku Sulejowa czy w kierunku Piotrkowa, uwielbiały kupować kartonowe bilety, podawać je konduktorowi do dziurkowania, wyglądać przez otwarte okna łapiąc wiatr we włosy. Budynek stacji a zwłaszcza jego otwarta, drewniana weranda poczekalni zwana Panderosą była przepiękna, ten widok pozostanie w mojej pamięci do końca życia, był niepowtarzalny. Podczas wieczornych powrotów z sobotnio niedzielnych pikników czy też krótkich wypadów turystycznych, Panderosa oraz cały duży teren peronu stacji, wypełniał kolorowy tłum oczekujących pasażerów. Poniżej zamieszczam najbardziej charakterystyczne obrazy z trasy, dworca w Przygłowie i historii kolei wąskotorowej, zdjęcia i materiały pobrane z dostępnych i oznaczonych źródeł oraz stron internetowych jak np. Piotrków Trybunalski.naszemiasto.pl, zawarłem w własnym opracowaniu tekstowym na bazie tych źródeł Ciuchcia
W Przygłowie zakładając kierunek z Piotrkowa do Sulejowa, tuż przed mostem kolejowo drogowym na Luciąży, tor kolejki przecinał jezdnię szosy aby dalszą trasę prowadzić po lewej stronie drogi nr 74. Po tej stronie okien wagonów tuż za linią rosochatych wierzb (diva), dostrzegamy plac postojowy dla wozaków a za nim pojawia się drewniany, budynek karczmy Sielanka z przepięknym tarasem wysuniętym na palach nad nurtem Luciąży. Za rzeką wjeżdżamy do Włodzimierzowa ale dworzec z cudowną, drewnianą otwartą poczekalnią Panderosa nosi nazwę PRZYGŁÓW, to niewiadome pomylenie sprawiało nie tylko nam wiele kłopotów. Administracyjnie Sołectwo było wspólne, mieściło się w Przygłowie na górce za rzeką po lewej stronie szosy, numeracja właścicielska posesji, także była o ile pamiętam jednolita dla obu miejscowości. Do końca tkwiliśmy w błędzie uważając że linią podziału jest przebieg szosy nr 74 a nie przebieg rzeki Luciąży, czyli dworzec i nasze letnisko to Przygłów a piekarnia państwa Machałów, Szkoła Tysiąclatka i Przychodnia zdrowia to Włodzimierzów. Do dziś nie jesteśmy pewni że jest inaczej.
W końcu lat 70-tych dwukrotnie jesienią i wiosną, wykonaliśmy dwudniowe wycieczki do Warszawy. Korzystaliśmy wówczas z gościny u rodziny Jagódki, Tekli i Jana Hermanów oraz Ewy i Mariusza Protasów. Stare Miasto, Zamek Królewski, Nowy Świat, Łazienki, Wilanów i Cytadela pozostawiły wiele wrażeń i pamiątek. W maju 1978 roku Adaś przystąpił do Pierwszej Komunii w kościele parafialnym Przemienienia Pańskiego (mój kościół chrzcielny z 1945 roku). Lata 80-te nie sprzyjały stabilizacji, dzieci postanowiły także wtedy o samodzielnych wyjazdach na kolonie letnie. Bardzo chętnie aprobowały rodzinne wyjazdy wczasowe każdego roku latem i zimą, wypoczynków pełnych nowych widoków i wrażeń. Na pierwsze kolonie wybraliśmy Ośrodek miejski w Wiśniowej Górze. Nie byliśmy pewni jak zareagują na dwa tygodnie samodzielności czy raczej oddalenia od rodziców. Co dwa dni jechaliśmy Trampkiem w odwiedziny aby zbadać reakcję na takie bytowanie oraz jak dzieci radzą sobie z oddaleniem od rodziców (byli w innych grupach wiekowych ale wspierali się obecnością w czasie wolnym). W sobotę na dyskotekę zabraliśmy nasz radiomagnetofon Sanyo wraz z dużym wyborem nagranych kaset, dzieciarnia była zachwycona a nasze pociechy bardzo dumne z posiadanego sprzętu audiofonicznego.
Jednocześnie muszę dodać że 1980 to był rok przeprowadzki rodziny z małego 37 metrowego mieszkania, na 10 piętrze wieżowca przy ulicy Dąbrowskiego, do dużego 70 metrowego mieszkania na pierwszym piętrze bloku, wzorcowego mieszkaniowca ery późnego Gierka. Nasz nowy budynek, blok na osiedlu Manhatan III przy ulicy Piotrkowskiej 235/241, wyróżniono nagrodą SAP – MISTER’80. W wersji projektowej, częściowo praktycznie zrealizowanej, budynek nasz miał mieć stróżówkę wyposażoną w domofony, ognioodporną konstrukcję klatek schodowych z instalacją oddymiania, dwoma pionami wodno-kanalizacyjnymi w każdym mieszkaniu oraz mechaniczną centralną wentylacją w każdym z dwóch pionów mieszkania. Projektowo, parter i pierwsza kondygnacja miała być przestrzenią nie mieszkaniową – partery na sklepy wielobranżowe a pierwsza kondygnacja (antresole) przewidziano na lokale biurowo-usługowe. Architektonicznie budynek dwuklatkowy stanowił bryłę dwusegmentową przesuniętą względem siebie tak aby te dwie bryły stykały się jedynie ścianami szczytowymi, północną klatki A z południową klatki B. Z tego wynika że mieszkańcy mieszkań szczytowych klatki B byli poszkodowani z racji nie docieplenia chłodnej, północnej ściany szczytowej. Ponadto w trakcie budowy na gruncie kurzawkowym, okazało się podczas budowy że północna strona budynku zaczyna osiadać, to spowodowało konieczność doraźnego wylania, obszernej żelbetonowej ławy stabilizacyjnej na północy budynku. Poniżej szerzej opiszę historię tego pięknego miejsca oraz sposobu dojrzewania naszej decyzji o wyborze właśnie tej okolicy.
Wrócę nieco do historii, kiedy i jak dojrzewała nasza decyzja o zmianie mieszkania. W latach 70’tych często bywałem na Politechnice Łódzkiej, początkowo z racji intensywnych Studiów podyplomowych z Półprzewodników w Instytucie Elektroniki. Potem wykonywałem kilka prac badawczych w moim macierzystym Instytucie Maszyn i Aparatów Elektrycznych, zleconych na rzecz zespołów prof. Bolesława Bolanowskiego oraz mojego promotora prof. Zdzisława Jana Tarocińskiego. Wtedy to jadąc na Uczelnię ulicą gen. Świerczewskiego (Radwańska) od strony Piotrkowskiej, zauważałem budowę wieżowca posadowionego na tyłach dawnych Ogrodów Jerzego Kołaczkowskiego DendrologiaPraktyczna (na podstawie wpisu zielniklodzki.pl z dnia 7.9.2022 r.). Tę okolicę znałem doskonale z czasów dzieciństwa. Bowiem Piotrkowska 233 to adres cioci Józi mojej chrzestnej, starszej siostry mamy Heleny. Ciocia Józia mieszkała tam od wojny, przyjechała około 1942 roku powracając z Berlina gdzie pracowała jako krawcowa. Przybyła do Łodzi wraz ze swymi pracodawcami, rodzinną firmą konfekcyjną z wielkopolski. W ten sposób znaczna część naszej rodziny Poznaniaków, ponownie spotkała się w najmniej oczekiwanym miejscu, tutaj w mieście Łodzi. Tuż po wojnie ciocia Józia, jako osoba samotna dostała przydział na niewielki pokoik (służbówkę) w wielorodzinnym mieszkaniu kwaterunkowym, na parterze modernistycznej kamienicy przy Piotrkowskiej 233. Ta kamienica sąsiadowała z ogrodami Jerzego Kołaczkowskiego tj. Piotrkowska 235 i 241. Pawilon sklepowy tego wielkiego ogrodnictwa, posadowiony był przy bramie wjazdowej do posesji 241, obok przepięknej, olbrzymiej płaczącej wierzby. Między podwórkiem gdzie mieszkała ciocia Józia a ogrodem pana Kołaczkowskiego była furtka, wówczas używana – istnieje do dzisiaj zarośnięta krzewami. Podczas wesołych pobytów sobotnio-niedzielnych we wspólnie użytkowanej dużej kuchni, czterorodzinnego kwaterunkowego mieszkania Cioci, byłem proszony przez Panie przygotowujące wiosenne obiady o zakupienie i przyniesienie sałaty od ogrodnika. Przechodziłem wówczas tą wewnętrzną furtką bezpośrednio do pięknych ogrodów gdzie miedzy różnymi drzewami, świerkami, bzami lilakami, bzami laciniata, leszczynami oraz kolumnowymi dębami, na licznych klombach i zagonkach w części frontowej, rosły setkami i dziesiątkami główki sałaty i krzaki pomidorów. Niekiedy mogłem za zgodą pani Kołaczkowskiej, pospacerować sobie po dalszej części ogrodów. Ogrody ciągnęły się bardzo daleko w stronę Wólczańskiej. O ile się nie mylę to tyły ogrodnictwa, sięgały aż do ogrodów posiadłości zajmowanych przez kuźnie, wozownie i ślusarnie państwa Wróblewskich, położone przy ulicy Wólczańskiej 188. Ten adres oraz Piotrkowska 233, to historyczna lokalizacja pierwszej manufaktury Jakuba Steigerta z lat 40 – XIX wieku. Parterowa willa mieszkalna Steigertów tutaj ocalała i niebawem ma być odrestaurowana. Na tyłach ówczesnego ogrodnictwa Jerzego Kołaczkowskiego posadowiono wielkie połacie, nieskończone szeregi, typowych ogrodniczych inspektów przykrywanych szklanymi taflami. Miedzy regularnie powtarzanymi kwartałami inspektów znajdowały się rzędy solidnych, stalowych stojaków przeznaczonych na nieczynne czyli odstawiane tafle szklane inspektów. Bardzo lubiłem wyjeżdżać z mojego Żabieńca, wówczas dalekiego przedmieścia, tramwajem do „miasta”. Jechałem do wujostwa Zofii i Stanisława Michalskich, zamieszkałych na czwartym piętrze kamienicy przedwojennej Szkoły Męskiej przy ulicy Worcella 13 (ks. St. Skorupki) albo do cioci Józi, do nowoczesnej modernistycznej kamienicy na Piotrkowską 233. Często jeździłem także linią „21” do znanej, przepięknie urządzonej Apteki „pod Stokrotką” w narożnej eklektycznej kamienicy na Piotrkowskiej 225. Apteka ta miała renomę placówki doskonale zaopatrzonej i często pełniącej nocne dyżury. Więcej o rodzinie Kołaczkowskich, piszę w opracowaniu na podstawie przeglądu prasy Łódzkiej okresu międzywojennego WystawyOgr.
W końcu nasza decyzja dojrzała na tyle że postanowiłem zbadać sprawę szeroko powyżej opisanego budynku oraz sytuacji z terenem po dawnym ogrodnictwie państwa Kołaczkowskich. Udałem się do Łódzkiej Spółdzielni Mieszkaniowej na ulicę Jaracza w Łodzi. Zaskoczony, w sekretariacie spotykam sympatyczną koleżankę z BKP FTiAT Elta Barbarę Bukowską. Kilkanaście minut wzajemnie wymieniamy wiadomości o koleżankach i kolegach z którymi wówczas pracowaliśmy. Potem szczegółowo opisała mi procedurę zmiany członkostwa spółdzielni Osiedle Młodych na Łódzką Spółdzielnię Mieszkaniowa oraz złożenie wniosku o przydział mieszkania w Osiedlu Manhatan III. Jak to w PRL, biurokracja wymagała cierpliwości ale i wytrwałości w wydeptywaniu progów decydentów oraz hartu podczas systematycznego pokonywania napotykanych trudności. Im dłużej przyglądałem się powstającemu nowoczesnemu budynkowi, stawianemu w technologii ślizgowo-ramowej, tym bardziej utrwalała się moja decyzja o konieczności zamieszkania w tej pięknej i wygodnej lokalizacji. Na poczet wyposażania nowego mieszkania zamówiliśmy i wkrótce kupiliśmy ośmioelementowy zestaw meblowy NATALIA ciemny mahoń. Ponieważ mieszkania jeszcze nie było więc cały zestaw w porozumieniu z moimi rodzicami przetransportowano na ulicę Helską i wnieśliśmy na przestronny strych tamtego domu. Taka decyzja wynikała wprost z ekonomicznych prawideł tamtego przełomowego czasu końca ery Gierka, wielkiej inflacji, kartek na cukier, list kolejkowych (małego biznesu emerytów), wyścigu cen i braków oferty zwłaszcza trwałego wyposażenia gospodarstw domowych. Najlepszą lokatą był atrakcyjny towar nie gotówka czy też obligacje w bankach. Gdy tylko uporałem się z kwestią przeniesienia członkostwa Spółdzielni, wnioskiem o przydział mieszkania M4/M5 oraz uregulowania udziałów i wkładu mieszkaniowego na większy metraż (kredyt pracowniczy na uzupełnienie wkładu własnego był czystą formalnością), sprawy zaczęły się toczyć wartko dzięki znaczącej pomocy Barbary. Jak wcześniej wspominałem do nowego blisko 70 metrowego mieszkania na pierwszym piętrze nowiutkiego 12 piętrowego wieżowca, zaczęliśmy wprowadzać się na początku maja 1980 roku. Adam właśnie kończył czwartą klasę Szkoły Podstawowej nr 64 przy ulicy Anczyca 6. Złożyliśmy dokumenty Adama na przeniesienie do Szkoły Podstawowej nr 46 im. Józefa Chełmońskiego oraz dokumenty rejestracyjne Ani do nauki w klasie pierwszej od roku szkolnego 1980/81. Szkoła Podstawowa nr 46 przy Wólczańskiej 198/202, miała już wówczas niezwykle bogatą historię sięgającą 1950 roku. W 1974 roku przekształcona w Szkołę Sportową. Prowadziła wówczas ciekawą, systematyczną oraz owocną działalność popularyzacji i rozwoju sportu dziecięcego, ukierunkowaną na łyżwiarstwo figurowe oraz szermierkę floretu. Szkoła była następczynią szkoły ćwiczeń Liceum Pedagogicznego nr 1 a następnie Studium Nauczycielskiego. Legitymowała się doskonałą, profesjonalną kadrą nauczycielską i instruktorską. Dzieciom bardzo się podobało że do szkoły nie musiały chodzić ulicami, wystarczyło wyjść na taras naszego budynku po stronie zachodniej, dalej około stu metrów gliniasto trawiastym ugorem, wejść dziurawym ogrodzeniem wprost na asfaltowe boisko piłki ręcznej i koszykówki. Szkolne boisko otoczone czarną czterotorową bieżnią miało też skocznię w dal oraz wzwyż.
Podczas edukacji naszych pociech w systemie jeszcze ośmioklasowym w latach 1980 do 1988, Grzegorz Filipowski czołowa gwiazda polskiego łyżwiarstwa figurowego, uczęszczał właśnie do Ich Szkoły. Były z tego faktu bardzo dumne, zwłaszcza Ania, bo tylko o rok młodsza od Grzegorza. Lodowisko Bombonierka Wybudowane przez łódzki MOSiR przy ulicy Stefanowskiego (wtedy Gdańskiej) róg nowej ulicy Potza w bliskiej odległości od budynku Szkoły. Wychowanie fizyczne ogółu dzieci wszystkich klas, obejmowało naukę i doskonalenie jazdy na łyżwach figurowych. Zarówno Ania jak i Adaś nabyli niezłych umiejętności łyżwiarskich co sprawiało Im dużo radości. Każdej zimy ja wspólnie z dziećmi, korzystaliśmy z miejscowych otwartych lodowisk np. w Parku Podolskim. Podobnie na corocznych wyjazdach zimowych do Zakopanego, Bierutowic (Karpacza) czy Ustronia Śląskiego i Wisły.
W 1985 roku „w uznaniu zasług dla Zakładu PZ Graf RSW „Prasa-Książka-Ruch”, przyznano mi uroczyście asygnatę na zakup samochodu osobowego Fiat 125P do użytku prywatnego i służbowego. Nie byliśmy wtedy przygotowani finansowo aby w warunkach szybko postępującej inflacji i kosztów życia, pozwolić sobie choćby na sposób kredytowy, zakup nowego dużego samochodu. Natomiast w październiku 1986 po powrocie z Bieszczad, złożyłem na ręce dyrektora PZGraf Bogusława Kucaba, podanie o przyznanie asygnaty na przydział samochodu Fiat 126 P. Dyrektor nigdy nie decydował w takich sprawach jednoosobowo, zawsze korzystał z narad „aktywu” czyli POP i RZ ZZ Poligrafów. Do przydziału był jeden Maluch a podań kilka. Z koleżeńskich przecieków po naradzie aktywu dowiedziałem się że asygnatę na malucha przyznano kierownikowi Oddziału w Radomsku a uzasadnieniem odmowy mojego przydziału była nie zgodna z faktami pogłoska, że „…zmieniłem mieszkanie i nie mam obecnie telefonu więc i tak trzeba po mnie w razie potrzeby wysyłać samochód służbowy”. No cóż mimo że dyrektor forsował moją rekomendację, to w tamtym „aktywie” nie miałem żadnego głosu poparcia, bo moja aktywność w tych gremiach była zerowa. Partii unikałem jak morowego powietrza, w Radzie Zakładowej nie miałem potrzeby bywać, należałem do kadry zarządzającej Zakładem. Do ZZ Poligrafów nawet nie należałem, uważałem że Związki Zawodowe są dla pracowników nie dla kadry. Sytuacja zmotoryzowania naszej rodziny, stawała się dramatycznie skomplikowana. Nasz Trampek właśnie kończył 20 lat życia. Samochód wyglądał bardzo ładnie, w 1981 przeszedł wymianę blacharki progów oraz lakierowanie całego nadwozia ale silnik wymagał remontu kapitalnego (zakupiłem już nowe cylindry, tłoki i wał napędowy). I tu następuje dramatyczny moment decyzji, telefonuje do mnie kupiec, pani Brzezińska proponując szybki zakup Trabanta oferując bardzo dobrą cenę. Nie mieliśmy dużo czasu na tak ważną decyzję. Latem 1985 roku podczas letniego wyjazdu na wczasy w Bieszczady, mieliśmy dwie stłuczki o których napiszę poniżej. Z perspektywy czasu oceniam że decyzja sprzedaży samochodu w tamtym momencie nie była najmilszą z możliwych. Jednak konieczność wielu remontów czyli inwestowania w auto z niepewnym rezultatem – stawiane na minusie, zaś urządzanie dużego mieszkania oraz przyszłość naszych dzieci z priorytetem – były na plusie. Decyzja powyższa była analizowana na bieżąco przed podjęciem i przyszłości w wielu aspektach, zawsze wnioski były jednoznaczne za sprzedażą jako właściwą. Jednak wtedy w 1986 roku, myśląc alternatywnie „co by było gdyby”, niekiedy żałowaliśmy że wówczas nie szarpnęliśmy się na zakup kredytowy oferowanego Fiata 125 P. Te myśli nachodziły zwłaszcza wtedy, gdy jak na dłoni dostrzegaliśmy, że kredyt stało-procentowy stawał się najlepszą formą oszczędzania, ponieważ pieniądze bardzo szybko traciły na wartości. Zaczynał się w PRL okres hiperinflacji, niebawem wypłaty oraz ceny opiewały na miliony złotych. W wyniku sprzedaży Trampka i odmowy asygnaty na Malucha, aż cztery lata doświadczaliśmy życia i podróży bez samochodu. Te lata były dla nas równie atrakcyjne i obfitujące w podróże jak lata poprzednie i lata następne. Doświadczenia tych lat, nauczyły nas bardzo cenić niezależność komunikacyjną jaką zapewnia samochód osobowy. Końcówka lat osiemdziesiątych to był naprawdę trudny okres nie tylko dla kraju ale przede wszystkim dla większości Polaków. Kiedyś po wielu latach, już około 2000 roku, w zapomnianych już okolicznościach bliska nam przyjaciółka spytała „..dlaczego tak bardzo potępiacie wprowadzenie stanu wojennego w 1981 roku..”. Odpowiedziałem używając sformułowania „Babci Porębskiej z Barcic (o Niej więcej poniżej w kolejnych akapitach)” – „wojna Jaruzelska zabrała Polakom dziesięć lat życia które chcieli przeżyć po swojemu a nie pod dyktando z Moskwy”. O tym długim dziesięcioleciu…powiem krótko – „kartki” były na wszystko co było potrzebne do życia, ubrania czy użytkowania. W sklepach uspołecznionych nie można było kupić niczego co by się chciało, trzeba było kupować to co „oni rzucili” lub „załatwiać spod lady”, ponadto łaskawie „wolno było” przepłacać na targowisku czy giełdach. Towar stał się pieniądzem, wrócił handel wymienny, listy kolejkowe, nocne czuwania przed sklepami, emeryci dysponujący czasem i laską do obrony, stawali się obrotnymi pośrednikami, niemal przedsiębiorcami.
Zanim nastąpił wyżej opisany czas decyzji w 1986 roku, to mieliśmy przed sobą wyjazdy zimą do Karpacza i Bierutowic a latem długo oczekiwany wypad Trabantem w polskie Bieszczady latem 1985 roku. W długą podróż do Ośrodka Wypoczynkowego Rzeszowskiego Wydawnictwa Prasowego RSW „Prasa-Książka-Ruch” w Myczkowcach nad Sanem, jechaliśmy starannie planowaną trasą z postojami w Rzeszowie, Łańcucie oraz noclegiem w Przeworsku. Obiad zjedliśmy w przydrożnej, sympatycznej Rzeszowskiej restauracji. W Łańcucie na podjeździe do ulicznego miejsca dłuższego parkowania na czas zwiedzania, podjechałem nieuważnie lekko uderzając przednim zderzakiem w słupek łańcuchowy, ograniczający miejsce postojowe od chodnika. Gdy nieco wycofałem, okazało się że przedni zespolony zderzak z fartuchem tłumika, zwisa o kilka centymetrów od linii przedniego grilla. Musiałem szybko podjąć decyzję co i jak należy zrobić na miejscu, aby dalsza bezpieczna podróż była możliwa. Jako doświadczony użytkownik Trabanta, zawsze miałem w bagażniku, przemyślany zestaw wichajstrów oraz narzędzi, do doraźnych napraw podczas dalekich podróży. Podstawowym niezbędnikiem był niewielki zwój mocnego ale miękkiego żelaznego drutu. Dobrze że był w nadmiarze, ponieważ podczas tej wyprawy przydał się skutecznie i to aż dwukrotnie. Ówczesny Skansen Ziemi Gackiej a konkretnie Dom Gacki świadczący usługi hotelowe w Przeworsku (historycznie był domem użyteczności społecznej, Dom Ludowy wsi Gać), był on miejscem naszego dłuższego postoju oraz noclegu na szlaku długiej podróży w Bieszczady. Współcześnie to element zespołu zabytkowego o charakterze skansenu drewnianej zabudowy regionalnej o nazwie Pastewnik Skansen. „Ziemia Gacka” to dawny, nieoficjalny termin określający teren, na którym leży Leżajsk, Przeworsk i okolice, związany z historią regionu i lokalnymi legendami, choć nie jest to oficjalna nazwa administracyjna. Ominięty przez nas od północy Leżajsk, to miasto powiatowe na Podkarpaciu nad rzeką San, jest znane ze swojej bogatej historii, bazyliki z cudownym obrazem i organami, oraz z kultu żydowskiego cadyka chasydów, Elimelecha. Nocowanie w Domu Gackim było wygodne mimo iż obowiązywał tutaj ścisły regulamin chroniący obiekty i bogate wyposażenie izby hotelowej, mające charakter niemal muzealny. Dosłownie wszystko, nawet wieczorne i poranne mycie cechowało się oryginalnym ludowym instrumentarium z epoki początku dwudziestego wieku, aż do końca lat dwudziestych, trzydziestych tego okresu. Po porannym uprzątnięciu izby noclegowej, zamknęliśmy dom i klucze zdaliśmy u nocnego dozorcy skansenu. Śniadanie zjedliśmy z dojazdem w barze mlecznym, nieopodal Rynku przy cudnym ratuszu z wysoką wieżą i galeryjką strażniczą. Dalej przez Jarosław, Radymno, Przemyśl, Sanok, Zagórz, Lesko, Uherce do Myczkowiec. Jak widać wybraliśmy świadomie trasę dłuższą aby nie ominąć atrakcji które zaplanowaliśmy odwiedzić. Ośrodek w Myczkowcach był pięknie położony na wzgórzu nad szosą Uherce – Bóbrka, z cudownym widokiem na dolinę Sanu ze sztucznym jeziorem, tamą i elektrownią wodną Myczkowce. Ośrodek był całkowicie ogrodzony i zawierał dom socjalny z kuchnią, stołówką z tarasem, nieźle wyposażony węzłem sanitarnym z umywalnią, prysznicami, toaletami, salą świetlicową z telewizorem oraz wrzutowymi automatami telefonicznymi. Kwatery wczasowiczów to dobrze wyposażone domki kampingowe, posadowione na wypoziomowanych platformach wyciętych bezpośrednie z pochyłości wzgórza. Domek miał wiatrołap za drzwiami wejściowymi, kuchenkę z czajnikiem elektrycznym, otwartą umywalkę (syfon umywalki wyprowadzony bezpośrednio poza podłogę domku, wprost na wzgórze terenu), lodówką oraz pokój wielofunkcyjny z wygodnymi tapczanami jednoosobowymi. W dolnej części wzgórza wycięto i wypoziomowane boiska do siatkówki i koszykówki. Na końcu terenu przed siatkowym ogrodzeniem, wyznaczono miejsca parkingowe ale na mocno pochyłym terenie. Za ogrodzeniem było już tylko strome piaszczyste urwisko i szosa. Wolne było tylko jedno miejsce w samym narożniku ogrodzenia terenu i tam zaparkowałem trampka przodem do ogrodzenia. W sumie to było dobre miejsce bo… gdy wkrótce podjechała kolejna rodzina Polonezem a „kierowca” pozostawił pojazd na wzgórzu (obok boiska) jedynie na biegu, wysłał nastoletniego synka po dokumenty pozostawione w kabinie a właściwie na fotelu kierowcy. Chłopiec podbiegł do samochodu od strony pasażera i sięgając dokumenty zwolnił dźwignię biegów. Samochód niemal natychmiast rozpoczął staczanie w kierunku parkingu, chłopiec szczęśliwie zdołał wyskoczyć, przewracając się na wzniesieniu, jednak nic mu się nie stało. Widziałem to wszystko z góry lecz, kompletnie nic nie mogłem już zrobić. Pobiegłem w stronę chłopca a potem byłem pierwszy na miejscu stłuczek. Polonez uderzył w trzy kolejne samochody a zatrzymał się na czwartym, naszym Trampku – urywając mu lewą część tylnego zderzaka. W Trabancie szkody okazały się najmniejsze bo trzy poprzednie samochody uderzone w tyły czy przody nie pamiętam, uderzyły drugą stronę w siatkę ogrodzenia, która o dziwo napór ten wytrzymała. Gdyby płot runął to karambol byłby niewyobrażalny, ponieważ tam dalej (jak pisałem), było już tylko strome piaszczyste urwisko. Mój zwój drutu okazał się wystarczający na kolejną naprawę a Trampek z odrutowanymi zderzakami, sprawny i zdolny do dalszej jazdy. Trafiliśmy na dwa tygodnie stabilnej, słonecznej pogody. Rozgrywaliśmy nieraz po kilka meczy dziennie w mikstach i deblach, kilkadziesiąt meczy badmintonowych przez wysoką siatkę boiska do siatkówki. Ja w parze z Anią lub Adamem a po drugiej stronie siatki 19′ to latek instruktor KO i jego 18′ to letnia koleżanka. Mieliśmy nie łatwo ale byłem bardzo zadowolony z faktu że nasze dzieci nabrały sportowej werwy i turniejowej wprawy. Podczas pobytu zrobiliśmy samochodowy wypad nad jezioro i tamę w Solinie. Ponadto nasze kierownictwo turnusu, jako stałe punkty programu zaoferowało dwie bardzo atrakcyjne piesze wycieczki. Pierwsza do tamy i elektrowni wodnej Myczkowce a druga do szkółek hodowlanych i rezerwatu wilka nadleśnictwa Brzegi Dolne (obecnie nadleśnictwo Ustrzyki Dolne) w lasach okolicy Orelca. Dojście poprzez przepiękną tamę do elektrowni wodnej, zwłaszcza zwiedzanie jej technicznego wnętrza, widoki turbiny oraz kilkumetrowego wolnoobrotowego generatora a szczególnie nastawni zrobiło na mnie wielkie wrażenie. I ten niewielki szum generatora, wentylacji oraz kojący plusk wody, porównywałem do bardzo trudnego do zniesienia hałasu turbogeneratorów, znanych mi od lat elektrowni klasycznych – dotąd byłem fanem sprawności energetycznej a tutaj po raz pierwszy stawałem się fanem zielonej oraz odnawialnej energii i pozostaję nim do dzisiaj. Druga wycieczka kilkunastokilometrowa, pozostawiła równie niezatarte wrażenia emocjonalne i wizualne. Leśnik który był naszym przewodnikiem doprowadził wycieczkę do sobie dobrze znanego miejsca przy ogrodzeniu z grubej siatki, mieszczącym młodniki sosnowe, przecinane pagórkami czy piaszczystymi rowami. Leśnik podszedł do siatki i stuknął w druty ogrodzenia. Po chwili z pobliskiego parowu wybiega wilczyca, zbliżywszy się do płotu na około dwa metry…bezgłośnie obnażyła przerażająco długie białe kły, osadzone w nienaturalnie szerokim i długim pysku. Odbiega na bok w lewo, prawo i bezszelestnie znika za wierzchołkiem parowu. Leśnik rozpoczyna gawędę o zwyczajach wilków, mówi kiedy jak i dlaczego, zamknięto je tutaj w terenie ogrodzonym bardzo grubą siatką, wkopaną w piaszczysty teren lasu na głębokości 1,5 metra. Wyjaśnia zagadkowo, dlaczego wilki zamknięto w terenie oficjalnie definiowanym jako zespół szkółek rozsadnikowych oraz młodników gatunkowych Orelec.
W latach 1982 – 1986 kilkakrotnie przebywaliśmy na rodzinnych turnusach wczasowych w okolicach Sulejowa Polany. Początkowo w 1982 i 1985 bywaliśmy w naszym kempingowym Zakładowym Ośrodku Wczasowym PZGraf w Łodzi. Mieścił się na samym końcu drogi leśnej noszącej miano Polany. W 1983 byliśmy w Ośrodku Wczasowym Komitetu Radia i Telewizji w Ustroniu Górskim a w 1984 w Szklarskiej Porębie. W lecie 1986 roku i zimą 1987, byliśmy rodzinnie w Ośrodku Szkoleniowo Wypoczynkowym Służby Więziennej w Sulejowie Polance, mieszczącym się w połowie drogi od szosy 74 do Murowańca.
Jagódka w lipcu 1986 roku pełniła dyżur wakacyjny jako wicedyrektor Zespołu Szkół Mechanicznych nr 2. W tym czasie w holach i korytarzach pierwszego piętra wykonywane były prace remontowe. Powierzchnie posadzek betonu lastriko pokrywane były wylewanymi, poliuretanowymi nawierzchniami żywicznymi typu PU. To były wielkie obszarowo powierzchnie które należało pokryć równo i szybko płynną warstwą żywic, należało to zrobić szybko i dokładnie. Wykonawcy POLYCHEM podzielili ten obszar na trzy części poczynając pracę od obszaru środka, potem lewy w stronę klatki schodowej północnej, po czym planowali prawy w stronę klatki południowej. wszystkie okna w holach i korytarzach oraz w pokoju wicedyrektorów były otwarte. Okazało się że koncentracja oparów chemicznych była tak duża że Jagódka poczuła się bardzo źle, omdlała na korytarzu, szczęśliwie na oczach nadzoru firmowego. Wezwano Pogotowie Ratunkowe tzw. R, po wstępnej wentylacji tlenem i ocuceniu z omdlenia, ambulansem R na sygnale dźwiękowym, przewieziono Jagódkę do Oddziału Zatruć Instytutu Medycyny Pracy na ulicy Teresy. Tam zaczął się długotrwały proces diagnostyczny powiązany ze specjalistyczną terapią płuc a głównie oskrzelików które zareagowały skurczem, podobnym w naturze do przebiegu astmy. Leczenie szybko przyniosło pozytywny efekt, Jagódka normalnie funkcjonowała ale przy sobie zawsze musiała mieć inhalator. Niekorzystnym zjawiskiem była dramatyczna skurczowa reakcja oskrzelików w konfrontacji z intensywnym zapachem np. lilie, konwalie, bzy. Szczególnie silna była reakcja na dymy podczas smażenia mięsa, ryb czy nawet naleśników oraz pieczenia ciasta. Najbardziej dramatycznie było na wiosnę 1986 roku gdy pojechaliśmy Trabantem do rodziców na Żabieniec gdzie zbierała intensywnie kwitnące konwalie leśne w duży bukiet. W pewnym momencie usłyszałem świszczący oddech i szukanie w kieszeni inhalatora… a tam go nie było. Nie żegnając się z rodzicami szybko wsiadamy do Trampki i gnamy na łeb na szyję trąbiąc klaksonem i przejeżdżając skrzyżowania na czerwonym świetle do Szpitala Wojskowego na Żeromskiego. Pomagał pęd powietrza i przeciąg z otwartych obustronnie okien bocznych. Tak trwało do 1988 roku gdy Jej lekarz prowadzący a jednocześnie przyszły Profesor Medycyny Paweł Górski prof. dr hab. n. med. Paweł Górski , zdecydował o pogłębienie badań w kierunku alergologicznym i skierowaniu wniosku o uznanie choroby zawodowej oraz renty z tytułu inwalidztwa oddechowego. Dwa pobyty Jagódki jesienią 1988 i wiosną 1989 roku, momentami dramatyczne badania skutkowały zmianą terapii na zastrzyki sterydowe w cyklach kilku miesięcznych oraz przyznaniem grupy i renty inwalidzkiej.
Lato 1987 roku to pierwsza podróż na wczasy rodzinne autobusem dalekobieżnym, każdy z nas obarczony podręcznym bagażem a ja wózeczkiem ciągnę dwie duże walizki bagażu. Jedziemy autobusem dalekobieżnym o punkcie docelowym Krynica – Zdrój. My rodziną wysiadamy na małym wiejskim przystanku Barcice nad Popradem. To właściwie takie wylotowe przedmieście Starego Sącza za którym wiedzie kręta, przepięknie malownicza trasa 87 szlakiem podgórskich uzdrowisk Rytro, Piwniczna na lewym brzegu Popradu zaś za Piwniczną, Łomnicą przez stary most (rozmontowany w 2014 roku), wiedzie prawobrzeżną niesłychanie malowniczą trasą brzegiem Popradu, przez Żegiestów i Muszynę do Krynicy Zdroju. Łatwo znajdujemy naszą wczasową kwaterę prowadzoną przez rodzinę Porębskich „babcię Porębską” i rodzinę Jej przysposobionej córki, prowadzącą wczasową stołówkę dla kilku wczasowych rodzin. Niesłychanie miła i przyjazna Pani Porębska już na wstępie prosiła aby w ten sposób, familiarnie zwracały się do Niej nasze dzieci. Tam w tym domu pełnym ciepła i życzliwości, spotkaliśmy żywą historię Jej życia w czasie wojny oraz w latach powojennych. Tam też pierwszy raz usłyszeliśmy od Niej niesłychanie doświadczonej kobiety że mamy „wojnę Jaruzelską”. Nasze dzieci niesłychanie polubiły gawędy babci Porębskiej o dziejach jej pracy i życia, ceniły bardziej niż nasze propozycje spacerów czy wycieczek. Ponieważ sam pasjonuję się dziejami swoich przodków z obu rodzin oraz historią walk wojny, partyzantki oraz wojennych formacji konspiracyjnych, skrótowo nawiążę do historii życia pani Porębskiej na tle wojennych oraz powojennych dziejów Podhala (Podtatrza). Podczas II Wojny Światowej młoda Porębska „Sarenka”, działała jako przewodniczka przez Słowację i dalej na Węgry, przeprowadzała niewielki grupy uchodźców politycznych, uciekinierów z obozów zagłady oraz innych ważnych osób m.in. kurierów rządu na uchodźctwie. Działała w organizacji konspiracyjnej zgodnie z rozkazami przychodzącymi z dowództwa. Prawdopodobnie należała do Konfederacji Tatrzańskiej oraz powołanego w niej, konspiracyjnego Oddziału zbrojnego Dywizja Górska. Organizacje powstałe w sprzeciwie społecznym skierowanym ku krzeptowszczyźnie, zakopiańskiej zdradzie i kolaboracji z Niemcami. To są tylko moje przypuszczenia, hipotezy oparte o opowiadania pani Porębskiej z Barcic. Opowiadała ciekawie o spotkaniach w tamtym okresie 1941 -1942 w rejonie Turbacza oraz współpracy z Józefem Kurasiem wtedy noszącym pseudonim „Orzeł”. W 1942 roku na skutek zdrady nastąpiło rozbicie struktur i aresztowania kierownictwa Konfederacji i Dywizji. Przetrwał jedynie Oddział „Orła”, jednak po pacyfikacji jego rodzinnej miejscowości Waksmund w 1943, spaleniu domu oraz wymordowaniu jego bliskich Józef Kuraś zmienił pseudonim na „Ogień” i przystąpił do struktur AK w obozie pod nazwą „Wilk” „Ogień” . W tym czasie młodej pani Porębskiej ze względów bezpieczeństwa, zakazano powrotu z Węgier do kraju. Babcia Porębska podkreślała że nigdy nie nauczyła się dobrze gotować ale potrafiła doskonale organizować pomoc, aprowizację, personel kuchni, stołówki czy zaplecza gospodarczego. Potrafiła wybrać najchętniejsze, pracowite, najbardziej obrotne i dobrze gotujące „dziobki” do pomocy w kuchni i stołówce. A tych kuchni i stołówek w różnych miejscowościach, różnych obozach uchodźczych Węgier oraz przeróżnych organizacjach pomocowych okresu wojny, dla których z powodzeniem pracowała było bez liku Polacy na Węgrzech 1939-1945 . Po wojnie także pracowała dla Gminnych Spółdzielni, Kół Gospodyń Wiejskich, Ośrodków Wczasowych oraz wielu innych, zawsze jako osoba zarządzająca gastronomią czy aprowizacją oraz handlem. Wściekła na UB-owców i KBW-jaków wykonujących rozkazy komunistów partii PPR, roniła łezkę na wspomnienie straty małoletniego syna pojmanego podczas ostatecznej akcji likwidacyjnej „Ogniowców”. Aresztowani winni nie winni około 1950 roku, byli więźniami w katowni UB Montelupich w Krakowie. Podobno zginął podczas ucieczki kilku osadzonych. Miejsce pochówku syna pozostawało dla niej nieznane, nie spodziewała się że to kiedyś zostanie ujawnione. Dała się zaprosić i wstąpiła w szeregi ZBOWiD aby siłą argumentacji i doświadczeń życia, mieć wpływ na to jak działa ta organizacja…przynajmniej w Małopolsce. Jak już pisałem gawędy Babci Porębskiej także dla nas były żywą lekcją historii zakazanej w stalinowskich podręcznikach z których nas uczono, zakłamywaną historią niezłomnych żołnierzy podziemia niepodległościowego, żołnierzy wyklętych, jakże często określanych haniebnym mianem „bandytów” w powojennej Polsce Ludowej.
Smardzewice nad Pilicą to piękna historyczna miejscowość w niewielkiej odległości od Tomaszowa Mazowieckiego DN Do Smardzewic 1921. Tutaj zlokalizowano tamę, zaporę z trzyprzęsłowym jazem oraz niewielką dwuturbinową elektrownię wodną Kaplana o mocy 3,6 MW, wbudowaną w kanał spustowy tamy Zbiornika Sulejowskiego. To była nasza druga podróż na wczasy letnie autobusem docelowo do Opoczna w 1988 roku. Wysiedliśmy z autobusu na przystanku za tamą na Pilicy a stąd już pieszo ulicą Klonową nad brzegiem zalewu, do Ośrodka wypoczynkowo – rekreacyjnego CZGS Samopomoc Chłopska. Ten obiekt pod względem leśnego położenia w bliskim dostępem do zalewu, wyglądu budynków czy też hotelową komunikacją wewnętrzną, wyposażenia budynku w miękkie chodniki, standardu pokoi z tarasami czy wygody zaplecza gastronomicznego, spełnił nasze oczekiwania. Posiłki były smaczne oraz jak na ten trudny czas gospodarczy, kaloryczne i urozmaicone owocami czy warzywami. Pamiętam że nie trafiliśmy na słoneczną upalną pogodę a raczej na warunki spacerowo barowe. Byliśmy jeszcze młodzi i zdrowi a nasze dzieci dorastające do dorosłości, spędzaliśmy czas na licznych dość dalekich spacerach do Borków, do przepięknego Sanktuarium św. Anny Samotrzeciej z położonym na wewnętrznym cmentarzu grobowcem rodu Makomaskich, do rezerwatu żubra i bizona Zwierzyniec Książ (obok linii kolejowej Tomaszów – Opoczno), do kopalni piasków kwarcowych Biała Góra w tym przejście ulicą Jeneralską, do rezerwatu Niebieskie Źródła w sąsiedztwie Tomaszowa. Często odwiedzaliśmy smażalnię ryb w pobliżu plaży nad zalewem i zajadaliśmy przepyszne płaty świeżo smażonego sandacza. Tamę oraz plażę czy otoczenie gastronomiczne, często odwiedzaliśmy zarówno wcześniej Trabantem jak i później po wielu latach, ostatnio Toyotą z wnuczką Niną, jako trasa wycieczkowa Tomaszów, Smardzewice, Nagórzyce podczas pobytu w Spale latem w 2019 roku. Współcześnie ośrodek jest znanym w całym kraju komercyjnym Centrum Konferencyjno – Rekreacyjnym MOLO. Obiekt zaplecze gastronomiczne oraz rekreacyjne czy sportowe zmieniło się na korzyść, jest prawdziwie europejskim ośrodkiem hotelowym z bazą fitness, spa, basen, sport, molo zaś Smardzewice to teraz przepiękne miejsce do pracy i zamieszkania.
W lecie 1989 roku, ponownie postanowiliśmy wybrać się na indywidualnie organizowany, rodzinny pobyt wczasowy w Sulejowie Polanie w kwaterze prywatnej, starym piętrowym domu krytym dachówką, z tarasem i sadem. Nasz Zakładowy Ośrodek kempingowy w Sulejowie Polance został sprzedany za niewielkie pieniądze TKKF Dzikusy z przeznaczeniem na Ośrodek kolonijny dla młodzieży. W znanym nam z uprzednich pobytów Ośrodku Więziennictwa, udało się wykupić jedynie obiady zaś kolacje i śniadania organizowaliśmy we własnym zakresie korzystając ze sprzętu kuchennego kwatery na ulicy Leśnej. Jak już pisałem to były trudne czasy ale byliśmy zahartowani w ich pokonywaniu, potrafiliśmy się cieszyć ze wszystkich chwil spędzonych razem w pięknym leśnym otoczeniu. Byliśmy bez samochodu a Ciuchcia już nie kursowała na znanej nam trasie, pozostawały piesze wycieczki głównie sentymentalne powroty do wielu dawno nie widzianych miejsc jak Sulejów – plac Straży i wapienniki nad Pilicą w stronę Białej, Podklasztorze i jego przecudne leśne okolice, trasa starorzeczem Pilicy, ujście Luciąży i teren ruin Murowańca. Bywaliśmy także we Włodzimierzowie i bezskutecznie próbowaliśmy przejść dawną spacerową trasą wiodącą urwistymi zakolami Luciąży w lewobrzeżnym Przygłowie. To nie była wyprawa udana, teren podzielono na działki letniskowe z licznymi ogrodzeniami, między nimi nie zachowano dawnych ścieżek a właściwie nie dostrzegliśmy tam żadnych przejść w kierunku rzeki. Nie było czasu aby dokładnie poznać topografię terenu po to by poznać nowe trasy przejść dla pieszych. Przeszliśmy na drugą stronę szosy 74 w kierunku ulicy Energetycznej aby przejść obok działki generała Mirosława Hermaszewskiego i tedy dotrzeć obok nowego osiedla, dalej ulicą Polanka do naszej Leśnej.
W drugiej połowie sierpnia Jagódka jako wychowawczyni męskiej grupy młodzieżowej kolonii letnich Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Łodzi (Policja od 6.4.1990), wyjechała wraz Anią jako społeczną asystentką wychowawcy do Jarosławca nad Bałtykiem. Zachowało się kilka slajdów z wycieczki zorganizowanej przez Kolonię do Gdyni z okazji otwarcia zwiedzania Daru Pomorza przy Nabrzeżu Pomorskim (Skwer Kościuszki) w Gdyni jako statek-muzeum. W tym samym czasie Dar Młodzieży (wprowadzony do służby w 1982 r.) był aktywnym żaglowcem szkolnym Wyższej Szkoły Morskiej (obecnie Akademia Morska) w Gdyni, realizującym rejsy szkoleniowe i biorącym udział w regatach, a jego portem macierzystym była Gdynia.
W roku 1990 postanowiliśmy wybrać na miejsce rodzinnego wypoczynku letniego, Ośrodek Wczasowy Almatur w Księżych Młynach nad Wartą. Ośrodek położony przy leśnej, nadwarciańskiej drodze będącej odnogą trasy 478 łączącej Poddębice z Kaliszem a łączącej się z nią w pobliżu miejsca posadowienia tamy Zalewu Jeziorsko w Łyszkowicach. Dojechaliśmy tam rejsowym autobusem PKS relacji Łódź – Sieradz przez Poddębice, Łyszkowice i Wartę. Warunki w hotelowcu Almaturu nie były rewelacyjne. Obiekt wybudowany według projektu podobnego do hotelowca w CZGS Samopomoc Chłopska w Smardzewicach, był dużo gorzej wykonany. Korytarz – hol komunikacyjny nie posiadał ani dywanowej wykładziny ani odpowiednio strojnego oświetlenia ani wystroju ścian w postaci tapet czy obrazków ani najmniejszych roślin czy innych dekoracji. Ponadto drzwi do pokojów hotelowych były tak niedopasowane do futryn że od podłogi była kilkucentymetrowa, puszczająca światło i hałas niczym nie wypełniona szczelina. Hałas dobywał się z niewytłumionego chodnikiem korytarza oraz z sąsiednich pokoi, stawał się momentami nie do zniesienia. Gastronomia była na niezłym poziomie, posiłki były smaczne serwowane regularnie, kalorycznie były wystarczające więc nigdzie nie trzeba było szukać i niczego ekstra dokupować. Ośrodek posiadał dwa nieźle wyposażone korty tenisowe i wypożyczalnię rakiet oraz piłeczek tenisowych. Od pierwszego dnia pobytu rozpoczęliśmy treningi oraz doskonalenie naszych początkowych umiejętności tenisowych. Treningi nasze nie były zbyt częste z uwagi na jakość rakiet, były to ciężkie rakiety aluminiowe z grubą żyłką nylonową. Rakiety były zbyt ciężkie dla młodych nadgarstków i stawów łokciowych. Wprowadziliśmy więc ścisły reżym, nie więcej niż 1 godzina dziennie, dwie rundy po pół godziny ja z Anią a potem ja z Adasiem. Pogody plażowej na niewielkiej piaszczystej plaży wewnętrznej nad Wartą nie było zbyt wiele, korzystaliśmy więc ze spacerów nad brzegiem Warty, obserwując wysepki kormoranów i malownicze pola uprawowe wikliny użytkowej. Dwukrotnie wydłużyliśmy naszą trasę spaceru aż do tamy, pięknego zbiornika Jeziorsko w Łyszkowicach. Wracaliśmy szosą korzystając ze ścieżek wiodących przez przepiękne sosnowe lasy. Postanowiliśmy także że drogę powrotną odbędziemy z przesiadką w Sieradzu a dalej rejsowym autobusem relacji Wrocław – Warszawa dosiadając się w Sieradzu lub jeśli będzie dogodne połączenie to koleją PKP do Łodzi Kaliskiej. W połowie turnusu organizator zaproponował odbycie całodziennej wyprawy, której celem będą dwa punkty zwiedzenia z przewodnikiem : 1. Obozu Eksterminacji Kulmhof z Pomnikiem Martyrologii i Ścianą Pamięci w Żabikowie obok Chełmna nad Nerem oraz 2. Sanktuarium MBB KP w Licheniu Starym nad malowniczym, całorocznie ciepłym jeziorem Licheńskim. Oczywiście to jeszcze nie było to miejsce jakie znamy współcześnie, Sanktuarium MB Bolesnej z wielką Bazyliką (erygowaną w 1994 roku). W 1990 było to znacznie więcej od pierwotnego miejsca kultu wizerunku MBB KP w niewielkim wiejskim kościele Św. Doroty i swojskiej okolicy z piaszczystą drogą i ławeczkami nad jeziorem, które pamiętaliśmy z naszej pierwszej wyprawy z dziećmi Trabantem do Lichenia około 1978 roku. Pielgrzymki, podróży przez Topolę Królewską, Dąbie, Chełmno, Koło malowniczą doliną Neru końca lat 70’tych. Pamiętam że byliśmy zmęczeni, było gorąco, dzieciom zachciało się pić i jeść. Nie byliśmy zbyt starannie przygotowani do tak długiej podróży szosami powiatowej kategorii. Długo rozglądaliśmy się i szukaliśmy w Licheniu jakiegoś sklepu lub gastronomii a nic dosłownie nic nie było. W końcu wróciliśmy do „cudownego” źródełka i napiliśmy się wody, także napełniając butelki opróżnione podczas jazdy. Głodni jakoś dojechaliśmy do Dąbia, tam pośpiesznie zjedliśmy smaczny obiad w miejscowej gospodzie GS.
FWP Leśnik, DW HANKA IV w Międzygórzu to był nasz letni wypoczynek rodzinny w 1991 roku. Jechaliśmy tam pociągiem pośpiesznym, dalekobieżnym ze stacją docelową Jelenia Góra. We Wrocławiu przesiadka na linię lokalną do Bystrzycy Kłodzkiej przez Ząbkowice Śląski, Bardo, Kłodzko. Tutaj przesiadka na autobus i po wielu godzinach podróży dojechaliśmy, to koniec trasy Międzygórze. Idziemy zameldować się w recepcji DW Hanka IV, to było z jednodniowym opóźnieniem. Tutaj następuje panika personelu, nasz pokój wczasowy został już jest wynajęty. Konsternacja, ale po krótkiej naradzie z dużym wahaniem proponują nam pokój rezerwowy tzw. służbowy. Oświadczamy że jeśli nam będzie odpowiadał to weźmiemy. Recepcjonistka prowadzi nas na poddasze skąd z balkonu tarasowego wskazuje wąską, niezabezpieczoną, kładkę nad wnęką wielospadowego dachu tego budynku, wiodącą do drzwi pokoju kolejnej facjaty, poddasza oddalonego o około 4 metry. Ta kładka jest na wysokości około 1,5 metra nad dwu spadem dachu a ma około 30 centymetrów szerokości, recepcjonistka miała klucze więc przeszła pierwsza a ja za nią z lekkim wahaniem. Pokoik był niewielki, miał tylko dwa niewielkie wysoko ustawione okna, cztery łóżka i nic więcej…żadnej szafy, szafek, stolika, krzeseł czy umywalki, toalety nie wspominając. Ta propozycja była dla nas nie do przyjęcia. W recepcji trwały narady i rozmowy telefoniczne a po kilkunastu minutach jest decyzja…dostajemy apartament w obiekcie wczasowym Pensjonat Milenium, położonym za mostem rzeki Wilczka, na górce po przeciwnej stronie ulicy Wojska Polskiego pod nr 9. Wtedy w 1991 roku na fali przemian społeczno-ekonomicznych ten willowy budynek, historycznie wchodzący w skład Hoteli Weiß, był świeżo po przebudowie, remoncie adaptacyjnym do funkcji pensjonatu dla turystów z obszaru „dewizowego”. Pokój na pierwszym piętrze z wnęką kuchenną i toaletą z kabiną prysznicową, prezentował się bardzo okazale, pachniał nowością mebli oraz wykładzin dywanowych.
Warunki w Pensjonacie Milenium bardzo nam odpowiadały i można powiedzieć że uratowały nasz wypoczynek gdyby nie poważny problem który ujawnił się już pierwszej nocy. Jagódka dostawała masywnych duszności ale tylko wtedy gdy leżała na tej nowiutkiej wersalce którą zajmowała. Pomyśleliśmy od razu o sytuacji która wystąpiła w mieszkaniu na Piotrkowskiej w Łodzi gdy w drodze z pracy do domu zakupiła nowe buciki letnie na spodach odlewanych z poliuretanu. Ponieważ dostawała duszności szczególnie w przedpokoju gdzie na stojaku obuwia postawiła nowe buciki. Wyniosłem je do komórki i w tym momencie duszności i kaszel ustąpiły jak ręką odjął. Stwierdziliśmy więc że ta nowa kanapa z wyściółką tapicerską z pianki poliuretanowej była przyczyną duszności. Jagódka była już wtedy po orzeczeniu astmy zawodowej z uczuleniem na rozpuszczalnik mas poliuretanowych o nazwie diizocyjanian toluenu (TDI) w trakcie terapii sterydami od ubiegłego 1990 roku. Mimo to zdecydowaliśmy dojechać na konsultacje lekarskie w Kłodzkim Pogotowiu Ratunkowym. Podjechaliśmy tam autobusem i szybko dostaliśmy się do lekarza, który okazał się łodzianinem z urodzenia i wykształcenia. Po wysłuchaniu świstów i pisków oskrzelowych stwierdził że paniki nie ma, trzeba wystawić tą kanapę z pokoju jak najdalej a nocować choćby na polówce. Tak zrobiliśmy po powrocie i ten sposób okazał się radykalnie skuteczny. Ataki duszności podobne do tych z pierwszych nocy, nie wystąpiły do końca naszego pobytu w Międzygórzu. Spacery po przepięknej okolicy nie sprawiały Jagódce większych trudności poza jednym z dłuższym odcinkiem pod górę, wyprawą szlakiem Powstańców Śląskich oraz dalej niebieskim aż do Sanktuarium Maria Śnieżna na górze Iglicznej. Inne trasy spacerowe jak : przepiękną trasą nad wodospad Wilczki przez Jej Rezerwat, czy do zapory zbiornika retencyjnego rzeki Wilczka w dolnym Międzygórzu a nawet długie spacery obok najpiękniejszego budynku, dawnego sanatorium a wtedy FWP Gigant – do Ogrodu Bajek, czy ulicą Śnieżną obok FWP Widok aż do stacji GOPR w górnym Międzygórzu jeszcze ulicą do skoczni i dalej kawałeczek szlakiem w kierunku masywu Śnieżnika, wszystko to Jagódka znosiła bez większych problemów.
Początkowo nadążaliśmy z głównym trzonem grupy wczasowiczów lecz z upływem czasu następowały coraz częstsze kryzysy oddechowe u Jagódki. Ale ostatecznie dała rade i zwiedziliśmy cały obszar wzgórza Iglicznej której szczyt to niesamowity punkt widokowy na całą ziemię Kłodzką oraz wzgórza masywu Śnieżnika. Obok nieco poniżej jest kościół z 1882 roku, w ołtarzu kopia cudownej figurki MBŚ – Przyczyny Naszej Radości z Maria Zell w Austrii oraz wszystkie budynki Świątynne. Powrót był już dużo łatwiejszy bo z górki i z przeświadczeniem dokonanej pielgrzymki dziękczynnej.
Decyzja wyboru Miedzygórza z perspektywy lat i doświadczeń letniego wypoczynku była jedną z najbardziej udanych. To przepiękna miejscowość z niepowtarzalnym klimatem, położeniem i bardzo bogatą historią ujmującą całą paletę zasłużonych założycieli HotelLauneMG, pamiętnych dla rozwoju budowniczych a nade wszystko, zachwyconych wielu pokoleń gości i wczasowiczów tutaj wypoczywających. Stuprocentowo trafnym jest określenie Międzygórze doliną beztroski.
Wyruszając na dalszą wyprawę do Ogrody Bajek, wybraliśmy trasę piękną ulicą Sanatoryjną, gdzie pod nr 5 przechodziliśmy obok budynku FWP DW Gigant, zbudowanego w 1882 roku jako Sanatorium dr Janischa Gigant. Był to wtedy i jest nadal największy budynek drewniany typu ryglowego w całym paśmie gór Sudetów. Po II Wojnie Światowej obiekt trafił w 1949 roku pod zarząd FWP. Od tego czasu nie pełnił funkcji Sanatorium Chorób Płuc ale Domu Wczasowego FWP Gigant. Współcześnie okolice Międzygórza zniszczyły powodzie w latach 1997 oraz 2024, gdy otoczenie prywatnego od 2014 roku, budynku „D. W. Gigant 1882” bardzo ucierpiało.
Spacer do wodospadu rzeki Wilczki to najpiękniejszy ze wszystkich odbytych w tym urokliwym otoczeniu. Ten cud natury powstał na linii uskoku tektonicznego, gdzie rzeka Wilczka spada z wysokości 22 m do kotła i dalej płynie wąskim wąwozem na kształt kanionów amerykańskich. Współcześnie od 2018 udostępniony obszar Rezerwatu Wodospad Wilczki w nowej odsłonie. Lasy Państwowe przeprowadziły wtedy kompleksową oraz kosztowną rewitalizację terenu. To ważne bo dzięki tym działaniom obszar stał się łatwiej dostępny oraz bardziej bezpieczny. Nad samym wodospadem znajduje się historyczny mostek jeszcze z czasów Marianny Orańskiej, która zakochała się w tym miejscu. To na jej zlecenie przeprowadzono tutaj pierwsze prace, udostępniono obszar turystycznie, a sama księżna zamieszkała tuż obok na wzniesieniu w swoim dworku myśliwskim. Wodospad wraz z najbliższym otoczeniem objęty jest od 1958 roku ochroną i tworzy rezerwat przyrody „Wodospad Wilczki”.
20 grudnia 1991 roku zawarłem z moją Drukarnią Prasową SA umowę pożyczki na kwotę 28 mln złotych polskich. Obie strony czyli Zarząd i ja byliśmy zainteresowani, szybkim rozwiązaniem mojego problemy komunikacji samochodowej w razie wezwań do Zakładu w celach służbowych przed i po godzinach pracy, zwłaszcza nocą. Pomyślałem że skoro nie wykorzystałem pierwszej szansy korzystnej pożyczki na zakup samochodu w 1985 roku, to wykorzystam ostatnią szansę na korzystny kredyt przed zbliżającą sie nieuchronnie stabilnością finansów publicznych i denominacją złotego. Pożyczka rozłożona była na dwa lata spłat przy korzystnym oprocentowaniu 1/2 odsetek a’vista w PKO BP, to były dobre warunki, wyjątkowo dobre. Po otrzymaniu pieniędzy musiałem przeczekać zastój biznesowy świąteczno-noworoczny ale już 13 stycznia 1992 nabyłem w Warszawie wstępnie dogadaną Ładę Samarę Berlinkę 1,5 GL za 45 mln złotych polskich. Mimo że nie lubię wymieniać sum ale zrobiłem to celowo a by współczesnym czytelnikom uświadomić w jakim punkcie znajdowało się polskie społeczeństwo, jak mierzyliśmy się każdego dnia z galopującą inflacją, rosnącymi cenami oraz bezrobociem. Jak każdego dnia nabieraliśmy szacunku do miejsca pracy, godnych warunków pracy i godnej płacy. To była szkoła podobna do tej w poprzednich pokoleniach moich dziadków z okresu Marki Polskiej przed reformą Władysława Grabskiego, czy moich rodziców z powojennego okresu stalinizmu, kartek i złodziejskiej wymiany słabej waluty tzw. Bierutówek. Pamiętny 1992 to rok maturalny Ani w XIII LO im. Marii Piotrowiczowej przy Eliasza Chaima Majzela 4 (Zuli Pacanowskiej 4) w Szkole którą sama wybrała z uwagi na rozszerzony program języka francuskiego, obowiązkowymi godzinami zajęć w języku francuskim oraz z maturę rozszerzoną z języka francuskiego. Doskonale poradziła sobie z tymi wyzwaniami zdając maturę na 6. Zdała egzamin wstępny, rozpoczynając studia wyższe magisterskie na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego zamierzając dyplomować się na kierunku Prawo Unii Europejskiej. Adaś po ukończeniu XXI LO im. Bolesława Prusa przy Mikołaja Kopernika 2, zdał egzamin i został przyjęty w 1989 roku na studia magisterskie w Wydziale Ekonomicznym Uniwersytetu Łódzkiego, na kierunku Informatyka Ekonomiczna u prof. dr hab. inż. Jerzego Stanisława Zielińskiego. Adaś i Ania oboje już dorośli i samodzielni, doskonale radzili sobie w nauce i w życiu.
Nasze plany wakacyjnego rodzinnego wyjazdu zostały przez Anię i Adasia zaaprobowane tylko dla tego, że pojedziemy pierwszy raz w długą trasę, naszym dużym samochodem Ładą Samarą i to do miejsca które doskonale znali oraz bardzo mile wspominali z poprzednich pobytów w Ustroniu Górskim, nad Wisłą w dawnym Ośrodku Wczasowym Komitetu Radia i Telewizji (obecnie Sanatorium Złocień przy Szpitalnej). Zaplanowaliśmy na nasz pobyt letni w Ustroniu krótki jednodniowy wypad do Cieszyna i Czech, chcieliśmy także zwiedzić słynną Kuźnię Ustroń (1772 za księcia sasko-cieszyńskiego Albrechta Kazimierza, Muzeum Huty Klemens) KuźniaUstroń i odnaleźć legendarną willę Edwarda Gierka położoną w centrum Ustronia przy ulicy Zielonej WillaGierka. Ponadto wypad i spacer po słynnym, handlowym obliczu pobliskiej Wisły. Oczywiście także wjazd krzesełkami na Czantorię i spokojne zejście pieszym szlakiem wędrówek. Oczywiście gastronomia i handel samego Ustronia także była w naszych planach pobytowych. Podsumowaniem tego pamiętnego roku było nasze 25 lecie, 16 grudnia blisko przed Świętami.
© copyright by Wojciech Kazimierz Jeneralczyk
ELTA : Jeszcze przed ukończeniem studiów politechnicznych, pojechałem tramwajem 44 do FTiAT Elta przy Aleksandrowskiej 67/93 do pana Andrzeja Klamuta, kierownika działu Kadr i Szkolenia celem podpisania umowy przedwstępnej na staż w Dziale Konstrukcyjnym Przekształtników. Dzięki temu miałem zapewniony staż pracy w firmie która była mi zawodowo najbliższa. Moim inżynierskim zamiłowaniem podczas studiów, stało się konstruowanie, wykonywanie oraz badanie nowych rozwiązań energoelektroniki. Nie pociągała mnie na tamtym etapie startu zawodowego, radiotechnika czy elektronika powszechnego użytku (radioodbiorniki, telewizory, szafy grające etc.). Pasją stała się elektronika przemysłowa i energoelektronika.
Pierwszy angaż otrzymałem na stanowisko konstruktora stażysty w Pracowni Sterowania i Regulacji Biura Konstrukcyjnego Przekształtników, kierowanej przez dr inż. Bogdana Łapińskiego. Pracę zaczynałem w dniu 4 kwietnia 1969 roku o godzinie 7:00. Okazało się że wiele osób personelu inżynieryjnego Laboratorium Aparatów Elektrycznych i Przekształtników w tym kierownik inż. Jędrzejewski czy mgr inż. Ostrowski, inż. Wasiak, inż. Czechowski – pamiętają mnie z czasów praktyki laboratoryjnej, odbytej podczas półrocznego kursu praktyk robotniczych 1963/ 1964 roku. Z tego okresu także ja dobrze zapamiętałem niezwykłego fachowca mgr inż. Stanisława Sakowicza, konstruktora układów sterowania i regulacji, mojej pracowni Biura Konstrukcyjnego Przekształtników w której odbywałem staż inżynierski. To była dla mnie niezwykle korzystna sytuacja, Staszek Sakowicz stał się moim cicerone i guru w jednej osobie. Mój staż zaczynał się w bardzo ważnym momencie bowiem zbliżały się a nawet trwały techniczne i laboratoryjne próby oraz odbiory konstruktorskie, dwóch prototypów ważnych dla Pracowni SiR. Projekty nowatorskich opracowań dotąd nie produkowanych wyrobów energoelektroniki. Pierwszy USR – układ samoczynnej regulacji, stanowiący element pierwszoplanowy systemu sterowania natężeniem prądu w procesie elektrolizy zimnej metali nieżelaznych. Drugim niezwykle interesującym całkowicie nowatorskim opracowaniem prototypowym był przekształtnik tyrystorowy do zasilania uzwojeń wzbudzenia silników synchronicznych dużej mocy (wzbudnica statyczna) PT 0,3 (0,5)/ 0,51 przeznaczonych dla kompresorowni wielkich mocy. Gdy zaczynałem staż w kwietniu 1969 roku kierownik Pracowni dr inż. Bogdan Łapiński, kończył staż doktorski w Instytucie Brown – Boveri w Austrii. Dopiero w czerwcu 1969 roku po Jego powrocie do kraju, miałem okazję Go powitać oraz rozmawiać jako z moim przełożonym. Dr inż. Bogdan Łapiński był niezwykle przyjazny w obyciu, zainteresowany wszelkimi nowinkami techniki, szerokim spektrum kultury i historii, osobą niezwykle dociekliwą oraz pragmatyczną. Bardzo odpowiadał mi Jego styl kierowania zespołem, pozostawienie indywidualnej swobody w działaniu, działaniu zmierzającym do osiągania uzgodnionego wspólnie celu. Pan Bogdan bardzo szybko zorientował się w moich możliwościach i umiejętnościach. Sprawdzałem się zwłaszcza w pracach badawczych, pomiarach elektroniki, automatyki. Cechowała mnie innowacyjność oraz kreatywność w działaniach konstruktorskich – określił mnie zabawnym mianem „szamana elektroniki”. Prace nad odbiorami i usprawnieniem obu ww. prototypów prowadzone były na terenie Laboratorium Aparatów i Przekształtników ale w osobnej wydzielonej salce nr 7. Mówiłem idę do „siódemki” i spędzałem tam całe dnie robocze poza posiłkami oraz przekazywaniem osiągniętych rezultatów z szefami zespołów konstruktorskich. Często sam siadałem za deską kreślarską, wprowadzałem zmiany w rysunkach złożeniowych oraz rozrysowywałem podzespoły czy detale. Był to okres niezwykle intensywnej pracy badawczo – konstruktorskiej. Praca moja niebawem przyniosła pozytywne rezultaty, wyniki rokujące szybkie wdrożenie prototypów do prób obiektowych. USR skierowano do procesu regulacji wielkiej mocy za pośrednictwem amplistatów, halą prostowników elektrolizy cynku oraz ołowiu w Hucie Metali Nieżelaznych Szopienice w Katowicach. Wykonanie modelowe PT 0,3 (0,5)/ 0,51 skierowano do prób wdrożeniowych jako alternatywny zasilacz statyczny wzbudzenia silnika synchronicznego 0,5 MW, kompresorów wielkiej mocy w Zakładach Farmaceutycznych POLFA w Pabianicach. Zespół wdrożeniowy ELTY – układu i sposobu regulacji wzbudzenia silników synchronicznych dużej mocy, wspólnie z twórcami projektu przekształtnika PT 0,3 (0,5)/ 0,51 z Instytutu Energetyki w Gdańsku, uzyskaliśmy patent UP PRL 52910. W 1974 roku, przekształtnik PT 0,3 (0,5)/ 0,51 otrzymał wyróżnienie w corocznym konkursie NOT w Łodzi.
W tym miejscu pragnę czytelnikowi przybliżyć przesłanki świadczące o szczęśliwym momencie w którym startowała moja praca zawodowa. W elektrotechnice pierwsza generacja regulatorów prądu i/lub napięcia w układach przemysłowych, oparta była o zespoły maszyn wirujących zwanych regulatorami dynamicznymi prądu i/lub napięcia. W 1903 gdy opatentowano w USA – REGULATION OF ELECTRIC CIRCUITS, rozpoczęła się druga generacja – statycznych regulatorów prądu i/lub napięcia. Gdy zaczynałem pracę w zawodową właśnie dokonywała się druga w historii elektrotechniki lecz pierwsza w moim życiu zawodowym – zmiana generacyjna statycznych układów sterowania i/lub regulacji z układów opartych o wzmacniacze magnetyczne czy dławiki nasycane (amplistaty), na sterowanie i/lub regulację opartą na elementach półprzewodnikowych mocy – tyrystorach (diodach sterowanych bramkowo). Zaczynała się era energoelektronicznego procesu sterowania i/lub regulacji wielkością prądu i/lub napięcia. W szerszym aspekcie całej techniki – po erach mechanizacji potem elektryfikacji, na moich oczach rozpoczynał się proces elektronizacji, praktycznie wszelkich procesów technologicznych oraz wyrobów przemysłowych zasilanych prądem elektrycznym.
Pierwszy pobyt w Pradze stolicy CSRS był w 1973 z wycieczką techniczną SEP przy FTiAT Elta. Praga mnie zachwyciła mimo że byliśmy krótko, intensywnie zwiedzaliśmy cudne zabytki i delikatesy (nawet Warszawskie nie robiły na mnie tak dużego wrażenia jak te praskie). Przywiozłem wtedy pneumatyczne zabawki z folii nylonowej, rewelacyjnej czeskiej jakości, były to kolorowe, połyskliwie błyszczące; duży pływający łabędź, duża piłka plażowa oraz dziecięce rękawki do pływania. Także słodkie pomarańcze, rewelacyjne, nie takie kwaśne jak sprowadzano do PRL z Kuby dwa razy do roku na święta, do tego banany, mandarynki, kawior, czeskie wino gronowe oraz inne delikatesowe przysmaki jak sardynki czy anchois.
Podczas pracy w FTiAT Elta stałem się wynalazcą i racjonalizatorem, pasjonowałem się zwłaszcza procesem oraz układami do natychmiastowego wyzwalania bramkowego tyrystorów. Dociekałem również praktycznego potwierdzenia sposobów najszybszego przejścia tyrystorów, ze stanu blokowania do stanu przewodzenia. Jednocześnie badałem praktycznie, bardzo intrygujący technicznie proces – wymuszonej komutacji tyrystora. Poznawany oraz badany dzięki opracowanym metodom sprowadzenia natężenia prądu odbiornika do wartości zerowej. Na Politechnice Łódzkiej ukończyłem specjalność Aparaty Elektryczne czyli specjalność zajmującą się procesami łączenia prądu elektrycznego. Łączniki prądu elektrycznego dotąd stosowane, oparte były o zestyki metalowe, układy gaszeniowe łuku elektrycznego, elektryczno-mechaniczne napędy zestyków. Tyrystor to półprzewodnikowy łącznik prądu – z pozoru materia inna ale procesy skutków bardzo podobne, niemal analogiczne. W 1975 roku ukończyłem Studia Podyplomowe z Układów Półprzewodnikowych na Politechnice Łódzkiej. W sposób wypełniłem formalny wymóg do wykonywania zawodu energoelektronika.
Pan dr inż. Bogdan Łapiński kierownik PSiR, mój przełożony o którym wspominałem powyżej, w 1971 złożył a w 1972 roku na rozprawie publicznej obronił doktorat, z procesów komutacji wymuszonej w energoelektronicznych impulsowych układach trakcyjnych. Wtedy to właśnie rozpoczęła się moja zawodowa przygoda z energoelektronicznymi układami trakcyjnymi o komutacji wymuszonej. W latach 1973 – 75 pracowałem w dwóch zespołach konstrukcyjnych, zespole napędów hutniczych wielkiej mocy oraz w zespole trakcyjnych napędów impulsowych. W pierwszym z nich pracowaliśmy nad dwoma projektami wynalazczymi finansowanymi ze środków fabrycznego funduszu wynalazczości i racjonalizacji w wysokości nieco ponad 1 mln zł (obecnie w 2022 roku ca 1o mln zł). W drugim zespole prowadziliśmy intensywne prace badawcze i konstruktorskie oraz laboratoryjne nad układem impulsowego rozruchu tramwaju miejskiego 600 V DC. Jednocześnie zespół ten opracowywał dokumentację konstrukcyjną celem wykonania wdrożeniowego fabrycznego modelu napędu impulsowego. Pierwszy niskonapięciowy dla akumulatorowych wózków widłowych, zamówiony przez Zakład Wózków Elektrycznych, Huty Stalowa Wola. Druga to rozwiązanie wdrożeniowe, modelu napędu impulsowego tramwaju miejskiego 600 V DC na zamówienie Zakładu Taboru KONSTAL w Chorzowie. Dokumentację projektu oraz badania modelu, wykonano w Instytucie Elektrotechniki w Warszawie z siedzibą w Międzylesiu. To właśnie tam w 1974 roku po zalesionym terenie Instytutu po Jego licznych asfaltowych alejkach, jeździłem pierwszy raz ówczesnym polskim hitem eksportowym, elektrycznym wózkiem golfowym MELEX. Ta najnowsza modelowa wersja napędzana z akumulatorów silnikiem tarczowym najnowszej generacji, za pośrednictwem impulsowego układu rozruchu i hamowania opracowanymi i wyprodukowanymi prototypowo w IEL. To doświadczenie bardzo zadziałało na moją twórczą wyobraźnię.
Wtedy w 1974 roku, nie przypuszczałem że dopiero za ca 25 lat ukażą się pierwsze hybrydowe samochody osobowe w produkcji seryjnej. Aby energoelektroniczny układ sterowania rozruchem, jazdą oraz hamowaniem szerokiej gamy bateryjnych pojazdów trakcyjnych, stał się możliwy do przemysłowego stosowania – elektrotechnika musiała dokonać rewolucji jakościowej na bazie szalonego wzrostu inżynierii materiałowej (magnesy neodymowe, silniki tarczowe, akumulatory bezkwasowe), oraz znacznego podniesienia sprawność procesów sterowania i/lub regulacji napędami. Znaczny wzrost sprawności zagwarantował minimalizację zużywanych zasobów energii elektrycznej. W przypadku sieciowych pojazdów trakcyjnych takich jak tramwaje, trolejbusy, pociągi czy metro, impulsowe układy oparte o tyrystory zostały zarzucone. Stało się tak ponieważ układy tyrystorowe prądu stałego wymagały do prawidłowego działania rozbudowanych, wysokonapięciowych układów komutacji wymuszonej, specjalnych, zaawansowanych technologicznie filtrów, układów przeciwprzepięciowych itd. itp. Ponadto zauważono wiele innych problemów, w tym nie dopasowania generacji systemów składowych jak silniki, przetwornice, aparatura sterownicza i łączeniowa itp. Tutaj dalsze prace aplikacyjne umożliwiło opracowanie a potem produkcja seryjna tyrystorów wyłączanych impulsem bramki GTO (gate turn off). Tyrystory GTO osiągają współcześnie zdolności łączeniowe do 10 kV przy prądzie do kilku kA. Równolegle ale dopiero w końcu dwudziestego wieku, pojawiły się seryjnie produkowane energoelektroniczne tranzystory MOSFET oraz IGBT. Aplikowaniem tego typu elementów półprzewodnikowych do łączenia prądu w układach trakcji 3 kV, zajmowałem się na Politechnice Łódzkiej w latach 1996 – 2009, gdzie w macierzystym Instytucie Aparatów Elektrycznych na stanowisku specjalisty IT pracowałem aż do emerytury.
W pierwszym zespole napędów hutniczych, pracowaliśmy nad dwoma projektami wynalazczymi finansowanymi ze środków fabrycznego funduszu wynalazczości i racjonalizacji w wysokości nieco ponad 1 mln zł (obecnie w 2022 roku ca 1o mln zł). W 2022 roku minęło 50 lat od sztandarowej decyzji partyjnej ekipy Edwarda Gierka, budowy kombinatu metalurgicznego Huta Katowice w rejonie Ząbkowic Będzińskich. Surowiec do produkcji to rudy jaspilitowe ubogie w żelazo 20 – 25%, wydobywane odkrywkowo w rejonie Krzywego Rogu a dostarczane do kombinatu dedykowaną szerokotorową linią kolejową z Ukrainy (ZSRR). FTiAT ELTA na poczet dostarczenia regulatorów tyrystorowych dla potężnych zespołów napędowych walcowni średniej, otrzymała wielki kontrakt w aspekcie zarówno ilościowym także finansowym. Wtedy właśnie w PSiR powołano wyspecjalizowany zespół konstruktorski napędów hutniczych. Szczęśliwie mogłem uczestniczyć w obu zespołach ponieważ prace planowe realizowałem w zespole napędów impulsowych, natomiast projekty wynalazcze w zespole napędów hutniczych. Te ostatnie wykonywane były w trybie prac zleconych w dodatkowym czasie pracy. Dokumentacja na dwa projekty wynalazcze została opracowana w przeciągu miesiąca na każdy z nich, następnie po sprawnym opracowaniu technologicznym, skierowana do prototypowni. Pierwszy z tych projektów to TYSTER, jednostka sterowniczo – regulacyjna do usprawnienia procesu odbiorów produkcyjnych oraz prób wyrobu.
Drugi wielki rangą projekt UNISTER + T6-UNIMASTER, to całkowita przebudowa dotąd stosowanej koncepcji wyrównywania obciążeń równoległych tyrystorów w gałęzi mostka prostowniczego, modułowych szaf tyrystorowych. Z układu gałęzi równoległych tyrystorów, znikają zwijane spiralnie z płaskownika miedzianego dławiki wyrównawcze (oszczędzamy 90% miedzi). Gałąź równoległych tyrystorów zmienia punkty rozpływu, zacisk wejściowy jest w pobliżu pierwszego tyrystora gałęzi a zacisk wyjściowy w pobliżu ostatniego z tyrystorów gałęzi (dynamiczna symetria impedancji gałęzi). Ponadto następuje diametralna zmiana koncepcji ideowej oraz konstrukcyjnej elektroniki sterowania bramkami tyrystorów. Projekt prezentował nowatorski pomysł zalecający odejście od przekazywania całej mocy potrzebnej do wyzwolenia wszystkich tyrystorów w wielomodułowej szafie tyrystorowej T6, z kasety zbiorczej wieloelementowego (wsuwki), sterownika dużej mocy JANTAR, za pośrednictwem wieloprzewodowej wiązki ekranowanych przewodów. To rozwiązanie jako materiało – energo – oraz praco – chłonne zostanie zastąpione lekkim, niewielkim, wyspecjalizowanym jedno lub wielofazowym, jednopłytowym sterownikiem małej mocy UNISTER, zgodnie z wynalazkiem UP PRL 88708. Źródłem pokaźnych oszczędności była koncepcja pobierania mocy niezbędnej do wyzwolenia tyrystorów, z układu anodowego każdego z tyrystorów w szafie T6-UNIMASTER, zgodnie z wynalazkiem UP PRL 79980. Niewielkiej mocy impulsy pośredniczące, przenoszone były do bramek tyrystorów, przez wysokonapięciowe transoptory (optyczne separatory impulsów). Impulsy wejściowe do tranoptorów były wytwarzane, kształtowane oraz synchronizowane w jednopłytowym sterowniku UNISTER w układzie opartym na zastosowaniu najnowszych scalonych wzmacniaczy operacyjnych 2709C. UNISTER umieszczono na wewnętrznej powierzchni drzwi szafy T6-UNIMASTER, stąd przekazywano impulsy przewodami dołączonymi do istniejących wiązek sterowania. Badania szafy tyrystorowej T6U (UNISTER+UNIMASTER) wykonywał Instytut Elektrotechniki Odział Łódzki w roku 1974/75. Wnioski z badań IEL-T6U , potwierdziły poprawność koncepcji wynalazku UP PRL 88708 oraz zdolność projektu do produkcji.
Drugi pobyt w czeskiej Pradze, najkrótszy w 1974 roku, był w zasadzie przejazdem w drodze do docelowego Budapesztu. Wyjechałem prywatnie, turystycznie na kilka godzin w Budapeszcie (wiza nie była potrzebna), koszty pokrywała FTiAT Elta a dokładnie dyrektor mojego pionu Przekształtniki, inż. Edmund Borowski. Plan produkcji Przekształtników był zagrożony nierytmicznością dostaw podstawowych komponentów energoelektronicznych, diod i tyrystorów krzemowych dużej mocy, produkcji praskiego zakładu CKD w CSRS. Poproszono mnie „..panie inżynierze zna pan rosyjski na tyle dobrze, by przedstawić dyrekcji CKD w Pradze, prośbę o przyspieszenie dostaw najbliższej partii diod o dwa tygodnie. Nie mamy innego sposobu aby to osiągnąć, jak tylko prywatny kontakt z dyrekcją producenta”. Była to propozycja z gatunku „prośba nie do odrzucenia”. Spodziewałem się ciekawej przygody i na pewno taką był fragment – podróży nocnym ekspresem międzynarodowym relacji Berlin – Belgrad przez Drezno, Pragę, Bratysławę Budapeszt. Do Pragi dojechałem wygodnie kuszetkowym pociągiem bezpośrednim Łódź Kaliska – Praha. W Pradze musiałem się żwawo uwijać, na szczęście nie miałem bagażu zjadłem w barze szybkie śniadanie i tramwajem dojechałem do CKD. Tam szybko zeszła do mnie posłanniczka dyrektora i wkrótce dotarliśmy do salki konferencyjnej gdzie oczekiwali na mnie dyrektorzy. O dziwo, jakoś wszystko udało mi się przedstawić po rosyjsku – byłem przygotowany co i do kogo mam powiedzieć. Wręczyłem także adresatowi pismo osobiste od mojego dyrektora, napisane po niemiecku. Po wymianie grzecznościowych formułek o podróży, zdrowiu i pogodzie, otrzymałem adres Hotelu Robotniczego na przedmieściu Pragi gdzie mogłem stawić się na nocleg o godzinie 20:00, pożegnałem się szarmancko z moją przewodniczką, byłem nareszcie wolny od spraw służbowych. Podjechałem tramwajem czy metrem do Dworca Głównego, oddałem teczkę do skrytki przechowalni, zakupiłem bilet do Budapesztu i miałem kilka godzin na spacer po śródmieściu Pragi które mocno się zmieniło. Waclawskie Namesti wypiękniał, pojawiła się tutaj główna stacja pierwszej linii metra tuż obok Muzeum i pomnika Św. Wacława. Poszedłem jeszcze na most Karola, stary rynek do knajpek i na Mala Strana. Czas było jechać do hotelu na przedmieścia. Tam po zakwaterowaniu podjąłem towarzyskie rozmowy z dwoma Czechami pracownikami CKD. Wypiliśmy dwa piwa, wymieniłem okazyjnie 100 złotych na korony. Oni mówili po czesku a ja po polsku mimo to całkiem nieźle się bawiliśmy. Rano jazda tramwajem do śródmieścia spacer po centrum idę do knajpek na obiad i piwo, potem spacer po Waclawskim, małe zakupy w delikatesach i czas był na Dworzec. Odjazd i zaczyna się przygoda, przedział wypełniony internacjonalnie, ośmiu mężczyzn, rozmownych ale każdy w swoim języku, przedstawiciele wielu „demoludów”, Czech, Słowak, Rumun, Chorwat, Serb, Rumun, Albańczyk i ja Polak. Wszyscy zgodnie to zauważyliśmy że choćby ktoś bardzo się starał, to trudno by było w jednym przedziale taki skład zestawić, wszyscy radośni, z humorem i talentami. Przypadek i chaos rządzi światem taka była nasza konkluzja. Przegadaliśmy a właściwie to prześpiewaliśmy całą noc bez odrobiny alkoholu a to była chyba największa sensacja. O ile pamięć mnie nie myli to Rumun wymyślił tą zabawę z obiegiem pieśni – zanucił taką znaną wielu narodom którą podchwyciliśmy i tak potoczyło się przez wiele godzin z przerwą na kontrolę graniczną. Ja ochoczy zapiewajło, podczas licznych obozów studenckich czy spotkań „eltowskich swoleżerów”, wyszkolony bez tremy, wyśpiewywałem kolejno gdy nadeszła moja kolej : ulubiony fragment arii z kurantem Skołuby ze Strasznego Dworu, potem „Czapajew gieroj”, fragment arii Jontka „szumią jodły..” z Halki, romanse „Sudba bradiagu”, „Oczi cziornyje”, czy też ulubione fragmenty arii Barin Kaya z Barona Cygańskiego oraz fragment romansu „Graj cyganie” Kalmana z Hrabiny Maricy. Potem troszeczkę drzemki jak chwilka, niespodzianie już wjeżdżamy na dworzec Keleti w Budapeszcie. Ta podróż to wprost niebywała przygoda, opowiedziana przeze mnie nieskończoną ilość razy, coś co może wydarzyć się przypadkiem raz w życiu, słowem jestem szczęściarzem. Wychodzę na peron i natychmiast podbiega do mnie Węgier i łamaną polszczyzną pyta „ty Polak?”, potwierdzam „pościele masz?, zaprzeczam, „obrusy, koszule, krem Nivea, Być Może”, zaprzeczam, „to co masz?, NIC! , „ty Polak?, TAK, „..to ja już zupełnie nic nie rozumiem??” po czym zrywa się i biegnie za ostatnimi wysiadającym aby jeszcze może dobić targu z kimś innym z Polski.
W lutym 1975 roku zebrała się zakładowa komisja wynalazczości pod przewodnictwem inż. Rajmunda Kiliańskiego RKiliański, Głównego Konstruktora Przekształtników w FTiAT Elta w Łodzi. Gdy Komisja uzgodniła werdykt poproszono mnie jako przedstawiciela zespołu twórców wynalazku. Znając pozytywne wyniki badań wchodziłem pełen nadziei na radosny finał projektu po niespełna dwóch latach pracy oraz oczekiwań. Bardzo szanowałem inż. Kiliańskiego znając Jego dorobek, uprzejmość i racjonalność. To co powiedział nie owijając w bawełnę „..Panie inżynierze – nie możemy przyjąć tego projektu do realizacji, ponieważ byłby samobójczy dla Zakładu !”, było dla mnie oraz praktycznie wszystkich, wielkim zaskoczeniem. Dopiero uzasadnienia decyzji, uświadomiło nam w jakiej rzeczywistości PRL’u żyjemy. Oto skrót tekstu uzasadnienia, tak ja to zapamiętałem „..państwa projekt przynosi tak wielkie oszczędności że ujmując w każdym aspekcie, wycena pojedynczego zespołu szaf napędowych z wliczonym segmentem sterowania, musiała by spaść o dwie trzecie w ujęciu wartościowym..”. Jako konstruktorzy oraz ludzie ceniący sprawność i efektywność, nie zdawaliśmy sobie sprawy jak są wyceniane oraz sprzedawane były nasze produkty finalne. Kilogramy surowców oraz materiałów konstrukcyjnych plus wartości zakupu innych komponentów, decydowały o cenie finalnego produktu. Skoro więc cena szaf T6 U musiała by spaść do ca jednej trzeciej ceny uprzedniej, to zawali się PLAN finansowy Zakładu Przekształtników FTiAT Elta. Żaden dyrektor państwowego przedsiębiorstwa w PRL na taki projekt nie mógł się zgodzić. Plany w każdej dziedzinie miały rosnąć, dlatego np. w Zakładach Porcelany przyjmowano kolejne projekty racjonalizatorskie polegające na pogrubianiu talerzy obiadowych do monstrualnej grubości niemal 10 mm!. Pogrubiano talerze ponieważ przy tej samej ilości wyprodukowanego asortymentu, zapewniony był systematyczny wzrost planu w aspekcie finansowym!! (takie racjonalizacje były przyjmowane bo efektem było więcej ton porcelany w jednostce czasu). Budowano Hutę Katowice aby zwiększyć plan produkcji stali, plan wydobycia węgla – topimy rudy niskoprocentowe (do 20% Fe, a więc plan wydobycia węgla dla hutnictwa wzrośnie o 100%), plan pozyskiwania żużla wielkopiecowego (wzrost także o 100%) itd. itp. Widać tu jak na dłoni, że ekonomia polityczna socjalizmu, pozbawiona była podstawowej logiki oraz sensu. Zderzyliśmy się ze ścianą.
W drugim zespole ZINT – impulsowych napędów trakcyjnych, intensywnie pracowałem nad projektem własnym oraz nad dokumentacjami projektów IEL Międzylesie. Pan dr inż. Bogdan Łapiński siłą argumentów przekonał kierownika Laboratorium Aparatów Elektrycznych inż. Jędrzejewskiego oraz Głównego Konstruktora Aparatów Trakcyjnych inż. Dobiecha, aby za oknami Laboratorium wystawić poligonową stację napędów tramwajowych. Na specjalnie wykonanych mocnych, żelbetonowych fundamentach, posadowiono dwa kompletne wózki napędowe wozu motorowego 600V oraz połączono układem kabli z tablicową rozdzielnicą laboratoryjną na głównej hali Laboratorium, nieopodal „siódemki”. Dr inż. Bogdan Łapiński powierzył mi błyskawiczne zaprojektowanie, jak najszybsze konstruowanie w jednoczesnym procesie wykonywania w metalu przez Prototypownię Aparatów Elektrycznych, sterownika oraz wersji tablicowej chopper’a 600V, wraz z kondensatorami komutacyjnym oraz zespołem filtrującym. Kondensatory impulsowe wysokiego napięcia, sprowadzono z TELPOD Kraków, (po znajomości z puli zamówionej i przeznaczonej dla Pracowni Laserów Wielkiej Mocy WAT, kierowanej przez prof. Sylwestra Kaliskiego). Wtedy to znowu na całe dnie przeniosłem się do „siódemki”, gdzie osobiście montowałem sterownik z zakupionych ad hoc modułów logicznych LOGISTER (wówczas nowość w Polsce) w łódzkiej FONICE. Sterownik chopper’a miał wytwarzać impuls START (inicjujący) proces rozruchu, uruchamiał logiczny układ generatora impulsów bramkowych tyrystorów głównych. [1] Prąd w silnikach zaczynał rosnąć wykładniczo, sygnał napięciowy z bocznika prądu był wzmacniany w przetwornikowym, separacyjnym wzmacniaczu sygnału (x1000). Po osiągnięciu założonego górnego poziomu prądu rozruchu, proporcjonalny do prądu sygnał napięciowy uruchamiał komparator, dalej układ generatora impulsów bramkowych tyrystorów układu gaszącego. Przeciwprąd z kondensatora powoduje wyzerowanie wartości prądu w tyrystorach głównych. Prąd w silnikach opada wykładniczo dzięki diodzie zerowej. Gdy jego wartość osiągała założony dolny poziom, sygnał napięciowy za wzmacniaczem uruchamiał komparator oraz układ generatora impulsów bramkowych tyrystorów głównych. Cykl choppera’a wraca do punktu [1]. Kiedy układ zmontowałem oraz sprawdziłem działanie przy użyciu symulatora procesu rozruchu oraz oscyloskopu, sterownik przeniesiono do hali prób obiektowych. Nie od razu było dobrze lecz do trzech razy sztuka. Gdy silniki ruszyły gładko i cicho a nie głośno i gwałtownie jak poprzednio, pan Bogdan mnie wyściskał nazywając „wielkim szamanem elektroniki”. Do Laboratorium zbiegali się liczni konstruktorzy oraz laboranci, wszyscy radośnie zachwyceni. To był piękny dzień, ale przysłowie mówi „pierwsze śliwki to robaczywki”. Potem była awantura w gabinecie inż. Kiliańskiego. Po wyjściu pan Bogdan wzburzony zaczyna demonstracyjnie pakować rzeczy do kartonów. Mnie proszą wraz z kierownikiem zespołu napędów hutniczych mgr inż. Andrzejem Pyziakiem do gabinetu Głównego. Kolejny raz w krótkim przedziale czasu, usłyszałem Jego wyrok zawodowy, wygłoszony grzecznie i beznamiętnie, przez inżyniera którego szanowałem i nadal szanuję. Dlaczego szanuję jego pamięć ?. Jego postawa wynikająca z dewizy „głową muru nie przebijesz, głowę zachowaj, poszukaj drzwi albo okna” – pomogła mi niebawem podjąć życiową decyzję. Jaki był wyrok?, „..dr inż. Łapiński odchodzi z połową swojego zespołu do Biura Konstrukcyjnego Aparatów. Nasze Biuro ma na ukończeniu Umowę z KONSTALEM, na prototypowy układ impulsowy UNIPOT 600/1 dla tramwaju 105N. Liczymy wraz z inż. Andrzejem Pyziakiem któremu powierzyłem kierowanie Pracownią, że pan zostanie z nami do czasu ukończenia tej pracy”. Miałem ochotę powiedzieć, odchodzę – ale nie byłem małostkowy. Andrzej Pyziak oraz Mirosław Krawczyk także Sławomir Misiński, byli moimi najbliższymi kolegami oraz udziałowcami wspólnie realizowanych wielu projektów wynalazczych, nie mogłem Im zrobić takiej przykrości. Musieli by przejąć mój temat, zapoznać się i poprowadzić słabo znane zagadnienie w sytuacji bardzo napiętego planu realizacji napędów hutniczych. Powiedziałem że zostaję do czasu zamknięcia tematu UNIPOT dla tramwaju 105N. W sumie kolejne niepowodzenie w krótkim przedziale czasu. Dokumentacja konstrukcyjna na impulsowy zespół napędowy UNIPOT 600/1 dla KONSTALU była ukończona, pozostał nadzór konstruktorski nad wykonaniem dwóch kompletów zestawów w Prototypowni Przekształtników. W połowie września 1975 roku, prototypy wysłano do badań typu w Zakładzie Trakcji Elektrycznej Instytutu Elektrotechniki w Międzylesiu. Aneks do umowy zaplanował ich zakończenie na dzień 30.1.1976 roku.
PRASA : Podczas wakacji 1975 roku wiele się wydarzyło. W czerwcu zadzwonił do mnie kolega inż. Zbigniew Nagórka. Pracowaliśmy z Nim wraz z mgr. inż. Stanisławem Sakowiczem o którym już wspominałem, w jednym zespole PSiR d/s opracowania oraz wdrożenia ulepszonej wersji USR dla Huty Szopienice w Katowicach w latach 1969 – 1973. Zbyszek wtedy studiował w trybie wieczorowym na Wydziale Elektrycznym PŁ. Ja byłem świeżo po studiach, chętnie Zbyszkowi pomagałem ilekroć byłem w stanie mu pomóc, najczęściej z dobrym skutkiem. Okazało się że wkrótce po ukończeniu studiów odszedł z Elty. Dowiaduję się że trafił na szczęśliwą sytuację, możliwość natychmiastowego awansu na stanowisko Głównego Energetyka w Drukarni Prasowej RSW „Prasa- Książka- Ruch”. Mówię do Zbyszka „..to na przeciw wyjścia z Uczelni na Żwirki ?”- pamiętałem ten widok wyjeżdżających ciężarówek z nakładem Expresu Ilustrowanego ok 13:00 gdy wychodziliśmy z uczelni w kierunku Baru „Zachodni”. Zbyszek się uśmiał „…..to prasy codziennej nie czytasz ? – już kilka lat jak nową, wielką drukarnię wybudowano na dawnych składach węglowych przy Armii Czerwonej 28 (Al. Piłsudskiego 82)”. „Wojtuś wpadnij do mnie na kawę, oprowadzę Ciebie po zakładzie….a może jeszcze coś ciekawego zaproponuję”. Zainteresował mnie bardzo – nigdy nie byłem w drukarni. Umówiliśmy od razu konkretny termin spotkania, przedpołudniem w następnym tygodniu. Zbyszek wprowadził mnie przez portiernię i prowadzi na drugie piętro przyległego, frontowo biurowca. Przechodzimy korytarzem wzdłuż całego biurowca prawie do końca, po drodze spotykamy wielu pracowników ciekawych mojej osoby (pomyślałem – Zbyszek przygotował inscenizację). Po lewej stronie przed końcem korytarza w drzwiach gabinetu czeka sympatyczny pan w okularach, serdecznie zapraszając na kawę. Pan okazał się wicedyrektorem d/s technicznych. Trzeba przyznać że przygotowali strategię. Pan Aleksander Znosko był kulturalnym, miłym w obejściu, wizjonerskim ale także konkretnym menadżerem. Dla mnie ważne, lubił i umiał słuchać ale i bardzo ciekawie mówił, opowiadał. Powiedział : „Panie inżynierze, ważne jest aby nasza propozycja wybrzmiała, zanim pójdziecie zwiedzać drukarnię. Odczuwamy brak specjalisty, fachowca elektronika-automatyka który zorganizuje dział Głównego Specjalisty d/s Automatyki…”. c. d. n.
Pomińmy konkrety tych propozycji, były bardzo atrakcyjne finansowo. To dobry moment aby opisać co było przedtem. W 1970 po ukończeniu stażu otrzymałem najwyższą podwyżkę (1000 zł brutto) przewidzianej dla stażystów w historii Elty. W następnych latach otrzymywałem corocznie znaczące podwyżki, do tego premie, wynagrodzenia za prace zlecone oraz znaczące kwoty z tytułu wdrożonych patentów. W Elcie, po ukończeniu, przekazaniu UNIPOTU do badań, byłem na out’ cie. Mogłem wybierać tylko między złym i gorszym kierunkiem. Pierwsze : zostać w pracowni Napędów Hutniczych pod kierownictwem mgr inż. Andrzeja Pyziaka – tutaj byłbym maszyną do adaptacyjnego przerysowywania formatek rysunkowych z dokumentacji Akademii Górniczo Hutniczej w Krakowie, na formatki sygnowane Działem Głównego Konstruktora Przekształtników. Jak już pisałem to dla mnie zbyt mało nowatorskie. Co prawda przez najbliższe 3 lub 4 lata, tej monotonnej pracy będzie pod dostatkiem, także ekstra-płatnych zleconych, ale o wynagrodzeniach patentowych musiałbym zapomnieć z racji odrzucenia projektu UNISTER+UNIMASTER. Drugie : przenieść się do Głównego Konstruktora Aparatów Elektrycznych – Pracowni Impulsowych Napędów Trakcyjnych pod kierownictwem dr inż. Bogdana Łapińskiego. Ten wybór gwarantował ciekawą, nowatorską pracę lecz bez perspektyw na prace zlecone czy wynagrodzenia patentowe. Przez kilka najbliższych lat pracowałbym intensywnie, w ciekawej materii ale jedynie za pensję plus premię regulaminową.
C. d. – wracam do relacji. Zwiedzam w asyście Zbyszka Nagórki oraz montera elektronika, pana Ryszarda Kulejowskiego – wielką nowoczesną Drukarnię Prasowych Zakładów Graficznych, RSW „Prasa-Książka-Ruch” przy Armii Czerwonej 28 (Piłsudskiego 82) w Łodzi. Proces technologiczny przygotowania form drukarskich w tym fotografii reprodukcyjnej oraz wytrawiania klisz cynkowych, składu zecerskiego oraz wierszowego, montaż stron wraz z kopią szczotkową, przygotowanie metalowych form rotacyjnych czy płyt offsetowych, druku w różnych technologiach – arkuszowej oraz rotacyjnej, procesu składania egzemplarzy prasy czy zeszytów gotowego produktu papierowego, zszywanie lub sklejanie broszur oraz książek – zrobił na mnie wielkie wrażenie. Po tym nawale wiedzy gdy trochę ochłonąłem, Zbyszek poprowadził wycieczkę w stronę potężnego zaplecza technicznego, transportowego oraz utylizacji odpadów papierowych, to dopiero była jazda bez trzymanki. Potężne stacje zasilania WN i NN. Agregat diesla z generatorem rezerwowym dużej mocy, szynoprzewody, stacja uzdatniania wody, pompy, zbiorniki, schrony, samochodowa baza transportu, automatyczna prasa odpadów papierowych, boksy redakcyjne, centrala oraz łącznica telefoniczna także alarmowa. Wracamy do gabinetu pana Aleksandra Znosko, mówię „..nawet to co już widziałem jest wyzwaniem !. Najbardziej interesuje mnie to co będzie. Przypomnę że opowiedział pan o planach koncernu RSW w zakresie decentralizacji druku prasy codziennej. Zapowiedź związanej z tym kierunkiem, niezbędnej elektronizacji przekazu sieciowego na kilka kierunków jednocześnie. Potem naświetlania klisz oraz obróbki płyt offsetowych w procesorach fotochemicznych. Ale najbardziej intryguje mnie wielka, pierwsza po tej stronie Sprewy, wielokolorowa, pełnoformatowa, rotacyjna amerykańska maszyna offsetowa Goss Metro, wyposażona w liniowe, łańcuchowe, chwytakowe transportery gazetowe, liczniki egzemplarzy, zasypowe formowanie paczek (sztaplarki) wszystko marki Ferag AG oraz końcowy zautomatyzowany proces dystrybucji paczek prasy. To dopiero duże wyzwania… jeśli uzgodnimy szczegóły, będę gotów je podjąć !”. Po kilku dniach oraz spotkaniach, uzgodniliśmy warunki pracy, płacy, socjalne oraz lokalowe. W lipcu tradycyjnie wyjechaliśmy z dziećmi na letnisko w Przygłowie. Stamtąd z placówki pocztowej w Sulejowie wysłałem listem poleconym do Elty prośbę o rozwiązanie umowy w trybie porozumienia. Byłem po uzgodnieniach z Drukarnią odnośnie pisemnego wystąpienia z dniem 1 października 1975 roku o porozumienie między Zakładami. Po powrocie z urlopu, odbyłem rozmowy z inż. Kiliańskim a następnie z dyrektorem Przekształtników inż. Edmundem Borowskim. Oboje żałowali ale wykazywali zrozumienie dla mojej argumentacji. Rozstaliśmy się w pełnym porozumieniu.
O urzędowaniu w biurowcu Drukarni nie było mowy. Zawsze lubiłem być blisko ludzi z którymi będę pracował oraz być blisko miejsca akcji. Okazjonalne zaglądanie do warsztatu było nie do pogodzenia z moim stylem kierowania ludźmi i pracą. Zgłoszony problem usterka czy awaria, musiała być osobiście rozpozna, zakwalifikowana i powierzona do wykonania. Wytypowaliśmy wspólnie z pierwszym pracownikiem panem Ryszardem Kulejowskim, miejsce tymczasowego Warsztatu Elektronicznego. To ostatni w szeregu boks redakcyjny, zlokalizowany tuż obok głównego ciągu komunikacyjnego zakładu, na pierwszym piętrze budynku Drukarni. Teraz plan działania na pierwsze miesiące. Dokładne zapoznanie się z maszynami poligraficznymi a zwłaszcza z elementami elektronicznego sterowania, pomiaru oraz bezpieczeństwa pracy. Odbyliśmy kilka narad z elektrykami warsztatowcami. Wynikiem tych narad był umowny podział maszyn oraz technicznego uzbrojenia na elektryczne i elektroniczne. Kryterium była czytelna dla obu stron, zawartość układowa elementów głównych czy pomocniczych o charakterze elektronicznym. Klasyczne układy napędowe, silniki, grzałki, piece, styczniki, wyłączniki należały do elektryków. Rozpoznanie wstępne zgłoszonej usterki czy awarii w maszynie z zawartością elektroniki (fotokomórki, czujniki magnetyczne, zespoły przekaźnikowe, programatory cyklu) wykonywali elektronicy. Jeśli rozpoznanie wskazało przyczynę w elektronice to ją usuwaliśmy. Jeśli rozeznanie wstępne przynosiło wynik po stronie układów zasilania i/lub sterowania napędem np. zabezpieczeń prądowych, grzałek to sprawę finalizowali elektrycy przy udziale elektroników. Niektóre działy jak maszyny rotacyjne i stereotypia, całkowicie były w gestii elektryków jako pozbawione elektroniki. Układami regulacji temperatury w dużej zecerni maszynowej (Linotypy) zajmował się wydziałowy konserwator pan Feliks Rogoś, był na etacie wydziału. Natomiast aparaty reprodukcyjne, procesory obróbki płyt offsetowych czy cynkowych w chemigrafii, całością należały do elektroników. Wkrótce dział rozrósł się o Feliksa Rogosia, Adama Bujaka, oraz Jarosława Pławskiego. Od 1 listopada 1976 roku, zmieniono mi obowiązki oraz stanowisko na Głównego Elektronika. Uszczegółowiono zakres zadań oraz regulaminy pracy. Elektronicy jako pracujący w otoczeniu warunków szkodliwych dla zdrowia, będą pracowali w skróconym, 7 godzinnym wymiarze czasu pracy. W 1976 roku rozpoczęto zapowiadaną wcześniej wielką inwestycję gazetową. Rozpoczęto dostarczanie z firmy Rockwell MGD Graphic Systems/Goss Community Printng – Chicago, zespołów maszyny Goss Metro. Przyjechała także ekipa monterów z przedstawicielstwa MGD w Hamburgu. To przełomowa inwestycja zarządu koncernu RSW, pierwsza w RWPG pełnoformatowa, offsetowa maszyna rotacyjna do druku wielobarwnych wydawnictw m.in. gazetowych czy tygodników takich jak „Przyjaciółka”. Zapowiedziano także przybycie montera elektronika Johna Kubita z MGD Chicago. W lutym 8.2.1977 wyjechaliśmy kilkuosobową delegacją do Wielkiej Brytanii. Ja, Zbyszek Nagórka oraz przedstawiciel Techniki Zarządu Głównego RSW na dwu etapowe szkolenie techniczne. Najpierw 2 tygodnie w Manchesterze w firmie PPD (Paper & Printing Drive) jako dostawcy napędów tyrystorowych oraz szaf sterowniczo regulacyjnych maszyny Goss Metro, potem tydzień w Londynie w Brytyjskiej Filii MGD Graphic Systems.
John Kubit okazał się Jankiem Kubitem z Sosnowca, wyemigrował z rodzicami do Chicago gdy miał 11 lat. Ten fakt bardzo mi pomagał w zapoznawaniu się z dokumentacją oraz montażem elektroniki. Janek bardzo dobrze mówił po polsku bo mój angielski przedstawiał wiele do życzenia. Oczywiście wykorzystywałem ten czas współpracy, aby doskonalić technical english oraz uskuteczniać darmowe konwersacje. Montaż maszyny przebiegał bardzo sprawnie, do tego stopnia że w końcówce listopada 1977 roku, dokonywano pierwszych rozruchów technologicznych. W tym czasie dostarczano także oraz dokonywano montażu, czterech łańcuchowych, chwytakowych transporterów gazetowych, zakończonych zespołami licząco układającymi (sztaplarkami). Najnowszy typ wielomodułowy TTL, maszyn liczących i układających w stosy gazety, wyposażono w automatyczny synchronizowany z maszyną offsetową cykl pracy – całość szwajcarskiej m-ki Ferag AG. Rozruch całego zestawu drukarsko – ekspedycyjnego był imponujący, nastąpiła spontaniczna owacja oklaskami dla zespołu montażystów. Wtedy zrozumiałem że dokonałem dobrego wyboru. Trafiłem do zakładu – drukarni w której moja wiedza oraz umiejętności będą w stałym rozwoju. Niebawem zapowiedziano ukończenie oraz oddanie do użytkowania, dwóch analogicznych zestawów teletransmisji (100% rezerw) oraz naświetlarki z procesorem obróbki kompletnych stron gazetowych. Rozpoczęto kompleksową przebudowę Działu Przygotowalni Offsetowej oraz zapowiedziano pierwszą w Polsce instalację fotoskładu. Wkrótce miały nadejść tutaj następne urządzenia poligraficzne najnowszej generacji – wszystkie renomowanych zachodnich producentów.
W maju 1978 roku wyjechaliśmy w składzie trzyosobowym na techniczne oraz technologiczne szkolenia w Hinwil/Szwajcaria u producenta transporterów i sztaplarek gazetowych Ferag AG. Byliśmy tam dwa tygodnie w tym weekend pośrodku. Właśnie weekend był najciekawszy. Instruktor prowadzący naszego kursu zaprosił nas na całodniową wycieczkę samochodem po Szwajcarii. Z okolic Zurychu drogą przez Rapperswill-Jona przeprawą mostową nad Obersee, potem drogą nr 8 i nr 4 częściowo nad brzegiem Lauerzersee do Goldau. Stąd zębatą kolejką wysokogórską na szczyt Rigi Kulm. Tam podziwialiśmy przecudne widoki ośnieżonych alpejskich szczytów dobre 45 minut aż do powrotu kolejką. Z Goldau okrążając zatokę Schwyz Nidwalden See, dojeżdżamy do drogi nr 2 obok Alpnachersee. Dojeżdżamy do drogi nr 8. Potem nad cudnymi brzegami jezior Brienzersee oraz Thunersee. Tam jemy obiad w restauracji Möve – podano upieczoną świeżo złowioną rybę z pysznymi warzywnymi dodatkami oraz sokami. Potem w Wimmis wjeżdżamy na wąską drogę kantonalną nr 11. Tutaj wśród malowniczych górskich krajobrazów czasami krętymi serpentynami jedziemy około trzech godzin. W Aigle wjeżdżamy na drogę nr9 którą wzdłuż brzegów jeziora genewskiego, poprzez Lozannę dojeżdżamy do Genewy. Tam spędzamy półtorej godziny spacerując zadrzewionym bulwarem sąsiadującego z Quai du Mount-Blanc. Idziemy od Ritz Hotel aż do La Console. Tam przechodząc obok ogrodów zachwycamy się drzewiastymi palmami, rosnącymi tuż przed ogromną szklaną oranżerią. Obserwujemy dalekie ośnieżone szczyty masywu Mount Blanc (Mountain Viev). Wracamy inną także malowniczą trasą. Najpierw drogą nr 1 obok jeziora genewskiego, potem wzdłuż jeziora Lac de Neuchötel oraz Murtensee, omijamy Berno od północy jedziemy dalej autostradą nr 1 aż do Zofingen. Tam wjeżdżamy na autostradę nr 2. Dalej obok Sursee, brzegiem Sempachersee do Lucerny.
Przechodzimy słynnym mostem Kaplicznym z XIV wieczną od kaplicy św. Piotra, przez wieżę wodną do Ratusza i kościoła Jezuitów, najstarszych perełek szwajcarskiego baroku. Tutaj jemy kolację w włoskiej knajpce Rossini, było pysznie. Wyjeżdżamy drogą nr 2 nad Jeziorem Czterech Kantonów (Vierwaldstättersee), dalej obok Zugersee oraz Lauerzersee, następnie kantonalną drogą nr 8 do przeprawy nad Obersee. Potem to już powrót do Hinwill tą sama drogą nr 15, jak rano. Powyżej prezentuję pobrane z sieci, cudne zdjęcie wykonane z mostu współczesnej przeprawy przez jezioro Obersee (Zürichsee). Widok który zachwycił mnie wówczas gdy go na własne oczy widziałem. Myślę że także na tym fantastycznym zdjęciu, wypada przecudnie. W oddali dobrze widoczny alpejski krajobraz zaś na pierwszym planie, przyczółek z kapliczką historycznej drogi św. Jakuba – Rapperswil, Sankt Gallen, mostu drewnianego Holzsteg z XII wieku (foto : Roland Zh 2001-2009).
Tak wiele czasu poświęcam tej krótkiej ale intensywnej podróży po Szwajcarii, ponieważ to było takie szokujące dla młodego człowieka urodzonego i wychowanego za Żelazną Kurtyną w kraju o sowieckim systemie społecznym czy gospodarczym. Już podczas pierwszego wyjazdu do Londynu i Manchesteru zauważyłem wielką różnicę zarówno w otoczeniu materialnym ale przede wszystkim u ludzi. Wszyscy, nawet Ci przypadkowo napotkani na ulicy byli pogodni, uśmiechnięci, przyjaźni – uprzejmi, to bardzo urzekało nas oswojonych z szarością twarzy, obojętnością, unikaniem wzroku i nieuprzejmością. Tam w Anglii to były metropolie z przepychem sklepów, aromatem Dunhili pachnącymi Hotelami, błyszczącymi biżuterią oraz wytwornymi kreacjami eleganckich par, stąpających po rozciągniętych czerwonych dywanach od taksówek do rozświetlonych lokali bankietowych, klubowych czy karnawałowych. Tutaj w Szwajcarii była cudowna przyroda, spokój i dostojeństwo bogatego kraju. Nikt nie zamyka samochodów, nie chowa rowerów, nie zabrania wejścia – uprzejmie, przyjaźnie wita. W drodze na szczyt Rigi Kulm, z okien kolejki zębatej podziwiamy pięknie utrzymane skomunalizowane pastwiska wysokogórskie. Widzimy pasące się „czekoladowe krowy” uroczo wydzwaniające melodie dzwonkami wiszącymi na szerokich obrożach. Doskonale widać całą infrastrukturę pastwisk, schroniska z poidłami oraz paśnikami, dojarnie oraz chłodnie mleczne połączone napowietrznym systemem rurociągów z gminnymi przetwórniami mleka. To było takie urzekające a zarazem naturalnie rozumne. Jeszcze jedno zaskakująca obserwacja, dotycząca napotkanych w drodze upraw. Za Wimmis jechaliśmy wąską drogą kantonalną nr 11 około 3 godzin. Wśród malowniczych górskich krajobrazów czasami krętymi serpentynami jechaliśmy głównie terenami rolniczymi. Obserwujemy ciekawą agrokulturę nastawioną w zasadzie na dwie uprawy – kukurydzy oraz koniczyn. Wnioskujemy z tego że hodowla bydła oraz przemysłowe przetwórstwo mleka (serowarstwo), z pewnością stanowiło wtedy dominującą gałąź produkcji rolniczej Szwajcarii.
Rok 1979 oraz rok 1990 to szczególnie ważne moje daty. Daty które najpierw (1979) boleśnie naznaczyły moje życie zawodowe wpływem polityki, lecz na końcu (1990) ostatecznie wyzwoliły mnie od tego wpływu NaznaczPolityk. Wtedy właśnie w połowie lutego 1979 roku, doszło do katastrofalnego wybuchu w rotundzie banku PKO w centrum Warszawy (Marszałkowska, Aleje Jerozolimskie). Niesłychana ilość ofiar śmiertelnych oraz rannych, to największa tragedia warszawiaków po drugiej wojnie światowej. Ta wielka katastrofa oraz nieporadność władz i służb ratunkowych uświadomiła Polakom że coś niezwykłego nadchodzi do naszego życia. W kwietniu następuje próba wysadzenia pomnika Lenina w Nowej Hucie a w czerwcu kończy się pierwsza pielgrzymka Jana Pawła II. Karol Wojtyła, papież Polak wypowiada modlitwę błagalną do Ducha Świętego. W grudniu Sowiety wkraczają do Afganistanu a sytuacja gospodarcza Polski stawała się już dramatyczna. Zadłużenie zagraniczne w twardej walucie przekraczało 22 mld dolarów. W lutym 1980 roku premier Jaroszewicz został zmuszony do dymisji, zastąpił Go nieznany szerzej polityk PZPR Edward Babiuch. 14 marca 1980 roku w lasach kabackich pod Warszawą rozbił się samolot pasażerski PLL Lot, IŁ-62 „Kopernik”, lecący z Nowego Jorku; zginęli wszyscy znajdujący się na pokładzie: 77 pasażerów i 10 członków załogi; wśród nich piosenkarka Anna Jantar oraz bokserska reprezentacja USA. W kwietniu ukazało drogą ulotną Oświadczenie KSS KOR w 40. rocznicę Zbrodni Katyńskiej. Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy z moich przyszłych doświadczeń oraz znaczenia tematu Katynia dla mnie i rodziny. W lipcu rozpoczyna się fala strajków w różnych zakładach, wielu regionach, różnym zasięgu oraz czasie trwania. Początkowo komunistyczne władze skutecznie gaszą te „pożary” o lokalnym znaczeniu. Dopiero gdy 16 sierpnia następuje powołanie Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego w Stoczni Gdańskiej, ogłoszenie strajku okupacyjnego 17 sierpnia, powołanie Lecha Wałęsy na przewodniczącego strajku i MKS, akcja strajkowa zostaje racjonalnie skoordynowana szybko nabierając charakteru ogólnopolskiego już około 20 sierpnia. Władze zaczynają rozmowy które szybko nabierając tempa, kończą porozumieniami najpierw w Szczecinie a następnie w Gdańsku. Wkrótce powstaje ogólnopolski NSZZ Solidarność, także w PZGraf Łódź bardzo szybko powstaje Komisja Zakładowa tego związku. Sytuacja polityczna i społeczna w Kraju i Zakładzie staje się napięta, niejasna. Momentami radość „karnawał Solidarności” a z drugiej, wielki werbunek kadr „tajnych współpracowników” TK SB. W moim zakładzie było to bardzo widoczne, wizytacje „stałego opiekuna SB” odbywały się już dwa razy w tygodniu, pojawiło się wielu nowych pracowników w różnych działach zakładu, zupełnie nie wiadomo było co i komu można było swobodnie wypowiedzieć. Drukarnie RSW „Prasa-Książka-Ruch” podjęły druk oraz dystrybucję ogólnopolskiego Tygodnika Solidarność obok dotąd wydawanych dzienników Trybuny Ludu, Głosu Robotniczego, Dziennika Łódzkiego, Expresu Ilustrowanego itp. itd.
Nastał przełomowy rok 1981, sytuacja w Kraju i w Zakładzie bardzo się komplikuje. Strajki i protesty różnych grup zawodowych oraz społecznych zdają się nie mieć końca, na jaw wychodzą wszystkie sprzeczności komunistycznego systemu zarządzania gospodarką przy jednoczesnym braku swobód obywatelskich wraz z niewydolnością pomocy społecznej i zawodowej. 11 lutego generał Wojciech Jaruzelski zostaje premierem rządu PRL.
Nie lubię pisać o polityce lecz powyższy akapit tekstu był niezbędny aby ukazać tło polityczne oraz społeczne w którym dalej toczyło się moje życie zawodowe. W dniach 7 – 18.09.1981 roku w składzie czteroosobowym (dyrektor techniczny i główni specjaliści), uczestniczyłem w szkoleniu technicznym oraz serwisowym w przedmiocie krajalnic papieru „PERFECTA”. Odbywało się w Bautzen DDR, (Budziszyn-Serbołużyce) na terenie zakładu, wytwórni tych urządzeń. Mieliśmy stale obok siebie przewodnika czy opiekuna, inżyniera wyznaczonego przez dział szkolenia celem realizacji wszelkiej pomocy zwłaszcza aprowizacyjnej czy też turystycznej. Zakwaterował nas w historycznej gospodzie Mönchschof, na pięterku z widokiem na podwórzec dla pojazdów. Trzeba przyznać że zajmował się nami życzliwie, dokładnie wypełniając zadania powierzone przez kierownictwo VEB Perfekta. Do południa szkolenia w salce konferencyjnej, następnie wspólny obiad, przykładowo w restauracji Kaninschen Topf serwującej dania królicze. Popołudnia mieliśmy dla siebie lub wypełnione programowo turystyką. Zwiedzaliśmy w tym czasie Zamek Ortenburg, postawiony w XV wieku przez króla Węgier Macieja Korwina. Zamek na skalistym brzegu Sprewy, postawiono na miejscu IX wiecznej warowni, znanej z zawarcia pieczętującego powodzenie Bolesława Chrobrego w wojnach z Niemcami cesarza Henryka II, Pokoju w Budziszynie z 1018 roku. Zamek mimo zniszczeń przedstawiał się całkiem okazale, weszliśmy na szczyt kwadratowej baszty wartowniczej, pamiętam do dziś przepiękną panoramę, widok na stare miasto z wielką ilością baszt, wież kościelnych i obronnych. Z innej strony cudny widok na pobliską dolinę Sprewy wraz z przerzuconym nad nią malowniczym Mostem Pokoju, odbudowanym na kamiennych filarach z XIX wieku. Przy jednym ze starych rynków Fleischmarkt (rynek mięsa) zwiedziliśmy najstarszy kościół św. Piotra z XV wieku, gotycki kościół halowy (nawy są równej wysokości), od 1980 jest konkatedrą. Począwszy od czasów reformacji 1430 roku, świątyni używają symultanicznie zarówno katolicy jak i protestanci (prezbiterium jest katolickie, a nawy luterańskie). Ratusz, który posiada średniowieczny zegar słoneczny a nad nim dwa kolejne, mechaniczne. Znajduje się naprzeciw katedry i otoczony sklepami oraz restauracjami. Ponadto zwiedzaliśmy – rynek główny z licznymi sklepikami gdzie zaopatrzyliśmy się w obrusy nieplamiące, termosy szklane, cytrusy inne delikatesy czy alkohole. W NRD nie odczuwało się jeszcze wtedy kryzysów czy braków w zaopatrzeniu, ulice były pełne Trabantów, Wartburgów ale i Polskich Fiatów czy bardzo widocznych Fiatów 126p. Pierwszy weekend był bardzo atrakcyjny, dyrektor VEB Perfecta zaprosił nas na całodzienny pobyt i zwiedzanie miasta i zabytków Drezna (Saksonia). Naszą cicerone była niesłychanie kulturalna, pełna wszechstronnej wiedzy Pani Izabella, asystentka oraz tłumaczka polskiej ambasady w Berlinie. Zwiedziliśmy Galerię Drezdeńską oraz pełne przepięknych pamiątek po Elektorach Saksonii (Wettyn’owie) – Grüne Gewerbe. Zwiedzanie Galerii sztuki z przewodnikiem, znawczynią sztuki oraz malarstwa to niezapomniane przeżycie. Przed zakończeniem naszego pobytu nasz opiekun zaprosił nas w nieco dalszą podróż swoim Wartburgiem do prywatnego, urządzanego własnym sumptem, niemal wszystko własnymi rękoma właściciela, Parku Dinozaurów. To było duże przeżycie zważywszy na fakt że w Polsce takie wystawy zaczęto urządzać dopiero po 2000 roku, czyli w XXI wieku.
Od połowy czerwca 1080 do połowy maja 1981 roku, na zlecenie moich macierzystych jednostek tj. Zakładu Aparatów Elektrycznych FTiAT Elta oraz Instytutu Transformatorów Maszyn i Aparatów Elektrycznych Politechniki Łódzkiej uczestniczyłem aktywnie w pracy zespołu badawczo rozwojowego nad dwuetapowym tematem dotyczącym analizy stanu istniejącego w zakresie zabezpieczeń od zwarć doziemnych układów trakcyjnych DC oraz przedstawienia propozycji oraz wykonania modeli badawczych, nowych rozwiązań elektro mechanicznych zabezpieczeń od zwarć doziemnych w układach trakcji DC. We wrześniu 1981 roku rozpocząłem roczny kurs wieczorowy, nauki języka angielskiego w zakresie komunikacyjnym wg metodyki Aleksandra, prowadzony przez MPiK (Międzynarodowy Klub prasy i Książki RSW „Prasa-Książka-Ruch” w Ośrodku przy ulicy Roosevelta w Łodzi). Ukończyłem dwa semestry tego kursu a potem chorowałem…po czym nie wznowiłem studiów z uwagi na zaległości w praktyce nie do nadrobienia.
13 grudnia 1981 roku ogłoszono Stan Wojenny który powszechnie ale nie od razu nazywaliśmy „wojną Jaruzelską”. Nie będę się tutaj silił na opisy czy analizy wydarzeń politycznych czy społecznych, zaś o skutkach napiszę na końcu przy omawianiu przemian lat dziewięćdziesiątych XX wieku. W tym miejscu przedstawię szereg fotogramów linków i opisów sytuacji w bezpośrednim otoczeniu tzw. centrum wydarzeń tj. Piotrkowskiej między Radwańska (Świerczewskiego)- Brzeźna a Skorupki (Worcela) czyli okolic siedziby Zarządy Regionu Łódzkiego Solidarności (dawniej budynek rady wojewódzkiej CRZZ) Piotrkowska 258/260. Poniższy blok fotogramów wykonałem w grudniu 2011 podczas prezentacji Łódzkiej Rekonstrukcji w 30-lecie wydarzeń w/po 13 grudnia 1981 roku.
Udzieliłem także wtedy 13 grudnia 2011 roku, krótkiego wywiadu filmowego reportażystom Maskacjusz TV :WCentrumWydarzeń oraz WspomiOpozycjo. 13 grudnia 1981 roku to była niedziela. Adam miał 11 lat a Ania lat 8, Teleranek na 1 TVP miał zacząć się o 9:00. Był wtedy u nas niedawno kupiony na raty, kolorowy Neptun 501A umieszczony na specjalnym stoliku w dużym pokoju dziennym, od zawsze był również sypialnią nas czyli rodziców. Niedziela to zagwarantowana pobudka o porze teleranku, dzieci wpadały bez żenady do telewizora przy okazji robiąc nam pobudkę, niby ściszały ale to nie pomagało, wstawaliśmy …a tu czeka niespodzianka bo 13 grudnia 1981 roku nie było Teleranka!!. Telefonujemy do teściowej na Dąbrowę, w telefonie brak sygnału. Trochę niepokoju. Była piękna słoneczna pogoda, jak to było w naszym niedzielnym zwyczaju, zjadamy w miarę szybko rodzinne śniadanie, potem zaczęliśmy szykować się do spaceru. Ania z mamą zostały w domu a my z Adasiem wyszliśmy na Piotrkowską, patrzymy w lewo skrzyżowanie zablokowane SKOTEM, patrzymy w prawo, ruch kołowy na ulicy zamknięty, na chodnikach tłum przed siedzibą Solidarności, na jezdni stoją liczne radiowozy, gaziki MO a nawet STAR do transportu ZOMO, dalej przed Katedrą widoczna armatka wodna z obrotową wieżyczką w otoczeniu szpalerów zomowców. Przechodzę na drugą stronę Piotrkowskiej trzymając mocno Adasia za rękę, po chwili słyszę od tył dobiegające powitanie „serwus Wojtek, nie odwracaj się, idź wolno, będę wykonywał zza twoich pleców zdjęcia dokumentujące aresztowania Słowika i Kropiwnickiego…”. Poznałem po głosie to był Poldek (Apolinary Przybyłowski), przewodniczący KZ Solidarności w mojej drukarni PZGraf w Łodzi. To uświadomiło mi grozę sytuacji, obok szli inni całą szerokością chodnika, tłum gęstniał przed Solidarnością, wylewał się także na jezdnię na tyle ile to było możliwe aż do lin i szpaleru milicjantów. Doszliśmy na odległość nieco ponad 80 metrów od wejścia do budynku, byliśmy na wysokości stacji CPN, przedzierając się z duszą na ramieniu o bezpieczeństwo Adasia. Widzieliśmy jak zomowcy wyrzucają stosy dokumentów, także flagi biało czerwone, podobno także powielacze, maszyny do pisania z balkonu pierwszego piętra. Potem na rozkaz utworzyli szpaler brutalnie rozpychając tłum. Słowika i Kropiwnickiego dostrzegliśmy dopiero gdy weszli na jezdnię do podstawionego radiowozu, nie byli skuci pokazując skandującym zebranym gest wiktorii. Wkrótce cała kolumna pojazdów asekurujących zatrzymanych, szybko ruszyła używając sygnałów dźwiękowych i „kogutów”. Wtedy rozległy się megafony a po kilku minutach od strony katedry ruszyła armatka wodna. Podwójny szpaler zomowców w zbrojach z tarczami i długimi pałkami rozwinął się do szyków ukośnych względem środkiem jadącej armatki. Apolinarego (Poldka) Przybyłowskiego już za nami nie było, zrobiłem w tył zwrot i szybkim krokiem prawie ciągnąc Adasia, wracałem w stronę parku i naszego budynku.
Wtedy po 13 grudnia 1981 roku, przez około trzy miesiące ten właśnie odcinek Piotrkowskiej od Brzeźnej do Worcela (Skorupki) czy katedry, to było centrum wydarzeń. Codziennie około 15:00 gromadziły się tłumy protestujących demonstrantów z flagami białoczerwonymi, niektórzy chowali coś jeszcze w kieszeniach czy za pazuchami kurtek. Przed Solidarnością przeważnie ktoś przemawiał i rozrzucano w kilku miejscach a nawet z dachów ulotki. Po około półgodzinie z ulicy Wólczańskiej między Świerczewskiego (Radwańska) a Worcela (Skorupki) ruszał ciężki sprzęt do rozpędzania czy tłumienia demonstracji. Ten odcinek Wólczańskiej był wtedy przez bardzo długi czas, stałym miejscem operacyjnego postoju ciężkiego sprzętu do rozpędzania demonstracji SKOT’ów – każdy z 10 zomowcami wyposażonymi w automaty miotające granatami gazowymi, ciężkich armatek wodnych, dużych więźniarek jako baz postojowych dla zomowców oraz gromadzenia ewentualnych zatrzymanych demonstrantów. Wszystkie te pojazdy pozostawały tam dyżurując całą dobę – okresowo wymieniały się załogi pojazdów i zomowcy dyżurujący 12/12 godzin. Gdy dostali rozkazy wymarszu na interwencję tłumienia czy rozpędzenia demonstrantów, wszystkie te pojazdy ruszały wg planu, napierając na demonstrantów z jednej ale najczęściej z obu kierunków. Odziały piesze ZOMO stacjonowały na terenie Studium Wojskowego PŁ w Pałacu Scheiblerów przy Piotrkowskiej 266. Pojazdy ciężkie stanowiły osłony taktyczne planowanych manewrów oddziałów pieszych ZOMO. Najpierw zomowcy maszerowali ścisłym szykiem zwartym miarowo uderzając pałkami o tarcze, gdy tłum manifestantów był już dostatecznie stłoczony, górne pokrywy SKOT’ów otwierano i przystępowali do silnego ataku granatami łzawiącymi bez ładu i składu aby tylko wywołać jak największą panikę wśród demonstrantów. Zomowcy przystępowali do pościgów i pałowania najczęściej w okolicznych bramach i podwórkach. Bardzo często widzieliśmy przez nasze okna wychodzące na Piotrkowską, z jaką zajadłością a nawet zaciekłością gonili w kilkoro jednego uciekającego nawet na klatki schodowe naszego budynku. Z czasem manifestanci szykowali pułapki odwetowe, wciągali zomowców i dotkliwie pobili. Zaczęli także przynosić ze sobą maski gazowe, gazrurki, kostki brukowe, kamienie a nawet granaty hukowe czy rakietnice. Dochodziło wtedy do lokalnych walk a następnie licznych aresztowań. Wszystkie sklepy i zakamarki służyły jako azyle dla uciekających demonstrantów, z upływem czasu cały ten odcinek Piotrkowskiej, sklepy, bramy i klatki schodowe kamienic pierzei, wypełnione były przejmującym odorem gazów łzawiących. Długo jeszcze po ustaniu demonstracji które z codziennych stawały się cotygodniowe a w końcu sporadyczne, ten odór pozostawał na miejscu, przypominając mieszkańcom i przechodniom o tych bolesnych zmianach politycznych i społecznych. Społeczeństwu odebrano poczucie wolności oraz sprawczości.
Święta 1981 były bardzo smutne, skromne oraz naznaczone strachem a miejscami terrorem zaś Nowy Rok wcale nie zapowiadał się optymistycznie. Zderzyliśmy się z codziennymi ograniczeniami, wzrosły ceny ale wzrosły także coraz liczniejsze braki wielu artykułów głównie spożywczych ale i przemysłowych. Musiałem mieć specjalną przepustkę aby w razie konieczności dojechać nocą do zakładu na wezwanie do awarii. W kluczowych miejscach miasta pojawiły się stałe patrole wojska i milicji. W telefonie pojawił się sygnał oraz dźwiękowa repetycja „rozmowa kontrolowana”. W pierwszą delegację służbową w stanie wojennym wyruszyliśmy do Zarządu Głównego RSW w Warszawie dopiero na początku lutego 1982 roku. Jechaliśmy Ładą 1600 dyrektora naczelnego w składzie 5 osobowym. Piątą osobą była żona naszego technologa produkcji offsetowej inż. Pikuły. Poznali się w Leningradzie (Petersburgu) podczas studiów na tamtejszym Instytucie Poligrafii. Ona (Inna) nie mogła przyjąć polskiego obywatelstwa mimo zawarcia małżeństwa w Polsce, tutaj wieloletniego zamieszkania, doskonałego opanowania języka oraz zwyczajów, nadal pozostawała obywatelką ZSRR. Wtedy w tej podróży w śniegu i mrozie Inna była bardzo zestresowana, bała się że wezwanie do stawiennictwa w Ambasadzie ZSRR w Warszawie, może oznaczać dla niej deportację. Opowiadała że całą noc spędziła płacząc przy łóżkach swoich dzieci, nad ranem sztucznie opanowała emocje i nic nie mówiąc żegnała się z bliskimi jak zwykle..na chwilkę. Pierwsza rogatka z dyżurującymi żołnierzami z długą bronią opuszczoną na pasach ramieniowych, była tuż przed Nowosolną. Zatrzymaliśmy się i zebraliśmy dowody i delegacje a Inna (Inka) podała swój czerwony paszport jako ostatni na wierzchu. Gdy podoficer posterunku zobaczył godło i CCCP to zasalutował, odwrócił się na pięcie jednocześnie dając znak do otwarcia rogatki. To taka ciekawostka warta opisania, świadczyła że w całym otaczającym nas wtedy systemie strachu, nakazów i zakazów, istnieją magiczne furtki poprawiające nastrój, ułatwiające podróż do celu nawet podczas wojny Jaruzelskiej.
W lutym 1982, dokładnie w tłusty czwartek 18 lutego, polityka znowu dotyka mnie namacalnie i dotkliwie. Od kilku dni byłem wtedy na zwolnieniu lekarskim, cierpiałem z racji bolesnych problemów z kręgosłupem lędźwiowym. Około 18:00 rozlega się dzwonek do drzwi mieszkania, byłem na chodzie (nie mogłem ani leżeć ani siedzieć), podszedłem i zerkając przez judasza, nieco zamarłem. Za drzwiami stał mundurowy podoficer Milicji Obywatelskiej. SabotProwok . W ten sposób na ponad dwa lata, kolejny raz w moim życiu dotyka mnie osobiście polityka za sprawą przypadkowego udziału jako naocznego świadka, głośnej wtedy w Łodzi aż do połowy lat 90-tych, prowokacji Służby Bezpieczeństwa Milicji Obywatelskiej, dokonanej na osobie przewodniczącego KZ Solidarności PZGraf. Był Nim bliski kolegi elektryk Apolinary Przybyłowski, ten sam który zza moich pleców wykonał fotoreportaż z zatrzymania przez ZOMO Andrzeja Słowika i Jerzego Kropiwnickiego w dniu 13 grudnia 1981 roku.
Pierwsze sankcje w stosunku do reżymu generała Jaruzelskiego ogłoszono jeszcze w grudniu 1981, a od wiosny 1982 roku ogłosiło je wiele krajów Zachodu. Sankcje dotyczyły głównie finansów ale również w znacznym stopniu wymiany gospodarczej, także bojkotu dyplomatycznego. Istotny wpływ na dotkliwość tych sankcji miało uzależnienie PRL od głównych państw kapitalistycznych w sferze eksportu i dostaw, jak i dostępności do kredytów czy gwarancji kredytowych. Branża poligraficzna była niesłychanie mocno uzależniona od importu dewizowego surowców, materiałów, części zamiennych, maszyn, urządzeń czy technologii. PZGraf i całe RSW „Prasa-Książka-Ruch” musiało się przestawić na socjalistyczne odpowiedniki czy nawet substytuty z NRD, ZSRR, CSRS..itp. – niebagatelną stała się rola Austrii jako kanału dozwolonego dla handlu strefowego czyli zapewnienia potrzeb ludności oraz podziemia społecznego czy politycznego. Tam właśnie zrodziła się koncepcja pośrednictwa handlowego autonomicznych urządzeń fotoskładu stron tekstu CRTronic 100, 150, 200 niemieckiej marki Linotype-Hell AG, która opracowuje, produkuje i sprzedaje produkty elektroniczne, oprogramowanie i maszyny do przetwarzania i reprodukcji tekstu, druku, zdjęć i grafiki. Zarząd Główny RSW podpisał kontrakt oraz wytypował do aplikacji fotoskładu, PZGraf w Łodzi oraz ZG w Ciechanowie. Ta wiadomość bardzo mnie uradowała. Nareszcie nadeszła możliwość fizycznego i mentalnego kontaktu z techniką DTP (Desktop Publishing) o której dużo czytałem literatury, widziałem karty katalogowe, poznawałem aplikacje oraz rozszerzenia (interface). Przypomnę że w 1981 roku, ukazał się pierwszy mikrokomputer klasy PC, to był amerykański „blaszak” IBM PC 5150.
W kwietniu 1982 roku uczestniczyłem w 3 dniowej ogólnopolskiej delegacji wynalazców i racjonalizatorów Poligrafii SEWDRUK’82 w czeskiej Pradze. Wystawa odbywała się w dużym ośrodku wystawienniczym, podobnym do Miasteczka Targowego w Poznaniu. Mieliśmy również wycieczkę w ramach wymiany doświadczeń do praskich drukarni i studiów graficznych. Czesi mieli się czym pochwalić, po bratnim najeździe 1968 roku, bardzo zyskali w sensie urynkowienia poligrafii, dzięki otwarciu na zachodnie maszyny oraz głównie niemieckie technologie. Zwiedzanie było do południa a po obiedzie fundowanym przez Organizatorów, mieliśmy wolne popołudnia i wieczory. Był to mój trzeci pobyt w czeskiej Pradze. Czułem się tam bardzo dobrze, znałem śródmieście, lubiłem tam przebywać, bywałem w swoich knajpkach „U Fleku” czy „U Kelicha”, zjadałem knedliki z gulaszem w pysznym sosie popijając czeskim piwem. Odwiedzałem znane miejsca i sklepy, przed wszystkim miałem zadanie kupić dla mojej córci Ani „śliczne”, białe półbuciki do pierwszej komunii. Potem sklepy delikatesowe oraz techniczne z narzędziami oraz elektroniką.
W styczniu 1983 roku otrzymaliśmy cztery autonomiczne urządzenia do składu i naświetlania kolumn tekstów graficznych Linotype CRTronic 200 o których powyżej wspominałem. Już w lutym tamtego roku otrzymałem delegację na szkolenie techniczne oraz serwisowe u producenta w Eschborn RFN na okres 4 tygodni poczynając od 28.02.1983 roku. Kurs w języku angielskim odbył się w Linotype-Hell AG – Serviceamt am Taunus Tower, Mergenthalerallee 73-75, 65760 Eschborn, Main-Taunus-Kreis, Hesja RFN. Zakłady Graficzne w Ciechanowie reprezentował Waldek nie znany mi młody inżynier, sympatyczny oraz kontaktowy. Dolecieliśmy samolotem Lotu do olbrzymiego portu lotniczego Flughafen Frankfurt am Main. To był szok, skala lotniska, rozeznanie systemu informacji wizualnej, wiele czasu zajęło nam dotarcie przez wiele poziomów tego portu lotniczego do peronów dworca kolejki S-bahn. Okazało się że wtedy wybraliśmy niewłaściwe połączenie i dojechaliśmy jedynie do peronów końcowych na najniższym poziomie wielokondygnacyjnego podziemnego Dworca Frankfurter Haupt Banhof czyli Dworca Głównego, to było wielkie zaskoczenie. Okazało się niebawem że język angielski w kontaktach z przeciętnymi Niemcami na wiele się nie przydaje. Wysiliłem mocno swoją niemczyznę i sylabizując odnalazłem właściwą kolejkę dojazdową z Frankfurter Haupt Bahnhoff do Bad Soden przez Eschborn Sud. To właśnie tam mieliśmy dojechać, bo tak napisano w naszym podręcznym planie podróży. Gdy wreszcie z kolejnymi kłopotami nawigacyjnymi dotarliśmy do siedziby Firmy w Taunus Tower, było już bardzo późne popołudnie. Na szczęście instruktor kursu ing. Joachim Lupe, na nas czekał i poprowadził kurs wstępny, wręczył nam plan dojazdu do hotelu oraz plan zajęć jutro i cały plan kursu. Wręczył nam pierwszą tygodniową dietę, po czym krótko pozdrowił, bye, bye tomorrow morning. Dostaliśmy pokoje pojedyncze z wewnętrzną ale wygodną kabiną prysznicową oraz umywalką i lustrem. Mieliśmy bezprzewodowy czajnik elektryczny oraz hotelowej klasy kolorowy telewizor i radioodbiornik. Okna naszych pokojów wychodziły na stronę głównej ulicy miasteczka Koenigstrase. Współcześnie z okien tej strony Hotelu widać jedynie ściany nowszej zabudowy. Początkowo po codziennym kursie który kończył się o 16:00, wracaliśmy koleją regionalną z Eschborn Sud do Bad Soden, wysiadaliśmy na piątej końcowej stacji trasy, nasz hotel Rheinischer Hoff znajdował się tuż obok dworca na ulicy Dworcowej (Am Bahnhoff 3). Po dwóch dniach Waldek zaproponował aby zaoszczędzić na biletach i drogę powrotną pokonywać pieszo. Zgodziłem się chętnie i przez kilka dni udoskonalamy rodzaj i jakość trasy pieszej. W końcu udało nam się ustalić optymalną i ciekawą trasę powrotnego spaceru. Od Taunus Tower przez okolicę biurowo industrialną do okolic Camp Fenix, wtedy w 1983 na tamtym terenie stacjonowały wojska amerykańskie (współcześnie w 2024 teren zajmują hipermarkety z towarzyszącą infrastrukturą), dalej przez ścieżki obecnego Arboretum, przez most na rzeczce Schwalbach, dochodziliśmy do skraju miasteczka Sulzbach, pod linią kolejową poruszamy się obok lasu Eichwald. Gdy las się kończy skręcamy do Bad Soden, stąd jeszcze kilkaset metrów do naszego hotelu. Kilka pierwszych dni było deszczowe więc jeździliśmy kolejką, potem już do końca była piękna pogoda bez deszczu czy wiatrów. Te spacery były dużą przyjemnością i zajęciem czasu do wieczora, potem nieraz wychodziliśmy do śródmieścia idąc tu i tam ale raczej bez celu. Weekendy były najgorsze, graliśmy w karty, chodziliśmy na niedzielne targi gospodarcze tzw. handel obwoźny, mieli fantastyczne kampery wyposażone jak małe sklepy także w wodę bieżącą i ogrzewanie. Soboty były handlowe więc odwiedzaliśmy sklep z elektroniką położony blisko od Dworca Głównego we Frankfurcie. Tam był prawdziwy szok, zawrót głowy ile można było kupić części oraz zupełnych nowości np. panele fotowoltaiczne, przemienniki częstotliwości, masę innych atrakcyjnych dla elektroników gadżetów. Pobrałem dostępny od ręki cały plik katalogów, które później wiele razy wykorzystywałem w praktyce.
Zaraz na początku pobytu w pierwszą niedzielę, napisałem list po polsku do rodziny Boese. Teresa Boese była kuzynką mojej Cioci nieboszczki Zofii Michalskiej w linii żeńskiej, od mojej Babci Alwiny Gehrke. To właśnie po zmarłej Cioci przejąłem zdjęcia, adres i korespondencję z Teresą Boese. Dowiedziałem się stamtąd że Teresa & Vincent mają syna Heinricha i siostrzeńca Heinza Ristok, który jeszcze w 1956 roku służył w polskim wojsku w Katowicach. Mieszkali w Plettenberg Ohle w Kraju Północnej Westwalii. Byłem pewny że Heinz na pewno odczyta mój list po polsku, skoro był dorosłym mężczyzną gdy wyemigrowali ze Śląska do rodziny w RFN. Któregoś wieczoru zadzwonił telefon na moim biureczku w pokoju hotelowym. „Halo, tutaj Heinz Ristok, dobry wieczór…”, rozmowa potoczyła się bardzo sprawnie po polsku, nieco gwarowo po śląsku. Powiedział że ma obok całą rodzinę Boese, w swoim oraz Ich imieniu zapraszają mnie na weekend 18 – 20 marca, przyjadą z Heinrich’em po mnie samochodem w piątek 18 około południa a odwiozą w niedzielę 20 wieczorem. „Iz Plettenberg’u cu Bad Soneden, jadzie sie drei godzin autobana A5, wyjadziemy rano a bydziemy kole połdnia nach” , tak mówił – myśla że to tako ślonsko gadka była!!. Waldek aby się nie zanudzić postanowił, tamten weekend spędzić u siostry. Od dwóch lat żyła jako uchodźca w Niemczech. Była w trakcie starań o pobyt stały z tytułu tzw. represji politycznej. Heinrich i Heinz przyjechali rocznym Audi GTE z silnikiem 1.8i 112KM. Jazda takim wozem i to po niemieckich autostradach to była prawdziwa przyjemność, widoki i krajobrazy mijanych okolic robiły niesłychane wrażenie. Szczególnie przerzucone nad całymi dolinami wieloprzęsłowe wiadukty podporowe w Północnej Westfalii, robiły największe wrażenie. Jechaliśmy godzinę dłużej gdyż moi tubylcy pogubili drogę zjazdu z autostrady, nadłożyliśmy ponad 35 km drogami okrężnymi. Mieszkali w domach szeregowych z dużym ogródkiem, w przepięknej górzystej okolicy Sauerland’u. Heinz z żoną mieszkali w domku z Teresą Boese. Mąż Vincent zmarł w 1976 roku, wtedy Teresa cierpiąca na poważne niedowłady nóg, poprosiła Heinz’ów aby wprowadzili się do Jej domu i zajęli parter jako Jej dożywotni opiekunowie. Niemieckie prawo opiekuńcze bardzo sprzyja sytuacjom dożywotniej opieki rodzinnej. Najpierw poprosili mnie do mojego pokoju gościnnego sąsiadującego z łazienką i toaletą na parterze. Po umyciu rąk i twarzy, poproszono mnie na piętro na spotkanie z Teresą Boese, kuzynką mojej mamy Heleny i ciotek Józefy oraz Zofii. Teresa była już trwale niechodzącą ale ciepłą i pełną humoru osobą. Pamiętała dobrze polską mowę i dobrze mi się rozmawiało o rodzinie, Łodzi i Polsce Ludowej. Potem była bardzo rodzinna kolacja, rozmawialiśmy o rodzinie Rulczyńskich z którą Teresa była spokrewniona po kądzieli. Całe życie utrzymywała stały kontakt z Zofią Rulczyńską moją ciocią oraz Felicją Mytykowską najstarszą córką Antoniego Rulczyńskiego, wujka z Poznania o którym pisałem rozdziały bloga rodzina Rulczyński oraz wujek Antoni Rulczyński. Rodzina Boese w owym czasie po zamknięciu ruchu pierwszej Solidarności w Polsce, włączyła się bardzo stanowczo w ruchy pomocy humanitarnej oraz społecznej dla Polski, poprzez kościelne organizacje świeckich Pflegedienst, Diakonie, Johanniter. Opowiedziałem Im szczegółowo o swoich osobistych doświadczeniach, z odbiorem leków dla mojego Taty w placówce Diakonii przy kościele Ewangelicko Augsburskim świętego Mateusza w Łodzi. Sobotę spędziłem całą u Hainz’ów, oglądałem ich ogródek, poszliśmy także na spacer po Ich przepięknym miasteczku Plettenberg. Heidrich zawiózł nas z Heinzem, na krótki wypad samochodem w okolicę historycznej Mennicy w której pracował od kilkunastu lat. Pokazał mi także swoje albumy monet które otrzymywał po dwie sztuki, jako bonus pracowniczy w każdej produkowanej serii. W niedzielę cała rodzina przeniosła się do pobliskiego domku rodziny Heidricha, tam spędziliśmy cały dzień aż do mojego wyjazdu. Powrót był późnym wieczorem, nie mogłem więc podziwiać krajobrazów, za to był bardzo szybki ponieważ nie było żadnych pomyłek. W dwie godziny dotarliśmy do hotelu Rheinisher Hoff w Bad Soden.
W przeddzień wyjazdu, jak zwykle kolację jedliśmy razem z Waldkiem w pokoju hotelowym. Śniadania mieliśmy w serwisie hotelowym opłacone przez firmę Linotype, podobnie obiady jadaliśmy w kantynie firmowej Taurus Tower, natomiast kolacje mieliśmy w serwisie własnym i to z zapasów przywiezionych z Polski konserw albo zakupionych niedrogich produktów w pobliskim sklepie samoobsługowym czy w niedzielę na lokalnym ryneczku. Wylot samolotu mieliśmy koło południa, pociągi odchodziły z pobliskiego dworca dosłownie co pół godziny. Pociąg do Flughafen odchodził o 8:30, umówiliśmy się na 8:15 na peronie dworca. Jak wyżej wspominałem, wtedy w 1983 roku z naszych okien hotelowych wychodzących na zachód, doskonale widoczna była ulica Koenig Strasse. Właśnie dopakowywałem ostatnie rzeczy do walizki leżącej na okrągłym stoliku hotelowym, gdy zobaczyłem dobrze zapamiętaną po sylwetce i charakterystycznych ruchach chodu, Waldka idącego chodnikiem Koenig Strasse w kierunku przeciwnym do dworca. Czas było wychodzić więc postanowiłem zapukać po drodze do pokoju Waldka. Długo i mocno pukałem, nie otwierał. Pomyślałem że pewnie będzie na dworcu, była już 8:25, Waldka nie było widać na peronie ani w pociągu. Wsiadam i z mocnym postanowieniem oraz wewnętrznym przekonaniem że sam sobie poradzę. Ruszam więc sam jeden, pociągiem na lotnisko Frankfurt Flughafen. Zajechałem bez problemu bo to była stacja końcowa. Poczułem się jak w mrowisku, wielki ruch bardzo wielkiej liczby ludzi przemieszczających się w różnych kierunkach. To był najniższy poziom Portu Lotniczego a właściwie Terminala komunikacji S-bahn. Informacja wizualna była bardzo dobrze pomyślana oraz bardzo przyjazna dla początkujących podróżnych. Szczęśliwie mogłem posługiwać się wersją niemiecką i weryfikować angielską. Trwało to dość długa ale bez problemu odnalazłem właściwą bramkę i podstawiony samolot TU 154 B LOT’u. Waldka ani na lotnisku ani w samolocie nie zobaczyłem, wtedy pierwszy raz pomyślałem że „wybrał wolność” jak wielu przed nim i wielu po nim Polaków PRL. Zaraz też pomyślałem ile i jakie przesłuchania czekają mnie po oznajmieniu tej wiadomości przełożonym. Jak tylko oznajmiłem nowinę dyrektorowi Bogusławowi Kucabowi, zaraz podniósł słuchawkę czerwonego telefonu, bezpośredniego łącza z prezesem RSW „Prasa-Książka-Ruch” Wiesławem Rydygierem. Rozmawiał przy mnie aby dopytać oraz mieć świadka. Po rozmowie polecił mi dokładnie w szczegółach opisać całą delegację, proces i sposób szkolenia, sposób bytowania, miejsca które odwiedzaliśmy, z kim rozmawialiśmy….dosłownie kompletne zeznanie, spowiedź!!!. Na szczęście to wystarczyło, SB nie wzywało mnie osobiście na auto-konfrontację z moim zeznaniem. Po dwóch czy trzech miesiącach otrzymałem poufną wiadomość że staranie Waldka o pozostanie w Niemczech u siostry, zakończyło się Jego deportacją do Polski PRL. Później straciłem Waldka z oczu i słuchu, nie znam Jego dalszych losów.
Powyższe zdjęcia stanowią wstęp do następnego dużego tematu którym zajmowałem się technicznie oraz organizacyjnie. Wszystko co ważne dla przeciętnego czytelnika, podano w tekście zamieszczonym na żółtym zdjęciu. W 1980 roku Drukarnia PZGraf zakupiła oraz wdrożyła do eksploatacji pierwszy profesjonalny skaner bębnowy Magnascan 540 m-ki Crosfield Electronics. Magnascan pozwalał z oryginału fotografii na negatywach barwnych, slide’ach lub zdjęciach, przeznaczonych do druku wielobarwnych gazet oraz wydawnictw w technice offsetowej, uzyskiwać za jednym cyklem analizy (skanowania oryginału), naświetlać tzw. wyciągi w czterech podstawowych barwach drukarskich: yellow, magenta, cyan, black na monochromatycznych błonach negatywowych. Tutaj podam najważniejszą informację która przybliży skomplikowaną technologię offsetowego druku wielobarwnego. W odróżnieniu od druku w technologii typograficznej, gdzie potrzebna była tylko jedna drukarska forma graficzna drukująca w jednym tylko kolorze czarnym na białym papierze. W technologii wielobarwnego druku offsetowego, potrzebne są cztery formy graficzne wykonane na cienkiej blaszce aluminiowej dla każdego z kolorów drukarskiej triady oraz czarnego. Maszyna drukarska offsetowa musi być czteroagregatowa. Pierwszy agregat do którego podajemy biały papier drukuje z formy dla kolory żółtego, drugi nakłada obraz z formy dla koloru magenta, trzeci nakłada obraz z formy dla koloru cyan a czwarty nakłada obraz z formy dla koloru czarnego. Tak więc, aby Drukarnia mogła wejść z fasonem do elitarnego grona poligrafii wielobarwnej (multichromatycznej), konieczne było dokupienie oraz wdrożenie techniczne i technologiczne, profesjonalnego skanera bębnowego. W PZGraf, naszej drukarni szybko okazało się że aby obsłużyć rosnące nakłady oraz asortyment wydawnictw wielobarwnych, potrzeba zakupić i wdrożyć drugi skaner bębnowy a w bliskiej perspektywie rozbudować technologię do studia dyskowej obróbki obrazów SDT 600. Nie był to łatwy proces z uwagi na poważne sankcje gospodarcze nałożone przez świat Zachodu na polityczne kierownictwo PRL, jako swoisty odwet za Stan Wojenny, likwidację Solidarności oraz niebywałe represje dotykające boleśnie politycznych opozycjonistów. Pomocna po raz kolejny okazała się Austria i jej rola łączenia Wschodu z Zachodem. Firma Gebrueder Henn w Wiedniu, zaproponowała tymczasowe ale również wyprzedzające rozwiązanie. Ujawniono że zakupy używanych maszyn poligraficznych oraz szkolenia techniczne fachowców, prowadzone za Ich pośrednictwem, będą ominięciem sankcji nałożonych na PRL. Zarząd Główny RSW „Prasa-Książka-Ruch” w kwietniu 1984 roku, wydelegował wicedyrektora pionu inwestycji inż. Czesława Wajraka, czasowo-przymusowo bezczynnego sędziego kolarskiego klasy międzynarodowej oraz mnie jako rzeczoznawcę technicznego do siedziby Gebrueder Henn w Wiedniu. Celem delegacji był udział w czterodniowym objeździe handlowo-technicznym, skanerów Magnascan 540 wystawionych do sprzedaży dewizowej, ocena przydatności skanerów do dalszej efektywnej, bezawaryjnej eksploatacji w PZGraf w Łodzi oraz ZGraf w Ciechanowie. To była intensywna podróż oraz praca polegająca głównie na ocenie stanu technicznego skanerów, warunków technicznych, środowiskowych oraz okresu ich dotychczasowej eksploatacji. Dokonaliśmy wyboru trzech z pośród dziewięciu oferowanych do odsprzedaży skanerów, umowa pośrednictwa Gebrueder Hen z RSW mogła być szybko finalizowana. Zakupiony wraz z usługą montażu i uruchomienia skaner, niebawem trafił do naszej drukarni. Wkrótce zaczęto dopinać także drugą część porozumienia, technik który montował i uruchamiał zakupiony skaner, przywiózł dla mnie z Wiednia obszerny tekstowo-graficzny w części testowy, egzamin kwalifikacyjny. Materiał miałem w przeciągu dwóch tygodni wypełnić odpowiedziami, obszernie wypowiedzieć swoje opinie w kilku kwestiach, zapakować starannie plombując, po czym wysłać bezpośrednio do Londynu. To było dla mnie pierwsze tak osobiście kierowane wyzwanie. Wieczorami wypełniałem dostarczone testy, powtarzałem lekcje: technical and communication English; z magnetofonu taśmowego w mieszkaniu a z kasety w samochodzie. To były moje najbardziej intensywne intelektualnie dwa tygodnie w dotychczasowym życiu. Do Londynu wyleciałem w końcu maja 1985 roku.
Pobyt w Watford i cztery tygodnie w Anglii to było przełomowe wydarzenie w moim życiu zawodowym. To tak jak w naszym życiu rodzinnym, kupno pierwszego samochodu Trabanta 601 w 1976 roku. Tutaj wydarzyło się wiele wydarzeń zupełnie nowych, byłem językowo zdany prawie całkowicie na siebie, po tygodniu samodzielności, na równoległy kurs trafił kolega Andrzej Modzelewski z Wiednia. To był dla niego kolejny z kilkutygodniowych kursów doskonalenia. Andrzej pełnił funkcję serwisanta okręgowego obejmującego kilka Państw centralnej Europy. Tym razem przybył z mamą i na czas pobytu Andrzeja wynajęli sobie dom w Londynie. Zaraz zaprosili mnie na kolację do Londynu. Miałem fantastyczny wieczór (podano baraninę „handmade Mum dishes”-pyszności), ale potem trudny powrót do Watford. Za późno zebrałem się do powrotu, tamtejsza końcowa stacja metra była 5 pięter pod ziemią a winda już była wyłączona. Zbiegałem po stalowych schodach biegnących wokół szybu windy, szybko niemal na złamanie karku. Gdy wbiegłem na peron to w kanale tunelu zobaczyłem czerwone latarnie odjeżdżającego pociągu. Nie było odwrotu, czekałem na następny który był tego dnia ostatni. Dojechałem do stacji Kings Cross skąd odchodziły pociągi do Watford. Ostatni pociąg w tamtym kierunku już odjechał a pierwszy poranny miał być o 4:30. Zauważyłem że punkty gastronomiczne dworca z trzaskiem są zamykane. Pomyślałem że skoro mam tutaj nocować to trzeba się migiem zaopatrzyć w jadło i napoje. Jakoś udało mi się jeszcze kupić napoje i kanapki. Bezdomni w wielu miejscach hali dworca, właśnie rozkładali swoje posłania. Czekało mnie cztery godziny czekania oraz dojazd do hotelu a potem biegiem na śniadanko, po czym równie szybko do Ośrodka Szkolenia. W tych dniach wezwano mnie do Sekretariatu bossa J. F. Stock’a. Zgłosiłem się tam po obiedzie, przyjęła mnie bardzo miła pani sekretarka, mówiła wolno i wyraźnie, oznajmiła mi że ma dla mnie tygodniową dietę. Dodała że co tydzień mam zgłaszać się do Niej, po odbiór tygodniówki za pokwitowaniem. Spytała czy wiem że moi koledzy z krajów zachodnich otrzymują diety prawie dwa razy większe?. Odpowiedziałem że to możliwe, „….ponieważ ekonomia socjalizmu pochodzi z księżyca więc różne paradoksy są normą za żelazną kurtyną”. Roześmiała się i w tym momencie z gabinetu szefa wyszedł bardzo miły pan, moja rozmówczyni zwróciła się do Niego per Jan po czym od razu mnie przedstawiła jako przybysza z Polski „wodżtek dżeneralczek”. Jan uśmiał się, podając dłoń powiedział ” Jan Salomon z Grudziądza, miło Ciebie widzieć..”. Okazało się że Jan to szef tutejszej grupy Press Controls (PCD) czyli spec-menager od urządzeń kontroli i sterowania barwą druku Webatron oraz Autotron. Znałem te urządzenia od kilku lat styczności technicznej w pół formatowej maszynie offsetowej Goss Suburban. Jan zaprosił mnie w imieniu małżonki Lindy i swoim, do odwiedzin w ich pobliskim domu w najbliższą sobotę a w niedzielę na męską wyprawę po „polskim Londynie”. Nieświadomy skutków, wchodząc na lotnisku zielonym przejściem bezcłowym, przemyciłem 1 + 1/2 oryginalnej polskiej Wyborowej. Pierwszą butelczynę i kwiaty wręczyłem Andrzejowi i Jego Mamie w Londynie. Teraz kupiłem bukiet kwiatów dla Lindy i wraz z drugą buteleczką dla Jana, wybrałem się w sobotę do Salomonów. Spędziłem u nich kilka godzin od lunch’u do wieczornej herbaty a na diner udaliśmy się do pobliskiej włoskiej knajpki na „diner daily specials and chianti”. Rozmowom nie było końca zwłaszcza że wojenne losy Jana były niezwykłe. On polski emigrant wojenny podzielił się ze mną historią swojego życia w czasie II Wojny Światowej. W 1943 roku, mieszkających w Grudziądzu polską rodzinę Salomonów, nawiedził patrol werbunkowy hitlerowskiego Wehrmachtu. Wydali Janowi bezwarunkowe polecenie – ubrania się i natychmiastowego opuszczenia mieszkania wraz z patrolem do oczekującej przed kamienicą więźniarki. Jana zawieziono do zamkniętego ośrodka szkolenia dla wcielanych do wojskowej służby liniowej Wehrmachtu. Szybko trafił na front zachodni do Italii w rejon walk pod Ankoną. Tutaj dygresja – Jan z rozpoznanym jako Polak kolegą (jeśli pomnę Wernerem), podczas szkolenia rekrutów skutecznie ukrywali swoją polską narodowość. Dzięki temu że nie zostali rozpoznani, mogli przeprowadzić swój plan, przejścia na polską stronę do Armii generała Władysława Andersa. Nie muszę dodawać że to było trudne zadanie, zwłaszcza opuszczenie pozycji niemieckich, po czym znalezienie się w strefie dwustronnego ostrzału. Gdy usłyszeli polską mowę, podjęli ryzyko rzucenia broni i z białą szmatą podejścia do polskiej pozycji. Udało się, potem niekończące się przesłuchania i konfrontacje z kolegą. Wreszcie skierowanie do armijnej Szkoły Oficerskiej. Jan uzyskał stopień podporucznika, lecz wojna wtedy się skończyła a On stanął kolejny raz przed wyborem, wracać do Polski „radzieckiej” czy szukać szansy na obczyźnie. Co wybrał było jasne, żył w Anglii – miał dobry, poszukiwany zawód elektrotechnika, łatwo opanował język oraz zwyczaje, ożenił się z Lindą zadomowioną Angielką. Utrzymywał kontakty z organizacjami polonijnymi – Klubem Orła Białego oraz środowiskiem POSK czy Instytutu Generała Sikorskiego.
Szkolenie w siedzibie Crosfield Electronic w Hemel Hempstead składało się z dwóch kursów, pierwsze dwa tygodnie to był kurs wstępny którego egzamin końcowy kwalifikował do dalszych cykli szkoleń. Następne dwa tygodnie to był właściwy kurs na który byłem skierowany czyli „Skanery serii 600-dyskowy proces obrazowy SDT oraz elektronika powiązana z procesem skanowania”. Skład kursantów był międzynarodowy Francuzi, Włosi, Szwedzi, Anglik i Polak. Pierwszy tydzień był trudny, drugi tydzień przybył Andrzej na równoległy kurs wyższego stopnia. Spotykaliśmy się na obiadach w kantynie Ośrodka oraz na korytarzach w czasie przerw. Na drugim kursie był już ze mną na tym samym szkoleniu. Czas wolny po 17:00 był czasem tylko dla mnie na poznawanie miasta, oglądania wystaw, zwiedzania sklepów oraz dyskontów. Prawie od razu zdecydowałem na zakup w dyskoncie – mikrokomputera ZX Spectrum w zestawie z materiałami szkoleniowymi i kasetami audio z przeznaczeniem dla Adama oraz kasetowego walkmana z bateriami i słuchawkami przeznaczonego dla Anny. To było przemyślane, pokój hotelowy wyposażono w kolorowy telewizor 16 cali, mogłem więc w łatwy sposób połączyć gniazdo antenowe telewizora z wyjściem modulatora TV mikrokomputera a wejście połączyć kabelkiem audio in-out z walkmanem, załadować programy dostarczone na kasetach i bawić się godzinami w programistę Basic.
Jednocześnie studiowałem ogłoszenia w popularnej londyńskiej prasie codziennej. Miałem jeszcze jedno poważne zamierzenie zakupowe związane z prężnie rozwijającym się wówczas w PRL rynkiem pirackich kaset filmowych VHS. Zapragnąłem zakupić nowoczesny magnetowid dobrej marki, od polskiego sprzedawcy aby dobrze się z Nim porozumieć oraz skutecznie dopełnić zwrotu VAT’u, należnego w przypadku eksportu poza granicę Zjednoczonego Królestwa czyli „VAT cash back”. Znalazłem taką firmę South Ken Radio in London Ealing. Gdy podjąłem decyzję wyboru dostawcy zatelefonowałem do firmy licząc na łatwe porozumienie. W ogłoszeniu sprzedawca w dopisku po polsku, oferował swoje rzetelne usługi sprzedaży i obsługi handlowej markowego sprzętu radio oraz video. Andrzej objaśnił że Ealing to historycznie pierwsza od czasu wojny tzw. polska dzielnica Londynu, poczujesz się tam jak w przedwojennej Warszawie mimo że to 1985 rok. Gdy znalazłem się na ulicy gdzie była polecona mi firma, zauważyłem szyldy po polsku sklepów, kawiarni, barów a nawet różnorakich warsztatów usługowych – szewskich, krawieckich, ślusarskich czy zegarmistrzowskich. Wszedłem do niewielkiej kawiarenki, poprosiłem o kawę i ciastko. Stolik obok wejścia zajmowali trzej starsi panowie którzy w ożywiony sposób gestykulując prowadzili rozmowę po polsku używając tytułów panie rotmistrzu, panie majorze, panie pułkowniku. Pomyślałem że fajnie trafiłem mogąc posłuchać i obserwować tak zacne towarzystwo. Rzeczywiście czułem się na pewno nie w PRL, myślę że chyba… jak w przedwojennej Warszawie. Poszedłem potem do sklepu pana Beniamina, niestety nie pamiętam nazwiska, wyłożyłem fachowo co potrzebuję magnetowid PAL-SECAM z europejską wtyczką zasilania i dobrej marki producenckiej. Polecił mi Panasonic NV 430 eu, którego aktualnie nie miał na składzie ale sprowadzi, przygotuje wszystkie dokumenty eksportowe i przed moim wyjazdem do Polski, będę mógł odebrać sprzęt przygotowany do transportu. Podałem Mu telefon do mojego Hotelu i z prospektami magnetowidu wyruszyłem w drogę powrotną do Watford.
Pobyt w Anglii w 1985 to przełomowy moment zawodowy. Dla mnie liczy się zwłaszcza jako początek mojej pasji do mikrokomputerów. Pasja głównie w sensie ich inżynierskiego programowania, osiągania celów ułatwiających organizację pracy, administrowania Działem Głównego Elektronika oraz rozpoczęcie dużej przygody informatyzacji całego Zakładu PZGraf a od 1991 roku Drukarni Prasowej S A w Łodzi. Ale to tylko moje myśli i strategia na przyszłość, mogłem zostać jeszcze na następnym kursie, kolejne dwa tygodnie. Ale ja już po czterech tygodniach byłem zmęczony angielską słodkawą w smaku kuchnią, jedzeniem jajek na bekonie, też już byłem zmęczony (kiełbaski czy owsianka były nie do przełknięcia). Zaplanowałem wiec ostatni weekend w Anglii, wycieczkę do Londynu – w programie, kawa oraz odbiór magnetowidu w sobotę na Ealingu u pana Beniamina, zwiedzanie okolic Trafalgar Square, niedziela pożegnanie z państwem Lindą i Janem Salomonami a w poniedziałek wylot do Polski na Okęcie. Zadzwoniłem międzynarodową (00 48 42 etc.) do Jagódki z biura Crosfield’u gdzie właśnie wykonywałem rezerwacje lotu. Poprosiłem aby miała przygotowaną gotówkę na wypadek koniecznych opłat cła z tytułu przywozu elektroniki. Jagódka zachowała się bardzo sprytnie, niezwłocznie skontaktowała się z Ewą i Mariuszem Protasami, kuzynostwem z Warszawy. Mariusz Protas warszawski spryciarz, ucieszył się – On już wiedział co zaplanować,”..Jadziu przyjeżdżaj z dziećmi do Warszawy a ja wszystko jak trzeba ogarnę..”. W hali obsługi celnej, akurat przed stanowiskiem które wybrałem, utworzyła się kolejka, denerwowałem się, ale jeszcze bardziej denerwowali się Ci którzy na mnie czekali na zewnątrz. Nie bardzo wiedziałem początkowo o co tam chodzi, widziałem starsze małżeństwo z kilkoma wielkimi walizkami. Oni właśnie byli przedmiotem szczególnej „troski” funkcjonariuszy celnych. Co chwila przychodzili nowi, coraz wyżsi rangą funkcjonariusze, żywo nad czymś debatowali. Na szczęście puszczali co pewien czas kilka osób z kolejki bez szczególnej kontroli. Gdy byłem już zupełnie blisko, zacząłem słyszeć dyskusję między przybywającym z emigracji starym małżeństwem a celnikami. Byłem już drugi do przepuszczenia i dokładnie już słyszałem o czym trwała debata. Otóż jedna z walizek zawierała pamiątkowe książki które małżeństwo pragnęło mieć tutaj w kraju w swoim nowym domu. Teraz wszystko było jasne, literatura była zawsze najbardziej niebezpieczna dla systemu komunistycznego. Małżonków reemigrantów wraz z bagażami, przeprowadzono do ad hoc zorganizowanego stanowiska, gdzie doraźny zespół „cenzorski” miał bardzo dokładnie zweryfikować pozycje książkowe, na te które będą dozwolone do przekroczenia granicy PRL i na te które zostaną aresztowane. Dla mnie sytuacja stała się korzystna, celniczka która objęła właśnie posterunek, kiwnęła do mnie abym przechodził bez kontroli. Radość moich oczekujących była wielka pomimo iż czekali ponad godzinę dłużej. Podziękowałem najserdeczniej jak tylko potrafiłem Mariuszowi. Ponieważ zaoszczędziliśmy na cle, postanowiliśmy wracać taksówką do Łodzi. Takim gestem rozpoczynaliśmy w naszej rodzinie zupełnie nową erę, erę mikrokomputerów, wideofilmów na kasetach VHS. Na pierwszym planie było hobby ale także nowa pogłębiona profesja, programowanie (software) oraz praktyczne stosowanie zawodowe mikrokomputerów PC (hardware).
Rok 1987 też jest pamiętny mimo że nie mam żadnych własnych zdjęć z Moskwy, to bardzo szczegółowo pamiętam wiele przeżyć, to były niepowtarzalne chwile. W tym akapicie będzie dużo tekstu, trochę przykładowych fotogramów, myślę że czytelnik będzie miał satysfakcję z poznania wielu faktów, one nawet dzisiaj oraz po 2024 roku będą interesujące. To była delegacja wynalazców i racjonalizatorów z wielu Polskich zakładów poligraficznych RSW „Prasa-Książka_Ruch”, wyprawa na odbywającą sie tamtego roku w Moskwie, cykliczną wystawę SEWDRUK’87. Wylądowaliśmy na lotnisku Wnukowo, wówczas to lotnisko dopiero zaczynało swoją perspektywiczną rolę. W skromnej hali przylotów czekał na nas przedstawiciel organizatorów Moskiewskiego Instytutu Poligrafii. Tutaj pierwszy szok, przed lotniskiem nie czekał na nas autokar, to była ciężarówka do przewozu pracowników, „gruzawik” coś podobnego do polskiego OSINOBUS’a. Jechaliśmy bardzo długo niemiłosiernie potrząsani na wyboistym Prospekcie Lenina. Potem kawałeczek Wałem Krymskim i Wałową w okolice Metro Stacji Paweletskaya do naszej kwatery w trzypiętrowym Hotelu Robotniczym. Parter budynku zajmowały sklepy, spożywczy oraz przemysłowy. To był początek bardzo upalnego lipca, nad środkową Rosją rozciągał się bardzo stabilny wyż kontynentalny, temperatura bezwietrznego upalnego powietrza sięgała 36 stopni Celsjusza. Na czele delegacji stał Jacek Gorecki, dyrektor Techniki Zarządu Głównego RSW. Pan Jacek biegle władający niemieckim i rosyjskim oraz mój dyrektor techniczny, sympatyczny Aleksander Znosko, znał biegle język niemiecki którego jako młodzieniec uczył się samodzielnie podczas wojny, posługiwał sie także zupełnie dobrze językiem rosyjskim, szlifując jego praktyczną znajomość podczas dwuletniego wcielenia do Ludowego Wojska Polskiego w latach 1945 d0 1947. Pan Aleksander skutecznie wprowadzał nas młodszych, niedoświadczonych w arkana rosyjskiej gościnności oraz specyfiki obyczaju. Uprzedzał że wszystkie radzieckie hotele które znał i przebywał, mają wejście i klatkę schodową w centralnym punkcie dłuższej ściany budynku. Na każdym piętrze Hotelu, na korytarzowym podeście klatki schodowej, znajduje się posterunek funkcjonariuszki o nazwie „etażnaja” (piętrowa), tak usytuowany aby miała doskonałą widoczność całej klatki oraz obu korytarzy hotelowego piętra. Cóż co kraj to obyczaj, przy ubogim technicznym wyposażeniu tamtejszych hoteli przy jednoczesnej swobodzie spożycia alkoholu w kwaterach i tylko w kwaterach (obowiązywała wówczas prohibicja swobody nabywania oraz publicznego spożycia alkoholu wprowadzona przez Michaiła Gorbaczowa w czerwcu 1985 roku, popularnie nazwany „suchoj zakon”). „Piętrowa” pełniła tutaj bardzo ważną rolę bezpieczeństwa oraz kontroli gości hotelowych. Ten posterunek przypominał zaokrąglony kiosk RUCHU, przylepiony do ściany korytarza, wymiary miał dokładnie dopasowane do szerokości klatki schodowej a zajmował połowę szerokości podestu. Przechodząc obok tego kiosku zauważyłem dwa telefony; jeden z tarczą numerową a drugi induktorowy na korbkę. Musieliśmy każdy z nas przejść procedurę zakwaterowania przed Tą osobą z kiosku, okazać paszport i bumagę organizatora. Otrzymaliśmy pokoiki dwuosobowe wyposażone w umywalkę z lusterkiem, tapczaniki pokryte były błyszczącym skajem, pościel zobaczyliśmy ułożoną w kostkę w nogach leżanek. Pomyśleliśmy ze Zbyszkiem, że w polskich hotelach robotniczych wygląda to podobnie, no może z wyjątkiem szafy której tutaj nie było, zastępczo powieszono na ścianach mocne wieszaki z kilkoma hakami, nad lusterkiem nie było lampki ale było gniazdko do golarki.
Pierwsza noc biorąc pod uwagę zmęczenie, minęła bezproblemowo. Po umyciu i ogoleniu, wszedł pan Aleksander który z Tadeuszem zajmowali pokoik obok. Poinformował nas że śniadania są wydawane w kantynie na ostatnim piętrze hotelu, „..koniecznie zamówcie bułkę maślaną z masłem a do tego sagan śmietany, to takie typowe rosyjskie śniadanie, stawia prosto na nogi nawet po trudnej, przepitej nocy”. Zamówiłem to co polecono i muszę powiedzieć że to było pyszne, buła słodka z kruszonką, jeszcze ciepła i aromatyczna (masłem i kruszonką), była przepyszna, taka z mojego dzieciństwa. Śmietanę podawała bufetowa nalewając półlitrową miarką wprost do podstawionego sagana z dziubkiem (taki duży ciemny, ceramiczny kubek półlitrowy). No…!, „smietan” to dopiero była pychota, była tak doskonała jaką pamiętałem z dzieciństwa, gdy pierwszy raz piłem taką śmietanę otwierając kurek, blaszanego odstojnika na wielkopolskiej wsi w okolicach Kotlina. Ta rosyjska była lekko schłodzona, gęsta, słodka i tłusta, niesamowicie smaczna, „prosto skazat” – niebo w gębie. Imprezy wystawy SEWDRUK’87 odbywały w Pawilonie 57, centrum wystawienniczo-konferencyjnego na terenach WWOZR (Wszechzwiązkowej Wystawy Osiągnięć Związku Radzieckiego), współcześnie WOGN Wystawa osiągnięć Gospodarki Narodowej) WDNHMoskwa. Dojazd do wystawy był łatwy, dojście do stacji Metro Paveletskaya, obecną linią okrężną (Hanza) w kierunku Marksistowskaya, Kurskaya, Konsomolskaya, Prospekt Mira, przesiadka na linię WOGN w kierunku Ryżskaya, Aleksejewskaja i WOGN, tam wysiadamy, potem idziemy Prospektem Mira do głównej bramy Wystawy. Na terenach wystawy, spędzaliśmy codziennie około czterech godzin (wliczając spacery oraz gastronomię w wydaniu organizatora). Dostawaliśmy wysoką dietę coś około 45 rubli. Mogliśmy więc swobodnie korzystać z wolnego czasu, zwiedzać centrum miasta z Placem Czerwonym, Bulwarami czy krążyć po niezwykle oblężonym GUM (gławnyj uniwersalnyj magazin). Zapuszczaliśmy się także idąc bocznymi ulicami, również w stronę osiedli mieszkalnych czy parków. Pogoda była niezwykle upalna bo bezwietrzne 32 do 34 Celsjusza. Nad Rosją rozciągnął swe ramiona stabilny wyż kontynentalny, to zapowiadało że do naszego wyjazdu za 7 dni, nic w klimacie się nie zmieni. Jako pierwszą ciekawostkę podam że pewnego dnia popołudniu, postanowiliśmy odwiedzić rekomendowaną przez grupę stałych bywalców spośród naszej delegacji, położoną nieopodal Hotelu restaurację. Mimo zewnętrznego upału w sali lokalu panowała przyjemna wilgotność i chłód atmosfery. Gdy zajęliśmy miejsca przy stoliku domyśliliśmy się dlaczego. Stolik pokryty był kilkoma warstwami białych obrusów mocno nasączonych wodą!!. Ta „ruska klima” okazywała się niezwykle skuteczna. Ciekawostką i zaskoczeniem dla nas, był rachunek za wystawną, kilku daniową obiado-kolację z deserami oraz mołdawskimi winami i armeńskim koniakiem, wyniósł niespełna 10 rubli na osobę!!. Nasi rekomendujący ten lokal przyjaciele z delegacji, spędzali tam bardzo dużo czasu. Wtedy stało się dla nas jasne dlaczego stać Ich było na taki codzienny luksus.
Spacery po śródmieściu Moskwy także przynosiły niesłychanie zaskakujące obserwacje. Najbardziej przerażające były liczne instalacje publiczne, blaszane, ohydnie śmierdzące wielostanowiskowe wodo-sodowe wodopoje. Nas odrzucał wygląd i zapach tych przybytków, natomiast moskwianie nawet tam ustawiali długie kolejki. Można było wtedy w 1987 roku, poruszać się kilometrami po ulicach śródmieścia stolicy CCCP, iść długo nie napotkawszy żadnego sklepu z czymkolwiek. Spotykaliśmy nieliczne kawiarnie czy restauracje a nawet kolejna ciekawostka – kolejki do zaplecza budynków!!!. Postanowiliśmy się bliżej przyjrzeć co tam podają. To były „punkty zaopatrzenia”…nabywano tam alkohole, głównie zwykłą wódkę. To właśnie ten wyżej opisany gorbaczowski „suchoj zakon”, który spowodował obserwowany paradoks. Powszechne potrzeby zaspakajano w cichości, od strony zaplecza. W osiedlach mieszkaniowych było nieco inaczej, tutaj na parterach były sklepy, weszliśmy do jednego z nich późnym południem – na pólkach sklepowych gościły jedynie zwiędnięte główki kapusty, nic więcej. Poszliśmy dalej, w okolicy przestrzeni między blokami mieszkalnymi, zauważyliśmy niezwykły ruch biegnących grupkami mieszkańców. Wszyscy gromadzili się na udeptanym placyku położonym między blokami mieszkalnymi, nieopodal dużej, ruchliwej ulicy. Po chwili stało się jasne na co i na kogo oczekiwali. Od strony ulicy wjeżdżały właśnie dwie ciężarówki wypełnione skrzynkami. Od przechodniów dowiedziałem się że to kołchoźnicy dostarczyli truskawki. Zaobserwowaliśmy że sprzedaż odbywała się błyskawicznie, każdy miał odliczone pieniądze, chwytał więc swoją kobiałkę i w nogi do domu. W przeciągu piętnastu minut wszystko zostało rozebrane, żadnego przebierania czy wybrzydzania nie było, kołchoźnicy mogli wrócić do zbierania plonów do kolejnej, jutrzejszej dostawy.
Następnego dnia po południu, postanowiłem zwiedzić sklepy na parterze naszego Hotelu. Były dwa duże sklepy, mięsno-spożywczy oraz ogólno-przemysłowy. Tuż za drzwiami obu sklepów, znajdowały się wewnętrzne wiatro-mrozołapacze, takie przedsionki służące do otrzepywania odzieży i butów ze śniegu czy błota. Ten w sklepie przemysłowym wypełniony kobietami w chustkach na głowach. Każda z kobiet którą mijałem sięgając do torby pytała „..rubaszku ty choczesz?”. Nic z tego nie rozumiałem bo dalej w sklepie widziałem wiszące na wieszakach koszule, sukienki, fartuchy oraz leżące na ladzie bele materiałów tekstylnych i niewiele co ponadto co by rzucało się w oczy, półki ścienne za ladą raczej świeciły pustkami. Nie chciałem oglądać oferowanych odręcznie koszul aby nie wchodzić w relacje kupieckie. Nie znając dokładnie języka potocznego, ani jakości towarów ani cen oferowanych koszul, było by to wielce ryzykowne. Poszedłem więc do drugiego sklepu tj. ogólnospożywczego. Szok! i niedowierzanie…. roje much kłębiących się wokół niedomytych lad czy wokół pieńka służącego do ćwiartowania tusz. Zaduch psującego się mięsa przyprawiał o mdłości. Nigdzie nie widać było lad chłodniczych czy skrzyniowych zamrażarek. To było już dobrze popołudniu, więc nie spodziewałem się że cokolwiek tutaj kupię, na półkach ściennych widoczne puszki, dosłownie kilka puszek chyba niechodliwych konserw, haki i lady świeciły pustkami ale trzy osobowa załoga tkwiła za ladami w pełnej gotowości do pracy. W bliższej wejścia części spożywczej – także pustki, nawet octu nie było. Myślę że coś tam z rana dostarczono ale błyskawicznie sprzedano. Potem już w blokach mieszkalnych następowała wymiana potrzebnych towarów z tych które różnym ludziom, udało się kupić w poprzednich czy kolejnych dniach porannego handlu. I tu mnie olśniło w sprawie odsprzedaży tych koszul, które oferowały mi kobiety w wiatrołapie sklepu przemysłowego. One kupiły więcej niż potrzebowały, bo akurat „rzucili” a ponieważ w okolicy zamieszkania nie udało Im się odsprzedać, przyszły do sklepu i dalej próbowały odsprzedawać.
W parku w okolicy mostków przerzuconych nad rzeczkami czy kanałami, stało kilkoro młodzieńców i zawsze ilokrotnie tam byliśmy mieli po kilka aksamitnych poduszeczek wypełnionych wpiętymi orderami, medalami, odznakami i wszelkiego rodzaju przypinkami w których kochali się Rosjanie, wszystko na sprzedaż lub do wymiany. Troszkę to przypominało polskie giełdy filatelistyczne w radzieckim wydaniu. W sobotę organizator zaprosił naszą delegację na wycieczkę do położonej 71 km na północ od Moskwy, Ławry Troicko-Sergiejewskiej, klasztoru w mieście Sergiejew Posad. SergiPosad Przewodniczką była Pani Nina, tłumaczka Polskiej Ambasady w Moskwie. Pierwszy poważniejszy remont po odzyskaniu obiektów przez Moskiewską Cerkiew prawosławną, przeprowadzono w 1983 roku. Pierwszy raz zwiedzałem kilka Cerkwi prawosławnych jednego dnia. Widać było puste jeszcze miejsca oraz pobieżność wykonywanych prac renowacyjnych. Ikonostasy świątyń, robiły niesamowite wrażenie. Spędziliśmy tam około godziny, nie było tam zbyt wielu zwiedzających ale nasze wrażenia były duże i satysfakcjonujące.
Pamiętam że zabrałem ze sobą nowiutkie dżinsy Blue Paris okazyjnie zakupione w Centralu. Wieczorem na dwa dni przed wylotem, przybyła do hotelu oswojona z „etażnoj” Rosjanka. Nasi obrotni przyjaciele Warszawiacy, zaprosili ją do swojego pokoju a nas powiadomili że mają kupcową na wszystko co mamy do sprzedania. Okazało się że dla bezpieczeństwa dziewczyna dokonuje tylko oględzin towarów oraz ich kwalifikacji, w aspekcie ich łatwego zbycia. Transakcje miały się odbyć nazajutrz na niewielkim targowisku oddalonym dwie stacje metrem w stronę śródmieścia. Ponieważ jutrzejszy dzień planowałem spędzić w GUM, nie byłem zainteresowany stratą czasu. Nie miałem pewności korzystnej sprzedaży dżinsów, one bardzo mi się podobały więc zamierzałem je nosić. Poprzedniego dnia po południu pojechaliśmy z kolegą po telewizor Rubin, który zamierzał kupić i zabrać do Polski. Prosił mnie o pomoc w komunikacji językowej i w poruszaniu się metrem czy autobusami. Dostał od kogoś adres gdzie „na bank” będą dostępne tego dnia Rubiny. Miały być dostarczone i dostępne od ręki, w takim dużym magazynie dzielnicowym, na peryferiach Moskwy. Dotarliśmy tam nie bez problemów ale skutecznie. Okazało się że owszem bywają tam w sprzedaży duże partie Rubinów, ale personel sklepu nigdy nie wie kiedy i w jakiej ilości zostaną do Ich sklepu przywiezione.
GUM jako wielka Galeria Handlowa wewnątrz sprawiał dobre wrażenie, tego typu sklepów często nie widywałem wtedy w Polsce roku 1987. Jedynie zespół warszawskich DT Centrum Junior, Sawa, Wars były obiektami o podobnej skali. Chodziłem tam kilka godzin wchodząc niemal do każdego sklepu. Byłem już zmęczony ponieważ nie udało mi się zobaczyć nic atrakcyjnego, co mógłbym kupić jako odręczne suweniry dla najbliższych czy rodziny. Byłem bardzo poirytowany i zawiedziony że nie przygotowałem jakiś wyjść awaryjnych, na wypadek niezdecydowania czy braku ciekawej oferty. W końcu kupiłem Jagódce i Anuli złote łańcuszki, Adasiowi okazałą matrioszkę z wilkiem i zającem a do domu czy sobie, cichobieżny wentylator kanałowy z czterostopniową nastawą prędkości oraz moją pierwszą elektryczną, ręczną wiertarkę o niedużych rozmiarach ale dużej mocy.
Ostatniego dnia pobytu zorganizowano naszej polskiej ekipie wynalazców i racjonalizatorów, wycieczkę do moskiewskich zakładów Drukarni Wydawnictw Oświatowych i Podręczników. W Polsce i DDR widziałem wiele drukarni o różnym profilach produkcyjnych. Ta moskiewska to było kuriozum, pomyślałem przez chwilę że tak musiały wyglądać zakłady a właściwie maszyny eksploatowane w XIX wieku. Wszędzie widoczne kręcące się wały, kółka pasowe i szybko poruszające się pasy parciane różnej wielkości, żadnych obudów czy osłon, żadnych płotków czy wyznaczonych ścieżek bezpieczeństwa. Podłogi pełne wyrw i nierówności, produkty i surowce stały gdzie popadło, bez ładu czy składu. Wszechobecny pył papierowy (z natury wybuchowy!) – bardzo dużo zalegało go na podłodze czy ścianach, tak że niemal unosił się w powietrzu!. Doprawdy nie wiedziałem co o tym myśleć a już naj mniej co o tym wszystkim mówić!!!.
W drogę powrotną na lotnisko Wnukowo udaliśmy się podstawioną przez organizatorów ciężarówką, przystosowaną do przewozu osób i bagażu. To ważne bagażu!. Okazało się że warszawiacy dobili interesu na targowisku i kupili trzy telewizory Rubin. Zajęło to trochę czasu zanim ładunek został ostrożnie umieszczony na tyłach pojazdu. Około południa wyruszyliśmy w drogę powrotną do PRL. Na lotnisku Wnukowo nie było dużego ruchu pasażerskiego więc odprawy bagażowo biletowe przebiegły sprawnie. Koło 14:00 byliśmy gotowi do wylotu który planowano na 16:30. Na tym stopniowo w miarę upływu czasu, opustoszałym lotnisku niecierpliwie poirytowani, spędzaliśmy godzinę po godzinie w zapadającej wokół nas ciemności (oświetlenie przestrzeni pasażerskiej także wygaszano do niezbędnego minimum). W końcu wyleciał ostatni planowany tego dnia samolot do Sofii a IŁ’a 62M dla naszej delegacji ciągle nie było. Mniej więcej co dwie godziny, personel lotniska zapraszał nas do baru na lampkę koniaku aby ukoić nasze nerwy czy niepokoje. Około 1:00 podano komunikat zapraszający na pożegnalną lampkę koniaku z jednoczesną dobrą wiadomością że nasz IŁ 62M właśnie wylądował z trasy Nowy York – Warszawa – Moskwa i po przeglądzie i tankowaniu z radością przyjmie nas na swój pokład. Rozległy się oklaski w hali odlotów, a podchmieleni pasażerowie ochoczo zbliżali do parkującego przy wyjściu autobusu. Na pokładzie było wesoło..oj, wesoło bo w ruch poszła kolejna lampka koniaku fundowana tym razem przez PLL LOT. Nie wiadomo kiedy wylądowaliśmy w Warszawie, tak szybko upłynęły trzy godziny lotu. Tutaj okazało się że „nasz” planowy IŁ 62M „Sienkiewicz”, nie wystartował z Warszawy do Moskwy z powodu awarii silnika. PLL Lot podjął decyzję że pasażerów z Moskwy zabierze IŁ 62M „Pułaski” po wylądowaniu, przeglądzie, wymianie załogi oraz tankowaniu w Warszawie. To była kolejna awaryjna przygoda tego nieudanego samolotu made in CCCP. Gdy solidnie zmęczeni ale i szczęśliwi schodziliśmy po schodach trapu, zauważyliśmy zrzucane z wysokości około 3 metrów, wprost z otworu bagażowego samolotu, pudła kartonowe z telewizorami Rubin. Spadały jak worki z ziemniakami, na podstawione przyczepki elektrycznego „pociągu” z bagażami i walizkami pasażerów. Zacząłem się śmiać gdy przypomniałem z jaką uwagą i ostrożnością wnosiliśmy te ciężkie pudła do naszej ciężarówki w Moskwie.
Jesienią 1987 roku od Zakładu Wiodącego Urządzeń Sportowych Polsport w Warszawie, otrzymałem formalne zlecenie projektu wynalazczego dotyczącego opracowania i/lub wdrożenia wykonawczego, wyświetlaczy tablicowych i/lub przenośnych do użytkowania na zawodach sportowych typu halowego ale i otwartego w wersji przenośnej. Opracowanie doprowadziłem do zamknięcia pierwszego etapu czyli rysunków ideowo montażowych, opisów technicznych i wykazu użytych części czy zastosowanych technologii i materiałów. Niestety kilkumiesięczna praca w czasie dodatkowym i zimowych weekendów nie miała ciągu dalszego w postaci umowy wykonania modeli czy prototypów.
We wrześniu 1989 roku zostałem delegowany wraz z moim współpracownikiem inż. Piotrem Neumanem do odbycia szkolenia zagranicznego w MAN Roland, Mühlheim nad Menem. Kurs będzie odbywał się w Ośrodku Szkolenia i Treningu w języku angielskim. Po raz pierwszy pełniłem na tym kursie rolę słuchacza ale i tłumacza dla Piotra Neumana. Instruktorem był inżynier Jucz Severin a słuchaczami siedmiu elektroników ; dwóch Amerykanów, dwóch Polaków, Anglik, Szwed i Francuz. Kurs rozpoczynał się o 9:00. O ile pamiętam to z Hotelu Kinnel odbierał nas osobówką, pracownik Zakładów MAN Roland po drodze dojazdu do pracy w Zakładach. Obiady jadaliśmy w przerwie na lancz około 12:30 w kantynie Ośrodka. Przez kilka dni miałem problemy w rozmowach towarzyskich, zwłaszcza z Amerykaninem z Chicago. Twardy dialekt amerykański sprawił mi duże trudności, natomiast Jucz mówił wolno w logicznych sekwencjach zdań, językiem technicznym, używał znanych zwrotów podręcznikowych, tłumaczenie Piotrowi nie nastręczało trudności więc w niewielkim stopniu wpływało na tempo wykładów czy prezentacji medialnych. Bardzo dziwili się że Piotr nie mówił po niemiecku, mimo ojca o niemieckich korzeniach etnicznych. Wyjaśniałem jak potrafiłem, że skład etniczny mieszkańców Łodzi z natury rzeczy był wielonarodowościowy. Łódź w XIX wieku to była Ziemia Obiecana dla wielu europejskich narodów. Największą grupę stanowili Polacy których Łódź ssała jak gąbka wodę ze wszystkich okolic bliższych i dalszych, ludzie ciągnęli tutaj furmankami, dwukółkami, ale i na pieszo, całymi gromadami jak na pielgrzymkę. Wielką grupę stanowili wyżej kwalifikowani osadnicy z Niemiec, Czech ale i z Francji oraz Szwajcarii czy Austrii. Bardzo liczną grupę stanowili Żydzi ściągający tutaj ze wszystkich krajów europejskich ale także Ich biedota z obszarów Rosji.
Amerykanin Bob z Chicago, podczas lanczu opowiedział ciekawostkę ze swojego Zakładu, wielkiej drukarni akcydensowej. Powiedział że w Ameryce, wszystko jest duże. Gdy kupuje sie maszyny tak dobre technicznie oraz tak bardzo wydajne jak MAN Roland, sprowadza się bez wahania maszyny do całej nowej hali produkcyjnej. Powiedział że management Zakładu twierdzi że na Halę 30 maszyn MAN Roland wystarczy 2 drukarzy, 1 technik oraz 10 „Indian” czyli pomocników obsługujących wejście i wyjście maszyn. Ci „Indianie” dowożą stosy czystych arkuszy (ryz) na ero-paletach, podstawiają te stosy pod wejście podajnika arkuszy a także odbierają stosy zadrukowanych arkuszy gotowego produktu na ero-paletach, od strony wyjścia maszyny czyli układarki (sztaplarki). Tak, to prawda co mówił Bob o wydajności tych maszyn. Na terenie Ośrodka szkolenia znajdował sie również Zakład Doświadczalny i Badawczy Drukarstwa. Zakład ten pełnił również rolę Ośrodka Szkolenia dla drukarzy i obsługi maszyn offsetowych arkuszowych. Ponadto zakład ten funkcjonował dokładnie tak jak niewielka drukarnia która mogła być wzorcem dla systemu zaopatrzenia zakładu w papier bez uprzedniego magazynowania. To był system odbioru ryz papieru przez wózki widłowe wprost pod wejście maszyny oraz ekspedycji gotowego produktu po błyskawicznym opakowaniu prosto na ciężarówki. Właśnie tam zwiedzając działający park maszynowy przekonaliśmy się jak wydajne i niezawodne są maszyny arkuszowe MAN Roland, Favorit, Parva, Record. Po krótkim, kilkunasto – minutowym procesie zakładania form, uzupełnieniu farb, roztworów i dopełnieniu procedur technologicznych, następował druk próbny w skali do 100 egzemplarzy z okresowymi niewielkimi korektami pasowań i nasycenia barw. Rozruch był natychmiastowy z bardzo szybkim dojściem do pełnej wydajności. Pierwszy raz w życiu widziałem na własne oczy jak w oczach maleje stos surowego papieru a rośnie w oczach stos gotowej produkcji. Wtedy zrozumiałem dlaczego wysokiej jakości wielobarwne akcydensy w wydaniu komercyjnym są tak niewyobrażalnie tanie, rozdawane za darmo. Kalkulacyjny słupek uprzednio znaczący (najwyższy) drogiej pracy osobowej znacznie malał, obniżka pozostałych kosztów własnych, surowców i zaopatrzenia a także zbytu, obniżano sukcesywnie wręcz systemowo. Efekt finalny stawał się coraz bardziej zgodny z oczekiwaniami konsumentów ulotek, folderów czy katalogów.
Trzecią ciekawostką były spacery z Piotrem po sąsiadującym z Ośrodkiem Szkolenia Cmentarzu Katolickim. To były dla nas przybywających z PRL (..tak to jeszcze był kraj komunistyczny mimo że już odczuwaliśmy wyraźne powiewy następujących zmian wolnościowych), niesamowite przeżycia estetyczne oraz także mentalne, choćby widok czynnego krematorium (C). W Polsce tamtego czasu o pochówkach urnowych, kolumbariach czy spalaniu ludzkich zwłok nie było i mogło być mowy. Szczególnie budynek krematorium budził naszą wielką ciekawość. Najpierw nie zdawaliśmy sobie sprawy że to krematorium, dopiero gdy z wystającego nad dachem szerokiego komina buchnęły czarne, gęste kłęby dymu a trwało to kilkanaście minut, zdaliśmy sobie sprawę że ten obiekt na uboczu Cmentarza to krematorium. W następnych dniach na dłuższych przerwach między zajęciami kursu, chodziliśmy po różnych częściach Cmentarza. Najciekawsze były kolumbaria sąsiadujące z zewnętrznymi ścianami czy stanowiące ogrodzenie Cmentarza oraz wielkie pola grobów urnowych. Nagrobki to płyty kamienne o wymiarach standardowych około 60/60 cm, wykonane z kamieni o różnych kolorach oraz przeróżnych gatunkach. W Polsce wówczas dominowały nagrobki sporządzane z lastriko czyli betonu wypełnionego grysem kamiennym oraz wyszlifowaną dokładnie powierzchnią czołową. Wszystkie płyty kamienne Mühlheim, wypełnione Inskrypcjami miały grubości około 5 cm, spoczywały wprost na trawiastej powierzchni pola lub na nieco widocznych krawędziach piwniczek urnowych. Między płytami nagrobnymi były regularnie rozmieszczone trawiaste, starannie wykoszone przejścia o szerokości około 50 cm. Któregoś dnia obserwowaliśmy nawet fragment ceremonii pogrzebu w Kaplicy krematorium. Ceremonię sprawował ksiądz z tamtejszej Parafii Św. Maksymiliana Marii Kolbego. Kaplica miała półkolisty kształt, fotele uczestników tworzyły półkola kilkunastu rzędów, część ołtarzową stanowiła trapezoidalna wnęka z centralnie usytuowanym krucyfiksem, trumna osoby zmarłej znajdowała się między krucyfiksem a stołem ofiarnym i księdzem. Ceremonia w której uczestniczyliśmy właśnie się kończyła, rozległa się melodia żałobna a katafalk z trumną osoby zmarłej bezgłośnie opuszczał się ku piwnicy. Wieka piwnicy również bezgłośnie zostały zasunięte. Jaki był przebieg dalszej ceremonii nie byliśmy w stanie ustalić ponieważ właśnie mijał czas naszej przerwy w zajęciach. Cmentarz był ładnie zorganizowany i świetnie utrzymany. Większość nagrobków była z kamienia naturalnego, wielobarwnych granitów. Formy wizualne czy konstrukcyjne były różnorodne, poczynając od bardzo okazałych i bogatych wystrojem, kolumnowych instalacji grobów Romskich (cygańskich), po bardzo skromne płyty urnowe czy kolumbaria ścianowe.
Współcześnie ulica między Ośrodkiem a Cmentarzem to Senefelder Allee, budynek Ośrodka został znacznie rozbudowany, stanowi obecnie kompleks uczelni Hessische Hochschule für öffentliches Management und Sicherheit, czyli coś na kształt niemieckiej Akademii Policyjnej. Kompleks budynków oraz hal produkcyjno-warsztatowych, dawnego Zakładu Doświadczalnego i Badawczego Drukarstwa, pozostaje nadal we władaniu potężnych Zakładów Maszyn Drukarskich MAN Roland. Pod koniec naszego dwutygodniowego pobytu, Jucz Severin nasz Instruktor, zorganizował wycieczkę do Głównego Zakładu produkcyjnego maszyny poligraficzne „MAN Roland Vertrieb und Service GmbH, Mühlheim a. Main, Germany”. Pierwszy raz mogliśmy zwiedzić tak olbrzymie hale produkcyjne wyposażone w „taśmę produkcyjną” o cyklu obrotu 1-miesiąc. Z natury rzeczy produkowano Tutaj zestawy modułowe wielkich maszyn rotacyjnych offsetowych Rotoman, Litoman, Polyman, Regioman. Zestawy wielkością dostosowane do montażu w całość ale również zapewniające łatwe opakowanie, zabezpieczenie i transport do odbiorców na wszystkich kontynentach. Proces technologiczny był zaplanowany na zasadzie liniowych dostaw, odcinkowej kontroli jakości montażu oraz etapowych elastycznych uzupełnień stanu montażu z dokładnością do kilku minut. Nikt tutaj nie biegał, nie poszukiwał osób czy części. Pracowało spokojnie około dwóch osób na każde 3 metry linii montażowej. Dwie, ponieważ elementy wymagały współpracy i kooperacji dwóch pracowników oraz zmieniającego się oprzyrządowania w zależności od miejsca do którego dotarła linia. Ta organizacja pracy budziła w nas podziw, dobrze odzwierciedlała łódzkie powiedzonko „..langsam, langsam aber sicher !.”
Rok 1989 był przełomowym rokiem w historii Polski. Kończył się PRL i PZPR a rozpoczął proces transformacji ustrojowej i ekonomicznej Rzeczypospolitej Polskiej – RP. Największego szoku doznałem w 1990 roku, wtedy POP PZGraf ulegało rozwiązaniu a dokumenty i pamiątki zabierano do depozytu archiwaliów. Gabinet POP obejmował Dział zaopatrzenia i zbytu, kluczowy w nowym modelu rynkowym Zakładu. Koniec był symboliczny, bowiem Janek ówczesny I sekretarz POP PZPR, wrócił do swojej pracy w Chemigrafii gazetowej, gdzie niebawem awansował na kierownika gdyż Kazimierz Małkiewicz odchodził na emeryturę. Dopełniło się przesilenie kłamliwej ideologii której gnicie długo ale bacznie obserwowałem po wstrząsie moralnym czerwca, lipca 1976 roku. Było to prawie na początku mojej pracy w Prasie, gdy po brutalnym stłumieniu robotniczych strajków w Ursusie i Radomiu władze PRL ukazały swe kłamliwe oblicze. Moje relacje z polityką i do polityki w całym okresie PRL, opisałem dokładnie w opracowaniu NaznaczPolityk
W 1990 przez zebranie delegatów załogi Zakładu, zostałem wybrany na przewodniczącego Rady Pracowniczej Prasowych Zakładów Graficznych. Rozpoczął się trudny niekiedy bolesny ale ostatecznie owocny proces modernizacji Zakładu. Ostatecznie po latach, brać drukarska Prasowych Zakładów Graficznych przyznała mi rację. Kiedy na Ich tezę „gazeta była, jest i zawsze będzie…”, odpowiadałem wówczas „..tak, ale jest pytanie jaka to będzie gazeta, w jakiej formie, jakiej technologii oraz na jakim nośniku..” . W 1991 roku na zwołanej at hoc po zebraniu RP masówce mówiłem : „..szanowni rycerze czcionki z metali ciężkich – za lat kilka z tych hal gdzie stoimy, wyjadą wszystkie maszyny i urządzenia technologii druku opartego na topieniu i odlewaniu wierszy czy całych stron z metalu. Wyjadą do huty na przetopienie. Ich miejsce zajmą klimatyzowane niewielkie biura wypełnione komputerami oraz elektroniką. Dopóki jest na to czas proszę Was na wszystko, przygotujcie swoją wiedzę i umiejętności do tej rewolucji..”. To bardzo nie się spodobało drukarzom. Aktywiści nowej partii Porozumienie Centrum (braci Kaczyńskich), tuż po masówce zorganizowali referendum o moje odwołaniem z funkcji Przewodniczącego RP, motywując inicjatywę koniecznością obrony zagrożonych miejsc pracy. Nie czekałem na wynik, złożyłem rezygnację wkrótce po wcześniejszej rezygnacji wicedyrektora Lecha Dorendy. Niebawem 22 marca 1990 roku w Sejmie RP inicjatywą grupy posłów PC, przegłosowano Ustawę o likwidacji RSW „Prasa-Książka-Ruch” której składnikiem była nasza drukarnia Prasowe Zakłady Graficzne w Łodzi. Motywacją generalną była potrzeba rozdysponowania majątku po PZPR, aby nie przypadł następczyni prawnej czyli partii SdRP. Rozpoczęła się wtedy złodziejska w swej istocie, zaś faktycznie mocno chaotyczna prywatyzacja całej RSW, w tym naszej Drukarni. W Łodzi powstała nowa Spółka Akcyjna Drukarnia Prasowa SA, która wykupiła Prasowe Zakłady Graficzne w Łodzi w istocie jako masę likwidacyjną Zakładu. Rozpoczęła się niejasna gra kapitałowa z początkową fazą tzw. Akcjonariatu Pracowniczego, gra o wpływ na składniki majątku wśród nowych podmiotów gospodarczych tj. organizacji biznesowych czy ugrupowań politycznych. Olbrzymi majątek RSW w istocie swej społeczny, ulegał rozproszeniu w wyniku patologicznego procesu prywatyzacji po likwidacji w 1990 roku – trafił w poważnej części głównie do partii politycznych w tym przeważającej części do Porozumienia Centrum (obecnie PiS). Ten majątek dobrze wybrany, korzystnie zarządzany i rozwijany, umożliwiał wieloletnie trwanie tej post PRL-owskiej formacji politycznej. Procesy tego typu trwały latami również o innym modelu działania np. poprzez upadłość układową itp., dotykały licznych, niemal wszystkich różnej wielkości Zakładów przemysłowych Łodzi, województwa i całej Polski. Procesy tym bardziej trudne a niekiedy bolesne z powodu skokowej zmiany modelu gospodarczego z centralnej regulacji tzw. modelu „nakazowo rozdzielczego”, na w pełni rynkowy. Szok społeczny, bezrobocie, galopująca inflacja, okresowe braki oferty w handlu czy dystrybucji, znacząco wyrównywane pomysłowością i przedsiębiorczością Polaków. Lawinowo powstawały prywatne i społeczne formy handlu, produkcji oraz niesłychanie potrzebnych usług. To było kilka, kilkanaście bardzo trudnych lat pełnych napięć politycznych, społecznych oraz wielkich problemów gospodarczych.
Tutaj wrócę o kilka lat wstecz. W 1987 roku podpisałem umowę zlecenie w Politechnice Łódzkiej, u mojego promotora prof. Zdzisława Jana Tarocińskiego z Instytutu Aparatów Elektrycznych, na wieloetapowe opracowania i badania pochodzące z Zakładu Maszyn Włókienniczych, Instytutu Konstrukcji Maszyn PŁ. To z całą pewnością był największy i najciekawszy w swej naturze, projekt jaki miałem zaszczyt realizować obok etatowej pracy zawodowej. Końcowe badania modelu bidła wysokoobrotowego krosna rapierowego w tkalni doświadczalnej ZMW IKM PŁ trwały do początku 1991 roku. Mimo bardzo pozytywnych wręcz obiecujących rezultatów badań, projekt nie miał szans na przemysłowe wdrożenie. Przemysł włókienniczy w Łodzi zamierał, zakłady produkcyjne, badawcze i wdrożeniowe były już na skraju bankructwa czy upadłości. Kolejny raz mój twórczy wysiłek, praca i umiejętności wynalazcze nie znalazły zastosowania. Cest’ la vie.
W Drukarni Prasowej SA natychmiast po starcie, okazało się że natura zastałych obyczajów nie znosi próżni, wkrótce po wyprowadzce partii PZPR z Zakładu jej rolę natychmiast zajęła Komisja Zakładowa Solidarności. K Z Solidarność miała nawet więcej do powiedzenia niż partia w swym schyłkowym wydaniu do 1990 roku. Dźwignia dziejów odbiła w prawą stronę. Zapotrzebowanie na materiały drukowane przez nowe wydawnictwa prasowe, organizacje rządowo samorządowe czy biznesowe rosło lawinowo. Natychmiast widoczne stało się braki inwestycyjne Drukarni Prasowej które spotęgował okres nasilonych sankcji gospodarczych 1982-89. Ujawniło się wielkie opóźnienie w zakresie nowoczesnych technologii oraz wydajnego parku maszynowego. Druk wielobarwny wysokiej jakości stał się naglącą potrzebą. Ponieważ wtedy w 1990 roku przekraczanie europejskich granic zaczynało być dużo łatwiejsze. Eksodus Niemców z NRD do RFN przez ambasadę RFN w Polsce rozpoczął się w latem i jesienią 1989 roku. Początkowo, na przełomie sierpnia i września 1989, pojawiali się pierwsi „nieproszeni goście” w ambasadzie RFN w Warszawie. 1 i 5 października 1989 roku, pierwsze około 2000 osób wyruszyło na Zachód z Dworca Gdańskiego w Warszawie. Trwało to całą wiosnę 1990, wtedy przez kilka miesięcy tą drogą emigrowało dzięki polskiej pomocy ponad 6000 Niemców. Ta rozsypka NRD, stwarzała pierwszą od dziesięcioleci okazję aby zarząd DP SA w osobach Lecha Dorendy i Bogusława Miareckiego oraz specjaliści mechaniki Tadeusza Kuśmirka i ja elektroniki, pojechali i wzięli aktywny udział w odbywających się raz na trzy do pięciu lat, największych światowych targach poligrafii DRUPA’90 w pięknym mieście Nadrenii Północnej Düsseldorf. W poniższym opisie szerzej zajmę się tą niezwykłą podróżą, moimi wrażeniami nie dotyczącymi zasadniczych, formalnych zadań tej delegacji. Z racji wielce skromnego budżetu jakim dysponowała nasza delegacja, postanowiliśmy podróżować autem osobowym Fiat 125 P, prezesa Lecha Dorendy. Do przejechania przez około 15 godzin było nieco ponad 1000 km. W Polsce głównie drogami krajowym które tylko w niewielu miejscach zapewniały wygodę nie mówiąc o dzisiejszym komforcie jazdy autostradami, teraz traktowanym jako norma. Postanowiliśmy że będziemy się zmieniać okresowo w prowadzeniu za kółkiem oraz odpoczywać jak tylko się da na parkingach. Wyruszyliśmy wczesnym świtem niedzieli 29 kwietnia aby być na miejscu w Düsseldorf’ie wieczorem, nocą wypocząć a rano po śniadaniu zacząć trzydniowe zwiedzanie wybranych pawilonów. Łatwo przekroczyliśmy granicę Polska – NRD (DDR), potem dość łatwo Berlin Wschodni (East Berlin) – Berlin Zachodni (West Berlin), najsłynniejszym przejściem granicznym w Berlinie – Checkpoint Charlie. Łączył on sektory radziecki i amerykański. Punkt kontrolny był otwarty tylko dla personelu wojskowego i ambasad alianckich, obywateli zagranicznych i pracowników Stałej Misji Republiki Federalnej Niemiec w NRD, a także urzędników NRD. Po lewej stronie słynnego pawilonu wjeżdżały samochody do Berlina Wschodniego (NRD) a po prawej pojazdy kierujące się do Berlina Zachodniego i tranzyt do RFN, pasy ruchu były podzielone na kierunek pojazdów militarnych oraz pozamilitarnych i turystycznych. Mimo że dalej jechaliśmy tranzytem autostradą eksterytorialną, przekraczanie granicy NRD – RFN wcale NIE było czystą formalnością. Tam były największe, fortyfikacje, wysokie ściany betonowe, ciężkie bunkry sześcienne, bunkry garnkowe „Einmannbunker”, dwie wysokie wieże strażnicze z prawej i lewej, na głowicach wież widoczne w okienkach strzelniczych, lufy ciężkich karabinów maszynowych. Wszędzie rozstawione były stałe oraz przewoźne zasieki z drutów kolczastych na konstrukcjach stalowych. Nigdy przedtem ani już nigdy po tym nie zobaczyłem czegoś równie przerażającego. Po raz kolejny w życiu byłem szczęściarzem bo dane mi było choć raz zobaczyć de facto „żelazną kurtynę”.
Targi Drupa Messe zrobiły na nas wielkie wrażenie, dla mnie to było coś podobnego do wrażenia które przeżyłem w 1960 roku zwiedzając pierwszy raz w życiu MTP w Poznaniu. Odwiedziliśmy wielką ilość Pawilonów Branżowych i Stoisk Firmowych znanych producentów czy oferentów usług handlowych oraz serwisowych poligrafii. Właśnie rozmowy z pośrednikami usług handlowych czy serwisowych były szczególnie owocne gdyż trafiały najbliżej w cele jakie przyświecały naszej delegacji.
W tych latach intensywnych przemian społeczno-ustrojowych, główni specjaliści brali aktywnie udział w opiniowaniu stanu technicznego i możliwości demontażu, transportu, montażu i uruchomienia na miejscu, wielu nowoczesnych maszyn czy urządzeń kupowanych z drugiej ręki głównie z obszaru Niemiec Zachodnich czy Austrii. Jako Główny Elektronik miałem wtedy zawodowo wielkie pole działania. Inicjatywnie wykorzystywałem wiedzę i umiejętności. Intensywnie wchłaniałem najnowsze zdobycze techniki i technologii zakresu osobistych komputerów (PC) m-ki IBM. Poznawałem soft & hardware oraz sposoby łączenia jednostek w sieci PC np. Novell NetWare, do których nareszcie miałem swobodny dostęp. Wtedy także wpadłem na pomysł zbudowania dwupoziomowej sieci komputerowej. Mój pomysł wydatnie rozwinął, zaprojektował i oprogramował wybitnie zdolny mgr inż. Wojciech Krupa, przedstawiciel kadry nowej generacji pracowników mojego pionu lat 80-tych i 90-tych. Poziom pierwszy sieci PC Novell, to wymiana danych czy korespondencji pomiędzy jednostkami zarządu, technologami produkcji czy księgowo-finansowymi, wykorzystująca dzięki oprogramowaniu obrobione dane przekazywane do pamięci systemu, dzięki sieci drugiego poziomu. Poziom drugi RS 485 Modbus czyli prosta i tania sieć łącząca mikroprocesorowe moduły zliczania produkcji na kluczowych maszynach zakładu oraz monitorowania stanu najprzeróżniejszych liczników energii elektrycznej, gazu, powietrza, wag produktów czy surowców oraz czujników bezpieczeństwa p.poż czy bhp. Tutaj istotne przypomnienie historii, początek polskiego Internetu jaki znamy współcześnie to rok 1991, wtedy wysłano pierwszego emaila w tak nazwanej sieci, dzięki oprogramowaniu protokółem TCP/IP (wówczas wyłącznie kablem telefonicznym dzięki wykorzystaniu modemów). Z wielkim zapałem, skutecznie utworzyliśmy fachowy zespół do oceny przydatności oferowanej wtedy do okazyjnego zakupu, dużej wieloagregatowej rolowej maszyny offsetowej Rotoman 20 w okresie bezpośrednio po tzw. zjednoczeniu Niemiec (a faktycznie wchłonięciu wschodnich Landów przez RFN). Maszyna pracowała dotąd w Zachodnim Berlinie, w likwidowanej właśnie prywatnej, usługowej drukarni prasowej, wykonującej druk gazety partyjnej Wschodnich Niemiec (NRD), Neues Deutschland Zeitung. To były wielkie, kolejne ze szczęśliwych przeżyć naszego pokolenia któremu dane było naocznie obserwować przemiany ustrojowe i gospodarcze tamtego czasu przełomu dziesięcioleci 80-90. Kilku dniowa delegacja, przejęła całą dokumentację techniczną maszyny w językach niemieckim i angielskim. Gdy wracaliśmy pełni satysfakcji z dobrze wypełnionych zadań, jadąc z Berlina w stronę polskiej granicy, zdumieni obserwowaliśmy przedsiębiorczych Polaków którzy przyczepkami różnej wielkości transportowali hurtowe ilości artykułów spożywczych, pralek, lodówek, telewizorów, sprzętu AGD a nawet samochodów osobowych i motocykli. W Polsce tamtego czasu rejestracja działalności gospodarczej i jej wdrożenie do realizacji, zajmowała kilkanaście minut nie licząc godzin spędzonych w Urzędach Skarbowych w kolejkach do okienek rejestracji. To był czas prawdziwej wolności gospodarczej nie ograniczonej żadnymi hamulcami. Ta prawdziwa wolność gospodarcza na skutek działania rodzącej się i umacniającej swe szeregi biurokracji, stopniowo zmieniała niekorzystnie sytuację podmiotów, nieskutecznym regulacjami. Społeczeństwo podzieliło się wtedy wyraźnie na dwie kategorie : pokrzywdzonych reformami transformacji czyli pracowników zatrudnionych w państwowych molochach produkcyjnych, dotkniętych słabą wydajnością i niską efektywnością działań oraz na : przedsiębiorczych, samodzielnych, efektywnych, pracowitych i wytrwałych, chwytających swój los we własne dłonie, stanowiących mechanizm napędowy nowych oszczędnych i innowacyjnych, szerokoprofilowych spółek różnego typu. Nasza DP SA powstała 24 czerwca 1991 roku gdy Prasowe Zakłady Graficzne RSW „Prasa-Książka-Ruch” w Łodzi zostały sprzedane Spółce Akcyjnej Drukarnia Prasowa SA w Łodzi, w wyniku likwidacji RSW „Prasa-Księżka-Ruch” Ustawą z dnia 22marca 1990 roku. Za mojej bytności w drukarni do 1995 roku, odbyły się dwie emisje Akcji, założycielska i pierwsza. W sumie nabyłem 11 Akcji, 5 pierwszej i 6 drugiej emisji. Te Akcje nie miały żadnego wpływu na moje losy zawodowe, społeczne ani ekonomiczne, przeleżały w naszych papierowych zbiorach dokumentów, do momentu gdy większościowy udziałowiec LKKruszona w 2024 roku, postanowił ostatecznie Ich całość skupić w swoim Portfelu Akcji. Jak się sumarycznie okazało, prywatyzacja mojej drukarni mimo zachowania pozorów legalności procesów, była przykładem patologii prawno-ustrojowych tamtego okresu czasu, okresu naznaczonego licznymi dziwnymi mechanizmami społeczno-ekonomicznymi. Zjawiska te były przeżywanymi w świecie XX wieku po raz pierwszy w historii nowożytnej, ale nie po raz ostatni. Ekonomicznie, to było przejście z centralnej, państwowej regulacji ekonomii komunizmu do mechanizmów wolnego rynku. Dotyczyły te przemiany wszystkich krajów OBOZU DEMOLUDÓW czyli tzw. „radzieckiej strefy wpływów” albo inaczej, protektoratu komunizmu typu radzieckiego czyli ZSRR plus cała Europa Centralna oraz Południowa w tym duży obszar wschodnich Niemiec.
Samodzielne zakupienie i wdrożenie do eksploatacji maszyny rolowej offsetowej Rotoman 20, było pierwszym bardzo znaczącym sukcesem nowej Spółki Akcyjnej Drukarnia Prasowa w Łodzi przy Alejach Piłsudskiego 82. Drukarnia w dużym tempie, zaczynała wdrażać technologie wielobarwnego druku offsetowego oraz towarzyszących temu budowy czy wyposażania zaplecza fotoskładu tekstów stron oraz łatwego, taniego i masowego przygotowywania offsetowych form do druku rolowego offsetowego. Jednocześnie rozpoczynał się nieuchronny proces likwidacji całych obszarów dotychczasowych maszyn i urządzeń pracujących na rzecz technologii „gorącego składu”, opartego na metalowych formach drukarskich – to była rewolucja którą zapowiadałem jako Przewodniczący RP w 1991 roku. Zarząd DP SA w końcu 1994 roku, podejmuje z rozpędu niejako na fali sukcesu, następną kluczową decyzję wychodzącą na przeciw lawinowo rosnącemu rynkowemu zapotrzebowaniu na prasę oraz wielostronicowe, wielobarwne, ilustrowane magazyny w tym wydawnictwa prasowe oraz reklamowe. Zarząd podpisuje pośpiesznie porozumienie z dużą niemiecką drukarnią Körner. Dotyczyło natychmiastowego zakupu, transportu, montażu i szkolenia drukarzy, dużej dwuwstęgowej, wieloagregatowej, rolowej maszyny offsetowej Rotoman 35 z produkcji 1981 roku. Maszynę dostarczono już w lutym 1995 roku, przybyła fachowa ekipa monterów i prace rozpoczęto na uprzednio przygotowanym miejscu na hali maszyn offsetowych. Jednocześnie ekipa naszych maszynistów offsetowych wyjechała do drukarni Körner’a aby zgodnie z umową odbyć praktyczne szkolenia. W końcu marca i kwietniu rozpoczęły się pierwsze próby uruchomienia a następnie druku. W maju wyruszyliśmy pięcioosobową ekipą specjalistów na kolejne światowe targi poligraficzne DRUPA’95 do Düsseldorf nad Renem w Niemczech. Ten pobyt znacznie różnił się od pierwszego w 1990 roku. Mieliśmy ścisły plan do zrealizowania podczas krótkiego, pracowitego pobytu. DRUPA-95
Po powrocie do polskiej rzeczywistości…wdrożenie do eksploatacji Rotomana 35 przebiegało niemrawo z ciągle nowymi przeszkodami, oględnie określając…..niepomyślnie. Poważne problemy techniczne i technologiczne pogłębiały już poniesione straty czasu pracy, materiałów drukarskich ale przede wszystkim drogiego papieru drukarskiego dobrej klasy. Wezwany do Zarządu wypytany o moją ocenę sytuacji oraz perspektywy rozwiązania narastających problemów wdrożeniowych Rotomana 35, skupiłem się na przyczynach które uważałem za kluczowe zaistniałych trudności. To nie spodobało się nikomu, mimo że bezpośrednio po tym oświadczeniu, podałem strategię szybkiego naprawienia sytuacji oraz sposoby skutecznej ich realizacji, wyczułem że Oni będą zmierzali do usunięcia mnie jako zbyt wiele wiedzącego i umiejącego nakreślić wyjście z sytuacji za którą Oni powinni odpowiadać. No cóż, „mleko się wylało, już nie nadaje się do picia”. Zarząd z konieczności zaczął realizować mój plan naprawczy, sporo kosztował ale zapewnił skuteczne pokonanie problemów. Jednocześnie odbywało się prawie jawne szukanie przyczyn formalnych na moje odwołanie z funkcji i zwolnienie z pracy. To R.W.D. w opcji Zarządu czyli znalezienie, wytypowanie przysłowiowego „ofiarnego kozła”. Ale ja także miałem przygotowany swój plan który zaboli nieprzyjaznych mi członków Zarządu. Trzeba przyznać że zachowali klasę postępowania, 1 sierpnia 1995 roku poproszono mnie na spotkanie Zarządu w pełnym składzie, wtedy wręczono mi trzy miesięczne wypowiedzenie stosunku pracy bez konieczności świadczenia pracy do upływu terminu. Skwitowałem to krótkim zdaniem „to draństwo !” i trzasnąłem drzwiami z całej siły. Moje dwudziestolecie stażu pracy w zakładzie mijało 1 października 1995, przysługiwała mi wtedy pełna nagroda jubileuszowa „na otarcie łez”. Nie zamierzałem się procesować z Zarządem gdyż poprosiłem o wystawienie opinii, która mogła nie zawierać pożądanych treści w przypadku rozstania się w nieprzyjaźni. Miałem bardzo dużo czasu na przemyślenie strategii „uczciwego moralnie odwetu”, który zamierzałem dokonać w ostatnim momencie, gdy już na pewno nie będą w stanie mi zaszkodzić czy odpowiedzieć podłością, na prawdziwe fakty które miałem zamiar opisać i ujawnić Radzie Nadzorczej Spółki Akcyjnej Drukarnia Prasowa w Łodzi. W końcu września odebrałem nagrodę jubileuszową i opinię końcową która była rzetelna OpinKońc, pożegnałem się serdecznie z moją załogą Działu Głównego Elektronika i tego samego dnia wysłałem listy polecone do przewodniczącego i członków RN DP SA oraz do ówcześnie większościowego udziałowca spółki ROK Corporation z Jarocina Depositum.
Początkowo w firmie POLITRONIC SERVICE działaliśmy po partnersku wspólnie z Adasiem, ja zajmowałem się sprzętem czyli hardware a Adaś opracowywaniem oprogramowania czyli software. Adam zaczynał działalność w niesłychanie ciekawy sposób, przyjmował się na miesiąc czy dłużej podczas wakacji do prowadzenia systemu informatycznego nadmorskiego miasteczka postojowo – kempingowego. Prowadził obsługę bieżącą i doskonalącą, wstępnie opracowanego w Łodzi podczas studiów Informatyki Ekonomicznej Uniwersytetu Łódzkiego, systemu informatycznego dla danego obiektu gospodarczego. Szybko zaczęło Adasiowi przybywać klientów którzy byli zadowoleni zamawiając stały serwis z obsługą upgrade’ ów, klientów z różnych branż i różnego typu sprzętów czy obsługiwanych interface’ ów. Bardzo szybko ustaliliśmy nowy stały podział i rejestrację dwóch niezależnych podmiotów o innych modelach i obszarach działania. Ja zająłem się dynamicznie rozwijającą się telekomunikacją elektroniczną w zakresie budowy sieci, dostarczania sprzętu wielonumerowych central elektronicznych oraz ich indywidualne oprogramowanie dostosowane do potrzeb klientów. Oczywiście zasadniczo i masowo zajmowałem się naprawami oraz wymianą aparatów tarczowych na elektroniczne w tym głównie marki Panasonic (stała współpraca ze sklepem Domsat). To było kilka wspaniałych lat koniunktury której nikt wcześniej nie podejrzewał. Polacy pokochali bezprzewodowe telefony radiowe oraz telefony z taśmową sekretarką dźwiękową Panasonic czy Uniden. Telefony te wówczas wycofywane z użytku w Stanach Zjednoczonych Ameryki gdzie wchodziła już generacja DECT i ISDN, kupowane były tam z wyprzedaży w hurtowniach czy supermarketach, były dostarczane wielkimi paczkami prywatną pocztą przez przedsiębiorczych Polonusów do rodzin w Polsce. Początek lat 90′ tych to wspaniały okres powszechnych wymian sprzętu audiowizualnego wszelkich typów i rodzajów z marek polskich czy radzieckich na przodujące marki krajów zachodnich w tym japońskie. Nareszcie ten dobry sprzęt można było nabyć w każdym sklepie a nie tylko za dewizy w Pewex’ ie. Tutaj niespodziewanie znowu nawiążę do polityki która wtedy zmieniała losy ludzi w tym życie i pracę naszych wieloletnich przyjaciół. W naszym życiu zdarzyły się takie przeżycia dwukrotnie. Dotykały one dramatycznie rodziny naszych najbliższych przyjaciół. Nawet przez moment nie wahaliśmy się aby udzielić naszym przyjaciołom pomocy, to był nasz moralny nakaz. W każdym z tych przypadków te rodziny dotknęła zawierucha dziejowa związana z wkroczeniem NSZZ Solidarność do polityki. Dźwignia dziejów odbiła w prawą stronę. W Drukarni Prasowej SA oraz w Jej Oddziałach Terenowych w Piotrkowie Trybunalskim czy Radomsku, okazało się że natura zastałych obyczajów politycznych nie znosi próżni, wkrótce po wyprowadzce partii PZPR z Zakładów jej rolę natychmiast zajęła Komisja Zakładowa Solidarności (KZ Solidarność), której komórki terenowe miały nawet więcej do powiedzenia niż partia w swym schyłkowym wydaniu do 1990 roku. W obu przypadkach dotyczących naszych przyjaciół, kierownika Oddziału DP SA w Piotrkowie Trybunalskim Sławomira Tworka oraz inż. Wiesława Troczyńskiego głównego mechanika Zakładów Gastronomii KASKADA, mechanizm zwolnienia z funkcji i pracy był jednoznacznie patologiczny i przebiegał w niemal identyczny sposób. Niesłychanym zrządzeniem opatrzności był fakt że nasza pomoc umożliwiła związanie losów obu rodzin z całkowicie nową na polskim gruncie, dziedziną działalności usługowo handlowej a mianowicie DTP (desk top publishing). Ponadto obu rodzinom szczęśliwie pomogli członkowie rodzi przebywających na emigracji Troczyńskim w Austrii a Tworkom w Paryżu. Obrotni Polacy nawiązali kontakty z odpowiednimi firmami które wtedy ekspansywnie nawiązywały stosunki handlowo usługowe z dynamicznie rozwijającym się rynkiem DTP w Polsce. Wiesław nawiązał stałe umowne kontakty handlowe, importował własnym transportem materiały z Wiednia, gdzie z czasem stał się znaczącym dystrybutorem na obszar Polski północnej, akcesoriów pieczątkarskich m-ki COLOP. Nasza pomoc finansowa umożliwiła sfinalizowanie pierwszego zakupu i transportu firmowego do Polski. Sławek początkowo wytwarzał pieczątki tradycyjną metodą zecerską oraz finalnie termicznego odcisku gumowego. Oczywiście On to doskonale potrafił wykonywać ponieważ Jego droga awansu w zawodzie poligrafa była tradycyjna od kaszty zecera i sprzątania warsztatu, kolejnymi szczeblami awansu, finalnie do kierownika Zakładu. Poczytuję sobie na plus że wielogodzinne rozmowy o nowych technologiach elektronicznych poligrafii zaszczepiły niesłychaną dynamikę działań Sławka na polu innowacji. Tą dynamiką nawet mnie zaskoczył gdy pewnego dnia przyjechali z Danusią do Łodzi a na stole wylądował plik prospektów, faktur i dokumentacji technicznej zakupionego w Paryżu zestawu DTP. Natychmiast poprosiłem Anię i Adasia do konsultacji językowych Ania z francuskiego a Adam z angielskiego. Wtedy to po raz pierwszy zetknęliśmy się z Adasiem z ikoniczną marką Atari TT, bo z ikonowym pulpitem typu APPLE. Wieloletni nasz przyjaciel Sławomir Tworek, poligraf z Piotrkowa Trybunalskiego przywiózł z Paryża zakupiony p. p. od Fine Printing zestaw DTP oparty o ATARI TT, Atari TOS 3.0x, ASV (Atari System V) z dyskiem twardym 50 Mb, stacją 3,5″ do składowania pracy. Zestaw grafiki oraz krojów pisma (fontów), budzi podziw do dzisiaj. Również cena po przeliczenie waloru do 2022 roku – 6750 $ budzi szacunek. Do tego drukarka laserowa do druku cyfrowego na foliach oraz urządzenie wyjścia Combine, do naświetlania żelowych form drukarskich pozytywowych m-ki 3M. Wspólnie z Adamem a właściwie dzięki niemu (poświęcił wdrożeniu studia pieczątek do eksploatacji, kilka tygodni swoich wakacji), ta inwestycja Zakład Pieczątek i Małej Poligrafii Sławomir Tworek w Piotrkowie Trybunalskim, zyskała pełne powodzenie. Zakład działa do dzisiaj (2026) i ma się dobrze – obecnie prowadzi GO córka Sławka, Joanna Adamczyk.
Lato – jesień 1995 roku. Pierwsze tygodnie przymusowego wypoczynku od pracy etatowej, czas w którym mogłem rozważać moje położenie zawodowe, mogłem swobodnie prowadzić firmową działalność usługową oraz poszukiwać nowego stałego zatrudnienia, psychicznie nie były łatwe. Dwudziestoletnie nawyki, rutyny czy raczej rytuały życia uległy całkowitej przemianie. Szybko musiałem przyswajać nowe obowiązki i nowe nawyki. Obecnie w 2026 sprawa byłaby dużo prostsza dzięki digitalizacji i obsługi wielu informacji online. Wtedy poszukiwania w różnych drukowanych informatorach czy katalogach a nawet ulotkach, zajmowało bardzo dużo czasu. Jestem profesjonalistą, podjąłem decyzję i udałem się 26 września 1995 roku, na badania oraz po poradę do profesjonalistów Biura Doradztwa Personalnego YES w Łodzi na Więckowskiego 118 do pani Elżbiety Strzeleckiej. Odpowiedziałem twierdząco lub przecząco na 305 pytań Kwestionariusza Osobowości Wyższej Szkoły Pedagogiki Specjalnej z Warszawy 1979 roku. Wykupiłem wynik badania i Opinię Personalną która bardzo podbudowała moje EGO !. Wiedziałem już że mimo dużych trudności na rynku pracy dla fachowców mojej dziedziny, wieku oraz umiejętności, nie powinienem przyjmować jak leci propozycji poniżej moich możliwości czy potencjału. Opracowałem także moje pierwsze w życiu CV wg. modelu europejskiego CV 1995, dotąd pisałem swój odręczny życiorys na żądanie pracodawcy lub Urzędów, co miało duże znaczenie dla pracodawcy który wtedy postrzegał charakter pisma jako cechy charakteru tak wyrażane.
Początkowo odpowiadałem na wezwania publicznie ogłaszanych castingów, przeprowadzałem wiele rozmów rekrutacyjnych a nawet jedną rozmowę kwalifikacyjną w Corning. Firma telekomunikacyjna która wtedy rekrutowała kadrę inżynierską a profil Jej działalności był bardzo nowoczesny, bardzo mi odpowiadał dlatego zdecydowałem się wystartować w castingu. Zaskoczyła mnie bezwarunkowa konieczność posłużenia się językiem angielskim. To wypadło słabo, sam to spostrzegłem i moje kontakty z tą firmą o specyfice telekomunikacyjnej, urwały się na kilkanaście lat. Powróciły po wielu latach około 2015 gdy pracowałem na Politechnice Łódzkiej w Katedrze Aparatów Elektrycznych, a było za sprawą młodszego kolegi doktora inżyniera Dariusza Smugały, zatrudnionego wówczas w Corning w laboratorium badawczo-rozwojowym. Poznaliśmy się bliżej w 2005 roku, wtedy na prośbę pełniącego wówczas obowiązki Kierownika Katedry dr inż. hab. Witolda Tarczyńskiego, zaprojektowałem B_Opracowanie oraz skutecznie wykonałem kompleksowe stanowisko badawcze do wykonania projektu „Analiza parametrów dynamicznych dwu przerwowego stycznika elektro magnesowego”, na którym Darek Smugała wykonał pomyślnie pełne badania obiektowe, następnie zaaprobowane przez recenzentów i komisję uczelnianą, jako wystarczające do zamknięcia Jego przewodu doktorskiego. Pomimo tamtych dobrych doświadczeń, propozycji współpracy z Corning w zakresie badań światłowodów nie podjąłem. Temat badań bardzo mnie zaciekawił ponieważ zdawałem sobie sprawę z roli jaką odegra przewodnictwo światła w przyszłości telekomunikacji, jednak zupełnie nie pamiętam przyczyn tego zaniechania (myślę że to był skutek urazu do Corning, tak u mnie zadziałało odpychające doświadczenie, dotyczące schematycznie działających kaperów personalnych z 1995 roku). To pierwsze niezbyt miłe doświadczenie, otwartego konfrontowania się z nieznanymi i nieakceptowalnymi metodami job recruiters, spowodowały zmianę mojej metody wyszukiwania, na rozsyłanie ofert mailowych do znanych mi drukarni na terenie Łodzi. Zauważyłem że z czterech Drukarni których specyfikę i kadrę w większości dobrze znałem, nie miałem żadnego kompletnie najmniejszego feedbacku. Po latach dowiedziałem się że był to znany i praktykowany przez kadry kierownicze PRL tzw. „wilczy bilet”, nie pisana umowa o osobach jednostronnie wykluczanych z rynku pracy, przez porozumienie dyrektorów branży. Rozumiałem, to był odwet za mój ruch przy rozstaniu z DP SA. Rozszerzyłem moje działania ofertowe na kierunek średniej kadry inżynieryjno-technicznej wielu branż produkcyjno-usługowych. Wtedy w połowie października 1995 roku, pojawiła się dość szybko odpowiedź z bezzwłocznym zaproszeniem do komunalnego Zakładu Wodociągów i Kanalizacji ZWiK na ulicy Wierzbowej. Przyjął mnie z przyjazną otwartością kierownik Zakładu Kanalizacji mgr inż. Marek Pater. Po krótkim wywiadzie dotyczącym dotychczasowej kariery inżynierskiej zaproponował mi nieźle płatne stanowisko inspektora technicznego, kierownika specjalistycznego zespołu do obsługi i konserwacji mobilnego studia telewizji przemysłowej, wykonującego ważne obowiązki inspekcji odbiorczych, dla nowo wybudowanych kanałów ogólno-sanitarnych oraz burzowych. Ponadto ruchome TV studio inspekcji kanałów, miało za zadanie wykonywać inspekcje kontrolne w kierunku nielegalnych przyłączy, inspekcje awaryjne oraz zapobiegawcze a także inspekcje przygotowawcze w miejscach planowanych remontów czy przebudowy istniejących kanałów oraz infrastruktury towarzyszącej. Bardzo mocno zaciekawił mnie nowoczesny, pasjonujący temat niejako lustracji „podziemi miasta”, zgodziłem się bez wahania. Dyrektor Pater zaprosił wtedy do naszej rozmowy swego zastępcę inż. Jerzego Kacperskiego, Szefa Brygad Nadzoru i Remontów Sieci, mojego przyszłego przełożonego. Wtedy w ZWiK mijały dwa lata od momentu zakupienia w Danii polecanego na start zestawu, montaż na podwoziu dokupionego Mercedesa Sprintera przez ekipę z Danii także zajął nieco czasu, także miesiące trwało szkolenia i odbiory techniczne zestawu. Mobilne studio inspekcji kanałów składa sie ze specjalnej obrotowej a właściwie dookólnej głowicy optycznej z niewielkim kątem patrzenia wstecz, stanowiącej wejście do wielobarwnej kamery TV o zmiennej ogniskowej, umieszczonej wraz naświetlaczami halogenowymi na wózku napędowym o wymiennym podwoziu z kołami małymi lub dużymi. Wózek napędowy kamery połączony był ze studiem wielożyłowym kablem wideo plus sterowanie i zintegrowany poprzez specjalny łańcuszek ze stalową linką transportową, kabel z linką zwijany czy rozwijany z półmetrowej średnicy bębna wysuwanego z pokładu samochodu kątowym ramieniem windy kablowej nad właz kanału. Do zasilania całości przewidziano agregat benzynowy Honda o mocy 4,5 kW przy napięciu 230 V, 50 Hz. Pokład Mercedes Benz Sprinter 2,3 D, wersja z odsuwanym bocznym przedziałem ładunkowym i dwuskrzydłowymi drzwiami tylnymi, podzielony był na tylny pokład operacyjny z bębnem i windą kablową, agregatem prądotwórczym i rozdzielnicą tablicowa energii elektrycznej zasilania 230 V 50 Hz oraz na trzymiejscową studyjną przestrzeń roboczą. Na tylnej ścianie przedziału roboczego studia, umocowano stół operatora kamery oraz krzesełko obrotowe TV operatora. Wyposażenie elektroniczne studia składało się jeśli dobrze pamiętam z magnetowidu VHS Panasonic, kolorowego telewizora 14″, mikrokomputera Amstrad CPC 664, Joystic’ a operatora, interface kamery zbudowane przez dostawcę z Danii zawierał specjalny układ przekaźnikowy połączony z wyjściem RS232 komputera zaś kabele wideo oraz audio także za pośrednictwem tablicy interface łączyły się z magnetowidem VHS. Wszystkie trzy funkcje operacyjne były wymienne miedzy członkami trzyosobowego składu załogi mobilnego studia TV. 1. kierowca, operator zasilania, wózka i windy kamery, 2. operator ruchu wózka obrotu głowicy i ogniskowej kamery oraz zasięgu oświetlenia, 3. operator zapisu audio i wideo (mikrofony były dwa : na kamerze i w kabinie operacyjnej – oba uruchamiane w razie potrzeby przez operatorów). Sterowanie zapisem wykonywał operator zapisu obserwujący ekran monitora i w razie potrzeby dogrywał audio komunikat. Dołączyłem jako kierownik do doświadczonego zespołu Dariusza i Janusza, techników od kilku lat wprawionych do wykonywania zadań do których ja miałem się włączyć praktycznie od zaraz. Sytuacja ta w najmniejszym stopniu mnie nie deprymowała. Nigdy nie bałem się pracy manualnej ani konieczności ubierania pomarańczowego kombinezonu i obuwia funkcyjnego. Brudna robota fizyczna nie była dla mnie nowością, sam własnoręcznie demontowałem, naprawiałem a następnie montowałem części i podzespoły mojego Trabanta a obecnie Poloneza Caro. Umiałem rozmawiać na zwykłe tematy, żartować a także stanowczo rzucić mięsem w razie potrzeby. Odbyłem bardzo dobre przygotowanie do takiej sytuacji najpierw podczas praktyk zawodowych w Technikum Energetycznym a następnie podczas półrocznych Praktyk Robotniczych na wstępie studiów politechnicznych. Na wstępie pracy otrzymałem i zaaprobowałem 22 punkty zakresu obowiązków, 6 punktów zakresu uprawnień oraz 7 punktów zakresu odpowiedzialności. Nie byłem nowicjuszem ani jako pracownik ani jako kierujący zespołem, zwłaszcza że tutaj miałem jedynie 2 współpracowników. W Prasie w szczytowym momencie przekształceń własnościowych kierowałem zespołem 8 pracujących na trzy zmiany współpracowników. Współpracowników ponieważ zawsze w całej karierze zawodowej pracowałem i/lub kierowałem w zespole czy zespołem. Biegle radziłem sobie z programowaniem, obsługą czy unowocześnianiem komputerów, telewizorów, magnetowidów czy kamer VHS. Do opisu załączam materiał firmowy zawierający opis i fotografie współczesnego zestawy służącego do wykonywania inspekcji kanałów IBAK TV. W ZWiK pracowałem od 16.10.1995 do 15.01.1996 to były trzy miesiące bardzo ciekawej pracy pełnej satysfakcjonujących, nowych doświadczeń i zdobywania wiedzy w nieznanej mi dotąd dziedzinie utrzymania ruchu czy badania stanu technicznego oraz odbudowy sprawności technicznej sieci wodnej i kanalizacji miasta. Ponadto poznawanie specyfiki urządzeń towarzyszących jak zbiorniki wody pitnej, stacje uzdatniania, filtry, odstojniki, pompownie i oczyszczalnie ścieków. O moim dalszym stażu pracy pośrednio zdecydował, zarządzony przez inż. Kacperskiego mój test kwalifikacyjny do rozszerzenia moich obowiązków o funkcję kierowcy naszego Mercedesa Sprintera wożącego mobilne studio TV. Test odbywał się w styczniu 1995 roku na terenie Bazy Transportu ZWiK przy ulicy Granicznej. Na fotelu pasażera zasiadł kierownik Bazy a inż. Kacperski dał znak do rozpoczęcia sprawdzianu. Kierownik wydawał polecenia o rodzaju czynności i kierunku oraz szybkości jazdy czy wykonaniu manewrów. Czułem się dobrze i byłem pełen optymizmu. Szło mi zupełnie dobrze jechałem ostrożnie z wyczuciem długości i rozmiarów pojazdu, bowiem to była moja pierwsza jazda tak dużym pojazdem. Dojeżdżałem do przecznicy a po prawej widziałem już stojącego inż. Kacperskiego czyli koniec trasy i mam skręcić w prawo..skręcam spiesząc się końca jazdy, tylnym kołem wjeżdżam na krawężnik..OMG ! . Błąd, zatrzymuję się a kierownik widząc moją minę mówi „..nie martw się dostaniesz dodatkowe lekcje z instruktorem..”. Przeżyłem tą porażkę zwłaszcza że była zupełnie bliska sukcesu.
Nazajutrz niespodziewanie zadzwonił dawno nie widziany ani nie słyszany dr inż. Witold Tarczyński, kolega ze Studiów PŁ (Jagódka i my tworzyliśmy trzyosobowy zespół ćwiczeniowo-laboratoryjny) z macierzystego Instytutu Aparatów Elektrycznych Politechniki Łódzkiej. Długo rozmawialiśmy o pracy i życiu ponieważ znaliśmy się jeszcze z czasów studiów i późniejszych spotkań podczas wykonywania prac zleconych przez/na PŁ. Zaciekawiła mnie sytuacja o której wzmiankował w kontekście planowanego pogłębienia zakresu swojej habilitacji ale najbardziej wręcz intrygująco zabrzmiały Jego słowa o dużym postępie w rozwoju tematyki wyłączników hybrydowych, prowadzonych w Zespole Energoelektroniki Trakcji Kolejowej, kierowanej przez dr hab. inż Marka Bartosika. Poprosiłem Witka o osobiste spotkanie z nim na PŁ z ewentualnym udziałem prof. Marka Bartosika w dalszej części naszej rozmowy. Za dwa dni oddzwonił z dobrą wiadomością o zaproszeniu na rozmowę z Kierownictwem Instytutu, nawet nie wiedziałem że ówcześnie Instytutem kieruje prof. Marek Bartosik a Jego zastępcami są dr inż. Franciszek Wójcik i dr inż. Witold Tarczyński. Nie rozwodząc się zbytnio powiem że rozmowa ta zdecydowała o moim ostatnim etapie kariery zawodowej przed osiągnięciem emerytury. To była korzystna propozycja, widzą mnie w zespole wyłączników próżniowych, o ile prof. Marek Bartosik przełamie rektorską blokadę zatrudnienia etatowego. Za kilka dni zgoda i pismo rektora do ZWiK o porozumienie zakładów pracy. Uzyskanie zgody inż. Kacperskiego i dyr. Patera nie było wielkim problemem, ponieważ przez te trzy miesiące nie stałem się niezbędnym ogniwem układanki kadrowej Wydziału Kanalizacji, a to ułatwiło bezproblemowe odejście z końcem miesiąca pracy.
Zostałem zatrudniony w IAE PŁ, w Zespole prof. Marka Bartosika na stanowisku specjalisty IT. To dla mnie był powrót do mojej pierwotnej drogi kariery tj. do laboratoryjnych badań, projektowania kierunków badań, konstruowania prototypów oraz ich oceny badawczej, wnioskowania zmian i kierunków dalszej ewolucji oraz badań Energoelektronicznych Zespołów Trakcyjnych a konkretnie wysokonapięciowych wyłączników próżniowych czy hybrydowych dużych mocy. Trafiłem do tego kluczowego zespołu w czasie gdy byliśmy jeszcze Instytutem Aparatów Elektrycznych Politechniki Łódzkiej. To był moment przesilenia także dla polskiego, krajowego taboru kolejowej trakcji przewozów pasażerskich ale i towarowych. Bez ogródek można powiedzieć że jeśli jako Kraj RP, pilnie nie podejmiemy działań innowacyjnych to coraz więcej jednostek napędowych w zespołach trakcyjnych będzie trwale wypadała z eksploatacji liniowej, natomiast kolejki jednostek i lokomotyw stojących na bocznicach a oczekujących na pilne naprawy czy remonty będą rosły. Nowoczesne wyłączniki próżniowe DC WN w seryjnej produkcji to pilnie oczekiwany produkt, produkt który umożliwi naprawy i remonty ale co ważniejsze umożliwi wielokrotnie dłuższą pracę zespołów trakcyjnych silników napędowych bez konieczności ich wymiany czy przezwajania. Dosłownie gdy stałem się członkiem Zespołu, trwały końcowe prace projektowe i próby laboratoryjne pierwszej, prototypowej serii wyłączników próżniowych DCV-400.
W okresie próbnym prof. dr hab. inż. Marek Bartosik Biogram KAE PŁ 2024, zlecił mi pilne badania weryfikacyjne, nowo dostarczonej serii kilkudziesięciu sztuk wysokoenergetycznych warystorów tlenkowych. Domyślałem się że profesor rzucił mnie na głęboką wodę, aby w zderzeniu z tematyką, powierzonym zakresem badań oraz koniecznością ożywienia przez lata nie używanego Laboratorium Prób Trwałości Łączeniowej Warystorów Tlenkowych, sprawdzić moje inżynierskie i naukowe umiejętności, możliwości fizyczne (manualne) oraz inwencję w rozwiązywaniu bieżących zadań. Chciał poznać moje umiejętności edytorskie w zakresie opracowania wyników badań czy formułowania wniosków, zasugerował użycie edytora Word Perfect 6.1 for DOS. Troszkę mnie to zaskoczyło ponieważ powszechnie używanym wtedy edytorem był MS Word 7.0 for Windows. Dowiedziałem się od informatyków IAE że profesor umiejętnie posługując się środowiskiem Corel’a wbrew powszechnie obowiązującym modom, stał się fanem edycji tekstów w WP oraz uzupełniającej teksty grafiki także w tym środowisku. Ja oczywiście znałem przynajmniej z widzenia czy słyszenia, większość typów Laboratoriów zaaranżowanych w nowym budynku IAE PŁ, posadowionym od strony ulicy Wólczańskiej w latach 80’tych XX wieku. Wiele razy odwiedzałem moją macierzystą placówkę naukową w całym okresie od 1969 do 1996 (..ach ta numerologia!). Potrzeba taka wynikała najczęściej z racji badań konstruktorskich czy badań laboratoryjnych prototypów w trakcie wykonywania prac zleconych dla różnych Zespołów naukowych IAE PŁ.
To jednak nie oznaczało że Laboratorium Prób Trwałości Warystorów Tlenkowych znałem na tyle aby z kopyta tam wystartować z badaniami. To było laboratorium o cyklu zautomatyzowanym dzięki elektronicznemu sterownikowi czasowo-funkcyjnemu SL-1. Sterownik ten kilka lat wstecz, zaprojektował i wykonał zespól własny IAE pod kierunkiem dr inż. Ryszarda Lasoty. Była to konstrukcja kasetowa, wielopłytkowa wykonana technologią TTL o średniej skali integracji, zbudowana w typowej konsoli laboratoryjnej z lat 80’tych. Urządzeniem wejścia był moduł klawiatury MKL a w nim : numeryczny dwurzędowy display, zestaw A – dwupozycyjny oraz B – sześciopozycyjny. Ponadto MKL zawierał typową dekadową klawiaturą numeryczną, uzupełnioną o klawisze P – parametr, F – funkcja, A – akceptacja. Urządzeniami wyjścia były zintegrowane z zespołem sterownika trzy płytki dualnych generatorów impulsów bramkowych. Lista komend sterowania oraz informacji zwrotnych, stanowiła integralną część laboratorium którego wydzielony pokój sterowni, zapewniał separację od wysokonapięciowego laboratorium warystorów z wyłącznikiem drzwiowym i auto wyładowaniem kondensatorów 10 kV pneumatycznymi odłącznikami OG. Pokój sterowni zawierał jeszcze pulpit klasyczny tuż za szybą z plexiglasu oraz układ regulacji napięcia ładowania baterii kondensatorów impulsowych wysokiego napięcia 10 kV. Składał się z autotransformatora 2 kVA, transformatora separacyjnego jednofazowego 3oo VA, transformatora WN 380 VA i prostownika mostkowego WN oraz kilowoltomierza.
Podstawowym instrumentem pomiarowym był cyfrowy oscyloskop dwustrumieniowy Tektronix 2220, był wyposażony w sondę wysokiego napięcia 10 kV oraz połączenie BNC z koncentrycznym (mikro-indukcyjnym) bocznikiem pomiarowym natężenia prądu. Oscyloskop posiadał wyjście komunikacyjne klasy GPIB, które było połączone z kartą GPIB osadzoną w komputerze desktop klasy PC 2 pod DOS 6.22PL i Windows’95. Mało że wykonywałem zlecone badania weryfikacyjne dość znacznej partii warystorów tlenkowych, to również w ich trakcie pisałem i opracowywałem autorskie oprogramowanie odczytu i archiwizacji danych pomiarowych w języku BORLAND Turbo Basic 2.0 na dostępnym desktopie PC2 DOS, wykorzystując instrukcje i procedury przewidziane dla sprzęgów IEEE-488 przez Tektonix i Advantech, jako dostawców urządzeń współpracujących w układzie. W efekcie tej wielomiesięcznej pracy oraz stopniowego, etapowego udoskonalania, powstał blok programowy t-lab z łatwym wywołaniem pod Nortonem t.bat. Wówczas, w kieszeni A powinna być dyskietka kontrolna z odczytywalnym plikiem identyfikacyjnym. Brak znajomości tej wstępnej procedury uniemożliwiał uruchomienie odczytu danych z oscyloskopu, archiwizację oraz dalszą obróbkę ekranową, przetwarzania danych czy uruchomienia wydruku grafiki na ploterach. Próba pojedyncza polegająca na na odczytaniu charakterystyki dynamicznej U(t), J(t) warystora, zaczynało kliknięcie podstawy czasu oscyloskopu na strumień jednokrotny. Następnie sprawdzamy napięcie naładowania baterii kondensatorów do założonego poziomu, wtedy na klawiaturze sterownika wybieramy sekwencję próby jednokrotnej pamiętając o wybraniu numeru stanowiska probierczego, po ustawieniu oraz sprawdzeniu parametrów prób, dajemy A – akceptując, wtedy następuje uruchomienie załącznika tyrystorowego, impulsowego wybranego gniazda probierczego warystora. Na ekranie oscyloskopu ukazuje się obraz przebiegów, na CH1 napięcia a na CH2 prądu warystora, jednocześnie SO oscyloskopu, wczytuje dane cyfrowe kanałów do pamięci oscyloskopu. Wtedy następuje kluczowy moment : odczytywanie pełnych 2 x 2kB danych cyfrowych za pośrednictwem mojego oprogramowania t-lab, wybieramy „Oscyloskop TEK2220” – Enter, system t-lab – wczytuje dane z pamięci oscyloskopu, najpierw strumień CH1 potem automatycznie CH2 poprzez GPIB do pamięci operacyjnej programu t-lab w PC2. Po wczytaniu danych do pamięci program archiwizuje plik automatycznie, indeksując pomiary a następnie zapisuje założoną ilościowo grupę wyników do przygotowanego uprzednio katalogu, oznaczonego datą pomiaru, na dysku systemowym oraz opcjonalnie na dyskietce. Dane można dzięki programowi t-lab (opcja : „Zmiana formy-zapis”), przeliczać do formy odpowiedniej dla przeniesienia do tabelek formatu MS Excel. Na koniec już tylko dla porządku rzeczy, zdając sobie sprawę z trudności zagadnienia technicznego, przedstawiam opisowo w postaci załączników PDF temat warystora tlenkowego w teorii Elektroenergetyki VarWstOpis oraz szczegółowy opis obiektu i schematów Laboratorium Warystorów VAR_PAR_LAB oraz dwuetapowej procedury badań. Dlaczego badania warystorów były i są tak szczególnie ważne? : otóż warystor to kluczowy element ochrony systemu napędowego elektrycznych zespołów trakcyjnych, ochrony sieci oraz wnętrza układów elektrycznych jednostki, od pojawiających się przepięć w momencie wyłączenia energii zasilającej prądu stałego DC, wyłącznikiem próżniowym czy hybrydowym nowej generacji. Wszystkie warunki prób, sposoby i metody wykonania, wnioski i uwagi po badaniach zawierało szerokie niemal 60-cio stronicowe Opracowanie IAE PŁ nr 1435/B/96, wówczas przyjęte i podpisane przez prof. Marka Bartosika jako kierownika badań. Załączam wyciąg tego Opracowania zawierający niemal wszystkie punkty z plikami tekstowymi, które udało mi się odzyskać z zapisanych w Word Perfect 6.1 wykorzystując archiwalną instalację Word Perfect 6,0 for Windows na muzealnym już FUJITSU SIEMENS for Windows 2000 oraz dzięki współczesnemu systemowi biurowemu Open Office 4.1.16 z 2025 roku. Udało mi się również odzyskać nieliczne rysunki sporządzone w środowisku AUTODESK AutoSketch 2.0, dzięki instalacji AutoSketch 10 na moim ACER Tower PC 5 IAE PŁ 1435/B/96.
© copyright by Wojciech Kazimierz Jeneralczyk
Egzaminy wstępne pisemne z matematyki, fizyki i rosyjskiego zdawałem w lipcu 1963 roku w Audytorium Andrzeja Sołtana. Audytorium zachowało się w jednopiętrowej hali biurowej (prawa strona zamieszczonego zdjęcia), historycznego Zespołu Tkalni Szai Rosenblatta. Cały wielki obiekt przemysłowy mieszczący się w kwadracie obecnych ulic : Radwańskiej, Żeromskiego, Żwirki, Gdańska (obecnie Bohdana Stefanowskiego), został przejęty przez Łódzki Magistrat po upadłości Przedsiębiorstwa w 1930 roku. Po II Wojnie Światowej teren wraz z infrastrukturą, został przekazany w posiadanie i władanie, powstałej w 1945 roku Politechnice Łódzkiej. Widoczny w lewej części zdjęcia, kilku kondygnacyjny budynek pofabryczny z więżą, został w latach siedemdziesiątych wyburzony a teren przeznaczony pod nowe obiekty Wydziałów Uczelni. W tym właśnie starym pofabrycznym budynku z podłogami z desek, intensywnie pachnący konserwacją drewna, odbywały się w znacznej swej części zajęcia specjalistyczne studiów naszego rocznika 1966 – 1969. To tutaj na drugim piętrze, mieściły się obok siebie Katedra Elektroenergetyki i Katedra Aparatów Elektrycznych, sekretariat i gabinet profesora Stanisława Dzierzbickiego, kierownika Katedry ale także od 1962 roku, Dziekana Wydziału Elektrycznego Politechniki Łódzkiej. Tutaj mieściły się sale wykładowe, seminaryjne i laboratoria. Założycielską rolę dwóch Wydziałów, Mechanicznego oraz Elektrycznego, pełnił główny budynek pofabryczny. Uczelnia dynamicznie się rozbudowywała, powstawały licznie nowe obiekty w których także mieliśmy znaczną część zajęć, wykładów, ćwiczeń, laboratoriów i seminariów.
75LatPolitechnikiŁódzkiej Piszę te wspomnienia studiów w Politechnice Łódzkiej w 2022 roku. Od ukończenia studiów na kierunku magisterskim o specjalności Aparaty Elektryczne, Wydziału Elektrycznego – minęło 52 lata. To długo i niewiele zważywszy na fakt podtrzymywania kontaktu z moją Uczelnią, wykonywanie licznych prac zleconych na potrzeby Zespołu mojego promotora, prof. dr hab. Zdzisława Jana Tarocińskiego, dzieł z zakresu wykonywanego całe 40 lecie zawodu inżyniera energoelektronika. Ostatnie 12 lat pracy zawodowej to etatowy powrót do Uczelni oraz praca specjalisty IT w moim Instytucie potem Katedrze Aparatów Elektrycznych. Zdecydowałem, nie będę zanudzał czytelnika nadmiarem szczegółów dotyczących procesu, zakresu i przedmiotów nauczania. Nie będę pisał o liczbach godzin wykładów, ćwiczeń, seminariów czy laboratoriów, nie będę podawał liczb egzaminów, zaliczeń, sprawdzianów itp, podkreślę jednak pewne zapamiętane, interesujące fakty oraz przeżycia które moim zdaniem zasługują na wspomnienie. Opiszę pokrótce najwyższe bariery w procesie studiowania, które decydowały o wykruszaniu się większej liczby spośród 180 koleżanek i kolegów rozpoczynających studia w październiku 1963 roku.
Zdecydowałem aby na wstępie nawiązać do tego, co z nami licznymi absolwentami PŁ WE 1969, dzieje się obecnie w 2022 roku. Wielu z nas nadal ciesząc się niezłym zdrowiem, uczestniczy w corocznych spotkaniach koleżeńskich naszego rocznika. Bezpośrednim impulsem do takiego kształtu moich krótkich wspomnień było kilka rozmów z lublinianinem Staszkiem Bielakiem oraz spotkanie z okazji jubileuszu 50 – lecia naszych Dyplomów Łódź PŁ 2019. Ostatecznie przyjmujemy z Jagódką zaproszenie Staszka na kolejne 22 spotkanie koleżeńskie rocznika które będzie organizował – Kazimierz Dolny 2020. Tutaj duża kropka. Spotkanie odwołane. Wybuch pandemii Covid 19, nasza osobista tragedia rodzinna we wrześniu, potem dalsza w lutym 2021. Umiera wielu ludzi z naszego otoczenia w tym także koledzy z naszego rocznika. Wysłaliśmy z Jagódką życzenia Noworoczne do całej listy mailingowej aktywnych towarzysko koleżanek i kolegów, także informując o odejściu kolejnego łodzianina, bliskiego nam kolegi Jarka.
Historycznie pierwsze spotkanie koleżeńskie absolwentów WE PŁ 1969 odbyło się jako 40 – lecie, w listopadzie 1999 roku w Łodzi – byłem jego współorganizatorem. Przybyło 53 uczestników – koleżanek i kolegów z całego kraju i zagranicy. Ostatnie to właśnie Jubileuszowe 2019, nomen omen….oby tym ostatnim nie pozostało. Poniżej prezentuję zbiór fotogramów z tego bardzo uroczystego spotkania 55 uczestników!.
Powracam do roku 1963, rozpoczęcia naszych studiów. Właśnie nasz rocznik rozpoczynał studia półroczną praktyką robotniczą, z tego powodu studia trwały 5,5 roku. Pierwszy semestr nauki, przez pięć dni tygodnia pracowaliśmy w Fabryce Transformatorów i Aparatury Trakcyjnej ELTA na ulicy Aleksandrowskiej 67/93. Praktyka miała w założeniu projektowym, wyrobić u przyszłych inżynierów szacunek do pracy i pracowników fizycznych. Moim zdaniem efekt wychowawczy praktyki był daleki od zamierzonego. Pracodawcy kierowali grupy studentów kolejno do różnych działów fabryki. Przyglądaliśmy się wykonywanym pracom ale także kierowano nas do najprostszych, względnie bezpiecznych czynności manualnych, bez wymaganych umiejętności. Dla mnie po technikum, licznych praktykach i warsztatach, nie stanowiło to żadnego problemu. Absolwentom licealnym kontakt z halą warsztatową, maszynową czy montażową stanowił graniczące z szokiem wyzwanie. Nie potrafili stosownie się przywitać ani rozmawiać, zwłaszcza przy full contact’cie z łaciną podwórkową czy robotniczą grypserą. To wymagało czasu i cierpliwości instruktorów, aby względnie łatwo przystosować nas do warunków i otoczenia pracy. ELTA to był wówczas zakład różnorodny, względnie dobrze wyposażony oraz nieźle zorganizowany. Posiadali specjalistyczny dział kadr i szkolenia, to dzięki temu nasze grupy praktykantów były całkiem nieźle zarządzane oraz programowo prowadzone po zaprojektowanej ścieżce praktyki.
Jeden cały dzień i jedno popołudnie trwały wykłady i ćwiczenia z trzech przedmiotów matematyki, technologii i instalacji elektrycznych oraz języka obcego. Technologii i instalacji elektrycznych mieliśmy pięć godzin wykładów tygodniowo z adj. mgr. Lutym, do tego godzina ćwiczeń z mgr. inż. Cieplińskim. Matematyki dwie godziny wykładów oraz dwie godziny ćwiczeń. Dwie godziny tygodniowo mieliśmy lektoratu języka obcego, wybrałem niemiecki. Matematykę na poziomie wyższym mieliśmy cztery semestry. Wykłady przez trzy semestry prowadziła doc. dr. Danuta Sadowska (Danusia) a ostatni semestr dr Edward Kącki (Edek). Ćwiczenia z matematyki prowadzili początkowo mgr. Edward Guz a następnie dr Edward Kącki. Egzaminy pisemne po nich bezpośrednio ustne, były trudne, wyczerpujące do granic wydolności. Pierwsi podchodzili do ustnego po 5 godzinach pisania a bywało że ostatni po 8 godzinach. Wyznaczano zwykle trzy terminy a pisało je każdorazowo kilkadziesiąt osób. Egzaminowały trzy osoby Sadowska, Kącki i Czapliński a czterech młodszych asystentów na zmianę czujnie pilnowało sali egzaminacyjnej. Najlepiej lubiliśmy zdawać ustny u Kąckiego potem Czaplińskiego a do Sadowskiej asystenci musieli wyznaczać kolejnego ochotnika. Matematyka właśnie była pierwszą wysoką barierą, powodowała znaczny odsiew studiującej młodzieży.
Od marca 1964 ja i Jagódka byliśmy już parą. Męska przyjaźń oraz zabawne imprezowanie także działalność społeczna wespół z Wojtkiem Frontczakiem, okazała się nie do pogodzenia z naszą osobistą sytuacją. Wojtek bardzo związał się z polityką młodzieżową ZMS (Związek Młodzieży Socjalistycznej). Nam z polityką w takim wydaniu było zdecydowanie nie po drodze. Spotykaliśmy się teraz częściej z przyjaciółmi naszych środowisk szkolnych oraz studenckich, Oni także tworzyli pary. Jednak zdecydowanie częściej my wspólnie, uczyliśmy się do ćwiczeń, zaliczeń i egzaminów. Tworzyliśmy całkiem zgrany zespół wzajemnej pomocy. Jagódka bardzo dobrze radziła sobie z matematyką, fizyką teoretyczną oraz chemią, niezwykle mi pomagając. Ja pomagałem jej w przedmiotach technicznych i konstrukcyjnych (rysunek techniczny, geometria wykreślna, technologia metali oraz podstawy konstrukcji mechanicznych).
W drugim semestrze doszły jeszcze kolejne liczne przedmioty – fizyka, chemia, mechanika, geometria wykreślna, rysunek techniczny oraz w.f. Fizykę wykładał Karniewicz a egzaminowali doc. Wrzesińska i wykładowca Karniewicz. Nie wspominam tego przedmiotu w sposób szczególny. Wykłady ponadprzeciętne, egzaminy poza morderczym nakładem przygotowań, nie zapisały się w naszej pamięci znaczącym epizodem poza jednym, zaskakującym. Podczas egzaminu doc. Wrzesińska lubiła parzyć mieloną kawę w zlewce laboratoryjnej, napar uzupełniała sokiem z połowy cytryny, brr… Chemii mieliśmy dwie godziny wykładów oraz jedną godzinę laboratorium ze st. wykładowczynią Klukowicz. Geometrię wykreślną „kreski” prowadził adj. mgr. Luty a na trudnym wielogodzinnym egzaminie z tego przedmiotu, najgroźniejszym dla braci studenckiej był mgr Bartosiewicz (Cyklop). Z racji rozbieżnego zezowania, nie było pewności gdzie patrzy i co widzi. Mechanikę wykładał adj. dr Grossman w wymiarze trzech godzin tygodniowo, ponadto dwie godziny ćwiczeń obliczeniowych. Niemieckiego miałem się uczyć, bagatela – czwarty rok. W Technikum Energetycznym miałem każdego roku innego nauczyciela, początkowo był to pastor parafii Ewangelicko Augsburskiej Herr Minkner. Potem nauczał mnie pan Kowalski, miłośnik ciszy i muzyki klasycznej z czarnych płyt gramofonowych. Mieszkał w części frontowej kamienicy przy ulicy Piotrkowskiej, ulicy po której jeździły wtedy tramwaje, autobusy oraz inne pojazdy m.in. konne dorożki. Jego opowieści o męczarniach jakie przeżywał słuchając muzyki w takim hałasie, możecie sobie wyobrazić. Mimo więc znaczącego stażu w nauczaniu niemieckiego niewiele umiałem, postanowiłem kontynuować ten język. Pełne rozczarowanie, moim lektorem okazał się doc. Arno Will ówczesny dziekan Germanistyki UŁ. Ćwiczenia były pobieżne, ukierunkowane na gramatykę języka, niewiele wnosiły do tego co już umiałem. Podjąłem więc metodę którą jako szybką ścieżkę wiodącą do zaliczenia i egzaminu, zaproponował lektor A.W. (pamiętna postać, syn Gruzinki i Niemca z Odessy). Ten projekt zaliczający lektorat, to tłumaczenie tekstów technicznych z książek lub periodyków technicznych. Wybrana w bibliotece książka o trakcji elektrycznej, okazało się nie lada wyzwaniem. To co miało być łatwym skrótem okazało się wielkim problemem. Gdy na koniec lektoratu przedstawiłem efekty mojej translacji, nie otrzymałem zaliczenia. Groziło mi wyeliminowanie z uczelni, ponieważ nie zaliczyłem także chemii.
Cofnę się nieco w czasie. Któregoś dnia latem 1964 roku siedzieliśmy z Jagódką w ogródku tarasowym kawiarni Balaton na Alejach Kościuszki obok ulicy Andrzeja Struga. Obiekt Balaton składał się z Baru Szybkiej Obsługi na parterze oraz kawiarni na piętrze. Parter to była praktyczna realizacja koncepcji zbiorowego żywienia. Zakładano krótki oraz podstawowy standard spożycia. Zastosowano obowiązek samoobsługi przy pobieraniu posiłku na tacę oraz odniesienia naczyń do zmywalni po spożyciu. Dwa rzędy długich wysokich stołów wieloosobowych do konsumpcji na stojąco. Nie lubiliśmy tego miejsca, może dwa razy jadłem tam, aby ocenić że to miejsce przeznaczone dla marginesu społecznego. Spotykało się licznie rezydujących tam kloszardów wyjadających resztki pozostawione na tacy. Kawiarnia na piętrze prezentowała zupełnie przyzwoity standard.
Zajmowaliśmy stolik w pobliżu balustrady tarasu i mieliśmy świetny ogląd sytuacji na pobliskim przystanku tramwajowym. W tym momencie rozlega się głośny pisk hamulców oraz męskie przekleństwo dobiegające z ulicy przed przystankiem. Rzut oka wystarczył aby rozpoznać docenta A.W. w białym lnianym garniturze i stylowej panamie na głowie. Przytrzymując młodą elegancką dziewczynę, drugą ręką usiłował ścierać błoto z nogawki białych spodni chusteczką. Dziewczyna chyba się spieszyła do tramwaju, mało nie wpadła pod auto, docent ją powstrzymał ale sam zarobił błotem z pobliskiej kałuży pozostałej po wczorajszej burzy. Odprowadził Ją do tramwaju podając rękę do wsiadania, po czym sam przeszedł na drugą stronę idąc w kierunku południowym. Teraz widziałem go dobrze bez odwracania głowy. Wszedł do nowej kamienicy sąsiadującej z budynkiem PZU. Nie wiedząc wówczas dlaczego, postanowiłem że po odprowadzeniu Jagódki do domu na Zachodniej, przejdę pieszo i rozpoznam sytuację mieszkaniową docenta A.W.. Po tym co wydarzyło się w przyszłości, upewniłem się że nic w życiu nie dzieje się przypadkowo lecz wiedzie nas duch Opatrzności. Gdy nadszedł wrzesień i terminy poprawkowe, miałem dwa zadania do wykonania – zaliczyć chemię i lektorat niemieckiego. W chemii bardzo pomogła mi Jagódka. W Technikum miałem chemię przez dwa lata z prof. Domagałową. Kondycja psychiczna tej kobiety była nie najlepsza, delikatnie określając skutki traumy po przeżyciach Powstania Warszawskiego. Wiele płakała, bardzo niewiele wiedzy była w stanie nam przekazać. Jagódka miała talent pedagogiczny, po doświadczeniach praktyki korepetycji z matematyki, fizyki i chemii, utwierdziła się w wyborze zawodu nauczyciela – i tak się stało.
Egzamin z mechaniki zwłaszcza po trzecim semestrze, był dla wielu bardzo dużą przeszkodą – drugim poważnym progiem przesiewowym dla przyszłych inżynierów elektryków. Nam z Jagódką po intensywnym i długotrwałym przygotowaniu udało się go pokonać za pierwszym podejściem. Wielu nie rozumiało roli mechaniki dla elektryków. Ja po wielu latach praktyki konstruktorskiej a następnie serwisowej, nakreśliłem następującą dewizę : „nie ma dobrej energoelektroniki bez bardzo dobrej mechaniki oraz chemii”. Działalność serwisowa w zakresie utrzymania ruchu maszyn i urządzeń produkcyjnych, dowiodła słuszności tej maksymy w zdecydowanej większości przypadków awarii czy niedomagań. Niemal zawsze zawodziło niedopracowanie technologiczne czy materiałowe, uszkodzenie przewodu, zanieczyszczenie zestyków, przekroczenie parametrów elementów elektronicznych itp. Wniosek jest następujący – zachowanie najwyższej jakości elementów mechanicznych i chemicznych elementów obwodu elektrycznego, gwarantuje długotrwałą bezusterkową eksploatację.
Chemię zaliczałem w głównym Laboratorium Budynku Chemii Nieorganicznej. Dostałem chyba pięć tematów, zdawało kilka osób każdy przy innym stole laboratoryjnym. Po godzinie oddaliśmy prace, potem przepytywała nas kolejno pani adj. Klukowicz w trybie seminaryjnym, lubię tak zdawać i powiodło mi się nieźle na 3+. Teraz niemiecki ale tutaj były same pytania bez odpowiedzi. Sekretariat Lektoratów w gmachu Wydziału Włókiennictwa, nie miał żadnych terminów ani wiadomości czy w ogóle będą jakieś terminy. Wrzesień mijał a ja odbijałem się codziennie od tablicy ogłoszeń oraz sekretarki bez żadnych pozytywnych wieści. Wtedy nie miałem zielonego pojęcia że docent A.W. to także Dziekan Germanistyki UŁ. Wtedy nadeszło olśnienie, przypomniałem sobie gdzie mieszka, widziałem przecież Jego personalia na tabliczce domofonu przy Al. Kościuszki 55. Około 10:00 następnego dnia nacisnąłem przycisk domofonu mieszkania docenta A.W.. Szczęśliwie był w domu, przedstawiłem się i poprosiłem o wyznaczenie miejsca i terminu mojego zaliczenia. Podał nazajutrz godzinę 11:00 w Dziekanacie Germanistyki, mieszczącym się w budynku Rektoratu UŁ przy Narutowicza 65, róg Williama H. Lindleya. Punktualnie zameldowałem się w sekretariacie dziekana, oczekiwał także jeszcze jeden nie znany mi delikwent. Czekaliśmy jeszcze około 20 minut. Docent poprosił nas do gabinetu, mnie posadził z boku biurka a drugiemu wskazał miejsce przy stoliku gościnnym. Przydzielił nam po trzy tematy do opracowania i wyszedł na około pół godziny. Po powrocie zajął miejsce przy stoliku, gestem wskazał mi miejsce obok. Pobieżnie sprawdził nasze notatki i zadał pytanie konkurentowi, ponieważ się zająknął, pytanie przeszło na mnie z pełnym powodzeniem. Następne pytanie skierował do mnie i odpowiedziałem bez wahania. Poprosił mnie o indeks wpisując zaliczenie. Nie muszę mówić jaką ulgę odczułem całą moją osobowością, WOW!.
Pomyślałem wtedy że nic nie dzieje się przypadkiem, bo przypadki chodzą po ludziach. Ten scenariusz „finiszowej końcówki”, powtarzał się u mnie wielokrotnie do końca studiów. Sądzę że mój organizm potrzebował silnych bodźców aby wspiąć się na wyżyny spokoju i maksymalnej wydolności. Na pierwszym roku studiów swoistą atrakcją, oderwaniem od codziennej orki na wykładach i ćwiczeniach, była wycieczka autokarowa zorganizowana przez adj. mgr. Lutego w ramach Technologii Metali. Zwiedzaliśmy hutę Częstochowa (wtedy im. Bieruta) w Częstochowie. Ostatni etap pierwszego roku studiów, dla mnie oraz dla wielu innych była kluczowy dla oswojenia z materią, poznania mechanizmów oporu materii, oraz sposobów pokonywania trudności w procesie studiów wyższych. Kolejne lata studiów przynosiły kolejne bariery. Takie przedmioty jak Podstawy Konstrukcji Mechanicznych, Podstawy Elektrotechniki, Elektrotechnika teoretyczna, Materiałoznawstwo Elektryczne, Miernictwo Elektryczne, Wytrzymałość Materiałów, Projektowanie Części Maszyn, Termodynamika czy Ekonomia Polityczna, Maszyny Elektryczne, Aparaty Elektryczne, Technika Wysokich Napięć, Podstawy Automatyki oraz Elektronika były kolejnymi wysokimi stopniami wtajemniczenia, dla wielu studentów nie do przebycia. Skład osobowy w miarę lat studiów zmieniał się z roku na rok. Nasi dotychczasowi koleżanki oraz koledzy odpadali lub spadali na niższy poziom, inni z lat wyższych zasilali nasze szeregi. C’est la Vie, nic więcej.
Drugi rok studiów to rozpoczęcie 1,5 rocznego Wojskowego Szkolenia Studentów w Studium Wojskowym PŁ, Piotrkowska 266 w dawnym Pałacu Scheiblerów (obecnie Wydział Zarządzania PŁ). O godzinie 7:00 meldowaliśmy się na Apelu Studium w mundurze polowym (zimą w długim płaszczu sukiennym), butach podkutych gwoździami, opięci pasem głównym oraz nakryci rogatywką wielosezonową. Stawaliśmy kompaniami w dwuszeregach na placu apelowym. Rytuał obejmował odliczanie, regulaminowe meldunki składane Oficerowi Dyżurnemu Studium, meldunek Oficera Dyżurnego składany Dowódcy Studium w randze Pułkownika, wciągniecie flagi narodowej na maszt oraz odegranie przez sygnalistę odpowiedniego rozkazu do rozpoczęcia zajęć. Studenci Wydziału Elektrycznego szkoleni byli z zakresu elektronicznej kontroli powietrznej obszaru Kraju, popularnie zwanej Radiolokacją. W drugim roku także z powodzeniem wykorzystałem możliwość zmiany Lektoratu na język angielski. Pani mgr Lendzion stała się moim ulubionym lektorem. Pasował mi ten język, robiłem nadspodziewane postępy, głównie dzięki nowoczesnym metodom ćwiczeń.
W czerwcu 1965 roku otrzymałem kurierem, rozkaz stawienia się 2 sierpnia w Oficerskiej Szkole Radiotechnicznej w Jeleniej Górze. W połowie szkolenia odbyła się przysięga wojskowa poprzedzona intensywną musztrą, wzmacnianą zupackimi popisami podoficerów zawodowych niskiego szczebla. Otrzymaliśmy nowiutkie juchtowe buty z wysoką cholewką, na gumowej olejoodpornej i antypoślizgowej podeszwie oraz opinaczem na sprzączki. Każdy otrzymał pudełko szuwaksu oraz szczotkę. Do butów dołączono dwie pary białych onuc bawełnianych. Otrzymaliśmy broń, kbk AK47 z kolbą składaną. Kluczowe było zapamiętanie litery stojaka i cyfry swojego gniazda w kompanijnym magazynku broni. Po przysiędze 15 sierpnia 1965 roku był obiad na który podano śledzie moskaliki, praktycznie prosto z beczki. Po kilku minutach śledzie zaczęły fruwać nad głowami biesiadujących i ten rodzaj buntu zaczął być zauważalny dla kadry. Do stołówki wkroczył Oficer Dyżurny z dwoma wartownikami pod długą bronią. Rozkazał „batalion powstań, na placu apelowym, kompaniami w dwuszeregu zbiórka”. Po rytuale z odliczaniem i meldunkami, Oficer ogłosił że do 22:00 udziela batalionowi studentów przepustki należnej po złożeniu przysięgi.
Kazimierz Wirpszo (stoi w środku, ja kucam poniżej, moja czapka nieco poniżej Jego wspartej na pasie ręki), okazał się drugim po Karolu Trzecińskim, uprzejmym recenzentem moich wspomnień. Kolega z czasów studenckich, bliski mi podczas pobytów „przy wojsku” podczas dwóch miesięcznych obozów ćwiczebnych – Jeleniej Górze oraz Zgierzu. Kazikowi zawdzięczam skan powyższego zdjęcia którego w moich zbiorach z niewiadomych przyczyn zabrakło. Zawdzięczam mu również przypomnienie eskapady do Perły Zachodu podczas pierwszej przepustki po przysiędze w Jeleniej Górze. Poniżej opisuję w szczegółach pośpieszny i zarazem śmieszny powrót do koszar przed capstrzykiem.
Jagódkę zaraz po obiedzie, odprowadziłem na dworzec skąd wyjechała do Wrocławia, gdzie spędzała wakacje. Wracając spotykam rozbawionych, wyposzczonych dwutygodniową koszarową izolacją kolegów. Ad hoc po krótkiej naradzie, większą grupą rekrutów idziemy 4 km ucztować do znanej, popularnej, krajobrazowej knajpki – Gościńca Perła Zachodu. ZbierajSie
Bawiliśmy się tam doskonale, w tak pięknym otoczeniu – krajobrazu oraz balsamicznego powietrza, wypiliśmy każdy po kilka (bliżej -naście!) przezacnego piwa Zamkowego. W pewnym momencie ktoś spojrzał na zegarek podnosząc alarm. W koszarach mamy być najpóźniej na capstrzyk o 22:00. Zaczęliśmy momentami nie najłatwiejszy ale i zabawny marszobieg wzdłuż Bobru, leśną drożyną Borowym Jarem. Mieliśmy wszyscy nieźle w czubach, jedni śpiewali, inni w zapadającej ciemności w lesie potykając się o liczne korzenie, siarczyście przeklinali. Do granic miasta utrzymaliśmy marsz w grupie, każdy kroczył pośpiesznie nieco się zataczając ale wszyscy byliśmy w doskonałych humorach poza Emilem, naszym sympatycznym kolegą śpiewakiem. Teraz kroczył zygzakiem, wyraźnie powłócząc nogami, z głową zwieszoną, w milczeniu. Chwyciliśmy Go wraz z Kazikiem mocno pod ramiona aby nie ponosząc kontuzji, próbować nadążyć za oddalającym się czołem grupy. Przez te ostatnie kilkaset metrów przed bramą, unosząc jego bezwładne ciało, ciągnęliśmy Emila który szorował czubkami butów wojskowych po chodniku. Co parę minut wydawaliśmy komendę „baczność” potrząsając jednocześnie ciałem. O dziwo, na moment, na kilka kroków ciało ożywało i kroczyło krokiem defiladowym – takim sposobem udało się przeprowadzić ożywionego kolegę przez posterunek wartowniczy, potem na kompanię. Emil zwisał na ramionach kolegów w drugim szeregu, dowódca rozkazał zaprowadzić ciało na pryczę celem spoczynku. Do dziś pamiętam wykrzyczane z mocą „czołem obywatelu kapitanie” przez zgromadzone na capstrzyku trzy plutony, kompanię studentów. Jelenia Góra, 15 sierpnia 1965 roku.
Rozważny Dowódca Szkoły buntu nie eskalował natychmiastowymi represjami. Niebawem okazało się jaką dozwoloną regulaminem i programem szkolenia lekcję pokory zaplanował studentom. W trzecim tygodniu obozu, o 1:00 w nocy z czwartku na piątek, syrena budzi nas do alarmu Batalionu. Zerwaliśmy się zaspani, półprzytomni, niektórzy ze śpiących na pierwszym piętrze sypialni wojskowej – spadają z łóżek na podłogę. Łapiemy ułożone w kostkę mundury, siadamy na stołkach, niektóre się przewracają, słychać przekleństwa i złorzeczenia. Teraz okazuje się jak ważne były ćwiczenia prawidłowego owijania stóp w onuce. Ci którzy dobrze opanowali tą czynność, ubrali się szybciej, mieli więcej czasu na zapięcie pasów, założenie tornistrów z przypiętą pałatką, pobranie broni i hełmów ze zbrojowni oraz wybiegnięcie do zbiórki na placu apelowym. Prawidłowe owinięcie onuc, gwarantowało wytrzymanie długiego marszu z pełnym wyposażeniem w hełmie i pod bronią. Żołnierze którzy nie zmieścili się w limicie czasu do wyjścia na zbiórkę alarmu, byli zatrzymani na kompanii przez dyżurnego podoficera. Oni w czasie naszego marszu, kilkakrotnie aż do rana powtarzali ćwiczenia ubierania, pobierania broni i wyposażenia, po czym trwała musztra na placu apelowym – padnij, powstań, naprzód biegiem marsz, tak w kółko przez czas odwrotnie proporcjonalny do kolejnego spóźnienia się na zbiórce. Wyznaczono nam marsz początkowo pod górę w terenie bez zabudowań, nawierzchnia była kamienista. Te warunki marszu bardzo dawały się we znaki. Wielu słabło jeszcze podczas pierwszej części marszu. Nie znaliśmy ani celu marszu ani zasięgu tego marszu, nie czytaliśmy dostatecznie wnikliwie regulaminów aby znać wymogi dotyczące marszów. Pierwsze pół godziny to był marsz forsowny w miarę zwartym szykiem pod górę. Teren się wyrównał ale tempo marszu wyraźnie spadło. Szyki się rozluźniły, utworzyły się grupy marszowe. Gdy kadra zorientowała się że dogorywamy, zarządzono 15 minutowy odpoczynek na poprawę umundurowania, głównie poprawy owinięcia stóp w onuce. Mieliśmy suchary i manierki z wodą, nikt nie potrafił prawidłowo spożyć sucharów, mocząc je w wodzie. Najbardziej nierozsądni po prostu wypili prawię całą wodę a na sucharach łamali sobie zęby. Potem kolejny odcinek marszu po kamienistych ścieżkach ale już w miarę równym terenie. Grupy natychmiast się rozproszyły, wytworzyło się czoło nadążających za prowadzącym oficerem, potem dwie grupy kolejnych żołnierzy spoconych, z hełmami na pasach, porozpinanych mundurach, niedbale przerzuconą przez plecy bronią. Na końcu grupa maruderów których straciliśmy z oczu. Odpoczynek, tym razem dłuższy, pokrzepiamy się także nadzieją, bowiem zejście rysuje się przed naszymi oczyma. Trzeci odcinek z górki, po terenie nadal kamienistym ale już z nadzieją powrotu do koszar.
Szpica marszu dociera do asfaltowej szosy, domyślamy się że to będzie ostatni odcinek marszu. Jestem w drugiej grupie, dobijamy do czołówki, krótki odpoczynek. Wody nikt już nie ma. Trzymamy się właściwie siłą nadziei, którą stanowi powrót do koszar a tam odpoczynek oraz posiłek. Ruszamy dalej, ulga – idziemy po asfalcie, nic nie uwiera ani nie ociera. Na górce widzimy grupy maruderów, wielu idzie na boso albo w onucach, buty i hełmy na pasach. Zaczynamy doceniać rolę mocnego pasa wojskowego. Nadjeżdża ciężarówka od strony Jednostki. Zatrzymuje się u podnóża, domyślamy się że załaduje najbardziej poranionych. Taki to „survival race” zgodny ze sztuką wojskową oraz regulaminem, wyznaczył dowódca niepokornym studentom. Okazało się że zasięg marszu to prawie 15 km, w jednostce byliśmy wszyscy dopiero o 8:30 (pierwsi o 7:30). Tempo marszu nie było powalające, raczej odbiegało od osiąganych przez wojska 2,5 km/godzinę. Ważne że wygraliśmy konkurencję z batalionem studentów Politechniki Warszawskiej. WOW!
Obóz końcowy w lipcu 1967 – ostatni Obóz Wojskowego Szkolenia Studentów, Egzamin na Podoficera w Chełmach (las Okręglik koło Zgierza). Armijna Jednostka Łączności Układu Warszawskiego. Odbywał się w miesiąc po III wojnie izraelsko-arabskiej, po „..sześciu dniach które zmieniły Świat”, 5 – 10 czerwca 1967 roku. W naszym roczniku mieliśmy kilku kolegów judejskiej narodowości, byli niesłychanie dumni z wyczynu nowoczesnej armii izraelskiej oraz jej wodza naczelnego Mosze Dajana. Szkolenie na obozie w Zgierzu niczym szczególnym się nie wyróżniało. Odbywało się bardzo blisko Zgierza i tramwaju międzymiastowego do Łodzi. Po godzinie 15:00 zawodowa kadra oficersko – podoficerska kończyła pracę, odbijała kartę zegarową i wychodziła do domu. W jednostce pozostawali niezbyt liczni żołnierze służby zasadniczej oraz podoficerowie nadterminowi niskiego szczebla oraz my – kompanie studentów. Studenci szybko się zorganizowali co do tzw. dyżurów w koszarach a pozostali licznymi grupami wychodzili na lewiznę, poprzez znaną wszystkim w jednostce, dziurę w płocie zlokalizowaną w pobliżu ścieżki wiodącej do przystanku tramwajowego Kurak (osiedle wojskowe) w Zgierzu. W tramwaju było bezpiecznie. Wymagana była czujność i pilna obserwacja ewentualnych patroli WSW (żandarmerii) na przystankach. Bywałem na Helskiej lub Zachodniej przynajmniej raz a niekiedy dwa razy w tygodniu. Pozostający w koszarach mieliśmy czas na zajęcia własne, lektury, karty, sport i „bar Karola”. Karol Trzeciński jako czynny kolarz kadry, zawodnik słynnego klubu Społem Łódź, przechowywał sobie tylko znanym sposobem kolarkę w nieczynnej podstacji energetycznej, wykorzystywał każdą wolną chwilę nie tracąc kontaktu z siodełkiem i kierownicą. Gdy wyjeżdżał na codzienny trening, przyjmował zamówienie na piwo które następnie wydawał w „barze”. To taka ciekawostka, ona nam bardzo odpowiadała, stanowiła jedną z atrakcji, studenckim kolorytem w żołnierskiej codzienności. Egzamin na podoficera (kaprala podchorążego) był końcową formalnością szkolenia – potwierdzenie tożsamości, uścisk dłoni pułkownika Dowódcy i wręczenie patentu podoficera. Dalsze kontakty z wojskiem, już podczas pracy zawodowej bywały uciążliwymi zmaganiami ale niekiedy ciekawymi urlopami, swoistym oderwaniem od codzienności : praca, dzieci, dom – na okrągło.
Praktyki wakacyjne od połowy lipca do połowy sierpnia 1966. Odbywały się w budowanych wówczas od paru lat Zakładach Azotowych Puławy. Zakłady zajmowały wielki obszar, w znacznej części zalesionej przestrzeni. Wyglądało to jakby teren pod budowę zakładów wyrąbano z dużego kompleksu Lasów Gołębskich na północy miasta. Grupa mężczyzn, praktykantów PŁ zamieszkiwała w Hotelu w pobliżu centrum Puław, grupa kobiet dostała pokoje w wygodnym Hotelu Robotniczym nieopodal Zakładu. Autobus miejski dowoził nas do bramy nr 5. Portiernia, przepustki oraz przesiadka do autobusu linii wewnętrznych, były trzy takie linie. Poruszanie piesze po terenie Zakładu było zabronione ze względów bezpieczeństwa. Ponieważ nam nie wyjaśniono jakie względy bezpieczeństwa brano pod uwagę, zaryzykowaliśmy przejście piesze około 500 metrów aby dojść do przystanku innej linii. W połowie drogi owiała nas maleńka chmurka pary z pobliskiego reaktora chemicznego. Zabrakło nam natychmiast oddechu, oczy zapiekły niemiłosiernie, to były opary amoniaku. Na szczęście wszyscy odruchowo zachowali się prawidłowo, zamknęliśmy oczy także nos zacisnęliśmy dłonią. Dalej biegiem do przodu, po to by jak najszybciej wyjść poza zasięg obłoku oparów. Teraz już wiedzieliśmy dlaczego nie wolno poruszać się pieszo, przekonaliśmy się na własnych oczach i płucach. Praktyki były rutynowe – rano o 9:00 dojechać do baraków ekip montażowych Elektromontażu Lublin, podpisać się na listach, pół godziny obserwacji czynności podczas robót warsztatowych, rozglądnięcie się po terenie lasu, obserwacja biegających zajęcy oraz fruwającego ptactwa. Sprawdzenie czasu najbliższego autobusu powrotnego, wyjazd do bramy. Po wyjściu najczęściej pieszy spacerek do Hoteliku naszych Pań. Tam następowała narada co do planów na dalszy przebieg dnia. Powrót panów do Hotelu a tam : transmisje z Mundialu’66 w Londynie, gry w karty, lektury albo spacery główną ulicą miasta od kiosku do kiosku. Przyjemna konsumpcja dobrego lubelskiego piwa Lipcowe Pełne a w sierpniu Sierpniowe Full Light. Niekiedy plaża nad Wisłą albo zwiedzanie wybranych barów czy knajpek z wyszynkiem. Podczas koncertu rocznicowego zorganizowanego przez Dom Kultury 22 lipca 1966 roku Manifest_PKWN_22.07.1944, wystartowałem w quizie wiedzy ogólnej, zdobyłem pierwszą nagrodę, portfel skórzany z wytłoczonym herbem Lublina.
Któregoś dnia była tam zabawna sytuacja, wchodzimy do malutkiej knajpki bistro. Za witryną bufetowa prowadzi taki dialog z klientem : „..poproszę setkę!”, „..nie ma zakąski, to nie naleję!”…”..a cebula jest, to na zakąskę, proszę cebulę..”, gestem wskazuje na kuwety z cebulką po śledzikach w oleju. Trwał ten dialog jeszcze kilka minut, setka i cebula były w ciągłym słownym obrocie, nabierając ostrego łacińskiego kolorytu. Poszliśmy dalej naśmiewając się z tego dialogu, chichocząc i markując pijacki bełkot. Opuszczaliśmy Puławy z przekonaniem że Lubelszczyzna wyróżnia się jakością, zacnością piwa oraz pięknymi po magnackimi zabytkami.
Wiosną każdego roku z wyjątkiem 1968, organizowane były łódzkie Juwenalia Akademickie. Powyżej kilka zdjęć korowodu na ulicy Piotrkowskiej. Przemarsz rozpoczynał się z Pasażu Schillera gdzie po symbolicznym wręczeniu kluczy do Miasta przed Ratuszem, kolorowe grupy orszaku pozdrawiane przez mieszkańców miasta dochodziły do Placu Wolności. Zawsze staraliśmy się z naszymi przyjaciółmi uczestniczyć tzn. bywać aktywnymi obserwatorami juwenaliów. Piotrkowska nie była tak piękna, odrestaurowana i wypełniona gwarem turystów i gości jak obecnie w 2022 roku. Była jednak mimo całej swej szarości czasów PRL, ulicą gdzie zawsze było tłumnie mimo dozwolonego ruchu kołowego, hałasu, kłębów kurzu i spalin. Łodzianie zawsze kochali Pietrynę niezaprzeczalnie i bezwarunkowo. Aby umożliwić przejście korowodu Juwenaliów, trzeba było decyzji włodarzy Miasta na wstrzymanie ruchu kołowego, na zamknięcie ulicy na kilka godzin. Zawsze wszystko było doskonale zorganizowane przez wytypowany Komitet Juwenaliów złożony z porozumień grup działaczy Organizacji Studenckiej ZSP z Łódzkich Uczelni. Każdego roku juwenalia były kolorowe i radosne.
Jesień 1967 roku rozpoczęliśmy z Jagódką, ośmioma kolegami z akademika oraz małżeństwem Anią i Kajetanem oraz Elżbietą, Studia na kierunku specjalizacji – Aparaty Elektryczne. Od początku dr Zdzisław Jan Tarociński dał się poznać od najlepszej strony. Okazał się przyszłym naszym z Jagódką wspólnym promotorem oraz wieloletnim guru, opiekunem i przyjacielem na drodze zawodowej. Zaprosił naszą grupę na wycieczkę inauguracyjną a zarazem integracyjną do Doświadczalnej Zautomatyzowanej Kopalni „Jan” w Katowicach, Janowie – Nikiszowcu. Poniżej broszura reklamowo promocyjna kopalni : KWK_Jan_150_30. Ubieranie kompletnego stroju górniczego w szatni łańcuszkowej stanowiło samo w sobie życiowe wrażenie. Zakładanie onuc, grubych ciężkich kaloszy, kombinezonu, hełmu z lampą i akumulatorem. Następnie zjazd z dużą prędkością, stłoczeni w ciasnej klatce skipu, prawie w ciemności, niebywałym przeciągu, te warunki dawały każdemu uczestnikowi mocnych wrażeń. Dzwonek i jesteśmy na poziomie 280, znaleźliśmy się w nadspodziewanie przestronnym, szerokim i wysokim chodniku komunikacyjnym z półkolistym stalowym stropem. Sztygar prowadzi nas dalej do chodnika komunikacyjnego gdzie czeka elektryczna kolejka kopalniana z małymi wagonikami, wsiadamy – ledwo mieścimy do wagonika cztery przewidziane miejscami osoby. Podczas jazdy czujemy się bardzo dobrze, mimo że chodnik staje się coraz węższy i coraz niższy. Podczas ruchu kolejki oddychamy jeszcze swobodnie. Po ca 5 minutach szybkiej jazdy osiągamy przystanek końcowy kolejki. Od razu odczuwamy przytłoczenie i duszność. Dalej idziemy zwykłym chodnikiem kopalnianym o niewielkiej wysokości oraz szerokości. Bardzo dużo jest gęsto rozstawionych drewnianych stempli, podpierających stropy wykonane z desek. Liczne stemple są mocno sprasowane przez siły górotworu. Słychać od czasu do czasu huki i trzaski, robi się nieco nieprzyjemnie. Idziemy w ciszy tak jak zalecał sztygar. Mamy do przejścia około kilometra w trudnym, wąskim, dusznym oraz gorącym chodniku. Wszyscy jesteśmy już spoceni, totalnie czarni na twarzach i dłoniach. Dochodzimy do szerszego ale nadal niskiego chodnika transportowego, tutaj biegnie taśmociąg przenoszący urobek z pracującego na przodku wydobywczym – kombajnu. Jeszcze 300 metrów i jesteśmy na przodku wydobywczym ze ścianą kroczącą, sterowaną izotopowo. Duże wrażenie robi rząd mocarnych stempli napędzanych hydraulicznie. Kombajn nie pracuje, całość oprzyrządowania ściany wydobywczej robi na wszystkich wielkie wrażenie. Sztygar robi krótki wykład i fragmentaryczną demonstrację. Zaczynamy już intensywnie myśleć o powrocie na powierzchnię. Jeszcze marsz, jazda kolejką, skipem i już na powierzchni. Teraz następna atrakcja, prysznic w łaźni górniczej, szatnia łańcuszkowa. Koniec – dzień pełen przeżyć kończymy drzemką w hotelu w Parku Kultury i Wypoczynku w Chorzowie.
Wieczorem jedziemy do Katowic na kolację…do słynących marką śląskich restauracji. Niestety nie mamy przygotowanego planu, odwiedzamy kilka lokali wysyłając emisariuszy serwowanego menu. W końcu jesteśmy już tak głodni że podejmujemy solidarną decyzję, zdecydowanie siadamy w pierwszej napotkanej restauracji. Nie pamiętam nazwy lokalu ale spełnił nasze oczekiwania. Zjedliśmy ze smakiem obfity obiad, posłuchaliśmy pianisty i solistki. Powiem krótko, dobrze że przed obiadem prawidłowo oszacowaliśmy nasze finansowe zasoby, bowiem to był lokal I kategorii (wiadomo – górnicze miasto Katowice).
Nasz ślub odbył się 16 grudnia w Adwencie 1967 roku. Najpierw cywilny w Pałacyku USC Śródmieście, Piotrkowska 151, wieczorem w Kościele Podwyższenia Świętego Krzyża na Sienkiewicza 38. „Niniejszym zawiadamiamy że za namową wrogów, wbrew radom najlepszych przyjaciół, postanowiliśmy wstąpić w związek małżeński na dobre, złe i niewiadome w dniu….” takie przewrotne w treści zawiadomienie, pisaliśmy odręcznie, czarnym tuszem na białym brystolu, pismem technicznym, solidarnie z Jagódką w niepamiętnej ilości egzemplarzy. To było nasze postanowienie, uhonorowanie zaproszonych osobistym wkładem pracy, podkreśleniem podejmowania życiowego trudu, odrzuceniem banału oraz chodzenia na skróty. Zaczynaliśmy skromnie z pełnym namysłem, przeświadczeniem że może się powiedzie, że dobijamy do swojej daj Boże, właściwie wybranej drogi. Tradycji wesel zwłaszcza w Adwencie, w naszych rodzinach nie praktykowano. Był jedynie wielogodzinny, uroczysty obiad na Zachodniej. Nasze rodziny poznały się i zaprzyjaźniły. To było dla nas bardzo ważne aby do obecnie formalnie wspólnego życia, nie wkraczać w atmosferze żalów czy kwasów.
ŁódźMarzec1968 W marcu 1968 roku najpierw studenci Uniwersytetu Warszawskiego zorganizowali protest przeciwko Państwowej Cenzurze. Następnie do akcji protestów, kolejno dołączały Komitety Strajkowe prawie wszystkich Uczelni Wyższych w Polsce, także na Politechnice Łódzkiej. Lublinianin Staszek Bielak który wówczas pełnił funkcję w Radzie Uczelnianej ZSP, wspomina pamiętną Uchwałę podjętą wtedy przez studentów z inspiracji działaczy ZSP, o przystąpieniu studentów PŁ do strajku solidarnościowego. Ja pamiętam te kilka dni kiedy chodziliśmy w czapkach studenckich. Czapka studencka PŁ była znakiem rozpoznawczym umożliwiającym wejście przez strajkowy Check Point, na teren Uczelni do odbywających niekiedy tu i ówdzie zajęć. A działo się wtedy wiele dziwnych rzeczy. Organizacja Uczelniana PZPR wymusiła uchwałę zarządzoną przez KC PZPR, o powołaniu w Jednostkach Organizacyjnych Uczelni wymienionych na liście dołączonej do Uchwały, pracowników naukowych na stanowiska docentów, niezależnie o habilitacji czy niekiedy doktoratu. Natychmiast pojawiło się w przestrzeni publicznej Uczelni, nowe określenie „docent marcowy” adekwatne do trybu oraz sposobu powołania. Wiele działo się w Łodzi. Wiece studentów 12 i 19 marca 1968 przed Biblioteką Uniwersytecką BUŁ, dają podjętymi rezolucjami poparcie postulatom studentów Warszawy ale także studenci Łódzkich Uczelni zwracają się do Łodzian z apelem o poszanowanie wolności przekonań oraz swobody dyskusji. Wiec 19 marca 2,5 do 4,5 tysiąca uczestników, są obserwowani z pewnej odległości przez 2,5 tysiąca zmobilizowanego przez ORMO tzw. aktywu robotniczego. Wielu harcowników w grubych kufajkach, grubych czapkach uszankach. Są uzbrojeni w pałki sporządzone z 70 centymetrów pociętego w Zakładach INSTAL, kabla elektrycznego zakupionego za dewizy (dolary). Oczekują także oddziały MO w kaskach, z długimi pałkami i tarczami. Strajk wygasa po 22 marca 1968 roku. To początek represji na Uczelniach ale także w środowiskach inteligencji, artystów, w Instytucjach Łodzi, także w partii PZPR. Rada Uczelniana ZSP PŁ została zmuszona do podjęcia Uchwały o skróceniu swojej kadencji, podobnie postąpiono z Radami Wydziałów PŁ. Wkrótce ZSP w tej nazwie przestaje istnieć. Na jego miejsce władze powołują SZSP (Socjalistyczny Związek Studentów Polskich), indoktrynacja aktywnej części środowisk studenckich postępuje w zastraszającym tempie.
W maju 1968 nasza specjalnościowa Katedra Aparatów Elektrycznych w osobie dr Zdzisława Jana Tarocińskiego, organizuje wycieczkę techniczną autokarem do Zakładów Aparatów Elektrycznych APATOR w Toruniu. Tam nocleg w hotelu robotniczym a drugiego dnia jedziemy do Kombinatu Energetycznego – Pątnów, Adamów, Konin. Zwiedzamy kolejno Hutę Aluminium, Zespół Elektrowni i Kopalnię odkrywkową węgla brunatnego. Oczywiście oglądamy wybrane najbardziej interesujące dla naszej specjalności fragmenty. W Koninie zwiedzamy potężną stację zasilania hali pieców łukowej elektrolizy aluminium. Ze stacji prostowników diodowych, wypełnionej kilkuset szafami prostowniczymi wielkiej mocy, przechodzimy do hali elektrolizy, po drodze mijamy pakietowe aluminiowe szyny zbiorcze o wymiarach 60 x 60 centymetrów. Przechodzimy w niewielkiej odległości od tych potężnych szyn zbiorczych, które wiodą kilkaset kiloamperów prądu stałego. Wtedy zrozumieliśmy dlaczego proszono w autokarze o pozostawienie zegarków naręcznych, pasków ze stalowymi klamrami, scyzoryków, kluczy i wszelkich większych oraz mniejszych przedmiotów z żelaza lub stali. Pole magnetyczne w pobliży szyn głównych jest tak silne, że mogło spowodować przyciągnięcie a w następstwie, nieszczęśliwy wypadek. W elektrowni Pątnów zwiedziliśmy napowietrzną stację energetyczną najwyższych mocy. Z bezpiecznej odległości zademonstrowano nam czynności, przełączania sekcji roboczej oddawanej do remontu na sekcję po remoncie. Niektórzy z nas pierwszy raz doświadczali takiego widoku, łuk elektryczny zapalający się między stykami wyłącznika polowego o długości początkowej kilku centymetrów, osiągał długość kilku metrów przed wygaszeniem. Ja obserwowałem już kiedyś takie zjawisko, było to podczas praktyki dyplomowej w napowietrznej stacji transformatorowo rozdzielczej 220 kilowoltów w podłódzkim Janowie. W kopalni węgla brunatnego Adamów z tarasu widokowego, oglądaliśmy olbrzymie wyrobisko kopalniane. Gigantyczne koparki pokładów węgla brunatnego, z tarasu widokowego na krawędzi wyrobiska (głębokości 30 do 55 metrów), wyglądały jak niewielkie zabawki. Zwałowarki oraz kilometry przenośników taśmowych, uzupełniały całościowy obraz kopalni. Zabawnym spostrzeżeniem był kicający zając, skakał po jednej z kilku szerokich półek wyrobiska, sprawiał wrażenie że czuje się tam bezpiecznie.
Jesienią 1968 jedziemy wraz z łódzkim środowiskiem akademickim, na obóz „szkoleniowo – wypoczynkowy” niedawno powołanego SZSP. Poznajemy tam, już w czasie podróży pociągiem, kilkoro bardzo ciekawych ludzi, studentów Uniwersytetu Łódzkiego. Tworzyliśmy Grupę Lemurów z zawołaniem „..lej na mur.” (olej to). Staraliśmy się nie dostrzegać, banalizować propagandowe usiłowania, których doświadczaliśmy co dzień w obozowym „szkoleniu”, radiu, prasie, telewizji czy estradzie. Widać wyraźnie że młodzież własną inicjatywą, twórczością, pomysłowością tworzy intelektualną odrębność, kulturową niezawisłość. Studenci, boleśnie odczuliśmy anty wolnościową postawę środowisk robotniczych w marcu. Historia PRL pokazała że środowisku robotniczemu potrzeba było lat 10, w tym roku 1970, roku 1976, aby dostrzec oraz docenić postulaty wolnościowe studentów z 1968. Już wtedy nachodziły mnie wątpliwości jak postąpić gdy komendant obozu, zwrócił się o pomoc przy naprawie radiowęzła obozowego Ośrodka. Zwyciężyła ciekawość, wyzwanie dające sposobność nauczenia się czegoś nowego. Miałem doświadczenie, zajmowałem się techniką radiowęzła w Technikum Energetycznym, potem w radiowęźle Środowiskowego Ośrodka Młodzieżowego TPD, na Łódzkich Bałutach przy Berka Joselewicza. Podjąłem wyzwanie, bardzo wiele mnie nauczyło. Gdy zobaczyłem to cudo, oniemiałem. Nowoczesny ośmiokanałowy pulpit mikserski. wzmacniacz pół kilowata mocy akustycznej w klasie B, wyjście transformatorowe na triodach nadawczych typu militarnego, napięcie anodowe 850 Voltów (boleśnie mnie doświadczyło, w miejscu dotknięcia powstał krater o średnicy 2 mm). Komendant podwiózł mnie Nysą do Jednostki Łączności w Gorzowie, mieli lampy. Wymiana była skuteczna, pełne powodzenie naprawy.
Bardzo nam z Jagódką odpowiadało że dr Zdzisław Jan Tarociński, zastał naszym promotorem Prac Dyplomowych. To obok profesora była najlepsza marka w Katedrze Aparatów, swobodnie posługiwał się kilkoma językami, cechowała Go wysoka kultura oraz przyjazne obycie osobiste. Dzięki swobodzie porozumiewania, dysponował licznymi kontaktami z Uczelniami w Europie oraz USA. Te szerokie i owocne kontakty z placówkami naukowymi skutkowały najlepszym, najnowocześniejszym warsztatem badawczym którym dysponował zespół naukowy dr Tarocińskiego. Najnowocześniejsze na świecie oscyloskopy amerykańskie Tektronix z przystawką do fotografowania także z Polaroidem (odbitki natychmiastowe na papierze fotograficznym). Zjawiska gaszenia łuku elektrycznego prądu stałego, pojawiającego się miedzy stykami wyłącznika (anodą i katodą), to ułamki sekund. Naukowcy czy specjaliści Aparatów Elektrycznych opierają się wyłącznie na eksperymencie. Podbudowa teoretyczna powstanie tylko wtedy, gdy znajdzie wielokrotne eksperymentalne potwierdzenie podczas Ich badań. W 1969 roku nikt nie posiadał takiego warsztatu jakim dysponują współcześni badacze zjawiska gaszenia łuku elektrycznego, czyli ultraszybki zapis filmowy oraz oprogramowanie badawcze z ultraszybkimi analizatorami. Wtedy podstawowym wyposażeniem badacza zjawiska gaszenia łuku elektrycznego, był aparaty i kamery fotograficzne. Łuk elektryczny to zjawisko dynamiczne, krótkotrwałe. Aby uchwycić poszczególne fazy łuku poruszającego się na rożkach wydmuchowych, stosowano metodę aparatu Brona. To była kamera fotograficzna o wydłużonej ekspozycji, dopasowanej do średniego czasu zjawiska. Przed obiektywem kamery aparatu Brona, umieszczona była obrotowa, skierowana w stronę aparatu gaszeniowego, optycznie czarna tarcza. W tarczy nacięte były promieniście 24 szczeliny ekspozycyjne. Obroty tarczy dopasowywaliśmy silniczkiem prądu stałego, do prędkości poruszania się łuku elektrycznego na rożkach układu gaszeniowego. Oscyloskopy nawet najlepsze, jak nasze – wtedy, nie posiadały wówczas pamięci analogowej, tym bardziej cyfrowej. W dzisiejszych oscyloskopach pamięć cyfrowa jest standardem. Aparat fotograficzny mocowano specjalnym tubusem o długości minimalnej ogniskowej kamery, wprost do ekranu oscyloskopu. Podstawa czasu oscyloskopu była wyzwalana w trybie zewnętrznym jednokrotnym. Okres podstawy czasu bywał dopasowywany do zakresu fazy badanego zjawiska, wybrany tzw. lupą z całego obszaru rejestracji łuku elektrycznego. Reasumując : zjawiska optyczne procesu gaszenia łuku w układzie badawczym rejestrowała kamera aparatu Brona, zjawiska elektryczne zachodzące w procesie gaszenia łuku rejestrowała kamera fotograficzna oscyloskopu. Jak dowodzi powyższy opis, niesłychanie ważną rolę w pracy naukowej Katedry Aparatów Elektrycznych odgrywało własne, profesjonalne Laboratorium Fotograficzne z Panią Krystyną Krajewską, dyplomowaną technik fotograf / fotolaborant w jednej sympatycznej osobie.
Temat mojej pracy jeśli dobrze pamiętam, obejmował badanie zjawisk katodowych w łuku prądu stałego, gaszonego na rożkach prostych wydmuchem magnetycznym. Trzeci dyplomant zespołu badawczego, Pan Bajraszewski kończył studia w trybie wieczorowym. Jego zadaniem było wykonanie, modelu układu gaszeniowego na rożkach prostych oraz pierścieniowymi cewkami wydmuchowymi o średnicy 80 cm, w metalu. Każdy badacz naszego zespołu miał swoją rolę do wypełnienia. W przygotowaniu wariantu badań brał udział cały zespół, po kierownictwem promotora dr Zdzisława Jana Tarocińskiego. Po wyborze wariantu oraz konfiguracji i parametrów elektrycznych układu, następowały nieraz dość długie solidarnie wykonywane, czynności manualne przy użyciu kluczy, mierników, schematów oraz mięśni. Badania odbywały się w największym Laboratorium Uczelni – Zwarciowni Generatorowej. Dr Tarociński zasiadał jako operator rejestracji pomiarów w pobliżu oscyloskopu i aparatu Brona, wykonywał w określonej sekwencji czynności przygotowawcze obu aparatów oraz przygotowania startu pomiaru. Jagódka miała za zadanie uruchomić czerwony przycisk bezpieczeństwa, gdy wystąpi zatrzymanie sterownika cyklu pomiaru, bądź gdy zajdzie inna niebezpieczna sytuacja. Ja zaopatrzony w bardzo ciemne okulary, obsługiwałem fizycznie model pomiarowy – rożki z cewkami wydmuchowymi. Po zatrzymaniu cyklu próby, zgaśnięciu czerwonej lampy „POD NAPIECIEM”, zakładałem drut topikowy między elektrodami rożków, zaczynając od elektrody uziemionej. Pan Bajraszewski zajmował miejsce w sterowni pomiarów tzw. impulasatorze. Wykonywaliśmy każdego dnia zdjęciowego po kilkadziesiąt klatek, zdarzało się nawet 120 do 150 klatek. Oczywiście nie każdy dzień był zdjęciowy, laboratorium wykonywało potem odbitki, one były bieżąco analizowane celem wprowadzania zmian i poprawek. Zaplanowany cykl pomiarów laboratoryjnych zakończyliśmy w połowie lutego 1969 roku. Potem analiza kilku tysięcy wybranych do prac fotogramów. Pisanie rękopisów tekstów i rozdziałów pracy. Ocena fragmentów pracy wraz zamieszczonymi fotogramami. Maszynopisanie gotowych rozdziałów pracy. Tworzenie podsumowania w nawiązaniu do tez wyjściowych pracy. Bieżąca ocena i nanoszenie poprawek. Opracowanie wniosków pracy. Akceptacja wniosków oraz formy graficznej pracy. Złożenie Pracy na początku marca 1969. Egzamin Dyplomowy 24 marca 1969. 30 marca 1969, jest DYPLOM!. Od 4 kwietnia 1969 roku zaczynam staż pracy w Biurze Konstrukcyjnym Przekształtników Fabryki Transformatorów i Aparatury Trakcyjnej ELTA w Łodzi.
© copyright by Wojciech Kazimierz Jeneralczyk
Kronikę Rodziny opieram głównie na przekazie ustnym otrzymanym od mojej mamy Heleny de domo Rulczyńska, ojca Władysława Jeneralczyka ale również od starszych sióstr mojej mamy, ciotki Józefy Rulczyńskiej, ciotki Zofii Michalskiej de domo Rulczyńskiej.
Dziadek : Ignacy II urodzony 02.03.1853 w Ryczywole, syn Ignacego I i Marianny z Piechockich zmarł prawdopodobnie w 1919 wskutek zapalenia płuc w pandemii grypy „hiszpanki” MójDziadekIgnacyRulczynski
Babcia : Alwina, Fryderyka de domo Gerke urodzona 23.06.1853 w Tarnowo (Podgórne), zamieszkała w Garbatce, córka Johanna Gerke i Karoliny z Durterhoft’ów z Garbatki, zgonu dokładnej daty brak, z akt meldunkowych mojej Mamy wynika rok 1927 lub 1928. OMojejBabciAlwinie
Ślub : 03.02.1891 w Rogoźnie(Rogazen) AlwinaIgnacy oraz Translacja
Ich dzieci : Marianna, Magdalena 21.07.1894 – 28.06.1975, Józefa (Gertrud) 02.03.1896 – 25.06.1970, Antoni 26.10.1898 – 19.09.1941, Zofia(Sofie) 05.09.1902 – 08.12.1983, Helena (Lunia) 02.10.1908 – 15.01.1963 (moja mama). RulczynskiFam
Mieszkali : Ryczywół (Ritschenwalde), Zawady, Rogoźno (Rogazen), Rzeźnicka 7, powiat Obornicki (Obornik Bezirk), Ziemia Wielkopolska (Provinz Posen)
Dziadek Ignacy II, wykonywał zawód rodzinny rafinera (raffinierer) po ojcu Ignacym Rolczyńskim I, następnie był wielobranżowym kupcem (vielehädler), potem handlowcem (handelsmann). Odwiedzał okoliczne jarmarki gdzie prowadził handel hurtowy i detaliczny, asortymentem stosownie do pory roku i okazji. Zwłaszcza prowadził skup i załadunek gęsi na eksport do Prus. W dokumentach urodzenia Marianny Magdaleny, był określony kupcem wielobranżowym (vielehädler), w karcie Wujka Antoniego i Ciotki Zofii dziadek występuje jako handlowiec (handelsman) a w dokumencie metrykalnym mojej Mamy Heleny był określany ponownie rafinerem (raffinierer). MójDziadekIgnacyRulczynski
Marianna, Magdalena najstarsza i najukochańsza Ciocia Marysia. Całe dorosłe życie spędziła w Odolanowie nad Baryczą. Pozostała panną ale wychowała 5-ro dzieci jako niania oraz gospodyni dużego domu i gospody Hottelbetter Bloch, Adellnau (Odolanów) przy Krotoszyńskiej 2.
Józefa moja Chrzestna Matka jednocześnie oschła i miła osoba, wg. relacji Mamy najbardziej podobna z wyglądu i charakteru do Babci Alwiny. Pedantyczna i wymagająca, pozostała niezamężną. Z akt meldunkowych wynika że w 1919 zamieszkała w Poznaniu.
Antoni Powstaniec Wielkopolski spod Budzynia i Chodzieży, kolejarz (konduktor II klasy, kierownik pociągów), umieszczony na pruskich listach proskrypcyjnych, aresztowany w pierwszych dniach II wojny we wrześniu/październiku 1939 roku (pacyfikacja, akcja „Tannenberg”), więziony w Mauthausen-Gusen i w 1941 roku w operacji „14 f 13” zamęczony w Schloss Hartheim jako ośrodku eksterminacji „szczególnie niebezpiecznych dla III Rzeszy” . Żonaty ca 1929 z Marią de domo Skrętna, ojciec trojga Felicji z męża Mytykowskiej oraz bliźniąt Wandy i Edwarda (mojego kuzyna, z zamiłowania elektryka oraz radiowca). AntoniRulczynskiHartheimW1941 oraz tannenbergaktion
Zofia od dzieciństwa najbardziej związana i zaufana mojej Mamy Heleny. Z akt meldunkowych wynika że w 1921 zamieszkała w Poznaniu. Była blisko Mamy jak tylko pamiętam ale i w wielu wcześniejszych sytuacjach, również w 1939 roku w Łucku podczas i po wakacjach z Heleną i Danusią, po 17 września 1939 – wkroczeniu Sowietów, także podczas ucieczki i tułaczki. ExodusZŁucka Zamężna ze Stanisławem Michalskim z Łodzi. Oboje bardzo mili i życzliwi, pozostali bezdzietni i może dlatego do nas przylgnęli, traktując jako najbliższych, jak własne dzieci.
Mamy Heleny najstarsze chronologicznie relacje, pochodzą z okresu szkolnego dzieciństwa. Rulczyńscy zamieszkiwali wtedy w Rogoźnie Wlkp w pobliżu tamtejszego jeziora. Helenka urodziła się w znaku wagi (2 października 1908) w Ryczywole. Rulczyńscy zamieszkiwali kolejno w Zawadach, Ryczywole i Rogoźnie zawsze w powiecie obornickim Wielkiego Księstwa Poznańskiego i Prowincji Poznańskiej. Lata szkolne Helenki przypadały na okres największej germanizacji, działalności Bismarcka i „Hakaty”. Opowiadała wielokrotnie, Ona i Zofia o nauczycielu hakatyście, który biciem trzciną po głowach i rękach, wymuszał modlitwę w języku niemieckim. Opowiadała również o latach młodzieńczych, przepłynięciu wzdłużnym jeziora Rogozińskiego (ca 4,5 km), działalności w Sokole i chórze parafialnym. Z akt meldunkowych wynika że Mama w 1928 zamieszkała w Poznaniu w wieku 20 lat, prawdopodobnie było to wkrótce po śmierci Babci Alwiny.
Następny blok fotografii pochodzi ze zbiorów mojej mamy Heleny i jej starszej siostry Zofii, cioci Zosi. Są tu zdjęcia Heleny z przyjaciółmi na kajakach, podczas plażowania nad jeziorem Rogozińskim po pływaniu, grupa Sokoła w lesie w Potulicach oraz zdjęcia z Poznania z okresu panieńskiego. Ulubionym sportem mojej mamy było pływanie i kajakowanie. Dumna była z wygranej w zawodach pływackich na jeziorze Rogozińskim, wtedy przepłynęła dystans ca 4,5 km wzdłuż jeziora. Uprawiała również gimnastykę w Sokole oraz strzelectwo z łuków.
Więcej o Rogoźnie, mieście słynnym z Historii czasów króla Przemysława II, rodzinnym gnieździe rodziny Rulczyński, proszę czytaj w moim znacznie szerszym rozdziale blogu – opracowaniu : RogoźnoWlkp/
Następny blok fotogramów to Dokument Urodzenia cioci Zosi Michalskiej de domo Rulczyńska o którym powyżej wspominałem. Wystawiony w Poznaniu w 1938 roku. Ponadto fotografie moich kuzynów Wandy i Edwarda Rulczyńskich, bliźniąt dzieci Antoniego i Marii de domo Skrętna. Część pochodzi z dzieciństwa część z lat 50′ tych, także współczesne wykonane po 2000 roku.
© copyright by Wojciech Kazimierz Jeneralczyk
Nazywam się Wojciech Kazimierz Jeneralczyk. Urodziłem się w Łodzi na Chojnach przy ulicy Ignacego Jana Paderewskiego, znanej po wojnie jako ulica Koncertowa.
Było to 1 października 1944 roku, w czasie roku gdy wojna nadal trwała, Powstanie Warszawskie właśnie dogasało, wojska sowieckie zatrzymano na linii Wisły i Sanu. Ten moment dziejowy i dalsze tragiczne wydarzenia w rodzinie, otaczająca mnie od dzieciństwa atmosfera powojenna, rozmowy rodziców i rodziny z których początkowo niewiele rozumiałem ale wiele emocji do mnie docierało, myślę że to wszystko zdeterminowało trwale mój charakter i zainteresowania. Ojciec Władysław ostrzeliwany i ścigany przez Bahnschutz’ów wędruje wiele kilometrów wzdłuż szlaku kolejowego, do wsi Wiskitno po banieczkę mleka dla mnie i siostry. Tłumy ludzi pędzone przez hitlerowskiego okupanta do kopania okopów wzdłuż podmiejskich fortyfikacji obronnych, rabunki magazynów żywności z wojskowych zasobów przy ulicy Pryncypalnej, ojciec jadący dorożką na drugi koniec zajmowanej właśnie przez sowietów Łodzi, dla bezpieczeństwa uzbrojony w pożyczony od sąsiada rewolwer. Po latach opowiada mi tragiczne obrazy dogasającego więzienia na Radogoszczy, jedzie do Szpitala wojskowego DRK na obecnej ulicy gen. Kniaziewicza Karola. Jedzie do śmiertelnie chorej córki Danuty przewiezionej tam ze szpitala Bonifratrów. Szpital zbombardowały sowieckie samoloty w odwecie za spalenie Radogoszczy. Wszędzie leje po bombach i wszechobecne ciała i fragmenty ludzkich ciał. Znajduje Danusię nieprzytomną ale całą poranioną, leżącą na potłuczonych szybach w korytarzu piwnicznym jednego z pawilonów szpitala. Wracają dorożką na Chojny. Danusia wkrótce 21.01.1945 umiera w wieku niespełna 7 – miu lat. Rodzina przeżywa wielką tragedię, jeszcze jedną z wielu jakie spotkały Nas podczas II Wojny Światowej.
Powyżej ocalały fragment rodzinnej kolekcji widokówek Łodzi czasu wojny (Litzmannstadt 1939-1945). Takie widokówki Mama wysyłała do Beton Werke Hanower, gdzie Ojciec był dwa lata na przymusowych robotach. Poniżej mój biały kruk, fotokopia Świadectwa Chrztu z wiosny 1945 roku, pochodzi z Kościoła Przemienienia Pańskiego przy Rzgowskiej 88. Do chrztu dorożką konną wiozła mnie chrzestna, Ciocia Józia (starsza siostra mamy) i Staś Michalski (mąż cioci Zosi, starszej siostry mamy). Jak widać jestem czworga imion – Wojciech, Kazimierz, Antoni a z bierzmowania Władysław. Wojciech to mój patron parafialny, Kazimierz pochodzi administracyjnie od okupanta, dla rocznika 1944 obowiązywało to imię nadawane jako pierwsze lub drugie imię chrzcielne. Antoni to imię po starszym bracie mamy, zgładzonym w Mauthausen-Gusen. Imię dojrzałości przyjąłem sam, po moim rodzicu Władysławie.
Po wojnie 1945 – 1946 Ojciec Władysław został Naczelnikiem Wydziału Lokalowego Urzędu Miasta Łodzi. Wówczas nasza rodzina dostała przydział kwaterunkowy na połowę domku jednorodzinnego na Żabieńcu Przy ulicy Helskiej 58. Drugą połowę (od północy) tego poniemieckiego domku z 1936 roku, zajmowało małżeństwo – kapitanostwo Izabella i Maksymilian Janczewscy. Pochodzili z Kresów, on zdemobilizowany kapitan WP, uczył języka rosyjskiego w łódzkich Szkołach Średnich. Ten dom wówczas na peryferiach Łodzi, to było miejsce gdzie spędziłem całe dzieciństwo aż do wieku dojrzałości, potem mieszkaliśmy tam z żoną Jadwigą w latach 1967 – 1970 tuż po studiach politechnicznych.
Następny blok fotogramów z dzieciństwa, wieku przedszkolnego i szkolnego 1950 – 1962.
Następny blok fotogramów pochodzi również z okresu 1951 do 1963 a więc dekadę lat pięćdziesiątych, okres Szkoły Podstawowej i Technikum. Albumy szkolne będę dodatkowo bardziej szczegółowo omawiał poniżej w blokach tematycznych, teraz to są zdjęcia ukazujące fakty poza ściśle szkolnymi czy społecznymi. Pokazuję np. ulubione zwierzęta, rower oraz pasję strzelecką czy inne zamiłowania.
Pierwszą Komunię mieliśmy razem z Joasią w 1953 roku, w Parafii św. Antoniego padewskiego na łódzkim Żubardziu. Parafię moją erygował biskup Wincenty Tymieniecki 5 sierpnia 1924 roku. Dekret ten wszedł w życie 1 stycznia 1925. Jeszcze w 1924 r. na posesji przy ul. Św. Antoniego 13 postawiono drewniany kościół, który przetrwał do 1950 roku. W okresie międzywojennym, za kadencji ks. prałata Romana Rajchera, zaczęto budować według projektu Aleksandra Ranieckiego mury drugiej monumentalnej świątyni, które w 1941 roku zburzyli Niemcy. Po II wojnie światowej, w latach 1946-1952, dzięki ofiarności wiernych, odbudowano świątynię na murach zburzonej. Budynek zaprojektował warszawski architekt Alfons Emil Gravier. W 1952 r. kościół poświęcił bp dr Michał Klepacz. Jako dziecko chodziłem z Mamą do kościółka drewnianego ale obok pięły się mury nowej świątyni. Salka katechetyczna bez podłogi, mieściła się nad kaplicą kopulastej prawej nawy. Wchodziło się tam po surowych betonowych i krętych schodach. Wieży kościół jeszcze przez wiele lat nie mógł się doczekać. Na pięknej ceramicznej mozaice posadzki w której układaniu uczestniczyłem społecznie podczas przygotowań do I Komunii, przy pachnących świeżym lakierem balaskach przyjąłem JHS z rąk proboszcza Parafii ks. Franciszka Patynowskiego. Sakrament bierzmowania przyjąłem także w tej świątyni z rąk bpa Michała Klepacza w 1959 roku.
Pierwszy raz do Szkoły pojechałem sam 1 września 1951 roku, odkrytym peronem wagonu doczepnego Herbrand tramwaju z wagonem motorowym typu Lilpop III. Mama dała mi chyba 5 zł. na podróż do i ze Szkoły. Jechałem 3 przystanki, wsiadałem przy Narodowej potem była Pułaskiego, Mokra i Hipoteczna gdzie wysiadłem. Moja szkoła w której ukończyłem I klasę SP, to była Ogólnokształcąca Szkoła Stopnia Podstawowego nr 118, Hipoteczna 3. Szkoła zajmowała dwa budynki, ten z boiskiem przy Hipotecznej 3 a drugi w narożnej kamienicy Limanowskiego 121. Właśnie w tej kamienicy odbywały się lekcje dzieci klas 1 – 4 mojej Szkoły. Klasę 1a OSSP 118 ukończyłem w czerwcu 1952 roku z Dyplomem Przodownika Nauki, wręczonym na boisku Szkolnym podczas Apelu Szkoły.
Pierwsze wakacje w tym Kolonia Letnia (w koszalińskim nieopodal Białogardu, siedziba Kolonii mieściła się w pięknym starym dworku przylegającym do Pałacu stanowiącego siedzibę Dyrekcji ówczesnego PGR Gruszewo). Na wycieczki po okolicznych lasach czy do Białogardu, wożono nas odkrytymi przyczepami wyposażonymi jedynie w ławeczki, ciągniętymi przez traktory Ursus albo Zetor. Po wakacjach Mama 1 września 1952 roku wzięła mnie za rękę i nic nie tłumacząc podwiozła tramwajem do zupełnie innej Szkoły, II Szkoły Stopnia Podstawowego i Licealnego TPD przy ulicy Bolesława Limanowskiego 124 w Łodzi. Budynek szkolny stanowi zespół budynków złożony ze skrzydła frontowego z dziedzińcem (plac apelowy) przylegającego do sąsiedniego w pierzei ulicy od strony wschodniej oraz potężnego, 3 – piętrowego, gmachu głównego. SzPLimanowskiego124
W ramach skrzydła frontowego wzniesiono dom mieszkalny dla nauczycieli (tworzący wraz z murowanym parkanem z ażurowym przęsłem, dwiema furtami i bramą fragment południowej pierzei ulicy) oraz budynek sali gimnastycznej i parterowy łącznik z gmachem głównym. Dziedziniec frontowy był na tyle obszerny że w dobrą pogodę spokojnie mieścił Apel całej 11 – oddziałowej Szkoły. Boisko szkolne na tyłach budynku zajmowało pozostałą, wielką część działki prawie do zabudowań uliczki Wolnej. Gdy wchodziliśmy do budynku Szkoły była przerwa, niesamowita krzątanina wielkiej ilości uczniów w bardzo różnym wieku, od małych pierwszaków do klas maturalnych z chłopcami pod wąsem i prześlicznych panienek. Podczas gdy wchodziliśmy po schodach wielu starszych zjeżdżało na wyścigi po poręczach nie zważając na nikogo i na nic. Hałas był tak wielki że nie usłyszałem co mówi Mama gdy staliśmy przed Pokojem Nauczycielskim. Po chwili Mama wyszła z Panem nauczycielem który zlustrował mnie wzrokiem a następnie zadał kilka pytań życzliwie i z uśmiechem, to dodało mi otuchy i pewności siebie. Potem zamienił kilka zdań z Mamą a następnie powiedział do mnie, Wojtuś od jutra przychodzisz do mojej drugiej klasy, nazywam się Jarociński do zobaczenia. Ta Szkoła to moja wielka przygoda dzieciństwa, tam poznałem bardzo wiele kolegów i koleżanek o których pamiętam oraz wspominam do dnia dzisiejszego, miałem wielu wspaniałych i oddanych swej pracy i powołaniu nauczycieli z panem Władysławem Jarocińskim na czele. Tam poznałem jak istotne jest nauczanie początkowe (klasy 1 do 4). Wówczas to Pan Jarociński uczył nas prawie wszystkiego, Polskiego, Rachunków, Rysunku, Śpiewu i Muzyki. Nie wiem czy wszystkie przedmioty zapamiętałem ale na pewno dobrze pamiętam lekcje Rysunku, pierwszą godzinę nauczyciel wykonywał na czarnej tablicy kolorowymi kredami prawdziwy obraz a na drugiej godzinie my uczniowie, mieliśmy ten obraz odtworzyć na białych kartonach bloków rysunkowych. Pierwsza godzina to nasze zapatrzenie na każdą kreskę i kolorowe wypełnienia na tablicy. Panowała cisza jak makiem zasiał, wszyscy byliśmy oczarowani. Druga godzina to twórczość własna, próby bardziej lub mniej udane rysowania i zamalowywania całej przestrzeni rysunku, zaglądanie do rysunków kolegów i koleżanek, gwar i męki twórcze zdawały się nie mieć końca. Wreszcie koniec, oddawanie prac a za tydzień przedstawianie ocen i komentarzy wybranych prac. Raz do roku na wiosnę odbywał się w Łódzkim Muzeum Sztuki na ulicy Więckowskiego Konkurs Otwarty Rysunków Dziecięcych na zadany temat. Wtedy to całe dwie godziny lekcyjne rysunku poświęcano na rysowanie Prac Konkursowych, to było wielkie przeżycie zwłaszcza dla mnie, ponieważ rysowanie stało się kolejną moją pasją. W naszej klasie dwukrotnie byli laureaci czołowych miejsc w tym Konkursie. Na zmianę Ja i Mietek Kolasa zajmowaliśmy pierwsze i drugie miejsce a w roku następnym vice versa. Pan Jarociński był niesłychanie dumny że byliśmy Jego uczniami a my że tak pięknie potrafił ujawnić nasze ukryte talenty. Pierwszy Konkurs odbył się w 1953 roku, zdobyłem II Nagrodę za pracę na temat „Nasze Miasto”. Pamiętam że mój rysunek przedstawiał trwające wówczas prace, budowy kanalizacji miejskiej w ulicy Bolesława Limanowskiego. Pinokio Collodi wyd. 1948, z piękną dedykacją kaligrafowaną gotykiem czarnym tuszem na stronie zerowej – „II Nagroda w I Konkursie Rysunków Dziecięcych MS w Łodzi za pracę „Moje Miasto” 1953 r.”. Książka ta wraz z dedykacją zaginęła. Było to prawdopodobnie podczas przeprowadzki po sprzedaży domu na Helskiej. W następnym Konkursie otrzymałem album reprodukcji malarstwa Aleksandra Orłowskiego z dedykacją I Nagrody w II Konkursie Rysunków MS w 1954 roku. Natomiast w III Konkursie otrzymałem DYPLOM i piękny Album reprodukcji malarstwa „Realizm w malarstwie polskim” z dedykacją Nagrody. Załączam zdjęcie Albumu jedna z reprodukcji została oprawiona przez mojego Tatę, był to jego ulubiony obrazek zawieszony na ścianie mieszkania.
Moja szkoła II TPD przy Limanowskiego 124, powstała wkrótce po zjednoczeniu RTPD (1919) oraz ChTPD (1946) w 1949 roku. Wtedy Towarzystwo staje się elementem wpływu na młodzież i pedagogię ze strony obowiązującego systemu politycznego. Hasło Towarzystwa „Wszystkie dzieci są nasze”, spopularyzowane zostało z okazji MDD (Święta Dziecka 1 czerwca), którego było przez wiele lat inicjatorem i organizatorem. Towarzystwo organizowało w Szkole bardzo wiele imprez kulturalnych jak koncerty muzyczne, estradowe z udziałem znanych artystów sceny i estrady łódzkiej, wieczorki taneczne dla dzieci oraz niedzielne imprezy świetlicowe. Świetlica w II TPD zaczynała się w niedzielę o godzinie 8:00. wtedy bardzo wiele klas lekcyjnych na potrzeby imprez było kompletnie przebudowywane, było wiele ciekawej rozrywki dla dzieci które miały wstęp wolny aż do wieczora, chyba do 15:00. Pamiętam sale kinową, teatralną z przebieralnią, rysunkowo – plastyczną, czytelniczą, szachową i gier planszowych, montażu i konstrukcji dowolnych z klocków i elementów metalowych, bilardową, kręgielnię i wiele których nie pamiętam. Wiele razy bywałem na tych świetlicach zwłaszcza w porze jesieni, zimy oczywiście po Mszy w kościele dokąd chodziłem mamą i siostrą o godzinie 10:00.
1 września 1957 roku przychodzimy na otwarcie roku szkolnego w VI klasie, moja szkoła nosi nazwę Szkoły Podstawowej nr 17, mamy nową wychowawczynię panią Kornelię Masłowską i zaplanowane lekcje religii katolickiej. Odziały VIII do XI zostały przeniesione jako XXII Liceum Ogólnokształcące, zorganizowane tymczasowo w budynku przy ulicy Antoniego Mackiewicza. Szkoła w 1960 roku, została przeniesiona do właśnie ukończonego budynku I Tysiąclatki na Pojezierską 45/51. Moja siostra Joanna ukończyła tą Szkołę w 1961 roku.
Z perspektywy lat i późniejszych doświadczeń związanym z edukacją, jestem pełen podziwu dla tych powojennych działaczy TPD którzy poświęcali wiele starań, pasji i środków aby wypromować świecki model edukacji. Ostatecznie okazało się że tytaniczna praca, pasja i zaangażowanie nie wystarcza aby przebudować wielowiekowy tradycyjny model edukacji w Polsce. Bilans nowej powojennej władzy okazał się ujemny, także na wielu innych polach przebudowy gospodarczej i społecznej. Podaję przykłady które znam dotykalnie z przeżyć mojej rodziny. Wczesne lata pięćdziesiąte to kilkudniowe wyjazdy taty jako dyrektora handlowego PSS na „akcje ziemniaczane” czyli masowe skupy ziemniaków od gospodarzy w okolicznych Gminach i Gromadach ziemi łódzkiej, nocne kopcowanie tych ziemniaków a potem ich dystrybucja do dzielnic i sklepów miasta. Ten przykład pokazał że „obowiązkowe dostawy” i PGR’ y czyli upaństwowione folwarki ziemian, nie dostarczają wystarczającej ilości żywności.
Wczesne lata ery Władysława Gomułki tj. 1957-1961, to uruchomienie małej prywatyzacji drobnego handlu i usług tzw. ajencji handlowych. Mama, jako że my Wojtuś i Joasia wyrośliśmy już z okresu opieki domowej, podjęła pracę sklepowej. Najpierw był to sklep spożywczy na Łagiewnickiej 237, ca 300 metrów za wiaduktem i krańcówką tramwaju nr 8. Bywałem tam kilka razy u mamy po szkole… dla przygody. Po około roku mama podpisała umowę ajentki pasmanterią w MHD Różne, podnajmując duży całoroczny kiosk handlowy postawiony na Rynku Bałuckim. Znała się na guzikach, igłach, zatrzaskach, zamkach, haftkach, wstążkach, niciach, włóczkach, taśmach, sutaszach, mulinach i wielu, wielu innych drobiazgach pasmanterii jak nikt inny. Doskonale potrafiła wybrać dobry towar w hurtowni i osobiście dowozić do kiosku dwa, trzy razy w tygodniu. Dzięki wiedzy, uprzejmości, pracowitości oraz jakości oferty – zyskiwała coraz większe obroty i zarobki, niebawem okazały się większe od dochodu taty na stanowisku dyrektora MHD Obuwiem. Ten przykład pokazuje że handel tzw. uspołeczniony będący formą państwowych regulacji, nie sprostał konkurencji z inicjatywą i kupiecką pomysłowością oraz pracowitością.
Ja miałem także obowiązki domowe, przywoziłem po szkole część zakupów które mama dokonała na rynku. Inną część wykonywała Joasia w drodze ze szkoły. Po powrocie do domu latem zawsze miałem jakieś zajęcie w ogródku albo u kolegów albo na polu czy ulicy. Piszę polu, bo po drugiej stronie Helskiej było pole orne, żyto, kartofle, rżysko, kartoflisko albo ugór jeśli gospodarz dawał ziemi odpocząć. Zimą było to przyniesienie drewna do rozpałki, podpalenie pod płytą kuchenną aby zrobiło się ciut cieplej. Odgrzanie posiłku dla nas, który mama przygotowała po powrocie około 19:00 dnia poprzedniego. Potem odrobienie lekcji, potem oczekiwanie na powrót rodziców, na kolację. Tata po powrocie przynosił węgiel i palił w piecach kaflowych w pokoju stołowym i sypialni. Po kolacji paciorek książeczka i lulu – spać. Takie życie nieco zmieniło się, gdy w domu pojawił się telewizor Szafir. Wieczory były dłuższe i ciekawsze o dawkę codziennej rozrywki z okienka ekranu. Filmy animowane Walt Disney Pictures, taneczne i rewiowe z Fredem Astairem i Ginger Rogers, komedie Braci Marx i Charliego Chaplina, później Kabaret Starszych Panów itd. itp., słowem cudowne lata sześćdziesiąte na małym ekranie, scenie, estradzie oraz literaturze i muzyce. Lata chwały polskiego sportu kolarstwa, lekkoatletycznego wonder teamu, sukcesu polskiego kina, teatru i estrady muzyki młodzieżowej. To najwspanialsze, niezapomniane lata mojej młodości.
Ten wyjątkowy obiekt to pierwsza łódzka „tysiąclatka” – szkoła wybudowana przez władze PRL w ramach obchodów Tysiąclecia Państwa Polskiego. Szkołę 19 stycznia 1960 roku otwierał Władysław Gomułka. Kompleks o bardzo ciekawej architekturze Tadeusza Herburta. Posiada taras na dachu najwyższego budynku oraz podziemny schron, w którym natkniecie się na pamiątki z epoki. Działały tutaj podstawówka, liceum, technikum mechaniczne, współcześnie Hospicjum Łódzkie.
Piszę o tej Szkole bo ukończyła ją w 1961 roku moja siostra Joanna a także bardzo wielu moich kolegów i koleżanek z którymi ukończyłem Szkołę Podstawową nr 17 na Limanowskiego 124. Z wieloma z nich spotkałem się ponownie na uczelni, Politechnice Łódzkiej. Oto poniżej zamieszczam kilka zdjęć Joanny z kolegami, koleżankami oraz profesorami klasy maturalnej XXII LO w Łodzi z 1961 roku. Autorem zdjęć jest Janusz Kupiecki kolega z mojej klasy Szkoły 17 a wówczas uczeń klasy III licealnej XXII LO.
Wybór kierunku dalszej nauki nie stanowił u mnie większego problemu. Jak tylko pamiętam zawsze bardzo interesowała mnie technika, a szczególnie to co odbywa się dyskretnie poza zasięgiem ludzkiego postrzegania przyczyn, kiedy widoczne są ewidentne skutki techniczne jakże dyskretnego działania. A ta ciekawość wiodła mnie do elektryczności a szczególnie do radia i elektroniki szeroko pojmowanej. Za drobne kieszonkowe kupowałem Młodego Technika i Radioamatora, początkowo niewiele rozumiałem ale stopniowo ta lektura podkręcała moje ukierunkowanie, wiele z otoczenia technicznego stawało się coraz przyjaźniejsze i zachęcało do dalszego poznania, z czasem do praktykowania. Mój wujek Stanisław Michalski był elektrykiem monterem telefonów w powstałych 1948 roku przy ulicy Kątnej (od 1951 Wróblewskiego) Zakładach ZWAT (T-4, ŁZR, Fonica), później warsztatowcem w fabrykach włókienniczych. Jego szuflady komody wypełnione były kupowanymi na Czerwonym Rynku (Rzgowska) za grosze – przedwojennymi lampami radiowymi, cewkami, kondensatorami, kryształkami, słuchawkami, próbnikami napięcia (lampkami i neonówkami). Wujek wszystko mi opisywał i tłumaczył na tyle ile potrafił, z czasem stwierdził że ja już więcej wiem od niego, zachęcał do dalszej nauki. Pewnej niedzieli Wujek demonstrował mi praktycznie odbiór radiowy odbiornikiem kryształkowym DETEFON na dwie pary słuchawek. Słuchaliśmy transmisji radiowej nadawanej na falach średnich lokalnej rozgłośni PR II (nadajnik obok budynku rozgłośni przy ulicy Narutowicza 130 tzw. Radiostacji), meczu rozgrywanego przez ŁKS Włókniarz Łódź a CWKS Legia Warszawa. Odbiór był bardzo dobry, słuchaliśmy doskonałej relacji znanego sprawozdawcy Witolda Dobrowolskiego. Kiedy ŁKS stracił bramkę, zerwałem się na równe nogi i strąciłem aparat na podłogę, ponieważ nie miałem nawyku zdejmowania słuchawek. Bakelitowa obudowa DETEFONU rozpadła się, obudowa kryształka potłukła a kryształek przepadł gdzieś w szczelinie drewnianej podłogi z malowanych desek. To było dla mnie 12 – to latka traumatyczne przeżycie, obiecałem że zrobię wszystko aby Wujkowi tą stratę wynagrodzić. Nieco ponad dwa lata później sprezentowaliśmy Wujostwu, nasze pierwsze radio lampowe (superheterodynę), bakelitowego PIONIERA z DIORY. Na Helskiej pojawiło się wówczas PRELUDIUM z DIORY, z magicznym oczkiem i gramofonem produkcji ŁZR. To przykre doświadczenie dodatkowo zmotywowało mnie, do jeszcze intensywniejszej nauki, celem poznawanie pasjonującej techniki radiowej oraz elektroniki.
Gdy byłem w 7 klasie Szkoły Podstawowej nr 17, byłem całkowicie zdecydowany wybrać dalsze kształcenie w kierunku radia i elektroniki. Łódź nie posiadała Technikum Radiotechnicznego czy Elektronicznego. Pierwsza klasa o takim profilu pojawiła się w moim Technikum Energetycznym w 1962 roku jako Technikum Łączności nr 2. W 1962 roku byłem w klasie przedmaturalnej, za późno by decydować zmianę kierunku. Wówczas zdecydowałem się na długoletnie samokształcenie aż doczekam czasu, gdy będę mógł sformalizować zdobytą wiedzę. Okazało się to możliwe dopiero w 1975 roku. Ukończyłem Studium Podyplomowe Urządzeń Półprzewodnikowych, Instytutu Elektroniki PŁ.
Wtedy w 1958 roku, wybrałem Technikum Energetyczne Ministerstwa Energetyki w Łodzi, ulica Jana Kilińskiego 172. Na egzamin wstępny w czerwcu 1958 roku pojechałem tramwajem nr 5. Z Żabieńca to było około 40 minut. Także jeżdżąc do Wujostwa Michalskich, jechałem tramwajem nr 5, wysiadałem przy Abramowskiego (Gubernia), potem szedłem pieszo uroczym pasażem Abramowskiego, dalej Brzeźną i Piotrkowską do Worcella (Skorupki) 13. Budynek Technikum Energetycznego znajdował się vis a vis wylotu Abramowskiego do Kilińskiego, był nowy i okazały. Nieraz udało mi się wmieszać w grupkę uczniów i poznawać wnętrza Szkoły. Było tłoczno ale sympatycznie i zachęcająco. Wybrałem – to będzie moja Szkoła. Dobrze wybrałem, było super mimo wielu nie łatwych przedmiotów. Dawałem spokojnie radę dzięki zamiłowaniu i przyjaznemu otoczeniu. Wybrałem kierunek Elektroenergetyka (klasa B), klasa A miała kierunek Energetyka Cieplna. Do mojej klasy przyjęto 31 chłopców i jedną dziewczynę, Jadzię Wysocką. Po wakacjach okazało się że rozpoczęcie roku szkolnego 1958/59 nastąpi na placu apelowym w nowej siedzibie Szkoły przy ulicy inż. Skrzywana 11. To było jeszcze dalej niż na Kilińskiego. Jechało się dwoma tramwajami, najczęściej nr 5 lub 44 potem przesiadka na ulicy Zachodniej do nr 11 lub 6. Potem pieszo ulicą Czerwoną (z gazowymi latarniami), Wólczańską i Skrzywana. Podróż zajmowała łącznie ponad 45 minut a nieraz ponad godzinę. Zawsze dochodziliśmy całą gromadą uczniów różnych klas, ponieważ nauka zawsze zaczynała się o godzinie 8:00, przed wejściem do budynku oczekiwała „komisja”, wicedyrektor Stefan Cezary Przybysz i woźny pan Stanisław Stępień, dokonywali przeglądu uczniów pod względem stroju, fryzury, obuwia na zmianę i tornistrów z przyborami i zeszytami. Potem szatnia w piwnicy i do klasy po naukę.
Latem do jesieni 1958 roku Szkoła przenosi się do nowego budynku (byłego hotelu E.C. – II) przy ulicy Skrzywana 11, w zespole budynków pod adresem Al. Politechniki 38. Szkoła istnieje do chwili obecnej. Budynek skrzydła zachodniego nie był wtedy przystosowany do odbywania w nim zajęć lekcyjnych. Uczniowie i nauczyciele uczestniczyli w pracach adaptacyjnych, w przenoszeniu z gmachu przy ulicy Kilińskiego 172 do budynku przy ulicy Skrzywana 11, wyposażenia Szkoły. W latach 1958 – 1961 pod kierunkiem ówczesnego dyrektora Jana Wrońskiego następuje znaczny rozwój szkoły. Powstaje wówczas wiele nowych pracowni i laboratoriów oraz w roku 1961 zostają oddane do użytku nowe Warsztaty Szkolne, które w znacznej części zostały wybudowane dzięki wysiłkowi uczniów i nauczycieli skupionych w Społecznym Komitecie Budowy Warsztatów. W roku 1958 powstaje szkolna orkiestra dęta, którą kieruje przez około 20 lat wspaniały dyrygent i pedagog Mikołaj Stanisławski. Orkiestra bez przerwy w funkcjonowaniu istnieje do dzisiaj.
Klasa Vb Technikum Energetycznego ME, rok maturalny i mała rewolucja poprzedzona wielką sensacją, do naszej klasy włączono część klasy Va. Klasę Va zlikwidowano, zweryfikowaną część włączono do naszej Vb, znaczną część męskiej młodzieży Va uczestniczącej w rzekomym spisku „narodowo-socjalistycznym” relegowano, tylko części umożliwiono kończenie szkoły i zdawanie Egzaminu Dojrzałości w innej placówce oświatowej. Wtedy to właśnie do naszej bardzo spokojnej i zrównoważonej emocjonalnie społeczności Vb, trafiło grono ca 10 młodzieńców z Va, inteligentnych, zaangażowanych społecznie i towarzysko „nowych” kolegów. Wówczas to zaprzyjaźniłem się z Wojtkiem Frontczakiem, jednym z tych spadochroniarzy. Zachęcił mnie do pracy społecznej przy obsłudze radiowęzła szkolnego. Wojtek układał repertuar, zdobywał płyty i taśmy. Ja zajmowałem się techniką, potężnym audio wyposażeniem. Organizowaliśmy nagłośnienie imprez szkolnych takich jak akademie, występy zapraszanych solistów i zespołów, wieczorków tanecznych i klubowych. Spotykaliśmy się na prywatkach, urodzinach i imieninach, stanowiliśmy zgrany duet Quickstep’owy „Łyse Konie”. Gdy nadszedł czas przygotowań do egzaminów wstępnych na Politechnikę Łódzką, Wojtek przyjeżdżał na Helską codziennie z wyjątkiem niedziel przez cały czerwiec 1963. Musieliśmy przerobić i nauczyć się całego kursu licealnego z fizyki. Szczególnie optyki, mechaniki, termodynamiki i magnetyzmu. Zrobiliśmy wielką ilość zadań i przykładów. Wspieraliśmy się wzajemnie przez cały okres egzaminów, razem też cieszyliśmy się po ich ukończeniu i przyjęciu w poczet studentów Wydziału Elektrycznego PŁ. Ś. P. Wojtek Frontczak był dla mnie ważną osobą, dlatego poświęcam Mu ten podrozdział.
Innym jakże bliskim przyjacielem lat młodzieńczych był Bogumił Forjasz, Boguś pseudo Tatuś. Tak, to prawda. Myślę, że ten przydomek zawdzięczał zaawansowanym zatokom po obu stronach młodzieńczej czupryny. Z Bogusiem byliśmy w wielkiej przyjaźni od 1962 roku gdy z grupą kolegów z klasy Va dołączyli do naszej Vb, po dramatycznym rozwiązaniu jego klasy. Przez cały ostatni rok szkoły, razem jeździliśmy tramwajami powracając ze Szkoły. Od ul. Czerwonej do Żabieńca (ul. Brukowa) gdzie ja wysiadałem a Boguś wyruszał dalej tramwajem międzymiastowym 44 do Aleksandrowa. Często go odwiedzałem w Aleksandrowie, bywaliśmy na tamtejszym lotnisku szybowcowym Areoklubu Łódzkiego, pokazywał mi tamtejsze rozlewiska i okoliczne tereny łowieckie. Tata Bogusia polował, raz nawet udało mi się wystrzelić z dubeltówki w powietrze – niezapomniane wrażenie, podobnego kopa miał kbk wz.44 Mosin z którego strzelaliśmy pod dowództwem kpt. Szuby, podczas dwutygodniowego Obozu PW – Przygotowania Wojskowego. Odbywał się Tomaszowie Mazowieckim w wakacje 1962 roku. Boguś miał niezłą nawijkę, o mało nie zwerbował mnie i całej grupy chłopaków do Oficerskiej Szkoły Łączności. Już na studiach wraz z Jagódką, Wojtkiem i Jego narzeczoną, byliśmy na ICH ślubie i weselu w Aleksandrowie. Potem drogi się rozeszły, spotkaliśmy się jeszcze raz w Zegrzu ok 1966 roku. Bardzo mi przykro, smutno, źle bo piszę to w 2022, tuż po tym jak dowiedziałem się o Jego odejściu. Załączam zdjęcie z tamtych czasów Ś. P. Bogumiła, na czele grupy Vb przy ulicy Kopernika przed portiernią zakładu ELTA -Z3.
Dyplom zdałem w kwietniu 1963 roku. Obszerną Pracę Dyplomową nt. „Stacja redukcyjna średniego napięcia 30/15 kv o mocy 2*1600kVA”, prowadził i promował prof. Kazimierz Rudziński. Wykonywałem ją długo i mozolnie ale starannie na tyle że Promotor gratulował zakresu i jakości wykonania projektu. Było to wkrótce po nagłym zgonie mojej Mamy Heleny (15 stycznia 1963 roku). Ocena Dyplomu i wyniki egzaminów maturalnych zdaniem dyrektora i Komisji Egzaminacyjnej, świadczyły o dużej mobilizacji organizmu skutkiem doznanej tragedii rodzinnej. Maturę zdałem z doskonałymi wynikami, lecz świadectwo maturalne opiewało na wynik dobry z uwagi na średnie poziomy poprzednich okresów oceniania. Postanowiłem zdawać egzaminy na Wydział Elektryczny Politechniki Łódzkiej.
Po wielu latach niebytności w budynkach i atmosferze mojej Szkoły Średniej, postanowiłem przyjąć zaproszenie na Uroczyste Obchody 70 – lecia Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych nr 9. Taką nazwę w roku Jubileuszu 2016, nosiła moja stara buda Technikum Energetyczne ME. To było bardzo miłe i znaczące życiowo przeżycie. Zobaczyć znowu te korytarze, sale lekcyjne, pracownie, laboratoria, salę widowiskową otwartą na salę gimnastyczną (to było w tamtych latach sześćdziesiątych bardzo nowatorskie i skutecznie wykonane połączenie ścianką ruchomą, dwóch dużych kubaturowo pomieszczeń funkcjonalnych szkoły). Ujrzeć siedmiu obecnych kolegów i dwóch profesorów po 53 latach to było duże przeżycie. TEwspominam
Zamieszczam blok fotogramów z oficjalnych i prywatnych wspomnień z dnia Jubileuszu 21 października 1916 w budynkach Zespołu Szkół Politechnicznych im. Komisji Edukacji Narodowej w Łodzi w Alejach Politechniki 38.
© copyright by Wojciech Kazimierz Jeneralczyk

Rogoźno to miasto w woj. wielkopolskim, w powiecie obornickim, siedziba gminy miejsko-wiejskiej Rogoźno.

Położone jest nad rzekami Wełną i Małą Wełną oraz nad jeziorem Rogozińskim (ok. 140 ha, do 6 m głębokości), na wysokości około 63 m n.p.m., przy drodze krajowej nr 11 Bytom-Poznań-Piła-Kołobrzeg, około 40 km na północ od Poznania i około 50 km na południe od Piły.

Najstarsze ślady grodziska wczesnośredniowiecznego pochodzą z VIII – IX w. W 1248 r. Rogoźno było już ośrodkiem kasztelanii, zaś w roku 1280 król Przemysław II nadał mu prawa miejskie magdeburskie. W 1306 Rogoźno i prawie cała Wielkopolska dostaje się pod panowanie Henryka III Głogowskiego. Panowanie głogowian przyczynia się do rozwoju miasta. Następne rządy obejmuje Władysław Łokietek, co też sprzyja rozwojowi miasta, przykładem tego może być nadanie 24.06.1326 mistrzowi Janowi z Rogoźna kuźni poruszanej siłą wody we wsi Ruda gdzie też wydobywano rudę żelaza. Wiek XVI i początek XVII – to okres dużego rozwoju gospodarczego. W latach 1655-1656 miasto okupowane przez Szwedów zostało mocno złupione. Poprawa stanu gospodarczego nastąpiła w XVIII wieku.
Druga połowa XIX w. przyniosła miastu ponowny rozwój. Miasto uzyskało połączenie kolejowe z Poznaniem i Piłą, zbudowano gazownię, rzeźnię, stolarnię i fabrykę maszyn młyńskich. Powstały liczne instytucje i organizacje, a także dwie szkoły średnie. II wojna światowa – to okres martyrologii dla jego mieszkańców. Ponowne ożywienie gospodarcze Rogoźna nastąpiło po roku 1960, kiedy to rozbudowano znacznie przemysł i budownictwo mieszkaniowe.
Poniższy blok fotogramów pochodzi z Cyfrowego Archiwum Miasta i Gminy Rogoźno Wlkp, przedstawia XIII – IX wieczne widokówki Rogasen pod Pruskim Zaborem. W końcu wieku IX i w początkach XX zamieszkała w tym miasteczku rodzina Rulczyńskich. Było to rodzinne gniazdo mojej mamy Heleny. Takie widoki to była jej codzienność, jej otoczenie dzieciństwa i młodości, najbardziej lubiła wypady nad ukochane jezioro Rogozińskie, była pływaczką i wioślarką.
Dzięki materiałom archiwalnym rodziny Skrętnych, pochodzących od Marii żony Antoniego a matki mego kuzyna Edwarda Rulczyńskiego z Poznania, dowiedziałem się że Ignacy i Alwina Rulczyńscy z dziećmi a następnie Antoni i Maria Rulczyńscy z Felicją do ca 1931 roku, zamieszkiwali w Rogoźnie przy ulicy Rzeźnickiej 7. Potem Rulczyńscy przeprowadzili się do Poznania a dom objęła rodzina Skrętnych. Fotogramy poniżej przedstawiają sytuację współczesną, zaznaczono tam adresy Rzeźnicka 7, na tle planu i widoków satelitarnych miasta Rogoźna Wielkopolskiego.
Poniższy fotogram to Rogoźno w XXI wieku, Miasto i Gmina z rozmachem zmienione, tutaj tradycja została pogodzona z nowoczesnością.
© copyright by Wojciech Kazimierz Jeneralczyk
Kronikę Rodziny opieram głównie na przekazie ustnym otrzymanym od mojego ojca Władysława ale także od matki Heleny de domo Rulczyńskiej, ciotki Zofii Michalskiej de domo Rulczyńskiej oraz ciotki Józefy Rulczyńskiej tj. starszych sióstr mamy.
Dziadek : Marcin 29.10.1872 – 14.11.1950 syn Tomasza i Franciszki de domo Tórz
Babcie : Marianna z Łagodzińskich, 24.07.1872 – 12.09.1914, przybyła z Marszewa – Pleszewskie, od 1921 Eleonora ze Spławskich, 21.02.1895 – 14.06.1931, przybyła z Murowanej Gośliny – Obornickiej.
Ich dzieci : I Marianny – Kazimierz, 13.02.1900 – 11.09.1976, Czesława, 24.06.1903 – 16.02.1928, Józef, 23.02.1908 – zamordowany w kwietniu 1940, Władysław, 9.05.1911 – 24.11.1991 (mój tata), Leon, 16.01.1914 – poległ we wrześniu 1939; II Eleonory – Maria Teresa, 8.09.1924 – 15.08.1989
Mieszkali : Poznań : Starołęka – Forteczna 33, Jeżyce – Jeżycka 33.
Marcin – Dziadek występuje w moich zbiorach tylko na jednym zdjęciu z pogrzebu drugiej żony Eleonory de domo Spławskiej, mamy Marii Teresy w 1931 roku. Dzieci wtedy przepuszczano zwykle do przodu, aby dobrze widziały w czym rzecz a tym samem były spokojne. Marysia 7 letnia dziewczynka i Leon 17 latek na prawo Marysi. Marcin stoi za Leonem a za nim brat Szczepan. Moje jedyne widzenie z dziadkiem Marcinem było chyba 1950, w Poznaniu. Kazimierz zawiadomił rodziców że Marcin zaczyna słabnąć, że chce zobaczyć wnuka. Mama spakowała nas z Joanną i pojechaliśmy do Poznania. Ojciec zaparł się że nie pojedzie, nigdy mi nie wyjaśnił dlaczego, na liczne i natrętne zapytania kierowane do mamy, dowiedziałem się tyle że dziadek wyrzucił dorosłego Władka z domu na Jeżyckiej. Zrobił tak aby Władek sam na własnej skórze doświadczył skutków swojego „hulaszczego życia”. Marcin był bardzo surowy i wymagający, dzieci zwracały się do niego „panie ojcze” a na Wigilię przy opłatku, obowiązkowo całowały w rękę. Ten obyczaj obowiązywał również na przeprosiny ale po uprzednim uroczystym wyznaniu winy i naprawieniu szkody. Jako ciekawostkę podam jak Marcin zwalczał nocne powroty Władka z licznych hulanek, stawiał mianowicie za drzwiami, wielką michę z wodą, w miejscu takim aby zakradający się nocą hulaka wpadł i narobił hałasu. Wracając do mojej wizyty, czy też widzenia z dziadkiem Marcinem. To było w domu starców, prowadzonym przez siostry zakonne (Szarytki w białych kornetach na głowie ze stójką na szyi oraz półkolistym kołnierzem opadającym na ramionach). Taki los był przez dziadka wybrany, miał dobrą emeryturę państwową, miejsce na starość sam sobie wybrał, nigdy nie wymagał łaski od dzieci i do końca sam sobą zarządzał. Dziadka zapamiętałem jako niedużego, miłego w aparycji staruszka z siwą jak gołąbek czupryną (to znaczy miał taki wianuszek białych włosów wokół łysinki), takie chłopięce skojarzenie – wyglądał jak święty w aureoli. Mama podeszła przywitała się, przedstawiła najpierw mnie i Joannę a potem dziadek chwycił moją dłoń i cały czas ją trzymał, pytał o wiele rzeczy niestety nie pamiętam o co, ale sprawdził nas z modlitwy O Bożym Aniele, którą zmówiliśmy wspólnie z Joanną. Pamiętam że wizyta skończyła się niespodziewanie szybko gdyż w pewnym momencie dziadek się wyłączył…, mama poszła po siostrę która powiedziała „…to Mu się zdarza..”.
Kazimierz – pierworodny Marcina i Marianny – harcerz, działacz drużyny skautowej „Unia” oraz POW, (aresztowany przez Prusaków za udział w demonstracji patriotycznej w 1918 roku), Powstaniec Wielkopolski, przemysłowiec, wybudowali wraz z żoną Heleną z Wojnowskich (z cegieł kupionych z rozbiórki fortów poznańskich), fabryczkę korków WARKO (byłem tam z mamą podczas odwiedzin u dziadka Marcina). Któregoś dnia o świcie w latach 50 tych, ta dobrze funkcjonująca fabryczka została zajęta przez panów w skórzanych płaszczach (UB), podjechali czarnym Citroenem Traction 11 CV, zablokowali konta i złożyli propozycję nie do odrzucenia (Zakład upaństwawiamy, może pan zostać kierownikiem), coś tam mu zapłacili, za te sumy stryjostwo kupili ogród na Dąbrowskiego. Zawsze poruszali się samochodem, kupowanym na giełdzie albo z ogłoszenia. Stryjek znał się na autach, zawsze wybrał tanią i dobrą ofertę. Zmarł we wrześniu 1976 roku. Kazimierz to ojciec najstarszego kuzyna Edwarda (Edy). Więcej o dramatycznym udziale Kazimierza w Harcerstwie RP, napisałem w opracowaniu opartym o bloga autorstwa Mariana Lissowskiego DuchIKierunek (fragment na powyższym zdjęciu SkauciUnii). O udziale stryjka Kazimierza w Powstaniu Wielkopolskim, gdzie uczestniczył w zdobyciu Fortu Grollman, Dworca Głównego, Lotniska Ławica a także na froncie pod Lesznem, Osieczną i Poniecem, zawarłem w poniższym opracowaniu BillionGraves , które sporządziłem korzystając z materiałów zawartych na wspomnieniowej witrynie o światowym zasięgu : KazimierzJeneralczykPowstaniecWielkopolski
Czesława opiekowała się młodszym rodzeństwem po śmierci Marianny, zmarła w lutym 1928 roku.
Józef posterunkowy PP RP, ukończył w 1932 r. N. Sz. F. w Mostach Wielkich powiat żółkiewski, województwo lwowskie), skierowany został do Komendy Powiatowej w Łodzi i tam służył do września 1939 r.(mieszkali z żoną Leokadią i dwoma córkami Wandą i Bożeną w Aleksandrowie k/Łodzi), pojmany w okolicach Łucka, województwo wołyńskie, więziony w Ostaszkowie, zamordowany w Kalininie (Twerze) a pochowany Miednoje w Rosji. Więcej relacji z historii poszukiwania śladów po Józefie Jeneralczyku, policjancie posterunkowym PP, starszym bracie ojca, podaję w własnym opracowaniu pod linkiem StryjekJózefJeneralczykOdnaleziony. Prezentowane powyżej i poniżej fotografie pochodzą w niewielkiej części ze zbiorów własnych moich rodziców Heleny i Władysława. Zdecydowanie większa część, to zbiory zachowane i wiele lat pieczołowicie przechowane, przez Leokadię wdowę po Józefie, Leokadię Jeneralczyk a teraz uprzejmie przekazane przez wnuczki Józefa : Izabellę i Anitę, dziękuję.
Ojciec mój Władysław do śmierci w 1991 roku, nie przypuszczał, że stryj zginął w stalinowskiej machinie śmierci. Był przekonany że Józef zginął z rąk nacjonalistów żydowskich, ukraińskich lub w inny przypadkowy sposób, nie miał też nadziei że Józef żyje np. na Syberii. Moi rodzice tam na Kresach żyli kilka lat, widzieli jak zachowywali się nacjonaliści różnych nacji oraz komuniści (żydokomuna), w stosunku do Polek a zwłaszcza do Polaków. Te impertynencje, wyzwiska w szczególnie napastliwy sposób, nasiliły się po wkroczeniu Sowietów. Wówczas to usilnie prosili Józka o zdjęcie munduru. W zwartym plutonie mógł być względnie bezpieczny – atoli i z tym różnie bywało, natomiast wędrówką w pojedynkę podpisywał na siebie wyrok śmierci.
Władysław mój Tata, ukończył Gimnazjum Handlowe w Poznaniu (mała matura) z językiem niemieckim oraz francuskim, handlowiec – obuwnik, w 1937 roku ukończył Kurs Kierowników Sklepów Fabrycznych BATA w Chełmku powiat Chrzanowski, Małopolskie, w latach 1936 – 1939 kierował sklepami firmowymi BATA najpierw we Lwowie a potem w Łucku, województwo Wołyńskie na ówczesnych obszarach kresowych Rzeczypospolitej Polskiej. Losy wojny rzuciły moją rodzinę do Łodzi gdzie na skutek tragicznych wydarzeń końca wojny, osiadła na stałe. W latach 1940 – 1942 roboty przymusowe w Beton Werke w Hanowerze, 1943 – 1944 praca w zespole dekoratorów Mittnacht Werbung w Łodzi, Piotrkowska 73. Po wojnie 1945 – 1946 był Naczelnikiem Wydziału Lokalowego Urzędu Miasta Łodzi, 1947 – 1948 był dyrektorem Hotelu Polonia, Kilińskiego 52, 1949 – 1950 kierował sklepami obuwniczymi przy Traugutta 6, Piotrkowskiej 56 i Obrońców Stalingradu 22, 1951 – 1952 był dyrektorem handlowym PSS, 1953 – 1957 dyrektorem nowo powołanego, komunalnego MHD Obuwiem, Piotrkowska 154, 1957 – 1968 kierował sklepem firmowym Chełmek (dawniej BATA) przy Pomorskiej (Nowotki) 10.
Leon żołnierz KOP, w 1939 r. służył w elitarnej Centralnej Szkole Podoficerów KOP w Osowcu, twierdzy nad Biebrzą, zginął prawdopodobnie we wrześniu 1939 roku, miedzy 7 a 10 września w bitwie nad Wizną zwaną „Polskimi Termopilami”, bądź po 11 września 1939 r. w ostatnich walkach kampanii wrześniowej SGO ”Polesie” gen. F. Kleberga. Więcej o poszukiwaniu śladów materialnych stryjka Leona, przedstawiam w moim opracowaniu. StryjekLeonJeneralczykPoszukiwany
Maria z męża Tymoszewska, Ciocia „Myszka”, byliśmy jako dzieci na ślubie i weselu w Dębnie Lubuskim, dotarliśmy o dwudniowej podróży z trzema przesiadkami w 1952 r. Maria to mama Waldemara Tymoszewskiego, mojego młodszego kuzyna. Potem wielokrotnie odwiedzała naszą rodzinę przynajmniej raz na dwa lata. Moja ulubiona Ciocia z rodziny Jeneralczyk.
Najstarsze chronologicznie relacje Ojca pochodzą z wczesnych lat dziecinnych. Władysław urodził się w znaku byka (9 maja 1911 roku) w Poznaniu. W wieku pięciu lat stracił mamę. Początkowo młodszymi dziećmi opiekowała się siostra Czesława i ciocia Wiktoria (niebawem wstąpiła do Klasztoru). Ojciec opisywał w swoich opowieściach rok 1916 jako bardzo ciężki, zwłaszcza w zimie 1916/1917. Wielu ludzi wybierało obierki po ziemniakach i inne przydatne do jedzenia odpadki ze śmietników. Na ulicach Poznania na Jerżycach gdzie mieszkali, pojawiło się wielu żebraków i matek proszących o wsparcie lub nakarmienie głodnych dzieci. Z tego roku 1916 pochodzi zdjęcie małego Władka z siostrą Czesławą (zmarła w 1928 roku) i ciocią Wiktorią. Z lat dziecinnych a następnie młodzieńczych wspominał szkołę najpierw powszechną a następnie Gimnazjum Handlowe ukończone z małą maturą i podstawową umiejętnością języków niemieckiego i francuskiego. W kościele parafialnym śpiewał w chórze i zalecał się do dziewcząt w ciemnych zakamarkach kościoła. Wspominał również zamiłowanie do sportu zwłaszcza w okresie młodzieńczym i w wojsku. Uprawiał wszystkie sporty piłkarskie tj.; koszykówkę, siatkówkę, piłkę ręczną, piłkę nożną i tenis. Podawał również nazwy klubów sportowych z których zapamiętałem KS ”Sparta”. Obok zamieszczam fotografie z okresu młodzieńczego. Pierwsze to drużyny koszykówki „Sparty” i „Warty” Poznań po meczu w 1932 r., drugie to drużyna siatkówki a kolejne dwie to drużyny piłki nożnej Sparty i klubu wojskowego podczas służby w Poznaniu. Pierwsza praca mojego ojca to obowiązki subiekta w sklepie „Delikatesy Woźniak & Kosicki”. Pamiętam opowiadania o cukrze w „głowach”, pralinach Lindt i sposobach palenia kawy. Czasy kawalerskie Ojca to zawody i treningi sportowe, spotkania z kolegami, zabawy karnawałowe i potańcówki w Klubie lub na Malcie, no i nadzwyczaj ulubione związane z nimi „randki”. Kolejny blok foto to witryna pierwszego dużego i klasowego sklepu, Delikatesy Woźniak & Kosicki. Ojciec szybko awansował ponieważ opanował asortyment, przyciągał eleganckie klientki oraz co nie bagatelne, doskonale dekorował witryny. Ten fach wykonywał w czasie okupacji w Łodzi. Po powrocie z robót przymusowych w betoniarni Beton Werke – Hanower, wrócił do Łodzi ponieważ konwojował do Pabianic chorego kolegę o nazwisku Woźniak. Lekarz odesłał pana Woźniaka do domu jako niezdolnego do ciężkiej pracy. To dowodzi że Niemcy nie zawsze gazowali, niezdolnych do pracy niewolników. W Łodzi Tata zgłosił się na ogłoszenie niemieckiej firmy Mittnacht Verbung, trafił do zespołu dekoratorów. To wystarczyło aby nie wracać do Beton Werke w Hanowerze.
Na śniadanko po wędlinę Władek udawał się do pobliskiego sklepu rzeźniczo-masarskiego „Henryk Przybyła”, gdzie ekspedientką była moja przyszła Mama Helenka Rulczyńska (Lunia). Nocne powroty Władka z tych hulanek do domu na Jeżyckiej, kończyły się nieraz przykrą niespodzianką. Po niezwykle cichym otwarciu zamka, nie zapalając światła, wpadał w napełnioną wodą dużą miskę, postawioną przez dziadka Marcina, dokładnie o drugi krok za drzwiami. Cały dom na równych nogach, następuje ojcowskie przepowiadanie, po czym synowskie „panie ojcze to nigdy już się nie powtórzy”, ale z tym dalej różnie bywało.
Przez wiele lat wspólnie z moim kuzynem Edwardem, synem stryjka Kazika z Poznania, staraliśmy się dowiedzieć coś więcej o naszych przodkach, historii nazwiska, zainteresowaniach, profesjach i rodowodach Jeneralczyków i Generalczyków. Z przekazu rodzinnego wiem że moja linia wywodzi się od Tomasza z Pleszewa który pochodząc z mieszczaństwa przeniósł się w latach 1850-1870 do Poznania. Był to mój pradziad. Moim dziadkiem był Marcin a ojcem Władysław. Dziadek Marcin miał dwóch braci Wojciecha i Szczepana Generalczyków. Z przekazów rodzinnych poznałem przyczynę spotykanej w rodzinie rozbieżności nazwisk – otóż Pruska administracja Wielkiego Księstwa Poznańskiego a następnie Prowincji Poznańskiej Królestwa Prus, złożona w dominującej części z Niemców, w różny sposób administracyjnie czy z nieuctwa, zmieniła pisownię nazwiska w licznych dokumentach z Jeneralczyk na Generalczyk. Spośród braci Wojciecha, Szczepana i Marcina synów pradziadka Tomasza, jedynie mój dziadek Marcin, woźny Sądu Grodzkiego w Poznaniu, doprowadził do prawnego przywrócenia pierwotnej pisowni i fonetyki nazwiska, po odzyskaniu niepodległości Państwa Polskiego w 1918 roku. Interpretacja etymologiczna nazwisk Jeneralczyk i Generalczyk jest zupełnie inna, choć w zakresie wykonywanej „służby” wielce zbliżona. Otóż „jeneralczyk” to w znaczeniu staropolskim służba publiczna, sądowa bądź trybunalska polegająca na doręczaniu pozwów lub innych pism urzędowych. Wtedy opcjonalnie „generalczyk” może przystawać od funkcji adiutanta generalskiego a więc od wykonywania rozkazów czy zadań służby wojskowej. PochodzwnieNazwiskaJeneralczyk
Ślub Heleny i Władysława i Heleny odbył się w sierpniu 1937 roku. Jesienią tego samego roku Władysław po ukończeniu Kursu Kierowników Sklepów Fabrycznych BATA w Chełmku, wraz rodziną wyjechali do Lwowa, delegowani do objęcia sklepu Fabrycznego Bata przy ulicy Halickiej. Danusia urodziła się 9 maja 1938 roku we Lwowie. Fotografie ślubu Heleny i Władysława, uczestników Kursu Kierowników Sklepów BATA w Chełmku koło Chrzanowa w Małopolsce. Tamże mieściła się Fabryka Polskiej Spółki Obuwia BATA, Helena z dwulatką Danusią, w ogrodzie na ulicy Jagielońskiej w Łucku, także z mamą Heleną i ciocią Zofią w sierpniu 1939 roku.
Łuck_Lwów_Bata Losy II Wojny Światowej rzuciły moją rodzinę do Łodzi, gdzie na skutek tragicznych wydarzeń końca wojny (śmierć 8-mio letniej córeczki Danuty w 1945), osiadła na stałe. Poniższy dokument to metryka Zofii, starszej siostry mamy Heleny, wystawiony w UG Ryczywół, rodzinnym mieście Heleny w dniu 4.10.1938 roku. Zofia zabrała ten dokument z sobą w podróż na wakacje latem 1939 roku w Łucku na Kresach na zaproszenie Heleny i Władysława. Dokument jest ciekawy z wielu powodów „Dokument Urodzenia” sporządzony w języku niemieckim, poświadczenie zgodności z oryginałem po polsku, oryginalne polskie pieczęcie i znaczki skarbowe oraz najważniejszy szczegół po lewej stronie, dolnej części dokumentu pieczęć Sowiecka, cyrylicą o brzmieniu „Комитет помощи LЕЖЕНЦIМ, Луцък Nr 5521”. Dwie litery L oraz I są łacińskie (myślę że polski zecer nie posiadał pełnego asortymentu wersalikowych czcionek w cyrylicy), powinno tutaj być „Комитет помощи БЕЖЕНЦАМ, Луцък Nr 5521 tzn. Komitet Pomocy UCHODŹCOM Łuck nr 5521. To pieczęć kwalifikująca i upoważniająca do przekroczenia linii demarkacyjnej na Bugu w kierunku zachodnim. ExodusZŁucka
Jedyną osobą blisko związaną z Danusią poza mamą, była jej starsza siostra Zofia, była w Łucku, razem odbywali wielką ucieczkę, razem zamieszkała z rodzicami i Danusią na Chojnach u pani Skupińskiej na ulicy Beliny (Białostocka), po powrocie Władka z przymusowych robót, przeprowadzili się na Paderewskiego, gdzie urodziła się Joasia i ja, bardzo mamie pomagała w domu i z dziećmi, była bardzo związana emocjonalnie właśnie z Danusią. Wyszła za mąż za Stasia Michalskiego, syna Jana – majstra budowlanego z ulicy Polskiej na Chojnach. Zosia i Staś poznali się „przez płot” dzielący posesje Michalskich przy Polskiej i Skupińskich przy Beliny (Białostockiej).
W następnym bloku fotogramów przedstawiam absolutny hit, zdjęcie KODAKA z 1946, pokazujące pieczarki które ojciec pełen inicjatywy, na wykonanych własnym sumptem regałach, wspólnie z szefem kuchni hotelowej, zaczęli hodować w rozległych piwnicach hotelu Polonia. Okresowo były zbierane i podawane w hotelowej restauracji. To zadziałało, dochody hotelu w tych trudnych czasach zaczęły rosnąć, świeża pieczarka przyrządzana na kilka sposobów, przyciągała okolicznych klientów.
W końcu lat 50-tych kieruje firmą komunalną MHD – Obuwiem jako dyrektor naczelny. Siedziba na pierwszym piętrze okazałej kamienicy przy Piotrkowskiej 154 mieściła administrację, księgowość etc. Firma administrowała i zaopatrywała kilkanaście sklepów obuwniczych różnej wielkości. Wszystko szło gładko puki kilkoro kierowników sklepów nie rozpoczęło organizacji zakupów i sprzedaży w drugim obiegu. Miłośnicy łatwych pieniędzy i chodzenia na skróty. Bolesnym ciosem był fakt że szajką kierował, zastępca ojca (były zaufany z BATY w Łucku). Na szczęście, ojcu nie udowodniono odpowiedzialności za brak nadzoru i porozumienia z zastępcą do spraw handlowych. Osobiście wpadł na ślad przestępczej działalności i zgłosił fakty organom PIH. W tym samym czasie pojawiła się fala „Gomułkowskiej małej stabilizacji” tj. powoływania sklepów firmowych w każdej branży handlu. Ojciec skorzystał z okazji, złożył rezygnację, podjął się organizacji i kierowania w przyszłości bardzo znanym w całym kraju, sklepu fabrycznego CHEŁMEK w Łodzi. Oczywiście tak jak u BATY, wprowadził pedicure, repasację pończoch, promocyjne wyprzedaże ale także indywidualne mierzenie obuwia co znamienitszej i piękniejszej klienteli. On to potrafił jak nikt inny, personelowi powtarzał o stosowaniu takich zabiegów, aby klient tutaj wrócił a sklep polecał znajomym. Wprowadził również stare, sprawdzone metody logistyki, osobiście jeździł do Fabryki Chełmka wybierał obuwie a znał się na tym doskonale, ładowali kartony do wynajętej ciężarówki transportowej ŁĄCZNOŚĆ, wracali do Łodzi gdzie do późna w nocy, wraz uprzedzonymi o dostawie pracownikami, rozładowywali i układali asortymentami. Następne dni po tym to szalone obroty oraz ciągłe kontrole PIH. Lecz On wiedział jak się obronić aby następnie średnio raz w miesiącu wyruszyć po nową dostawę. W wakacje kilka razy Im towarzyszyłem w tych wyprawach. Wyruszaliśmy ca 16.oo, docieraliśmy do Trzebini. Tam nocowaliśmy w hotelu kolejowym, świtem pobudka i od razu pod rampę zakładu aby być pierwszy a najdalej drugi. To była fajna przygoda a kierowca to przemiły kawalarz i humorysta. W latach 70-tych, odgórnie zmieniono system kontraktacji na gorszy, odbywały się targi krajowe, wiosenne i jesienne w Poznaniu. Pobyty były zwykle dwa dni, tam następował wybór towaru na podstawie wzorów nowych serii, podpisywano kontrakty na dostawy, tak więc ponownie omnipotentne państwo PRL, obejmowało kontrolę nad obszarem działalności wymagającej zdrowych zasad i konkurencji. Jeździłem kilka razy z ojcem na Targi Krajowe kiedy było wiadomo że wrócimy do dnia wieczorem, zjadaliśmy pyszne parówki na gorąco z bułką i musztardą na papierowym talerzyku, po czym zawsze odwiedzałem ciocię Klocię (Helena de domo Wojnowska, żonę Kazimierza) na ulicy Grottgera 10 (obok przepięknego Parku Wilsona z Palmiarnią). Wypijałem tam pyszną herbatę, rozmawialiśmy, a potem szedłem na spacer po Poznaniu. Lubiłem to miasto i zawsze zadawałem sobie pytanie, dlaczego nie urodziłem się i nie mieszkam w Poznaniu ale w Łodzi.
Potem, już na Żabieńcu była hodowla drobiu na jaja (kury pasione sorgo), byliśmy już wtedy „wspólnikami”, ja pracowałem ojciec zarządzał. Następna była hodowla tchórzofretek, potem kilka lat norek amerykańskich w naszym przydomowym ogródku. Sami budowaliśmy klatki. Ja jeździłem po mieszankę mięsną do punktu prowadzonego przez ZHDI, 45 min w jedną stroną tramwajem. Pod koniec sezonu (listopad) to już tego co nam sprzedawali nie starczało, więc ojciec dokupował drobiowe łepki i nóżki w żydowskich jatkach drobiowych na Wschodniej obok CHEŁMKA, razem mieliliśmy w ręcznej maszynie, karmiliśmy pokaźne stadko, w listopadzie do późna i to po ciemku. W grudniu ubijaliśmy na piękne futerka elektrycznością, następnie oprawianie i dostawa do garbarni (była niedaleko na Limanowskiego). Dochody z tych futerek były całkiem pokaźne. Oczywiście również takie niewielkie inicjatywy poddawano stopniowym kontrolom i regulacjom. W końcu wyprzedaliśmy wszystkie zwierzęta łącznie z klatkami, nieco pochopnie – właśnie tego wyzbycia żałowaliśmy w chudych latach 80.
Władysław to był bon vivant, prawdziwy król życia, dziecko szczęścia od urodzenia (astralny Byk), aż do śmierci. Podam kilka faktów z jego życia których jeszcze nie znacie, w wieku 21 lat był śmiertelnie chory, namaszczony i pogodzony z Bogiem, wyzdrowiał i miał się dobrze. Potem kupił motocykl, rozbił go jadąc do Żnina, ale sam wyszedł bez szwanku (do końca życia już więcej nie kierował motocyklem ani samochodem). Uprawiał czynnie wszystkie sporty piłkarskie, nożną, siatkową, ręczną, koszykówkę, tenis, nigdy nie odniósł kontuzji. Zawsze otoczony kolegami, również z powodu szalonego powodzenia u kobiet. Dzięki niemu, tym kolegom znacznie łatwiej było nawiązywać znajomości i organizować podboje. Niebywale sprawny organizator i wodzirej zabaw, rautów, kotylionów itp. W 1962 z sukcesem zorganizował studniówkę i bal maturalny w łódzkim XXII LO, które wtedy właśnie kończyła Joanna. Tam brawurowo poprowadził poloneza w parze z wicedyrektor Szkoły. Jeśli pamiętacie poloneza z filmu „Pan Tadeusz” Andrzeja Wajdy, to wtedy tak wyglądało. To było na rok przed śmiercią Mamy. Nie raz płakała spierając ślady szminek z koszul i … spodni Ojca. Był zawsze na czele wielu zespołów, przedsiębiorstw, sklepów, klubów, drużyn. W wieku 55 lat rozgrywał mecze piłkarskie i to On strzelał bramki.
© copyright by Wojciech Kazimierz Jeneralczyk
Dzień Dziadka…moje refleksje. Poniżej przedstawiam zachowane w rodzinnym archiwum pamiątki, po dziadku Ignacym Rulczyńskim II, ukochanym ojcu mojej mamy Heleny. Najciekawsza jest Kartka z Życzeniami Noworocznymi pisana przez dziadka do najstarszej córki Marianny, Magdaleny. Maria pracowała wówczas w Odolanowie nad Baryczą jako pomoc domowa, Niania, pokojowa, bufetowa, kelnerka itd. – słowem pełnomocna służąca na całodobowym etacie u rodziny restauratorów, zamożnych mieszczan, rodziny Bloch. Okazało się że tam w Adelnau – Odolanowie, u Tej rodziny przeżyła całe swoje życie, ale o Marii Magdalenie ukochanej Cioci Marysi, napiszę jak Pan Bóg pozwoli, cały rozdział w innym miejscu bloga.
Tekst : „Do Dwojga imion (twilein) Marianna Rulczyńska w Hotelbetter Bloch, Adelnau (Odolanów) – Kochana Córko, Winszuje Ojciec, Matka i twoja Lunia (Helenka) najmłodsza, siostry, Szczęśliwego Nowego Roku, Szacunek Ignac Rulczyński, Pozdrów twego Pana i Panią”. Dziadek zmarł w wyniku powikłanego, ciężkiego zapalenia płuc po grypie „hiszpance” w 1918 – 1919 roku. Oto cytat z opracowań – „Do Polski hiszpanka przyjechała koleją – podobnie jak w zachodniej Europie przemieszczała się wojskowymi eszelonami. We Lwowie zauważono ją …..” . Dalszy ciąg opisu tej niesłychanej pandemii XX wieku, jest w opracowaniu Jana Wnęka z 2014 roku, w dyspozycji Archiwum Historii i Filozofii Medycyny, Uniwersytetu (Akademii) Krakowskiej im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego: PandemiaGrypyHiszpanki(1918-1919)WSwietlePolskiejPrasy
Druga zachowana pamiątka to zdjęcie Dziadka Ignacego z dedykacją skierowaną do mojej mamy Heleny lub ciotek (nie pomnę pochodzenia tego zdjęcia). Tekst na odwrocie zawiera dużą zagadkę w zapisie daty, mianowicie Rogoźno (tam mieszkali) a następnie mamy 19.15 a potem „5”, „W” albo coś jeszcze innego. Myślę że Dziadek gdy pisał może był już chory, może to było w 1918 lub 1919 roku (drżąca ręka, niepełne kształty i wielkość liter, poprawianie znaków, no i ta data….ostatecznie najbardziej wolę odczytać to jako : Rogoźno 1915 r.).
Trzecia odnaleziona dzięki własnym staraniom w Archiwum Państwowym w Pile. Odnaleziono fotokopie Aktu Ślubu Alwiny-Ignacego II AlwinaIgnacy także Translacja oraz Aktów Urodzenia Ich dzieci RulczynskiFam. To był wielki nieoczekiwany i szczęśliwy traf że zachowało się tak wiele dokumentów archiwalnych rodziny Rulczyńskich, rodziny mojej mamy Heleny (Luni). Więcej o Rulczyńskich : RodzinaRulczyński . Zapraszam do opisu Rogoźna, gniazda rodziny Rulczyńskich : RogoźnoWielkopolskie
Bywaj z Bogiem Dziadku !
© copyright by Wojciech Kazimierz Jeneralczyk
To jedyna pamiątka materialna jaka ostała się w zbiorach Rodziny po wojnie, wielokrotnych przeprowadzkach, przekazywaniu pamiątek i fotografii od zmarłych ku żyjącym. Nie mam pewności co do daty wykonania tego zdjęcia, nie znam jeszcze daty kiedy zmarła. Jest szansa że dożyję dnia kiedy się dowiem różnych dat i szczegółów z Akt Cyfrowych Miasta Poznania, aktualnie podlegają digitalizacji dalsze zasoby. Rok 2021, odnaleziono dzięki własnym staraniom w Archiwum Państwowym w Pile, fotokopie Aktu Ślubu Alwiny-Ignacego II z 1891 roku AlwinaIgnacy także Translacja oraz Aktów Urodzenia Ich dzieci. To był wielki nieoczekiwany i szczęśliwy traf że zachowało się tak wiele dokumentów archiwalnych rodziny Rulczyńskich. Pakiet tych archiwaliów zawierał fotokopie aktów urodzenia (metryk) kolejnych siedmiorga dzieci Ignacego i Awiny : Anny 1892, Marianny – Magdaleny 1894, Józefy (Gertrud) 1896, Antoniego (Anton) 1898, Zofii (Sophie) 1902, Agnes 1905, Heleny (Luni) 1908. Dorosło pięcioro : Marianna – Magdalena, Józefa, Antoni, Zofia i Helena (Lunia moja Mama) RulczynskiFam. Analiza Metryk a następnie akt meldunkowych Miasta Poznania do których dotarłem wcześniej, umożliwia domysł że Babcia Alwina zmarła najpewniej jesienią 1927- zimą 1928, wtedy to moja mama Helena zameldowała się w Poznaniu 29.02.1928 roku. Myślę że dwudziestoletnia Helenka (Lunia), nie opuściła by wymagającej opieki Mamy. Wyjeżdża zapewne dopiero po pogrzebie w 1928.
Opracowanie BamberPoznania które zamieszczam pochodzi z felietonu TVN24 Poznań, 10 sierpnia 2013. Babcia z pewnością była Bamberką z pochodzenia, po prawej stronie głowy widoczny fragment wdowiego czepca wg tradycji bamberskiego obyczaju. Więcej o rodzie Alwiny i Ignacego Rulczyńskich z Ryczywołu i Rogoźna : RodzinaRulczyński. Zapraszam do opisu Rogoźna, gniazda Rulczyńskich. Rogoźno Wlkp
Bywaj z Bogiem Babciu.
© copyright by Wojciech Kazimierz Jeneralczyk