Moja rodzina i nasze życie

Rozdział o naszej rodzinie oraz życiu, rozpocznę od przedstawienia rodowodów rodzin Jagódki, odnalezionych materialnych zapisów tyczących pradziadków, dziadków i rodziców Jagódki de domo Frej, Frey, Frei. Nazwisko wywodzi się od pojęcia wolności. Przodkowie Jagódki po mieczu, w początku XIX wieku przybyli do Polski jako wolni obywatele z rejonu Alzacji, Lotaryngii krytymi wozami zwanymi w wiekach XVII-XIX nomen omen – brykami. Pamięć rodziny nie sięga daleko jedynie do drugiego pokolenia wstecz. Dzięki dostępnemu w necie cyfrowym rejestrom Ksiąg parafialnych, wiemy że dziadek Antoni urodził się ca 1882 (1884?) roku w Kossowie w powiecie włoszczowskim, województwo obecnie Świętokrzyskie. Rodzice dziadka Antoniego zamieszkiwali w Zelowie i tam u dziadków żyli a także chodzili do szkoły Henryk i Józef Frejowie, synowie Antoniego i Lucyny. Dziadek Antoni Frej to prawdziwy lodzermensz, kupiec gildiowy branży kolonialnej poświęcał cały czas i energię w budowę interesu kupieckiego. Ożeniony 14.08.1910 roku w przyszłej Łódzkiej Katedrze (wówczas Kościele pod wezwaniem Św. Stanisław Kostki – w budowie) z Lucyną domo Brudnicka urodzoną 4.02.1889 w Zagrodnicy (obecnie dzielnica Izbicy Kujawskiej), posiadali oraz zarządzali, trzema dużymi sklepami kolonialnymi w rejonie pogranicza obecnych osiedli Fabryczna – Helenów (Południowa, Północna, Magistracka, Sterlinga). Pierwszy powstał na rogu Magistrackiej (dzisiaj harcmistrza Kamińskiego nr 27) i Południowej, mieszkali przy Magistrackiej 14. Babcia Luta zmarła w czasie wojny 28.5.1942 w Łodzi. Po wojnie w 1946 roku, aby uniknąć kolejnych domiarów podatkowych oraz definitywnej utraty lokalu, jeden z dwóch ocalałych sklepów, mieszczący się w narożnej kamienicy u zbiegu ulic Północnej i  Magistrackiej (dziś harcmistrza Kamińskiego), został przekształcony przez dziadka Antoniego na mieszkanie. Mieszkanie otrzymała ciocia Helena Malendowicz domo Kiełczewska, pseudo „szprotka”. Przemiła osoba skoligacona ze Skórzewskimi, poprzez Malendowiczów z Kujaw (rodzina Jagódki po kądzieli) oraz Chalupcami z Lipna na Ziemi Dobrzyńskiej – czyli rodziną Poli Negri (Apolonii Chalupec), gwiazdy niemego kina Hollywood.

Ostatnie Delikatesy ocalałe po wojnie, mieściły się w pięknej narożnej kamienicy Pomorska 91 (róg wtedy Buczka a dziś harcmistrza Kamińskiego). Ten wielki lokal sklepowy po licznych domiarach podatkowych oraz przymusowej nacjonalizacji okresu Stalinizmu (1945-1953), został przejęty przez komunistów oraz podzielony na trzy małe sklepy różnych branż. Dziadkowie Frejowie Antoni – Lucyna mieli trzech synów Henryka urodzonego w 1911 roku oraz bliźnięta Józefa Władysława i Jana Kazimierza urodzonych w 1917 roku. Jan Kazimierz z bliźniąt, wkrótce zmarł Henryk ożenił się z Nancy, mieli Jurka (Georg) oraz Barbarę. Henryk z rodziną mieszkali w Sopocie. Barbara wyszła za mąż i zamieszkała w Warszawie. Georg wyjechał do Szwecji, ożenił się ze Szwedką i tam osiadł na stałe. Józef ożenił się z Henryką Skórzewską wiosną 1945 roku, mają dwoje dzieci Jadwigę (Jagódka)1945 oraz Zbigniewa 1956.

Skórzewscy, to wielce rozgałęziony ród kujawsko-wielkopolski. Legenda rodzinnego przekazu mówi o hrabim Andrzeju który przegrał jednej nocy w karty, prawo tytułu oraz dziedzictwa Skórzewskich. Dostępna w necie literatura przedmiotowej rodziny obfituje w wiele barwnych, pełnokrwistych postaci – w tym kilkoro wybitnych, znanych i opisywanych jak hr. Witold (Konstancin Jeziorna) czy hr. Paweł (stolnik kaliski, senator, uczestnik Sejmu Wielkiego). Skórzewscy herbu Drogosław, zawołania semper rectum (zawsze ma rację), wśród nich najsłynniejsza, opisywana kosmopolitka, sawantka Marjanna z Ciecierskich hrabina Skórzewska hr Skórzewska. Uzupełnione dostępnymi materiałami opisy zawierają opracowania : Konstancin hr Witold czy hr Paweł Skórzewski. Mimo usilnych poszukiwań w Archiwach Kujaw, Pomorza oraz Wielkopolski, zbiorach cyfrowych Akt Parafialnych tamtych obszarów, nie udało mi się z przekonaniem potwierdzić ani zaprzeczyć więzi czy skoligacenia z ziemiańskim rodem hrabiowskim. Moje przypuszczenia czy hipotezy zawiera opracowanie RódSkórzewski. Jednakowoż udało mi się dociec oraz uporządkować wzór genealogiczny znanych Jagódce przodków Jej rodziny wywodzącej się z Kujaw. Babcią Jagódki a mamą Henryki była Marianna (6.8.1903 – 5.3.1991), wywodząca się z mieszczańskiego rodu Malendowiczów z Izbicy Kujawskiej. Dziadkiem Jagódki, ojcem mamy Henryki był Marian Skórzewski vel Skórzyński vel Skużyński (13.10.1887 – 19.9.1969), właściciel dużego gospodarstwa rolnego w Długiem na Kujawach. Dziadek Marian uzyskał decyzją Sądu Powiatowego w Kole w dniu 29.11.1952 roku, przywrócenie pierwotnego brzmienia nazwiska Skórzewski po ojcu Andrzeju, następnie tą samą decyzją dokonuje przywrócenia pierwszego imienia matki na – Emilia (Emilia Weronika). Ponadto 12 lutego 1953 roku, odbyło się kolejne posiedzenie Sądu Powiatowego w Kole, tym razem o przywrócenie rodowego nazwiska matki Mariana Skórzewskiego z Kostelińska na Kozielska. Ojciec dziadka Mariana Andrzej Skórzewski początkowo włodarz Korzecznika, od 1887 roku był nadleśniczym w Gaju a następnie od 1893 roku zarządcą majątku w Bełdowie (łódzkie). Poniżej zamieszczam skan aktu małżeństwa rodziców dziadka Mariana tj. Andrzeja Skórzewskiego syna Wojciecha & Emilii Weroniki z Kozielskich zawartego w Gaju, parafia Brdów w 1872 roku (adnotacja o ww. zmianach Sądowych po polsku, widoczna na lewym marginesie dokumentu). Czerwone podkreślenia tekstu cyrylicą: Andrzej Skórzewski – Андрей Скоржевский oraz Emilia Weronika dwojga imion Kostelińska – Эмилия Вероника оба имени Костелиньские.

W tym miejscu pragnę ujawnić ciekawostką na którą podczas badań udało się natrafić. Rozgryzając rodzinę o nazwisku Kozielski (nazwiska rodowego obu prababć Jagódki, po mieczu Frejów a po kądzieli Skórzewskich). Okazało się że prababcie Jagódki Emilia Weronika Skórzewska oraz Eleonora Brudnicka były rodzonymi siostrami. Urodziły się jako córki Piotra Kozielskiego i Marianny domo Kubicka we Wrzący Małej, osadzie położonej przy trakcie nr 270 łączącym Włocławek z Kołem. Urodzone, Emilia Weronika 8.8.1852 roku zaś Eleonora 19.03.1863. Niezmiernie ciekawym jest czy rodzice Jagódki Henryka domo Skórzewska i Józef Frej wiedzieli o tym  pokrewieństwie przodków. Myślimy że najprawdopodobniej wiedzieli. Tak, mamy potwierdzenie od żyjących seniorów rodziny : cioci Tekli Herman domo Skórzewska oraz wujka Lesława Skórzewskiego najmłodszego syna że wiedzieli o tym pokrewieństwie. Udało się także odnaleźć w zbiorach cyfrowych Parafii WNMP w Izbicy, rekord datowany na rok 1920, o ślubie Mariana Skużyńskiego (Skórzewskiego) z Długiego oraz Marianny Malendowicz z Izbicy. Mama Jagódki Henryka była pierworodną tego małżeństwa urodzoną 28.8.1921, zmarła w wieku 97 lat 4.12.2018 roku.

Majątek Mariana & Marianny Skórzewskich mieścił się w Długiem nieopodal Izbicy Kujawskiej. W promieniu kilku kilometrów były trzy jeziora Długie, Modzerowskie, Brdowskie oraz znane z miejsc związanych z dziejami rodziny miejscowości Brdów, Gaj oraz Korzecznik nad jeziorem Korzecznik oraz Wrząca. Na początku XIX wieku Izbica Kujawska była miastem prywatnym rodu Skarbków z Górki. Terytorialnie wchodziła do Królestwa Polskiego, pod protektoratem Rosji. Marian miał starszych – brata Konstantego (1883 – ?) i siostrę Michalinę (1873 – ?), Mariannę (1880 – ?) oraz młodszego brata Stanisława (1893 – ?). Matka Mariana Emilia Weronika domo Kozielska, po śmierci męża Andrzeja w 1904, postanowiła wyposażyć i wydać za mąż córki, starszą  Michalinę oraz młodszą Mariannę, zaś starszego syna Konstantego oraz młodszego Stanisława uposażyć, skłaniając do emigracji w kierunku Ameryki, przy jednoczesnym zrzeczeniu się sukcesji na rzecz Mariana (Wielka emigracja Polaków z ziem polskich pod zaborem Rosji, Niemiec i Austrii miała miejsce pod koniec XIX i na początku XX wieku, kiedy to ponad 2,5 miliona Polaków przybyło do Ameryki). W tym postępowaniu Emilia Weronika, kierowała się obiegowym przekonaniem że Moskale nie powołują do armii jedynych żywicieli na gospodarstwie (reforma Milutina z 1874 roku). To przekonanie zawiodło a Marian, przyszły dziadek Jagódki, został wcielony do carskiej armii na długie 11 lat służby. Wrócił pp. w 1919 roku i zapoczątkował organizowanie formacji POW w Powiecie Kolskim. Dziadek aktywnie uczestniczył w budowie lokalnej społeczności w Długiem i okolicach, budował zręby samorządu lokalnego oraz czynnie tamże uczestniczył jako radny, wójt oraz sołtys. Miałem wiele okazji gawędzić o jego doświadczeniach z armii carskiej. Otóż, szybko zorientowano się o talencie i umiejętnościach cieśli Mariana. Stopniowo latami nabył perfekcyjnych umiejętności, instruował oraz kierował zespołami cieśli podczas budowy armijnych makiet – całych miasteczek, remiz, dworków itp. Opowiadał że bardzo było mu przykro jak podczas ćwiczeń czy manewrów, gdy te z wysiłkiem wypracowane obiekty ulegały zburzeniu czy spaleniu. Ciesielstwo  w sezonowym, uformowanym zespole stało się zawodem i pasją dziadka Mariana. W owym czasie po I Wojnie Światowej w niepodległej ojczyźnie zawód cieśli oraz kierowanie zespołem budowlanym stały się wielce atrakcyjnym towarem, poszukiwanym i dobrze opłacanym. Wiosną dziadek Marian siadał w karczmie Izbicy Kujawskiej, przeprowadzał rozmowy najmując cieśli i robotników chętnych do pracy przy budowie kolejnego dworku z modrzewia. Umowę na materiały i budowę miał dogadaną uprzedniej jesieni. Ostatnią powojenną jak mawiał wielką budową, była Wytwórnia Filmów Fabularnych w Łodzi przy ulicy Łąkowej. Majster Marian Skórzewski uczestniczył aktywnie w procesie decyzyjnym, odpowiedzialnym za zakres realizacyjny głównie filmowych makiet, aranżacji czy scenografii, był z tego niesłychanie dumny i doceniony. Dziadek Marian zmarł dwa lata po naszym ślubie 19.11.1969 roku.

Oprócz pracy zawodowej toczyło się normalne życie naszej rodziny. Po ślubie 16 grudnia 1967 roku, gościnnie zamieszkaliśmy z Jagódką w moim pokoiku kawalerskim, domku na Helskiej 58. Warunki bytowe były tutaj surowe. Mieliśmy kanapę gondola, szafę ubraniowo-bieliźnianą, duże biurko orzechowe z ciekawą historią, stolik dwuosobowy, krzesło i fotel biurowy. Pokoik posiadał piec kaflowy koloru zieleni butelkowej, centralne oświetlenie sufitowe z wyłącznikiem przy drzwiach wejściowych, trzy gniazdka elektryczne 220 v, lampę biurkową i lampkę nocną nad kanapą. Toaleta WC, umywalka z zimną wodą znajdowały się w w adaptowanej części korytarza budynku. Praktycznie sześć dni tygodnia spędzaliśmy na Uczelni. Śniadania oraz kolejne przekąski, jedliśmy w bufetach uczelni. Obiady mieliśmy najczęściej w Barach Mlecznych, lubiliśmy zwłaszcza Bar Mleczny Zachodni, mieszczącym się w budynku narożnym Żwirki i Wólczańskiej.  Kolacje urządzaliśmy razem z moimi rodzicami w ich mieszkaniu, sąsiadującej z naszym pokojem dużej kuchni wielofunkcyjnej oraz pokoju stołowego, będącego również sypialnią rodziców. Po kolacji zmywaliśmy naczynia, myliśmy się prowizorycznie w dużej misce ciepłej wody. Rodzice w tym czasie oglądali program telewizyjny. Po umyciu zębów mówiliśmy dobranoc i zabieraliśmy się do wieczornej lektury, ew. rozmów bądź słuchania radia przed snem w naszym pokoiku.

Nasza kanapa była ciasna ale miła i własna. Tą gondolę wypatrzyła i kupiła moja mama Helena, w salonie sprzedażowym Spółdzielni Pracy „Tapicer” wybudowanej około 1960 roku, w miejscu dawnego pola ornego, po drugiej stronie naszej ulicy Helskiej nr 67. Mamy tą gondolę do dzisiaj. Po śmierci rodziców w 1991 roku i sprzedaży domu w 1994, wróciła do nas pięknie odremontowana w pobliskim pawilonie tapicerskim. Gondola bardzo podobała się naszej córeczce Ani, służyła Jej kilka lat, aż do wyprowadzki po ślubie z Tomaszem Sobierajskim w 1997, do Ich pierwszego mieszkania przy ul. Lubelskiej. Potem kanapę przejęła nasza wnuczka Nina 1999, córka Ani. Do dziś służy Jej jako miejsce wygodnego, dobrego wypoczynku podczas każdego wakacyjnego czy świątecznego pobytu u dziadków w Polsce.

Mieszkanie teściów Henryki i Edwarda Gąciarzów w 1967 roku, mieściło się na 3 piętrze, części frontowej kamienicy przy Zachodniej 78. W 1967 powiadomiono rodzinę że najdalej za dwa lata zaplanowano rozbiórkę frontu tego budynku. Te zamiary bardzo sprzyjały naszym planom uzyskania nowego mieszkania w blokach. Postanowiliśmy że Jagódka nie wymelduje się z adresu rodziców a ja zamelduję się do niej jako małżonek. Taka wymuszona obowiązującymi przepisami meldunkowymi sytuacja, powodowała korzystną dla nas możliwość uzyskania przydziału samodzielnego mieszkania, jako rodzinie wykwaterowanej na skutek rozbiórek.

1968 rok pamiętny z wielu przyczyn. Pisałem już w rozdziale o Studiach na PŁ na temat „wydarzeń marcowych’68” a zwłaszcza o strajku studentów, także na Łódzkich Uczelniach. Rok pamiętny także w skali międzynarodowej – „praska wiosna” i wiele innych, ujętych syntetycznie we współczesnym dokumencie UE. EU1968Doc Rok kulturowych, mentalnych oraz pokoleniowych przełomów. W Polsce strefie za „żelazną kurtyną” upamiętniony „bratnią pomocą wojskową” Układu Warszawskiego w Czechosłowacji. Zbrojnego, brutalnego stłumienia postulowanych przez KC KPCz z Alexander Dubček’ iem głównym realizatorem, szeroko zakrojonych reform w partii i państwie, zwanych praską wiosną 1968. Przeżywaliśmy to bardzo osobiście z racji obecności w naszym otoczeniu młodej prażanki Mileny, wtedy gdy ta interwencja następowała. Milena była koleżanką naszej rówieśnicy Hanny, bratanicy sąsiadów z ulicy Helskiej. Rodzina Hanny zamieszkiwała na stałe w Pradze czeskiej. Właśnie wówczas w sierpniu 1968 roku, Hanna zaprosiła Milenę do spędzenia części wakacji z rodziną w Polsce. Milena wieczory do późna w nocy spędzała wraz z Hanną oraz innymi na nasłuchu i tłumaczeniu, aktualnych wydarzeń w Czechach oraz Słowacji z bardzo mocnych rozgłośni radiowych Pragi i Bratysławy. Znamienną była skokowo zmieniona narracja tych wiadomości przed i po 23 sierpnia 1968 czyli dniu przejmowania kontroli w radiofonii Czechosłowacji przez moskiewskich propagandystów. Po osadzeniu nowego prezydenta Ludvika Svobody na Hradczanach, narracja radia wróciła do znanych, realno-socjalistycznych wzorców propagandowych. Bardzo zaniepokojona zmianą sytuacji Milena, wracała do Czechosłowacji, dopiero około połowy września. My Polacy byliśmy zawstydzeni hańbiącą rolą Wojska Polskiego PRL, którą niechlubnie odegrało podczas zniewalania czesko-słowackich dążeń społecznych. Próba przywrócenia wolności słowa oraz podmiotowości obywatelskiej społeczeństw, zakończono podobnie jak poprzednie w bloku sowieckim za „żelazną kurtyną”, pacyfikacją masowych protestów społecznych : NRD 1953, Węgry i Polska 1956, Polska i Czechosłowacja 1968, Polska 1970, Polska 1976, Polska 1981. Historia naszego polskiego społeczeństwa po II wojnie 1939-1945 podpowiada, że nacisk siłowy wzmaga opór społeczny. Bywamy nieujarzmieni…ale łatwo bywamy przekupni, tak jak współcześnie….  w latach 2015-2023, ..nieukrywanej rekonstrukcji PRL. Dobrze to pamiętamy – 46 lat byliśmy naocznymi świadkami oraz niezbywalnymi uczestnikami komunistycznego eksperymentu społecznego.

Adam Kamil urodził się w Warszawie 7.8.1970 roku. Wyjechaliśmy z Jagódką na początku sierpnia 1970 na tydzień do wujostwa Tekli i Jana Hermanów mieszkających w osiedlu oficerskim w Zegrzu. Wujek Janek z rodziną i babcią Marysią wyjechali akurat na wczasy nad morze Bałtyckie, prosili aby zaopiekować się mieszkaniem i działką pracowniczą którą uprawiali systematycznie i troskliwie. Jagódka w ciąży czuła się znakomicie, do planowanego rozwiązania było jeszcze ponad miesiąc. Chodziliśmy więc na spacery nad zalew Zegrzyński, pielić oraz podlewać pięknie utrzymaną obficie nasadzoną działkę, robiliśmy zakupy, przygotowywaliśmy posiłki – słowem byliśmy prawie jak na wakacjach. Około południa w dniu powrotu z wczasów naszych gospodarzy, Jagódka doznała odejścia wód płodowych co było równoznaczne z rozpoczęciem akcji porodowej. Dla nas była to wielkie zaskoczenie bowiem termin rozwiązania oznaczono na połowę września. Nie bardzo wiedzieliśmy co robić, na wszelki wypadek postanowiliśmy szykować się do wyjazdu do Warszawy, to ponad 37 km autobusem. Na szczęście w tym momencie drzwi mieszkania się otworzyły i rodzinka powracała z wczasów. To była wielka ulga, oraz wsparcie w naszej decyzji udania się do lekarza im szybciej tym lepiej. Podczas jednogodzinnej jazdy autobusem Jelcz „ogórek” przeżywałem rozliczne, dramatyczne rozterki, w przerwach podtrzymywaniu na duchu i uspakajaniu zdenerwowanej Jagódki, myślałem co robić do kogo właściwie się udać po pomoc w sytuacji porodu który już się rozpoczął (Adaś dawał wyraźne oznaki że chce wydobyć się na świat). Na tyle ile znałem Warszawę z kilkukrotnej bytności połączonej ze zwiedzaniem Pałacu Kultury i Nauki, Domów Towarowych, Marszałkowskiej, Alej Jerozolimskich, Ronda Marszałkowska-Jerozolimskie (Hotelu Forum jeszcze nie było) oraz Rotundy, wiedziałem że właśnie tam musimy wysiąść. Także skojarzyłem (nie wiem skąd się to wzięło) że po przeciwległej stronie Rotundy PKO, na pierwszym piętrze budynku na zapleczu Hotelu Europejskiego (obecnego Hotelu Metropol), znajdowała się największa Lecznica Warszawskiej Spółdzielni Lekarzy Specjalistów. Ten plan dzięki Bożej Opatrzności sprawdził się w 100 procentach. Autobus z Serocka przez Zegrze, Legionowo, Jabłonną, Żerań, Warszawę do Piaseczna – właśnie tam obok Lecznicy miał przystanek. W recepcji Lecznicy pani pytała do jakiego lekarza państwo potrzebują, odpowiedziałem że nie wiem ale sprawa jest pilna, bo żona rodzi. Pani natychmiast poprowadziła nas do gabinetu na galeryjce a lekarka wezwała karetkę pogotowia. To był rok 1970, to zupełnie inaczej wyglądało w porównaniu do stanu obecnego, Pogotowie Ratunkowe nie posiadało przestronnych, doskonale wyposażonych ambulansów ratowniczych. Podjechała po nas nieco tylko podwyższona karetka na podwoziu Fiata 125P, Jagódkę wniesiono (wsunięto na noszach) do przestrzeni transportowej. Zdążyłem jeszcze uchwycić jej rękę a karetka szybko ruszyła i odjechała w nieznane, tak w nieznane bo nikt – dosłownie nikt nie był w stanie mi odpowiedzieć…. do jakiej kliniki karetka pojechała. Okazało się po wielu dniach z opowiadań Jagódki, że zespół karetki zachował się bardzo stanowczo i profesjonalnie. Zawieziono Ją do najbliższej geograficznie (około 3 km) oraz przyjęto do Kliniki Położnictwa i Chorób Kobiecych UW przy Placu Starynkiewicza 3. Ta sięgająca początków odrodzenia Polski w 1920 roku placówka kliniczna, wówczas w 1970 roku była najbardziej znaną i polecaną rodzącym Warszawiankom, bowiem standardowo stosowano tam znieczulenia położnic.

Wujek Janek Herman wicekomendant OSŁ w Zegrzu, wkrótce po moim smutnym, samotnym powrocie z Warszawy do Zegrza, wojskowymi kanałami komunikacji ustalił miejsce gdzie znajduje się Jagódka oraz Kto i gdzie w Warszawie przyszedł na świat 7 sierpnia 1970 roku. Adam był wcześniakiem z wagą nieco przekraczającą 2,45 kilograma. Wkrótce okazało się że pozostaną w klinice do momentu nim Jagódka dokarmi Adasia do wagi minimum 2,5 kilograma. Jagódka z Adasiem zostali wypisani do domu 4 września, odebrałem Ich osobiście z wielkim wzruszeniem. Taksówką pojechaliśmy na tymczasowy dworzec Warszawa Centralna. Postanowiliśmy nie wracać do domu na Helskiej, lecz skorzystać z zaproszenia do mieszkania Babci Marysi, w bloku przy ulicy Zielnej również na Bałutach. U Babci spędziliśmy parę miesięcy, ponieważ nasze nowe mieszkanie w bloku przy Dąbrowskiego 99 było wtedy w fazie wykańczania detali oraz instalowania elektryki i hydrauliki. Wyglądało na to że klucze otrzymamy wiosną w 1971 roku. W marcu 1971 Adaś mocno zachorował. Konieczne było kilkutygodniowe leczenie w Szpitalu Pediatrycznym im. Korczaka (dawny Szpital Anny Marii fundacji Herbstów) przy ulicy Piłsudskiego 71 (wtedy Armii Czerwonej). Zaczęło się od zmian spastycznych w oskrzelach a skończyło na zapaleniu płuc. Adasia leczono dożylnymi antybiotykami oraz krwią. Leczenie prowadził osobiście dr Kawiorski, ordynator Oddziału Pulmonologii szpitala Anny-Marii. Oddałem krew dla potrzeb leczenia Adasia 16 marca 1971 roku – chyba skutecznie bo po kilku dramatycznych dniach, stan naszego synka zaczął się powoli poprawiać. Mój bliski kolega z PSiR inż. Wiesław Tarchalski wsłuchując się w moją opowieść o Adasiu, zaproponował że udostępni nam rekomendację zwalnianego letniska u pani Zofii Orskiej w leśnej willi w Przygłowie.

W najbliższą niedzielę po moich imieninach w kwietniu 1972, wyjechaliśmy z Wieśkiem oraz siostrą Jego żony Bożeny z mężem Państwem Thielami. Ich samochodem Moskvith pojechaliśmy najpierw do Przygłowa na rekonesans, potem do Piotrkowa do państwa Zofii primo voto Orski oraz Jana Kajdzińkich aby zamówić letnisko na lato 1972. Letnisko to mieszkanie, duży pokój z kuchnią oraz dużą zadaszoną werandą, stanowiło połowę pierwszego piętra drewnianego starego budynku letniskowego. Cały budynek o adresie Przygłów Las 152 posadowiony był w środku sosnowego lasu, przepiękna okolica nad rzeką Luciążą – zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Byłem niesłychanie wdzięczny Wieśkowi i Bożenie za Ich uroczystą rekomendację jako następców na ich dotąd wynajmowane mieszkanie. W czerwcu 1972 roku babcia Henia wraz z prababcią Marysią postanowiły zainaugurować Przygłowskie letnisko zostając z Adasiem cały miesiąc. Wujek Jagódki Zdzisław Skórzewski, wicedyrektor ŁPBP Nr 2, umożliwił przewiezienie ferajny oraz całego wyposażenia Nysą wynajętą od przedsiębiorstwa. Kilka dni wcześniej my z Jagódką pojechaliśmy tam autobusem PKS, aby sprzątać oraz dokonać inspekcji stanu wyposażenia i potrzeb w tym zakresie. Największy kłopot był z węglem i drewnem do podpałki pod tradycyjną kuchnią węglową  Kupiliśmy też dwie butle gazowe 2,5 kg oraz turystyczną kuchenkę gazową dwupalnikową. Węgla udało mi się odkupić od sympatycznego sąsiada pana Malinowskiego, właściciela dużego kurnika, kurczaków hodowanych do uboju. Drewno do podpałki zastępowały przez dług czas pozbierane w okolicznych lasach aromatyczne szyszki sosnowe. Posiłki wymagające gotowania czy podgrzewania przyrządzaliśmy na kuchenkach gazowej lub elektrycznej. Wymianę butli realizowaliśmy w Sulejowie na stacji benzynowej CPN, usytuowanej vis a vis ulicy Polany. Tam mieścił się stadion trawiasty, Ośrodek Domków Kempingowych oraz Restauracja. Obiady przynosiłem w pięcioczęściowej menażce z nosidełkiem. Corocznie udawało mi się zakupić obiady w którymś z licznych, pobliskich pracowniczych ośrodków kolonijnych czy wczasowych na Polance, Polanie Sulejowskiej albo Włodzimierzowie. Pachnący jeszcze gorący chleb, bułki, drożdżówki czy ciasto drożdżowe w sobotę kupowaliśmy w piekarni Machałów we Włodzimierzowie. Świeżuteńkie masło, nabiał oraz inne produkty spożywcze oraz warzywa w pobliskim sklepie GS. Po mleko chodziliśmy do gospodarstwa chłopskiego na górce przy ulicy ulicy Topolowej po drugiej stronie Luciąży. Idąc tam tuż za mostem przechodziłem obok zajazdu Sielanka, malowniczej drewnianej karczmy postawionej na brzegu Luciąży. Do wejścia z oryginalnym rustykalnym krużgankiem, należało przejść historyczny piaszczysty plac dla wozaków. Plac był dla wozów konnych wracających do okolicznych wsi, położonych na wschód za Luciążą z jarmarku w Sulejowie. Mimo że mijało wówczas prawie trzydzieści lat od wojny, to nadal podstawowym środkiem przewozu płodów rolnych na targ, był dyszlowy wóz konny. Wóz na balonach pod którym podczas nocnych powrotów do domów, kiwała się obowiązkowa lampa naftowa jako sygnalizator poruszającego się pojazdu. Gospodarz spał w najlepsze z lejcami w garści na pustym wozie, gdy koń doskonale znając drogę powrotną ciągnął wóz, śpiących gospodarzy oraz dobytek do domu. Po roku 1976 stołowaliśmy się na obiadach w małej jadłodajni prywatnej u państwa Balcerzaków we Włodzimierzowie po sąsiedzku z dużym Ośrodkiem Wczasowo Wypoczynkowym łódzkiej FONIKI. Luciąża w dolnym biegu między Przygłowem a młynem Murowaniec, przepływała kolistymi meandrami pomiędzy zalesionymi, piaszczystymi pagórkami. Ścieżka naszych spacerów poprzez piaszczyste zagajniki młodników sosnowych, wiodła kilkukrotnie po stromych, urwistych brzegach – takich małych piaszczystych klifach. Z literatury: „Luciąża wpływa do Pilicy nieco poniżej Sulejowa koło dawnej osady młynarskiej Murowaniec, gdzie jeszcze w 1970 r. stał pocysterski młyn.”MurLuci

Murowaniec, dzisiaj w 2023 roku to współcześnie nazwa okolicy dawnego murowanego pocysterskiego młyna wodnego. Budynek murowany z ułomków skał wapiennych, był fragmentami otynkowany. Jak pamiętam (widać to na zarysie fundamentów), miał dwa skrzydła robocze i mieszkalne. Mieszkalne jakby dobudowane, z frontem i wejściem do drogi dojazdowej. Droga zakręcała za budynkiem mieszkalnym ku wybrukowanej części podwórca zaraz za częścią roboczą młyna. Tam przy młynie była rampa załadowcza i wyładowcza. Budynek młyna położony na sztucznej wyspie, utworzonej miedzy nurtem rzeki a wykopanym przed budynkiem kanałem. Kanał upuszczał nadmiar wody zbiornika, utworzonego spiętrzeniem głównego nurtu zaporą ziemną i palisadą. Wodę kierowano na jaz i koło młyńskie albo upuszczano śluzą gdy koło miało być zatrzymane. Za kołem młyńskim czy śluzą, woda spływała pod betonowy most dojazdowy a dalej dołączała przed ujściem do Pilicy do nurtu tworząc ponownie koryto główne. Nieco około kilometra od młyna Luciąża uchodziła do koryta Pilicy. Obecne koryto Luciąży w tym miejscu zwanym Murowaniec, ma nieco inny przebieg niż ten zapamiętany. Natomiast pozostały bezwodny sztucznie wykopany kanał (prosta linia) czy rów, nazwano Starorzeczem Luciąży. Tutaj właśnie pozostał betonowy solidny most o którym powyżej wspominałem. Most istnieje do dzisiaj, obecnie przebiega po nim szlak spacerowy. Wybudowany został tuż za górką gdzie znajduje miejsce owiane licznymi legendami – zabytkowy drewniany krzyż przydrożny. Młyn rozebrano nakazem administracyjnym w 1972 roku (napełnianie zbiornika Zalewu Sulejowskiego 1969 – 1974). Nasza rodzina należy do szczęśliwców pamiętających wygląd młyna oraz spotykanych mieszkańców Murowańca.

Podczas pierwszego w 1972 roku spaceru z Adasiem w wózku trasą około 5 km, zdarzyła się przygoda związana właśnie z mieszkańcami Murowańca. Idąc od Przygłowa przez lasy obok malowniczych serpentyn wijącej się Luciąży, przeprawami najpierw mostem dojazdowym obok Murowańca gdzie chwilkę rozmawialiśmy z dziećmi młynarzy, dalej chwiejną drewnianą przeprawą mostową nad kanałem potem wzdłuż pokaźnej plantacji wikliny użytkowej, doszliśmy do pięknego punktu widokowego przy ujściu Luciąży do Pilicy. Byliśmy tam sporo ponad godzinę, był tam kawałek piaszczystej plaży a widok na koryto i brzegi Pilicy urzekający. Wracamy już nieco szybciej i za pierwszym mostkiem, na fragmencie wybrukowanej wapiennym kamieniem  budulcowym drogi tuż przy budynku młyna, odpada duże kółko wózka którym jechał Adaś. Dzięki Bogu udało mi się uchwycić oparcie wózka, dzięki czemu Adaś nie wypadł na kamienie bo mogło się to źle skończyć. Byliśmy 4 kilometry od domu, trzeba było próbować naprawiać, osadzając w jakiś choćby prowizoryczny sposób kółko na osi wózka zabezpieczając przed ponownym wysunięciem. Przed podwojami wejścia do młyna siedziało nadal dwoje dzieci. Oględziny osi wykazały że doszło do złamania czy też wytarcia lub wypadnięcia zawleczki zabezpieczającej z otworka w rurce osi. Aby ten defekt skutecznie naprawić trzeba było wyjąć niklowaną pokrywkę piasty kółka, osadzić kółko na ośce, przewlec gwoździk odpowiedniej średnicy przez otworki rurkowej osi a na koniec kombinerkami wygiąć końcówki gwoździa w literkę „S” aby zabezpieczyć przed wypadnięciem, wcisnąć kapselek piasty na końcówce. Ten obraz naprawy miałem już w umyśle i przed oczyma. Pytanie było jak tego dokonać bez narzędzi oraz odpowiedniego gwoździka. Podszedłem z Adasiem (chodził trzymając się za rękę) do dzieci, spytałem o rodziców, okazało się że są w polu czy na łące, dokładnie nie wiedziały. Starsza dziewczynka była nieśmiała ale chłopiec okazał się śmiały i rezolutny. Udało mi się powiedzieć, narysować patykiem o jakie narzędzie mi chodzi, gwoździe znał i nawet zapytał o młotek. Długo go nie było, ale w końcu przyniósł kleszcze, młotek, szpilorek szewski oraz różne gwoździe. Szpilorkiem udało mi się wyjąć kapsel piasty, włożyłem kółko na oś i wózek już stał na czterech. Gwoździe wszystkie były nieco za duże, szpilorkiem udało mi się nieco rozbić ten z góry, włożyłem gwóźdź i wbiłem w drugi otworek młotkiem na tyle że trzymał się mocno a nawet nieco wystawał. Więcej wbijać nie mogłem bo gwóźdź się wykrzywił i o dalszym wbijaniu mowy nie było, musiało tak już zostać. Podziękowałem chłopcu chwaląc że będzie dla taty dużą pociechą, pożegnaliśmy oboje i bez problemu dotarliśmy do domu nieco tylko spóźnieni.

Nasza córeczka Anna Sława Jeneralczyk, urodziła się 9 sierpnia 1973 roku w bardzo znanej Łodziankom, Klinice Położniczej im. Marii Skłodowskiej-Curie przy ulicy Skłodowskiej-Curie Marii 15/17 w Łodzi. Od maleńkości była zdrowa i silna, zawsze uśmiechnięta, radosna. Poniżej zdjęcie kliniki pobrane ze znanego bloga Faceboka. Współcześnie ten budynek przechodził remont kapitalny, po którym służy pacjentom regionu, jako Miejskie Centrum Medyczne „POLESIE” w Łodzi. W 2024 roku, podjęto decyzję o przekazaniu obiektu Samorządowi Wojewódzkiemu oraz Jego przekształceniu w nowoczesne Centrum Zdrowia Psychicznego dla Dorosłych.

Letnisko w Przygłowie wynajmowaliśmy rok rocznie aż do 1981 roku. Plan na wakacje był przeważnie standardowy, Jagódka była w Przygłowie od początku lipca do około połowy sierpnia. Dla odmiany każdego roku starałem się o dwutygodniowe wczasy, początkowo podczas pracy w FTiAT ELTA, poprzez dofinansowanie z FWP. Gdy pracowałem w RSW to już w Ośrodku Zakładowym Sulejów Polana lub ośrodkach podległych ZZP Radia i Telewizji. W zależności od przyznanych terminów, zamykaliśmy letnisko na ten czas, opłacając zawsze za dwa miesiące, niekiedy wyjeżdżaliśmy w tym samym czasie, także na wczasy rodzinne nad morze lub w góry. Wybieraliśmy także nizinne ale atrakcyjne turystycznie kierunki jak Ciechocinek czy Spała, wyjazdy często obejmowały okres zimowy szczególnie gdy dzieci były w okresie szkolnym. Pierwszy taki zapamiętany wyjazd mieliśmy jeszcze tylko z Adasiem do Dziwnowa w 1972 roku. Wczasy do kwater prywatnych u rybaków. Jechaliśmy tam pociągiem pośpiesznym, to była ekstremalna podróż. Wówczas jazdy na wczasy, to pamiętne przeżycia, gdy o miejsce siedzące w przedziale trzeba było się mocno starać sprytem, a niekiedy walczyć całym ciałem czy łokciami. W sierpniu 1973 roku urodziła się nasza córeczka Ania, więc całe wakacje a nawet nieco dłużej spędziliśmy na letnisku w Przygłowie. Podobnie w lecie 1974 oraz 1975 woleliśmy być w zasięgu dojazdu autobusem czy taksówką w razie konieczności udzielenia pomocy medycznej czy też okresowego powrotu do Łodzi. Jak tylko było możliwe w 1973 roku, założyliśmy celową książeczkę oszczędnościową PKO na Fiata 126P. W 1974 na Placu Defilad w Warszawie, odbyła się powszechna prezentacja wyprodukowanych w Bielsku i Tychach, pierwszych serii samochodów Fiat 126P. Pojechałem do Warszawy na całą niedzielę, aby uczestniczyć wraz kilku tysiącami widzów jacy zjechali się z całego Kraju na te pokazy. Jesienią 1975 sytuacja samochodowa diametralnie się zmieniła. Maszynista offsetowy Goss Metro Kuba Gromek, zaproponował nam okazyjną sprzedaż swojego dziesięcioletniego, błękitnego Trabanta 601. Wręczył mi cały stosik wielobarwnych targowych folderów oraz przejrzyste kolorowe rysunki ujęte w perspektywie, obrazujące konstrukcję wewnętrzną kluczowych podzespołów mechanicznych ale także co mnie zachwyciło wielobarwny schemat elektryczny 6V!, tego samochodu.

Studiowałem te kolorowe materiały z wypiekami na twarzy, stwierdziłem że Trabant na pewno jest większy zarówno w kabinie ale co najważniejsze, wielkością bagażnika. Ponadto mając takie rysunki oraz poradniki na pewno wiele rzeczy będę mógł sam naprawić a nawet ulepszyć choćby sterowanie czasowe wycieraczkami. Zaraz też podjęliśmy decyzję odnośnie odsprzedania książeczki samochodowej i udziałów nabycia Fiata 126P. Chętnych nabywców było kilku, wybraliśmy sympatycznego pana Gawrońskiego, inżyniera produkcji, Zakładów Obiciowych VERA na Złotnie. To już minęły trzy lata gdy wystaliśmy w kolejce, założyliśmy książeczkę samochodową w banku PKO oraz z niemałym wysiłkiem obsługiwaliśmy kolejne raty oszczędności uprawniających do losowania momentu nabycia samochodu. Nie ukrywam że odsprzedanie książeczki było korzystne i uzyskana suma bez problemu wystarczyła do nabycia oferowanego Trabanta. Umowę z Kubą Gromkiem dopięliśmy w końcu stycznia 1976 roku. Samochód do wiosny przezimował w garażu na Helskiej. Od czasu do czasu przyjeżdżałem do Taty, wtedy wchodziłem do samochodu, napawałem się wonią benzyny i zapachem tapicerki oraz lakierów. Wyjeżdżałem nieco na zewnątrz garażu, wykonywałem suchą zaprawę obsługi nożno-manualnej sprzęgła, dźwigni biegów, hamulca, zapalałem silnik na luzie podładowując nieco akumulator, sprawdzałem uruchamianie świateł, migaczy oraz wycieraczek. W kwietniu 1976 wykupiłem trzy jedno godzinne lekcje jazdy w siedzibie Nauki Jazdy LOK przy Piotrkowskiej 187. Jeździłem  Maluchem z bardzo sympatycznym instruktorem o imieniu Jan. Oj, dawał mi ostro w kość, od pierwszego momentu gdy po raz pierwszy w życiu wsiadłem do małego Fiata. Od razu dostałem polecenie „odpalaj i wyjeżdżamy na ulicę (Piotrkowską !)”. Powiedział „…skoro po trzech lekcjach jazdy ze mną, chcesz zdać egzamin za pierwszym razem, to ja muszę szybko sprawdzić  czy to jest możliwe”. Na początku maja powiedział, „..jest możliwe że uda Ci się za pierwszym podejściem, tylko w przypadku gdy egzaminatorowi nie wpadnie na myśl sprawdzić Twoją jazdę cofaniem, wtedy oblejesz”. Od razu pojechałem do Wydziału Komunikacji na Zachodniej aby opłacić egzamin i tym samym uzyskać termin zdawania. Zdawałem za dwa tygodnie, część teoretyczna – budowa samochodu, obsługa, znaki drogowe, pierwszeństwo ruchu zdawaliśmy w sali egzaminacyjnej na Ogrodowej, wspólnie z jeszcze jednym eksternem. Oboje byliśmy dobrze przygotowani, po kilkunastu pytaniach dla każdego abiturienta, egzaminator oświadczył „no dobrze, ..za dwie minuty startujemy z chodnika przed wejściem, maluch już tam stoi”. Mnie wskazał tylne siedzenie a koledze nakazał siadać i jechać na Lutomierską przy Bazarowej. Dobrze mu szła jazda i kiedy zatrzymał się przy Bazarowej, egzaminator ze swoim notatnikiem w ręku, bez słowa wyszedł na chodnik i rozmawiał z innymi egzaminatorami których kursanci także zdawali na innych maluchach. Po kilku minutach widzieliśmy że coś pisał, potem podszedł kiwnął na kolegę i wręczył mu protokół, kiwnął do mnie że mam siadać za kółko, powiedział „..wracamy pod Inspektorat na Ogrodową”, zapiął pas, czekałem na to, po czym odpaliłem, migacz, ruszamy kawałek za skrzyżowanie, po czym lewy migacz, zawracamy, na prawy pas, prosto do Zachodniej, prawy migacz, ostrożnie skręcamy w prawo i rura do przodu, mijamy Drewnowską, dalej migacz w prawo, przepuszczam jadących Ogrodową, skręcam ostrożnia na chodnik dokładnie w miejscu gdzie stał poprzednio, wrzucam luz, zaciągam ręczny, wyłączam silnik, wyjmuję i oddaję kluczyki. Egzaminator otwiera notatnik, podpisuje protokół, wysiadamy. Wręcza mi protokół mówiąc gdzie i kiedy mam złożyć protokół w Wydziale Komunikacji. Nawet nie pomyślałem że tak szybko i łatwo mi pójdzie. Nie myślcie że kiedykolwiek upajałem się jazdą czy prędkością, zdawałem sobie sprawę że kierowcą to dopiero będę gdy opanuję wszystkie arkana, zacznę poznawać znajomych idących ulicą, widzieć wszystko dookoła a zwłaszcza znaki oraz jadących czy idących z tyłu pojazdu. Wiele razy przypominałem sobie w późniejszym życiu zdanie które Jan, mój instruktor powiedział do mnie na odchodne „..pamiętaj że samochód to nie zabawka, możesz posłużyć się nim aby zrobić wiele dobrego ale również może przyczynić się do złego i nieszczęścia Twojego i Innych”

Tego lata 1976 roku po raz pierwszy jeździłem samodzielnie własnym samochodem, którego od razu polubiłem, błękitnym Trabantem 600. Trampka do dzisiaj mile wspominam, mimo wielu najprzeróżniejszych doświadczeń z innymi pojazdami które były po Nim. To był „dzielny pojazd”, łatwo pokonywał oblodzone podjazdy czy nawiane na drodze zaspy, możliwe było zdemontowanie głowicy silnika na drogowym postoju czy też w deszczu wyregulować kąt przyspieszenia zapłonu. Sam wymieniałem przednią szybę czy uszkodzone duraplex’ owe elementy drzwi oraz błotników. Te naprawy były kompleksowe łącznie z natryskowym lakierowaniem powierzchni rozpylaczem słoiczkowym, wykorzystując nadmuch powietrzem z wyjścia odkurzacza. Wymiana ogumienia, wycieraków szyb, szczęk oraz tłoczków czy cylinderków hamulcowych, regulacja linki hamulca ręcznego także nie nastręczały większych trudności. Sam wymontowywałem tłoki oraz cylindry do przeszlifowania, zakładałem odpowiednie pierścienie a następnie docierałem wyremontowany silnik. Raz jedyny chyba w 1978, oddałem mego Trampka do remontu u mechanika, Jana Czernielewskiego przy ulicy Kopcińskiego, po tym gdy rozsypało się łożysko kulkowe, blokując napęd w cztero-biegowej skrzyni biegów. Skrzynia zadziałała bez zarzutu, lecz czekała mnie przykra niespodzianka. Podczas montowania zespołu napędowego pod maskę Trabanta, pomylono kolejność trzech przewodów podłączonych do prądnicy. To była sobota, wyjazd na weekend z Jagódką i babcią Marysią do Przygłowa. Jazda do dzieciaków i przebywającej z nimi babci Heni i Zbyszka. Zapadał już zmrok wiec koło Tuszyna zapaliłem światła główne, zauważyłem od razu że barwa świecenia wpada w czerwień a światło jest słabe. Zatrzymałem się na pierwszym parkingu w Tuszyn Lesie i otworzyłem maskę, od razu poczułem jakiś brzydki zapach „elektrycznej izolacji”, dotykając prądnicy niemal się oparzyłem, tak była gorąca. Na razie nie miałem pojęcia co mogło się wydarzyć. Postanowiłem jechać dalej na światłach postojowych, miałem nadzieję że starczy energii w akumulatorze do końca trasy. Dojechaliśmy ledwo, ledwo ale na tyle że ostatnie 50 metrów lasu przed posesją letniska, panie wysiadły z torbami a ja przepchnąłem Trampka byle wjechać za bramę wjazdową. Postanowiłem odłączyć klemę akumulatora a wyjaśnienie przyczyny oraz ładowanie akumulatora odłożyć na niedzielę. W niedzielę po śniadaniu położyłem się w okolicy prądnicy odchyliwszy do oporu koło aby dobrze widzieć. Po analizie schematu samochodu domyślałem się że możliwe jest niewłaściwe podłączenie prądnicy z regulatorem ładowania. Dwa przewody były cieńsze (2,5 mm, DF i D-) a jeden gruby (6 mm, D+), sprawdzam położenie grubego przewodu, stwierdzam że tutaj nie można było się pomylić gdyż tylko jeden zacisk miał oczko na gruby przewód, to było w porządku. Zamieniłem miejscami cieńsze przewody. Potem zamocowałem klemę akumulatora, zamknąłem maskę. Podepchnąłem Trampka ku pobliskiej drodze dojazdowej na górkę, u podnóża której wczoraj Trabi odmówił posłuszeństwa. Wsiadłem, włączyłem kluczyk oraz pierwszy bieg, nacisnąłem sprzęgło i dałem znak Zbyszkowi aby mnie popchnął. Trabi rozpędzony zapalił bez problemu w okolicach ulicy. Pojechałem nim do Sulejowa, dalej w stronę Podklasztorza i nieco dalej w las, potem w drugą stronę przez plac Straży w kierunku Białej, potem wróciłem do Przygłowa. Gdy patrzyłem na włączone i biało świecące lampy główne, wiedziałem że wszystko jest w porządku, moja naprawa się powiodła. Dumny byłem zwłaszcza z tego że pewny byłem co trzeba zrobić, że ta ocena była trafna. Równie dumny byłem z opracowania oraz skutecznego wykonania układów elektronicznych – czasowego sterowania pracą wycieraczek a także mostka kontroli temperatury silnika i napięcia instalacji elektrycznej samochodu. To były bardzo przydatne ulepszenia, przez lata dawały satysfakcje, powiększały komfort użytkowania (łatwe usuwanie niewielkich kropli opadów) oraz bezpieczeństwo eksploatacji (chłodzenie silnika czy kontrola ładowania akumulatora 6 V).

Rok 1976 miał szczególnie bogaty turystycznie oraz wypoczynkowo, program wakacyjny. Na przełomie lipca i sierpnia otrzymaliśmy za pośrednictwem programu socjalnego RSW „Prasa-Książka-Ruch” dwutygodniowe wczasy w kwaterach prywatnych nad polskim morzem, w przepięknej miejscowości Karwia. To pierwsza nasza samochodowa podróż 400 km, na wczasy nad polskim morzem. Karwia dzisiaj w 2024 roku, to znany wszystkim Polakom nadmorski kurort wczasowy, wówczas miejscowość była małą rybacką wioską ze skromną infrastrukturą wczasowo turystyczną czy raczkującą gastronomią. Wtedy liczyła się piękna, rozległa i czysta z białym piaskiem plaża. Zajmowaliśmy duży pokój na piętrze w murowanym, ceglanym domku rybaków odległym niecałe 200 metrów od plaży. Maria i Jerzy Suligowie zamieszkali z dwójką dzieci od strony północnej z widokiem na wydmy i plażę a my z Anią i Adasiem od strony południowej z widokiem na studnię i ogród. Toaletę WC i prysznic, mieliśmy w społecznym użyciu oraz porozumieniu co do kolejności użytkowania, położoną centralnie na korytarzu miedzy pokojami. Wodę do mycia i na herbatę w postaci mocno żelazistej cieczy, zdatnej do mycia oraz spożycia po przegotowaniu, czerpaliśmy wiaderkiem ze studni. To noszenie na piętro wiader wody, grzanie jej nurkowymi grzałkami oraz mętne i niepokojąco ciemne herbaty, były największymi niedociągnięciami tych wczasów, wszystko inne było wielkimi zaletami. Tutaj nadmienię że podobnie było na letnisku w Przygłowie, także do mycia oraz picia czerpaliśmy wodę ze studni gruntowej na podwórzu gospodarstwa, naturalną kąpiel odbywaliśmy w Luciąży. Woda w Przygłowie była czysta i miękka a herbata z niej zaparzona smakowała rewelacyjnie.

Jak już wyżej wspominałem, letnisko w Przygłowie wynajmowaliśmy corocznie, na dwa miesiące lipiec i sierpień, poczynając od 1972 do 1981 roku włącznie. Posługiwaliśmy się nazwą miejsca jako Przygłów ponieważ taką nazwę nosiła stacja kolejki wąskotorowej „Ciuchci” Piotrków – Sulejów. Tymczasem właściwa wieś Przygłów rozciągała się na lewym brzegu Luciąży na północ od naszego miejsca letniskowego leżącego na prawym brzegu rzeki Luciąży tj. we Włodzimierzowie. Początkowo korzystaliśmy z komunikacji autobusowej bezpośredniej lub z przesiadką w Piotrkowie lub kolejowo-autobusowej, pociągiem do Piotrkowa i przesiadka na autobus na Głównym Dworcu kolejowo-autobusowym Piotrkowa. Od 1976 roku przeprowadzkę i powrót z letniska, nadal jak dotąd wykonywaliśmy wynajętym Żukiem lub Nysą a dojazdy osobowe realizowaliśmy własnym Trabantem. Samochód osobowy umożliwił naszej rodzinie turystykę w okolicy Piotrkowa, Witowa, Sulejowa, Podklasztorza a nawet Opoczna także do Smardzewic oraz Borków. Zapuszczaliśmy się również w okolice Koła, Bronisławowa, Białej oraz Łęczna, odważnie mimo faktu że wiodły tam drogi w zasadzie gruntowe jedynie wzmocnione nawierzchniową warstwą białego kamienia czy szutru skalnego. Poznawaliśmy historyczne i kulturowe znaczenie rzeki Pilicy, przeglądaliśmy ówcześnie nieliczne opracowania z najnowszej historii tych ziem z okresu II Wojny Światowej. Namacalnym, materialnym śladem tej historii były liczne poniemieckie obronne schrony żelbetonowe, spotykane często na trasach naszych pieszych spacerów. Opisy tych instalacji w świetle współczesnej wiedzy, zawarłem w opracowaniach sporządzonych z dostępnych i oznaczonych źródeł internetowych LinPilicy .

Na zakończenie podrozdziału tyczącego się okresu letniska w Przygłowie w historii naszej rodziny, należy koniecznie wspomnieć o kolejce wąskotorowej Piotrków Sulejów, kolejki zwanej Ciuchcią. Kolejka ta towarzyszyła nam swoim widokiem i dźwiękiem sygnału oraz stukotem kół, podczas ośmiu naszych letnich pobytów. Początkowo kilka pulmanowskich wagonów osobowych bądź towarowych, wypełnionych pasażerami lub towarami ciągnął przepiękny, mały dymiący parowóz a za nim jako pierwszy podążał wagon pocztowy. Około 1972 roku parowóz został zastąpiony lokomotywą spalinową rumuńskiej marki. Obserwacje kursujących co kilka godzin pociągów, dowodziła że większość kursów to pociągi towarowe. Niekiedy skład wagonów był kombinowany. Zawsze w składzie był wagon pocztowy a dalej dwa lub więcej wagony osobowe a za nimi dwa lub kilka krytych wagonów towarowych. Do Sulejowa wożono węgiel kamienny i koks, materiały budowlane w tym bloczki budowlane i cement w workach, niekiedy drobnicę w zamkniętych wagonach. W stronę Piotrkowa jechały pociągi towarowe wypełnione palonym, niegaszonym wapnem. Wtedy w latach 60-70 zapotrzebowanie na niegaszone wapno jako składnika zaprawy murarskiej, nadal było duże dla technologii masowego budownictwa. Nasze dzieci Ania i Adaś uwielbiały wycieczki tymi pociągami, obojętnie czy w kierunku Sulejowa czy w kierunku Piotrkowa, uwielbiały kupować kartonowe bilety, podawać je konduktorowi do dziurkowania, wyglądać przez otwarte okna łapiąc wiatr we włosy. Budynek stacji a zwłaszcza jego otwarta, drewniana weranda poczekalni zwana Panderosą była przepiękna, ten widok pozostanie w mojej pamięci do końca życia, był niepowtarzalny. Podczas wieczornych powrotów z sobotnio niedzielnych pikników czy też krótkich wypadów turystycznych, Panderosa oraz cały duży teren peronu stacji, wypełniał kolorowy tłum oczekujących pasażerów. Poniżej zamieszczam najbardziej charakterystyczne obrazy z trasy, dworca w Przygłowie i historii kolei wąskotorowej, zdjęcia i materiały pobrane z dostępnych i oznaczonych źródeł oraz stron internetowych jak np. Piotrków Trybunalski.naszemiasto.pl, zawarłem w własnym opracowaniu tekstowym na bazie tych źródeł Ciuchcia

W Przygłowie zakładając kierunek z Piotrkowa do Sulejowa, tuż przed mostem kolejowo drogowym na Luciąży, tor kolejki przecinał jezdnię szosy aby dalszą trasę prowadzić po lewej stronie drogi nr 74. Po tej stronie okien wagonów tuż za linią rosochatych wierzb (diva), dostrzegamy plac postojowy dla wozaków a za nim pojawia się drewniany, budynek karczmy Sielanka z przepięknym tarasem wysuniętym na palach nad nurtem Luciąży. Za rzeką wjeżdżamy do Włodzimierzowa ale dworzec z cudowną, drewnianą otwartą poczekalnią Panderosa nosi nazwę PRZYGŁÓW, to niewiadome pomylenie sprawiało nie tylko nam wiele kłopotów. Administracyjnie Sołectwo było wspólne, mieściło się w Przygłowie na górce za rzeką po lewej stronie szosy, numeracja właścicielska posesji, także była o ile pamiętam jednolita dla obu miejscowości. Do końca tkwiliśmy w błędzie uważając że linią podziału jest przebieg szosy nr 74 a nie przebieg rzeki Luciąży, czyli dworzec i nasze letnisko to Przygłów a piekarnia państwa Machałów, Szkoła Tysiąclatka i Przychodnia zdrowia to Włodzimierzów. Do dziś nie jesteśmy pewni że jest inaczej.

W końcu lat 70-tych dwukrotnie jesienią i wiosną, wykonaliśmy dwudniowe wycieczki do Warszawy. Korzystaliśmy wówczas z gościny u rodziny Jagódki, Tekli i Jana Hermanów oraz Ewy i Mariusza Protasów. Stare Miasto, Zamek Królewski, Nowy Świat, Łazienki, Wilanów i Cytadela pozostawiły wiele wrażeń i pamiątek. W maju 1978 roku Adaś przystąpił do Pierwszej Komunii w kościele parafialnym Przemienienia Pańskiego (mój kościół chrzcielny z 1945 roku). Lata 80-te nie sprzyjały stabilizacji, dzieci postanowiły także wtedy o samodzielnych wyjazdach na kolonie letnie. Bardzo chętnie aprobowały rodzinne wyjazdy wczasowe każdego roku latem i zimą, wypoczynków pełnych nowych widoków i wrażeń. Na pierwsze kolonie wybraliśmy Ośrodek miejski w Wiśniowej Górze. Nie byliśmy pewni jak zareagują na dwa tygodnie samodzielności czy raczej oddalenia od rodziców. Co dwa dni jechaliśmy Trampkiem w odwiedziny aby zbadać reakcję na takie bytowanie oraz jak dzieci radzą sobie z oddaleniem od rodziców (byli w innych grupach wiekowych ale wspierali się obecnością w czasie wolnym). W sobotę na dyskotekę zabraliśmy nasz radiomagnetofon Sanyo wraz z dużym wyborem nagranych kaset, dzieciarnia była zachwycona a nasze pociechy bardzo dumne z posiadanego sprzętu audiofonicznego.

Jednocześnie muszę dodać że 1980 to był rok przeprowadzki rodziny z małego 37 metrowego mieszkania, na 10 piętrze wieżowca przy ulicy Dąbrowskiego, do dużego 70 metrowego mieszkania na pierwszym piętrze bloku, wzorcowego mieszkaniowca ery późnego Gierka. Nasz nowy budynek,  blok na osiedlu Manhatan III przy ulicy Piotrkowskiej 235/241, wyróżniono nagrodą SAP – MISTER’80. W wersji projektowej, częściowo praktycznie zrealizowanej, budynek nasz miał mieć stróżówkę wyposażoną w domofony, ognioodporną konstrukcję klatek schodowych z instalacją oddymiania, dwoma pionami wodno-kanalizacyjnymi w każdym mieszkaniu oraz mechaniczną centralną wentylacją w każdym z dwóch pionów mieszkania. Projektowo, parter i pierwsza kondygnacja miała być przestrzenią nie mieszkaniową – partery na sklepy wielobranżowe a pierwsza kondygnacja (antresole) przewidziano na lokale biurowo-usługowe. Architektonicznie budynek dwuklatkowy stanowił bryłę dwusegmentową przesuniętą względem siebie tak aby te dwie bryły stykały się jedynie ścianami szczytowymi, północną klatki A z południową klatki B. Z tego wynika że mieszkańcy mieszkań szczytowych klatki B byli poszkodowani z racji nie docieplenia chłodnej, północnej ściany szczytowej. Ponadto w trakcie budowy na gruncie kurzawkowym, okazało się podczas budowy że północna strona budynku zaczyna osiadać, to spowodowało konieczność doraźnego wylania, obszernej żelbetonowej ławy stabilizacyjnej na północy budynku. Poniżej szerzej opiszę historię tego pięknego miejsca oraz sposobu dojrzewania naszej decyzji o wyborze właśnie tej okolicy.

Wrócę nieco do historii, kiedy i jak dojrzewała nasza decyzja o zmianie mieszkania. W latach 70’tych często bywałem na Politechnice Łódzkiej, początkowo z racji intensywnych Studiów podyplomowych z Półprzewodników w Instytucie Elektroniki. Potem wykonywałem kilka prac badawczych w moim macierzystym Instytucie Maszyn i Aparatów Elektrycznych, zleconych na rzecz zespołów prof. Bolesława Bolanowskiego oraz mojego promotora prof. Zdzisława Jana Tarocińskiego. Wtedy to jadąc na Uczelnię ulicą gen. Świerczewskiego (Radwańska) od strony Piotrkowskiej, zauważałem budowę wieżowca posadowionego na tyłach dawnych Ogrodów Jerzego Kołaczkowskiego DendrologiaPraktyczna (na podstawie wpisu zielniklodzki.pl z dnia 7.9.2022 r.). Tę okolicę znałem doskonale z czasów dzieciństwa. Bowiem Piotrkowska 233 to adres cioci Józi mojej chrzestnej, starszej siostry mamy Heleny. Ciocia Józia mieszkała tam od wojny, przyjechała około 1942 roku powracając z Berlina gdzie pracowała jako krawcowa. Przybyła do Łodzi wraz ze swymi pracodawcami, rodzinną firmą konfekcyjną z wielkopolski. W ten sposób znaczna część naszej rodziny Poznaniaków, ponownie spotkała się w najmniej oczekiwanym miejscu, tutaj w mieście Łodzi. Tuż po wojnie ciocia Józia, jako osoba samotna dostała przydział na niewielki pokoik (służbówkę) w wielorodzinnym mieszkaniu kwaterunkowym, na parterze modernistycznej kamienicy przy Piotrkowskiej 233. Ta kamienica sąsiadowała z ogrodami Jerzego Kołaczkowskiego tj. Piotrkowska 235 i 241. Pawilon sklepowy tego wielkiego ogrodnictwa, posadowiony był przy bramie wjazdowej do posesji 241, obok przepięknej, olbrzymiej płaczącej wierzby. Między podwórkiem gdzie mieszkała ciocia Józia a ogrodem pana Kołaczkowskiego była furtka, wówczas używana – istnieje do dzisiaj zarośnięta krzewami. Podczas wesołych pobytów sobotnio-niedzielnych we wspólnie użytkowanej dużej kuchni, czterorodzinnego kwaterunkowego mieszkania Cioci, byłem proszony przez Panie przygotowujące wiosenne obiady o zakupienie i przyniesienie sałaty od ogrodnika. Przechodziłem wówczas tą wewnętrzną furtką bezpośrednio do pięknych ogrodów gdzie miedzy różnymi  drzewami, świerkami, bzami lilakami, bzami laciniata, leszczynami oraz kolumnowymi dębami, na licznych klombach i zagonkach w części frontowej, rosły setkami i dziesiątkami główki sałaty i krzaki pomidorów. Niekiedy mogłem za zgodą pani Kołaczkowskiej, pospacerować sobie po dalszej części ogrodów. Ogrody ciągnęły się bardzo daleko w stronę Wólczańskiej. O ile się nie mylę to tyły ogrodnictwa, sięgały aż do ogrodów posiadłości zajmowanych przez kuźnie, wozownie i ślusarnie państwa Wróblewskich, położone przy ulicy Wólczańskiej 188. Ten adres oraz Piotrkowska 233, to historyczna lokalizacja pierwszej manufaktury Jakuba Steigerta z lat 40 – XIX wieku. Parterowa willa mieszkalna Steigertów tutaj ocalała i niebawem ma być odrestaurowana. Na tyłach ówczesnego ogrodnictwa Jerzego Kołaczkowskiego posadowiono wielkie połacie, nieskończone szeregi, typowych ogrodniczych inspektów przykrywanych szklanymi taflami. Miedzy regularnie powtarzanymi kwartałami inspektów znajdowały się rzędy solidnych, stalowych stojaków przeznaczonych na nieczynne czyli odstawiane tafle szklane inspektów. Bardzo lubiłem wyjeżdżać z mojego Żabieńca, wówczas dalekiego przedmieścia, tramwajem do „miasta”. Jechałem do wujostwa Zofii i Stanisława Michalskich, zamieszkałych na czwartym piętrze kamienicy przedwojennej Szkoły Męskiej przy ulicy Worcella 13 (ks. St. Skorupki) albo do cioci Józi, do nowoczesnej modernistycznej kamienicy na Piotrkowską 233. Często jeździłem także linią „21” do znanej, przepięknie urządzonej Apteki „pod Stokrotką” w narożnej eklektycznej kamienicy na Piotrkowskiej 225. Apteka ta miała renomę placówki doskonale zaopatrzonej i często pełniącej nocne dyżury. Więcej o rodzinie Kołaczkowskich, piszę w opracowaniu na podstawie przeglądu prasy Łódzkiej okresu międzywojennego WystawyOgr.

W końcu nasza decyzja dojrzała na tyle że postanowiłem zbadać sprawę szeroko powyżej opisanego budynku oraz sytuacji z terenem po dawnym ogrodnictwie państwa Kołaczkowskich. Udałem się do Łódzkiej Spółdzielni Mieszkaniowej na ulicę Jaracza w Łodzi. Zaskoczony, w sekretariacie spotykam sympatyczną koleżankę z BKP FTiAT Elta Barbarę Bukowską. Kilkanaście minut wzajemnie wymieniamy wiadomości o koleżankach i kolegach z którymi wówczas pracowaliśmy. Potem szczegółowo opisała mi procedurę zmiany członkostwa spółdzielni Osiedle Młodych na Łódzką Spółdzielnię Mieszkaniowa oraz złożenie wniosku o przydział mieszkania w Osiedlu Manhatan III. Jak to w PRL, biurokracja wymagała cierpliwości ale i wytrwałości w wydeptywaniu progów decydentów oraz hartu podczas systematycznego pokonywania napotykanych trudności. Im dłużej przyglądałem się powstającemu nowoczesnemu budynkowi, stawianemu w technologii ślizgowo-ramowej, tym bardziej utrwalała się moja decyzja o konieczności zamieszkania w tej pięknej i wygodnej lokalizacji. Na poczet wyposażania nowego mieszkania zamówiliśmy i wkrótce kupiliśmy ośmioelementowy zestaw meblowy NATALIA ciemny mahoń. Ponieważ mieszkania jeszcze nie było więc cały zestaw w porozumieniu z moimi rodzicami przetransportowano na ulicę Helską i wnieśliśmy na przestronny strych tamtego domu. Taka decyzja wynikała wprost z ekonomicznych prawideł tamtego przełomowego czasu końca ery Gierka, wielkiej inflacji, kartek na cukier, list kolejkowych (małego biznesu emerytów), wyścigu cen i braków oferty zwłaszcza trwałego wyposażenia gospodarstw domowych. Najlepszą lokatą był atrakcyjny towar nie gotówka czy też obligacje w bankach. Gdy tylko uporałem się z kwestią przeniesienia członkostwa Spółdzielni, wnioskiem o przydział mieszkania M4/M5 oraz uregulowania udziałów i wkładu mieszkaniowego na większy metraż (kredyt pracowniczy na uzupełnienie wkładu własnego był czystą formalnością), sprawy zaczęły się toczyć wartko dzięki znaczącej pomocy Barbary. Jak wcześniej wspominałem do nowego blisko 70 metrowego mieszkania na pierwszym piętrze nowiutkiego 12 piętrowego wieżowca, zaczęliśmy wprowadzać się na początku maja 1980 roku. Adam właśnie kończył czwartą klasę Szkoły Podstawowej nr 64 przy ulicy Anczyca 6. Złożyliśmy dokumenty Adama na przeniesienie do Szkoły Podstawowej nr 46 im. Józefa Chełmońskiego oraz dokumenty rejestracyjne Ani do nauki w klasie pierwszej od roku szkolnego 1980/81. Szkoła Podstawowa nr 46 przy Wólczańskiej 198/202, miała już wówczas  niezwykle bogatą historię sięgającą 1950 roku. W 1974 roku przekształcona w Szkołę Sportową. Prowadziła wówczas ciekawą, systematyczną oraz owocną działalność popularyzacji i rozwoju sportu dziecięcego, ukierunkowaną na łyżwiarstwo figurowe oraz szermierkę floretu. Szkoła była następczynią szkoły ćwiczeń Liceum Pedagogicznego nr 1 a następnie Studium Nauczycielskiego. Legitymowała się doskonałą, profesjonalną kadrą nauczycielską i instruktorską. Dzieciom bardzo się podobało że do szkoły nie musiały chodzić ulicami, wystarczyło wyjść na taras naszego budynku po stronie zachodniej, dalej około stu metrów gliniasto trawiastym ugorem, wejść dziurawym ogrodzeniem wprost na asfaltowe boisko piłki ręcznej i koszykówki. Szkolne boisko otoczone czarną czterotorową bieżnią miało też skocznię w dal oraz wzwyż.

Podczas edukacji naszych pociech w systemie jeszcze ośmioklasowym w latach 1980 do 1988, Grzegorz Filipowski czołowa gwiazda polskiego łyżwiarstwa figurowego, uczęszczał właśnie do Ich Szkoły. Były z tego faktu bardzo dumne, zwłaszcza Ania, bo tylko o rok młodsza od Grzegorza. Lodowisko Bombonierka Wybudowane przez łódzki MOSiR przy ulicy Stefanowskiego (wtedy Gdańskiej) róg nowej ulicy Potza w bliskiej odległości od budynku Szkoły. Wychowanie fizyczne ogółu dzieci wszystkich klas, obejmowało naukę i doskonalenie jazdy na łyżwach figurowych. Zarówno Ania jak i Adaś nabyli niezłych umiejętności łyżwiarskich co sprawiało Im dużo radości. Każdej zimy ja wspólnie z dziećmi, korzystaliśmy z miejscowych otwartych lodowisk np. w Parku Podolskim. Podobnie na corocznych wyjazdach zimowych do Zakopanego, Bierutowic (Karpacza) czy Ustronia Śląskiego i Wisły.

W 1985 roku „w uznaniu zasług dla Zakładu PZ Graf RSW „Prasa-Książka-Ruch”, przyznano mi uroczyście asygnatę na zakup samochodu osobowego Fiat 125P do użytku prywatnego i służbowego. Nie byliśmy wtedy przygotowani finansowo aby w warunkach szybko postępującej inflacji i kosztów życia, pozwolić sobie choćby na sposób kredytowy, zakup nowego dużego samochodu. Natomiast w październiku 1986 po powrocie z Bieszczad, złożyłem na ręce dyrektora PZGraf Bogusława Kucaba, podanie o przyznanie asygnaty na przydział samochodu Fiat 126 P.  Dyrektor nigdy nie decydował w takich sprawach jednoosobowo, zawsze korzystał z narad „aktywu” czyli POP i RZ ZZ Poligrafów. Do przydziału był jeden Maluch a podań kilka. Z koleżeńskich przecieków po naradzie aktywu dowiedziałem się że asygnatę na malucha przyznano kierownikowi Oddziału w Radomsku a uzasadnieniem odmowy mojego przydziału była nie zgodna z faktami pogłoska, że „…zmieniłem mieszkanie i nie mam obecnie telefonu więc i tak trzeba po mnie w razie potrzeby wysyłać samochód służbowy”. No cóż mimo że dyrektor forsował moją rekomendację, to w tamtym „aktywie” nie miałem żadnego głosu poparcia, bo moja aktywność w tych gremiach była zerowa. Partii unikałem jak morowego powietrza, w Radzie Zakładowej nie miałem potrzeby bywać, należałem do kadry zarządzającej Zakładem. Do ZZ Poligrafów nawet nie należałem, uważałem że Związki Zawodowe są dla pracowników nie dla kadry. Sytuacja zmotoryzowania naszej rodziny, stawała się dramatycznie skomplikowana. Nasz Trampek właśnie kończył 20 lat życia. Samochód wyglądał bardzo ładnie, w 1981 przeszedł wymianę blacharki progów oraz lakierowanie całego nadwozia ale silnik wymagał remontu kapitalnego (zakupiłem już nowe cylindry, tłoki i wał napędowy). I tu następuje dramatyczny moment decyzji, telefonuje do mnie kupiec, pani Brzezińska proponując szybki zakup Trabanta oferując bardzo dobrą cenę. Nie mieliśmy dużo czasu na tak ważną decyzję. Latem 1985 roku podczas letniego wyjazdu na wczasy w Bieszczady, mieliśmy dwie stłuczki o których napiszę poniżej. Z perspektywy czasu oceniam że decyzja sprzedaży samochodu w tamtym momencie nie była najmilszą z możliwych. Jednak konieczność wielu remontów czyli inwestowania w auto z niepewnym rezultatem – stawiane na minusie, zaś urządzanie dużego mieszkania oraz przyszłość naszych dzieci z priorytetem – były na plusie. Decyzja powyższa była analizowana na bieżąco przed podjęciem i przyszłości w wielu aspektach, zawsze wnioski były jednoznaczne za sprzedażą jako właściwą. Jednak wtedy w 1986 roku, myśląc alternatywnie „co by było gdyby”, niekiedy żałowaliśmy że wówczas nie szarpnęliśmy się na zakup kredytowy oferowanego Fiata 125 P. Te myśli nachodziły zwłaszcza wtedy, gdy jak na dłoni dostrzegaliśmy, że kredyt stało-procentowy stawał się najlepszą formą oszczędzania, ponieważ pieniądze bardzo szybko traciły na wartości. Zaczynał się w PRL okres hiperinflacji, niebawem wypłaty oraz ceny opiewały na miliony złotych. W wyniku sprzedaży Trampka i odmowy asygnaty na Malucha, aż cztery lata doświadczaliśmy życia i podróży bez samochodu. Te lata były dla nas równie atrakcyjne i obfitujące w podróże jak lata poprzednie i lata następne. Doświadczenia tych lat, nauczyły nas bardzo cenić niezależność komunikacyjną jaką zapewnia samochód osobowy. Końcówka lat osiemdziesiątych to był naprawdę trudny okres nie tylko dla kraju ale przede wszystkim dla większości Polaków. Kiedyś po wielu latach, już około 2000 roku, w zapomnianych już okolicznościach bliska nam przyjaciółka spytała „..dlaczego tak bardzo potępiacie wprowadzenie stanu wojennego w 1981 roku..”. Odpowiedziałem używając sformułowania „Babci Porębskiej z Barcic (o Niej więcej poniżej w kolejnych akapitach)” – „wojna Jaruzelska zabrała Polakom dziesięć lat życia które chcieli przeżyć po swojemu a nie pod dyktando z Moskwy”. O tym długim dziesięcioleciu…powiem krótko – „kartki” były na wszystko co było potrzebne do życia, ubrania czy użytkowania. W sklepach uspołecznionych nie można było kupić niczego co by się chciało, trzeba było kupować to co „oni rzucili” lub „załatwiać spod lady”, ponadto łaskawie „wolno było” przepłacać na targowisku czy giełdach. Towar stał się pieniądzem, wrócił handel wymienny, listy kolejkowe, nocne czuwania przed sklepami, emeryci dysponujący czasem i laską do obrony, stawali się obrotnymi pośrednikami, niemal przedsiębiorcami.

Zanim nastąpił wyżej opisany czas decyzji w 1986 roku, to mieliśmy przed sobą wyjazdy zimą do Karpacza i Bierutowic a latem długo oczekiwany wypad Trabantem w polskie Bieszczady latem 1985 roku. W długą podróż do Ośrodka Wypoczynkowego Rzeszowskiego Wydawnictwa Prasowego RSW „Prasa-Książka-Ruch” w Myczkowcach nad Sanem, jechaliśmy starannie planowaną trasą z postojami w Rzeszowie, Łańcucie oraz noclegiem w Przeworsku. Obiad zjedliśmy w przydrożnej, sympatycznej Rzeszowskiej restauracji. W Łańcucie na podjeździe do ulicznego miejsca dłuższego parkowania na czas zwiedzania, podjechałem nieuważnie lekko uderzając przednim zderzakiem w słupek łańcuchowy, ograniczający miejsce postojowe od chodnika. Gdy nieco wycofałem, okazało się że przedni zespolony zderzak z fartuchem tłumika, zwisa o kilka centymetrów od linii przedniego grilla. Musiałem szybko podjąć decyzję co i jak należy zrobić na miejscu, aby dalsza bezpieczna podróż była możliwa. Jako doświadczony użytkownik Trabanta, zawsze miałem w bagażniku, przemyślany zestaw wichajstrów oraz narzędzi, do doraźnych napraw podczas dalekich podróży. Podstawowym niezbędnikiem był niewielki zwój mocnego ale miękkiego żelaznego drutu. Dobrze że był w nadmiarze, ponieważ podczas tej wyprawy przydał się skutecznie i to aż dwukrotnie. Ówczesny Skansen Ziemi Gackiej a konkretnie Dom Gacki świadczący usługi hotelowe w Przeworsku (historycznie był domem użyteczności społecznej, Dom Ludowy wsi Gać), był on miejscem naszego dłuższego postoju oraz noclegu na szlaku długiej podróży w Bieszczady. Współcześnie to element zespołu zabytkowego o charakterze skansenu drewnianej zabudowy regionalnej o nazwie Pastewnik Skansen. „Ziemia Gacka” to dawny, nieoficjalny termin określający teren, na którym leży Leżajsk, Przeworsk i okolice, związany z historią regionu i lokalnymi legendami, choć nie jest to oficjalna nazwa administracyjna. Ominięty przez nas od północy Leżajsk, to miasto powiatowe na Podkarpaciu nad rzeką San, jest znane ze swojej bogatej historii, bazyliki z cudownym obrazem i organami, oraz z kultu żydowskiego cadyka chasydów, Elimelecha. Nocowanie w Domu Gackim było wygodne mimo iż obowiązywał tutaj ścisły regulamin chroniący obiekty i bogate wyposażenie izby hotelowej, mające charakter niemal muzealny. Dosłownie wszystko, nawet wieczorne i poranne mycie cechowało się oryginalnym ludowym instrumentarium z epoki początku dwudziestego wieku, aż do końca lat dwudziestych, trzydziestych tego okresu. Po porannym uprzątnięciu izby noclegowej, zamknęliśmy dom i klucze zdaliśmy u nocnego dozorcy skansenu. Śniadanie zjedliśmy z dojazdem w barze mlecznym, nieopodal Rynku przy cudnym ratuszu z wysoką wieżą i galeryjką strażniczą.  Dalej przez Jarosław, Radymno, Przemyśl, Sanok, Zagórz, Lesko, Uherce do Myczkowiec. Jak widać wybraliśmy świadomie trasę dłuższą aby nie ominąć atrakcji które zaplanowaliśmy odwiedzić. Ośrodek w Myczkowcach był pięknie położony na wzgórzu nad szosą Uherce – Bóbrka, z cudownym widokiem na dolinę Sanu ze sztucznym jeziorem, tamą i elektrownią wodną Myczkowce. Ośrodek był całkowicie ogrodzony i zawierał dom socjalny z kuchnią, stołówką z tarasem, nieźle wyposażony węzłem sanitarnym z umywalnią, prysznicami, toaletami, salą świetlicową z telewizorem oraz wrzutowymi automatami telefonicznymi. Kwatery wczasowiczów to dobrze wyposażone domki kampingowe, posadowione na wypoziomowanych platformach wyciętych bezpośrednie z pochyłości wzgórza. Domek miał wiatrołap za drzwiami wejściowymi, kuchenkę z czajnikiem elektrycznym, otwartą umywalkę (syfon umywalki wyprowadzony bezpośrednio poza podłogę domku, wprost na wzgórze terenu), lodówką oraz pokój wielofunkcyjny z wygodnymi tapczanami jednoosobowymi. W dolnej części wzgórza wycięto i wypoziomowane boiska do siatkówki i koszykówki. Na końcu terenu przed siatkowym ogrodzeniem, wyznaczono miejsca parkingowe ale na mocno pochyłym terenie. Za ogrodzeniem było już tylko strome piaszczyste urwisko i szosa. Wolne było tylko jedno miejsce w samym narożniku ogrodzenia terenu i tam zaparkowałem trampka przodem do ogrodzenia. W sumie to było dobre miejsce bo… gdy wkrótce podjechała kolejna rodzina Polonezem a „kierowca” pozostawił pojazd na wzgórzu (obok boiska) jedynie na biegu, wysłał nastoletniego synka po dokumenty pozostawione w kabinie a właściwie na fotelu kierowcy. Chłopiec podbiegł do samochodu od strony pasażera i sięgając dokumenty zwolnił dźwignię biegów. Samochód niemal natychmiast rozpoczął staczanie w kierunku parkingu, chłopiec szczęśliwie zdołał wyskoczyć, przewracając się na wzniesieniu, jednak nic mu się nie stało. Widziałem to wszystko z góry lecz, kompletnie nic nie mogłem już zrobić. Pobiegłem w stronę chłopca a potem byłem pierwszy na miejscu stłuczek. Polonez uderzył w trzy kolejne samochody a zatrzymał się na czwartym, naszym Trampku – urywając mu lewą część tylnego zderzaka. W Trabancie szkody okazały się najmniejsze bo trzy poprzednie samochody uderzone w tyły czy przody nie pamiętam, uderzyły drugą stronę w siatkę ogrodzenia, która o dziwo napór ten wytrzymała. Gdyby płot runął to karambol byłby niewyobrażalny, ponieważ tam dalej (jak pisałem), było już tylko strome piaszczyste urwisko. Mój zwój drutu okazał się wystarczający na kolejną naprawę a Trampek z odrutowanymi zderzakami, sprawny i zdolny do dalszej jazdy.  Trafiliśmy na dwa tygodnie stabilnej, słonecznej pogody. Rozgrywaliśmy nieraz po kilka meczy dziennie w mikstach i deblach, kilkadziesiąt meczy badmintonowych przez wysoką siatkę boiska do siatkówki. Ja w parze z Anią lub Adamem a po drugiej stronie siatki 19′ to latek instruktor KO i jego 18′ to letnia koleżanka. Mieliśmy nie łatwo ale byłem bardzo zadowolony z faktu że nasze dzieci nabrały sportowej werwy i turniejowej wprawy. Podczas pobytu zrobiliśmy samochodowy wypad nad jezioro i tamę w Solinie. Ponadto nasze kierownictwo turnusu, jako stałe punkty programu zaoferowało dwie bardzo atrakcyjne piesze wycieczki. Pierwsza do tamy i elektrowni wodnej Myczkowce a druga do szkółek hodowlanych i rezerwatu wilka nadleśnictwa Brzegi Dolne (obecnie nadleśnictwo Ustrzyki Dolne) w lasach okolicy Orelca. Dojście poprzez przepiękną tamę do elektrowni wodnej, zwłaszcza zwiedzanie jej technicznego wnętrza, widoki turbiny oraz kilkumetrowego wolnoobrotowego generatora a szczególnie nastawni zrobiło na mnie wielkie wrażenie. I ten niewielki szum generatora, wentylacji oraz kojący plusk wody, porównywałem do bardzo trudnego do zniesienia hałasu turbogeneratorów, znanych mi od lat elektrowni klasycznych – dotąd byłem fanem sprawności energetycznej a tutaj po raz pierwszy stawałem się fanem zielonej oraz odnawialnej energii i pozostaję nim do dzisiaj. Druga wycieczka kilkunastokilometrowa, pozostawiła równie niezatarte wrażenia emocjonalne i wizualne. Leśnik który był naszym przewodnikiem doprowadził wycieczkę do sobie dobrze znanego miejsca przy ogrodzeniu z grubej siatki, mieszczącym młodniki sosnowe, przecinane pagórkami czy piaszczystymi rowami. Leśnik podszedł do siatki i stuknął w druty ogrodzenia. Po chwili z pobliskiego parowu wybiega wilczyca, zbliżywszy się do płotu na około dwa metry…bezgłośnie obnażyła przerażająco długie białe kły, osadzone w nienaturalnie szerokim i długim pysku. Odbiega na bok w lewo, prawo i bezszelestnie znika za wierzchołkiem parowu. Leśnik rozpoczyna gawędę o zwyczajach wilków, mówi kiedy jak i dlaczego, zamknięto je tutaj w terenie ogrodzonym bardzo grubą siatką, wkopaną w piaszczysty teren lasu na głębokości 1,5 metra. Wyjaśnia zagadkowo, dlaczego wilki zamknięto w terenie oficjalnie definiowanym jako zespół szkółek rozsadnikowych oraz młodników gatunkowych Orelec.

W latach 1982 – 1986 kilkakrotnie przebywaliśmy na rodzinnych turnusach wczasowych w okolicach Sulejowa Polany. Początkowo w 1982 i 1985 bywaliśmy w naszym kempingowym Zakładowym Ośrodku Wczasowym PZGraf w Łodzi. Mieścił się na samym końcu drogi leśnej noszącej miano Polany. W 1983 byliśmy w Ośrodku Wczasowym Komitetu Radia i Telewizji w Ustroniu Górskim a w 1984 w Szklarskiej Porębie. W lecie 1986 roku i zimą 1987, byliśmy rodzinnie w Ośrodku Szkoleniowo Wypoczynkowym Służby Więziennej w Sulejowie Polance, mieszczącym się w połowie drogi od szosy 74 do Murowańca.

Jagódka w lipcu 1986 roku pełniła dyżur wakacyjny jako wicedyrektor Zespołu Szkół Mechanicznych nr 2. W tym czasie w holach i korytarzach pierwszego piętra wykonywane były prace remontowe. Powierzchnie posadzek betonu lastriko pokrywane były wylewanymi, poliuretanowymi nawierzchniami żywicznymi typu PU. To były wielkie obszarowo powierzchnie które należało pokryć równo i szybko płynną warstwą żywic, należało to zrobić szybko i dokładnie. Wykonawcy POLYCHEM podzielili ten obszar na trzy części poczynając pracę od obszaru środka, potem lewy w stronę klatki schodowej północnej, po czym planowali prawy w stronę klatki południowej. wszystkie okna w holach i korytarzach oraz w pokoju wicedyrektorów były otwarte. Okazało się że koncentracja oparów chemicznych była tak duża że Jagódka poczuła się bardzo źle, omdlała na korytarzu, szczęśliwie na oczach nadzoru firmowego. Wezwano Pogotowie Ratunkowe tzw. R, po wstępnej wentylacji tlenem i ocuceniu z omdlenia, ambulansem R na sygnale dźwiękowym, przewieziono Jagódkę do Oddziału Zatruć Instytutu Medycyny Pracy na ulicy Teresy. Tam zaczął się długotrwały proces diagnostyczny powiązany ze specjalistyczną terapią płuc a głównie oskrzelików które zareagowały skurczem, podobnym w naturze do przebiegu astmy. Leczenie szybko przyniosło pozytywny efekt, Jagódka normalnie funkcjonowała ale przy sobie zawsze musiała mieć inhalator. Niekorzystnym zjawiskiem była dramatyczna skurczowa reakcja oskrzelików w konfrontacji z intensywnym zapachem np. lilie, konwalie, bzy. Szczególnie silna była reakcja na dymy podczas smażenia mięsa, ryb czy nawet naleśników oraz pieczenia ciasta. Najbardziej dramatycznie było na wiosnę 1986 roku gdy pojechaliśmy Trabantem do rodziców na Żabieniec gdzie zbierała intensywnie kwitnące konwalie leśne w duży bukiet. W pewnym momencie usłyszałem świszczący oddech i szukanie w kieszeni inhalatora… a tam go nie było. Nie żegnając się z rodzicami szybko wsiadamy do Trampki i gnamy na łeb na szyję trąbiąc klaksonem i przejeżdżając skrzyżowania na czerwonym świetle do Szpitala Wojskowego na Żeromskiego. Pomagał pęd powietrza i przeciąg z otwartych obustronnie okien bocznych. Tak trwało do 1988 roku gdy Jej lekarz prowadzący a jednocześnie przyszły Profesor Medycyny Paweł Górski prof. dr hab. n. med. Paweł Górski , zdecydował o pogłębienie badań w kierunku alergologicznym i skierowaniu wniosku o uznanie choroby zawodowej oraz renty z tytułu inwalidztwa oddechowego. Dwa pobyty Jagódki jesienią 1988 i wiosną 1989 roku, momentami dramatyczne badania skutkowały zmianą terapii na zastrzyki sterydowe w cyklach kilku miesięcznych oraz przyznaniem grupy i renty inwalidzkiej.

Lato 1987 roku to pierwsza podróż na wczasy rodzinne autobusem dalekobieżnym, każdy z nas obarczony podręcznym bagażem a ja wózeczkiem ciągnę dwie duże walizki bagażu. Jedziemy autobusem dalekobieżnym o punkcie docelowym Krynica – Zdrój. My rodziną wysiadamy na małym wiejskim przystanku Barcice nad Popradem. To właściwie takie wylotowe przedmieście Starego Sącza za którym wiedzie kręta, przepięknie malownicza trasa 87 szlakiem podgórskich uzdrowisk Rytro, Piwniczna na lewym brzegu Popradu zaś za Piwniczną, Łomnicą przez stary most (rozmontowany w 2014 roku), wiedzie prawobrzeżną niesłychanie malowniczą trasą brzegiem Popradu,  przez Żegiestów i Muszynę do Krynicy Zdroju. Łatwo znajdujemy naszą wczasową kwaterę prowadzoną przez rodzinę Porębskich „babcię Porębską” i rodzinę Jej przysposobionej córki, prowadzącą wczasową stołówkę dla kilku wczasowych rodzin. Niesłychanie miła i przyjazna Pani Porębska już na wstępie prosiła aby w ten sposób, familiarnie zwracały się do Niej nasze dzieci. Tam w tym domu pełnym ciepła i życzliwości, spotkaliśmy żywą historię Jej życia w czasie wojny oraz w latach powojennych. Tam też pierwszy raz usłyszeliśmy od Niej niesłychanie doświadczonej kobiety że mamy „wojnę Jaruzelską”. Nasze dzieci niesłychanie polubiły gawędy babci Porębskiej o dziejach jej pracy i życia, ceniły bardziej niż nasze propozycje spacerów czy wycieczek. Ponieważ sam pasjonuję się dziejami swoich przodków z obu rodzin oraz historią walk wojny, partyzantki oraz wojennych formacji konspiracyjnych, skrótowo nawiążę do historii życia pani Porębskiej na tle wojennych oraz powojennych dziejów Podhala (Podtatrza). Podczas II Wojny Światowej młoda Porębska „Sarenka”, działała jako przewodniczka przez Słowację i dalej na Węgry, przeprowadzała niewielki grupy uchodźców politycznych, uciekinierów z obozów zagłady oraz innych ważnych osób m.in. kurierów rządu na uchodźctwie. Działała w organizacji konspiracyjnej zgodnie z rozkazami przychodzącymi z dowództwa. Prawdopodobnie należała do Konfederacji Tatrzańskiej oraz powołanego w niej, konspiracyjnego Oddziału zbrojnego Dywizja Górska. Organizacje powstałe w sprzeciwie społecznym skierowanym ku krzeptowszczyźnie, zakopiańskiej zdradzie i kolaboracji z Niemcami. To są tylko moje przypuszczenia, hipotezy oparte o opowiadania pani Porębskiej z Barcic. Opowiadała ciekawie o spotkaniach w tamtym okresie 1941 -1942 w rejonie Turbacza oraz współpracy z Józefem Kurasiem wtedy noszącym pseudonim „Orzeł”. W 1942 roku na skutek zdrady nastąpiło rozbicie struktur i aresztowania kierownictwa Konfederacji i Dywizji. Przetrwał jedynie Oddział „Orła”, jednak po pacyfikacji jego rodzinnej miejscowości Waksmund w 1943, spaleniu domu oraz wymordowaniu jego bliskich Józef Kuraś zmienił pseudonim na „Ogień” i przystąpił do struktur AK w obozie pod nazwą „Wilk” „Ogień” . W tym czasie młodej pani Porębskiej ze względów bezpieczeństwa, zakazano powrotu z Węgier do kraju. Babcia Porębska podkreślała że nigdy nie nauczyła się dobrze gotować ale potrafiła doskonale organizować pomoc, aprowizację, personel kuchni, stołówki czy zaplecza gospodarczego. Potrafiła wybrać najchętniejsze, pracowite, najbardziej obrotne i dobrze gotujące „dziobki” do pomocy w kuchni i stołówce. A tych kuchni i stołówek w różnych miejscowościach, różnych obozach uchodźczych Węgier oraz przeróżnych organizacjach pomocowych okresu wojny, dla których z powodzeniem pracowała było bez liku Polacy na Węgrzech 1939-1945 . Po wojnie także pracowała dla Gminnych Spółdzielni, Kół Gospodyń Wiejskich, Ośrodków Wczasowych oraz wielu innych, zawsze jako osoba zarządzająca gastronomią czy aprowizacją oraz handlem. Wściekła na UB-owców i KBW-jaków wykonujących rozkazy komunistów partii PPR, roniła łezkę na wspomnienie straty małoletniego syna pojmanego podczas ostatecznej akcji likwidacyjnej „Ogniowców”. Aresztowani winni nie winni około 1950 roku, byli więźniami w katowni UB Montelupich w Krakowie. Podobno zginął podczas ucieczki kilku osadzonych. Miejsce pochówku syna pozostawało dla niej nieznane, nie spodziewała się że to kiedyś zostanie ujawnione. Dała się zaprosić i wstąpiła w szeregi ZBOWiD aby siłą argumentacji i doświadczeń życia, mieć wpływ na to jak działa ta organizacja…przynajmniej w Małopolsce. Jak już pisałem gawędy Babci Porębskiej także dla nas były żywą lekcją historii zakazanej w stalinowskich podręcznikach z których nas uczono, zakłamywaną historią niezłomnych żołnierzy podziemia niepodległościowego, żołnierzy wyklętych, jakże często określanych haniebnym mianem „bandytów” w powojennej Polsce Ludowej.

Smardzewice nad Pilicą to piękna historyczna miejscowość w niewielkiej odległości od Tomaszowa Mazowieckiego DN Do Smardzewic 1921. Tutaj zlokalizowano tamę, zaporę z trzyprzęsłowym jazem oraz niewielką dwuturbinową elektrownię wodną Kaplana o mocy 3,6 MW, wbudowaną w kanał spustowy tamy Zbiornika Sulejowskiego. To była nasza druga podróż na wczasy letnie autobusem docelowo do Opoczna w 1988 roku. Wysiedliśmy z autobusu na przystanku za tamą na Pilicy a stąd już pieszo ulicą Klonową nad brzegiem zalewu, do Ośrodka wypoczynkowo – rekreacyjnego CZGS Samopomoc Chłopska. Ten obiekt pod względem leśnego położenia w bliskim dostępem do zalewu, wyglądu budynków czy też hotelową komunikacją wewnętrzną, wyposażenia budynku w miękkie chodniki, standardu pokoi z tarasami czy wygody zaplecza gastronomicznego, spełnił nasze oczekiwania. Posiłki były smaczne oraz jak na ten trudny czas gospodarczy, kaloryczne i urozmaicone owocami czy warzywami. Pamiętam że nie trafiliśmy na słoneczną upalną pogodę a raczej na warunki spacerowo barowe. Byliśmy jeszcze młodzi i zdrowi a nasze dzieci dorastające do dorosłości, spędzaliśmy czas na licznych dość dalekich spacerach do Borków, do przepięknego Sanktuarium św. Anny Samotrzeciej z położonym na wewnętrznym cmentarzu grobowcem rodu Makomaskich, do rezerwatu żubra i bizona Zwierzyniec Książ (obok linii kolejowej Tomaszów – Opoczno), do kopalni piasków kwarcowych Biała Góra w tym przejście ulicą Jeneralską, do rezerwatu Niebieskie Źródła w sąsiedztwie Tomaszowa. Często odwiedzaliśmy smażalnię ryb w pobliżu plaży nad zalewem i zajadaliśmy przepyszne płaty świeżo smażonego sandacza. Tamę oraz plażę czy otoczenie gastronomiczne, często odwiedzaliśmy zarówno wcześniej Trabantem jak i później po wielu latach, ostatnio Toyotą z wnuczką Niną, jako trasa wycieczkowa Tomaszów, Smardzewice, Nagórzyce podczas pobytu w Spale latem w 2019 roku. Współcześnie ośrodek jest znanym w całym kraju komercyjnym Centrum Konferencyjno – Rekreacyjnym MOLO. Obiekt zaplecze gastronomiczne oraz rekreacyjne czy sportowe zmieniło się na korzyść, jest prawdziwie europejskim ośrodkiem hotelowym z bazą fitness, spa, basen, sport, molo zaś Smardzewice to teraz przepiękne miejsce do pracy i zamieszkania.

W lecie 1989 roku, ponownie postanowiliśmy wybrać się na indywidualnie organizowany, rodzinny pobyt wczasowy w Sulejowie Polanie w kwaterze prywatnej, starym piętrowym domu krytym dachówką, z tarasem i sadem. Nasz Zakładowy Ośrodek kempingowy w Sulejowie Polance został sprzedany za niewielkie pieniądze TKKF Dzikusy z przeznaczeniem na Ośrodek kolonijny dla młodzieży. W znanym nam z uprzednich pobytów Ośrodku Więziennictwa, udało się wykupić jedynie obiady zaś kolacje i śniadania organizowaliśmy we własnym zakresie korzystając ze sprzętu kuchennego kwatery na ulicy Leśnej. Jak już pisałem to były trudne czasy ale byliśmy zahartowani w ich pokonywaniu, potrafiliśmy się cieszyć ze wszystkich chwil spędzonych razem w pięknym leśnym otoczeniu. Byliśmy bez samochodu a Ciuchcia już nie kursowała na znanej nam trasie, pozostawały piesze wycieczki głównie sentymentalne powroty do wielu dawno nie widzianych miejsc jak Sulejów – plac Straży i wapienniki nad Pilicą w stronę Białej, Podklasztorze i jego przecudne leśne okolice, trasa starorzeczem Pilicy, ujście Luciąży i teren ruin Murowańca. Bywaliśmy także we Włodzimierzowie i bezskutecznie próbowaliśmy przejść dawną spacerową trasą wiodącą urwistymi zakolami Luciąży w lewobrzeżnym Przygłowie. To nie była wyprawa udana, teren podzielono na działki letniskowe z licznymi ogrodzeniami, między nimi nie zachowano dawnych ścieżek a właściwie nie dostrzegliśmy tam żadnych przejść w kierunku rzeki. Nie było czasu aby dokładnie poznać topografię terenu po to by poznać nowe trasy przejść dla pieszych. Przeszliśmy na drugą stronę szosy 74 w kierunku ulicy Energetycznej aby przejść obok działki generała Mirosława Hermaszewskiego i tedy dotrzeć obok nowego osiedla, dalej ulicą Polanka do naszej Leśnej.

 W drugiej połowie sierpnia Jagódka jako wychowawczyni męskiej grupy młodzieżowej kolonii letnich Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Łodzi (Policja od 6.4.1990), wyjechała wraz Anią jako społeczną asystentką wychowawcy do Jarosławca nad Bałtykiem. Zachowało się kilka slajdów z wycieczki zorganizowanej przez Kolonię do Gdyni z okazji otwarcia zwiedzania Daru Pomorza przy Nabrzeżu Pomorskim (Skwer Kościuszki) w Gdyni jako statek-muzeum. W tym samym czasie Dar Młodzieży (wprowadzony do służby w 1982 r.) był aktywnym żaglowcem szkolnym Wyższej Szkoły Morskiej (obecnie Akademia Morska) w Gdyni, realizującym rejsy szkoleniowe i biorącym udział w regatach, a jego portem macierzystym była Gdynia. 

W roku 1990 postanowiliśmy wybrać na miejsce rodzinnego wypoczynku letniego, Ośrodek Wczasowy Almatur w Księżych Młynach nad Wartą. Ośrodek położony przy leśnej, nadwarciańskiej drodze będącej odnogą trasy 478 łączącej Poddębice z Kaliszem a łączącej się z nią w pobliżu miejsca posadowienia tamy Zalewu Jeziorsko w Łyszkowicach. Dojechaliśmy tam rejsowym autobusem PKS relacji Łódź – Sieradz przez Poddębice, Łyszkowice i Wartę. Warunki w hotelowcu Almaturu nie były rewelacyjne. Obiekt wybudowany według projektu podobnego do hotelowca w CZGS Samopomoc Chłopska w Smardzewicach, był dużo gorzej wykonany. Korytarz – hol komunikacyjny nie posiadał ani dywanowej wykładziny ani odpowiednio strojnego oświetlenia ani wystroju ścian w postaci tapet czy obrazków ani najmniejszych roślin czy innych dekoracji. Ponadto drzwi do pokojów hotelowych były tak niedopasowane do futryn że od podłogi była kilkucentymetrowa, puszczająca światło i hałas niczym nie wypełniona szczelina. Hałas dobywał się z niewytłumionego chodnikiem korytarza oraz z sąsiednich pokoi, stawał się momentami nie do zniesienia. Gastronomia była na niezłym poziomie, posiłki były smaczne serwowane regularnie, kalorycznie były wystarczające więc nigdzie nie trzeba było szukać i niczego ekstra dokupować. Ośrodek posiadał dwa nieźle wyposażone korty tenisowe i wypożyczalnię rakiet oraz piłeczek tenisowych. Od pierwszego dnia pobytu rozpoczęliśmy treningi oraz doskonalenie naszych początkowych umiejętności tenisowych. Treningi nasze nie były zbyt częste z uwagi na jakość rakiet, były to ciężkie rakiety aluminiowe z grubą żyłką nylonową. Rakiety były zbyt ciężkie dla młodych nadgarstków i stawów łokciowych. Wprowadziliśmy więc ścisły reżym, nie więcej niż 1 godzina dziennie, dwie rundy po pół godziny ja z Anią a potem ja z Adasiem. Pogody plażowej na niewielkiej piaszczystej plaży wewnętrznej nad Wartą nie było zbyt wiele, korzystaliśmy więc ze spacerów nad brzegiem Warty, obserwując wysepki kormoranów i malownicze pola uprawowe wikliny użytkowej. Dwukrotnie wydłużyliśmy naszą trasę spaceru aż do tamy, pięknego zbiornika Jeziorsko w Łyszkowicach. Wracaliśmy szosą korzystając ze ścieżek wiodących przez przepiękne sosnowe lasy. Postanowiliśmy także że drogę powrotną odbędziemy z przesiadką w Sieradzu a dalej rejsowym autobusem relacji Wrocław – Warszawa dosiadając się w Sieradzu lub jeśli będzie dogodne połączenie to koleją PKP do Łodzi Kaliskiej. W połowie turnusu organizator zaproponował odbycie całodziennej wyprawy, której celem będą dwa punkty zwiedzenia z przewodnikiem : 1. Obozu Eksterminacji Kulmhof z Pomnikiem Martyrologii i Ścianą Pamięci w Żabikowie obok Chełmna nad Nerem oraz 2. Sanktuarium MBB KP w Licheniu Starym nad malowniczym, całorocznie ciepłym jeziorem Licheńskim. Oczywiście to jeszcze nie było to miejsce jakie znamy współcześnie, Sanktuarium MB Bolesnej z wielką Bazyliką (erygowaną w 1994 roku). W 1990 było to znacznie więcej od pierwotnego miejsca kultu wizerunku MBB KP w niewielkim wiejskim kościele Św. Doroty i swojskiej okolicy z piaszczystą drogą i ławeczkami nad jeziorem, które pamiętaliśmy z naszej pierwszej wyprawy z dziećmi Trabantem do Lichenia około 1978 roku. Pielgrzymki, podróży przez Topolę Królewską, Dąbie, Chełmno, Koło malowniczą doliną Neru końca lat 70’tych. Pamiętam że byliśmy zmęczeni, było gorąco, dzieciom zachciało się pić i jeść. Nie byliśmy zbyt starannie przygotowani do tak długiej podróży szosami powiatowej kategorii. Długo rozglądaliśmy się i szukaliśmy w Licheniu jakiegoś sklepu lub gastronomii a nic dosłownie nic nie było. W końcu wróciliśmy do „cudownego” źródełka i napiliśmy się wody, także napełniając butelki opróżnione podczas jazdy. Głodni jakoś dojechaliśmy do Dąbia, tam pośpiesznie zjedliśmy smaczny obiad w miejscowej gospodzie GS.

FWP Leśnik, DW HANKA IV w Międzygórzu to był nasz letni wypoczynek rodzinny w 1991 roku. Jechaliśmy tam pociągiem pośpiesznym, dalekobieżnym ze stacją docelową Jelenia Góra. We Wrocławiu przesiadka na linię lokalną do Bystrzycy Kłodzkiej przez Ząbkowice Śląski, Bardo, Kłodzko. Tutaj przesiadka na autobus i po wielu godzinach podróży dojechaliśmy, to koniec trasy Międzygórze. Idziemy zameldować się w recepcji DW Hanka IV, to było z jednodniowym opóźnieniem. Tutaj następuje panika personelu, nasz pokój wczasowy został już jest wynajęty. Konsternacja, ale po krótkiej naradzie z dużym wahaniem proponują nam pokój rezerwowy tzw.  służbowy. Oświadczamy że jeśli nam będzie odpowiadał to weźmiemy. Recepcjonistka prowadzi nas na poddasze skąd z balkonu tarasowego wskazuje wąską, niezabezpieczoną, kładkę nad wnęką wielospadowego dachu tego budynku, wiodącą do drzwi pokoju kolejnej facjaty, poddasza oddalonego o około 4 metry. Ta kładka jest na wysokości około 1,5 metra nad dwu spadem dachu a ma około 30 centymetrów szerokości, recepcjonistka miała klucze więc przeszła pierwsza a ja za nią z lekkim wahaniem. Pokoik był niewielki, miał tylko dwa niewielkie wysoko ustawione okna, cztery łóżka  i nic więcej…żadnej szafy, szafek, stolika, krzeseł czy umywalki, toalety nie wspominając. Ta propozycja była dla nas nie do przyjęcia. W recepcji trwały narady i rozmowy telefoniczne a po kilkunastu minutach jest decyzja…dostajemy apartament w obiekcie wczasowym Pensjonat Milenium, położonym za mostem rzeki Wilczka, na górce po przeciwnej stronie ulicy Wojska Polskiego pod nr 9. Wtedy w 1991 roku na fali przemian społeczno-ekonomicznych ten willowy budynek, historycznie wchodzący w skład Hoteli Weiß, był świeżo po przebudowie, remoncie adaptacyjnym do funkcji pensjonatu dla turystów z obszaru „dewizowego”. Pokój na pierwszym piętrze z wnęką kuchenną i toaletą z kabiną prysznicową, prezentował się bardzo okazale, pachniał nowością mebli oraz wykładzin dywanowych.

Warunki w Pensjonacie Milenium bardzo nam odpowiadały i można powiedzieć że uratowały nasz wypoczynek gdyby nie poważny problem który ujawnił się już pierwszej nocy. Jagódka dostawała masywnych duszności ale tylko wtedy gdy leżała na tej nowiutkiej wersalce którą zajmowała. Pomyśleliśmy od razu o sytuacji która wystąpiła w mieszkaniu na Piotrkowskiej w Łodzi gdy w drodze z pracy do domu zakupiła nowe buciki letnie na spodach odlewanych z poliuretanu. Ponieważ dostawała duszności szczególnie w przedpokoju gdzie na stojaku obuwia postawiła nowe buciki. Wyniosłem je do komórki i w tym momencie duszności i kaszel ustąpiły jak ręką odjął. Stwierdziliśmy więc że ta nowa kanapa z wyściółką tapicerską z pianki poliuretanowej była przyczyną duszności. Jagódka była już wtedy po orzeczeniu astmy zawodowej z uczuleniem na rozpuszczalnik mas poliuretanowych o nazwie diizocyjanian toluenu (TDI) w trakcie terapii sterydami od ubiegłego 1990 roku. Mimo to zdecydowaliśmy dojechać na konsultacje lekarskie w Kłodzkim Pogotowiu Ratunkowym. Podjechaliśmy tam autobusem i szybko dostaliśmy się do lekarza, który okazał się łodzianinem z urodzenia i wykształcenia. Po wysłuchaniu świstów i pisków oskrzelowych stwierdził że paniki nie ma, trzeba wystawić tą kanapę z pokoju jak najdalej a nocować choćby na polówce. Tak zrobiliśmy po powrocie i ten sposób okazał się radykalnie skuteczny. Ataki duszności podobne do tych z pierwszych nocy, nie wystąpiły do końca naszego pobytu w Międzygórzu. Spacery po przepięknej okolicy nie sprawiały Jagódce większych trudności poza jednym z dłuższym odcinkiem pod górę, wyprawą szlakiem Powstańców Śląskich oraz dalej niebieskim aż do Sanktuarium Maria Śnieżna na górze Iglicznej. Inne trasy spacerowe jak : przepiękną trasą nad wodospad Wilczki przez Jej Rezerwat, czy do zapory zbiornika retencyjnego rzeki Wilczka w dolnym Międzygórzu a nawet długie spacery obok najpiękniejszego budynku, dawnego sanatorium a wtedy FWP Gigant – do Ogrodu Bajek, czy ulicą Śnieżną obok FWP Widok aż do stacji GOPR w górnym Międzygórzu jeszcze ulicą do skoczni i dalej kawałeczek szlakiem w kierunku masywu Śnieżnika, wszystko to Jagódka znosiła bez większych problemów.

Początkowo nadążaliśmy z głównym trzonem grupy wczasowiczów lecz z upływem czasu następowały coraz częstsze kryzysy oddechowe u Jagódki. Ale ostatecznie dała rade i zwiedziliśmy cały obszar wzgórza Iglicznej której szczyt to niesamowity punkt widokowy na całą ziemię Kłodzką oraz wzgórza masywu Śnieżnika. Obok nieco poniżej jest kościół z 1882 roku, w ołtarzu kopia cudownej figurki MBŚ – Przyczyny Naszej Radości z Maria Zell w Austrii oraz wszystkie budynki Świątynne. Powrót był już dużo łatwiejszy bo z górki i z przeświadczeniem dokonanej pielgrzymki dziękczynnej.

Decyzja wyboru Miedzygórza z perspektywy lat i doświadczeń letniego wypoczynku była jedną z najbardziej udanych. To przepiękna miejscowość z niepowtarzalnym klimatem, położeniem i bardzo bogatą historią ujmującą całą paletę zasłużonych założycieli HotelLauneMG, pamiętnych dla rozwoju budowniczych a nade wszystko, zachwyconych wielu pokoleń gości i wczasowiczów tutaj  wypoczywających. Stuprocentowo trafnym jest określenie  Międzygórze doliną beztroski.

Wyruszając na dalszą wyprawę do Ogrody Bajek, wybraliśmy trasę piękną ulicą Sanatoryjną, gdzie pod nr 5 przechodziliśmy obok budynku FWP DW Gigant, zbudowanego w 1882 roku jako Sanatorium dr Janischa Gigant. Był to wtedy i jest nadal największy budynek drewniany typu ryglowego w całym paśmie gór Sudetów. Po II Wojnie Światowej obiekt trafił w 1949 roku pod zarząd FWP. Od tego czasu nie pełnił funkcji Sanatorium Chorób Płuc ale Domu Wczasowego FWP Gigant. Współcześnie okolice Międzygórza zniszczyły powodzie w latach 1997 oraz 2024, gdy otoczenie prywatnego od 2014 roku, budynku „D. W. Gigant 1882” bardzo ucierpiało.

Spacer do wodospadu rzeki Wilczki to najpiękniejszy ze wszystkich odbytych w tym urokliwym otoczeniu. Ten cud natury powstał na linii uskoku tektonicznego, gdzie rzeka Wilczka spada z wysokości 22 m do kotła i dalej płynie wąskim wąwozem na kształt kanionów amerykańskich. Współcześnie od 2018 udostępniony  obszar Rezerwatu Wodospad Wilczki w nowej odsłonie. Lasy Państwowe przeprowadziły wtedy kompleksową oraz kosztowną rewitalizację terenu. To ważne bo dzięki tym działaniom obszar stał się łatwiej dostępny oraz bardziej bezpieczny. Nad samym wodospadem znajduje się historyczny mostek jeszcze z czasów Marianny Orańskiej, która zakochała się w tym miejscu. To na jej zlecenie przeprowadzono tutaj pierwsze prace, udostępniono obszar turystycznie, a sama księżna zamieszkała tuż obok na wzniesieniu w swoim dworku myśliwskim. Wodospad wraz z najbliższym otoczeniem objęty jest od 1958 roku ochroną i tworzy rezerwat przyrody „Wodospad Wilczki”.

20 grudnia 1991 roku zawarłem z moją Drukarnią Prasową SA umowę pożyczki na kwotę 28 mln złotych polskich. Obie strony czyli Zarząd i ja byliśmy zainteresowani, szybkim rozwiązaniem mojego problemy komunikacji samochodowej w razie wezwań do Zakładu w celach służbowych przed i po godzinach pracy, zwłaszcza nocą. Pomyślałem że skoro nie wykorzystałem pierwszej szansy korzystnej pożyczki na zakup samochodu w 1985 roku, to wykorzystam ostatnią szansę na korzystny kredyt przed zbliżającą sie nieuchronnie stabilnością finansów publicznych i denominacją złotego. Pożyczka rozłożona była na dwa lata spłat przy korzystnym oprocentowaniu 1/2 odsetek a’vista w PKO BP, to były dobre warunki, wyjątkowo dobre. Po otrzymaniu pieniędzy musiałem przeczekać zastój biznesowy świąteczno-noworoczny ale już 13 stycznia 1992 nabyłem w Warszawie wstępnie dogadaną Ładę Samarę Berlinkę 1,5 GL za 45 mln złotych polskich. Mimo że nie lubię wymieniać sum ale zrobiłem to celowo a by współczesnym czytelnikom uświadomić w jakim punkcie znajdowało się polskie społeczeństwo, jak mierzyliśmy się każdego dnia z galopującą inflacją, rosnącymi cenami oraz bezrobociem. Jak każdego dnia nabieraliśmy szacunku do miejsca pracy, godnych warunków pracy i godnej płacy. To była szkoła podobna do tej w poprzednich pokoleniach moich dziadków z okresu Marki Polskiej przed reformą Władysława Grabskiego, czy moich rodziców z powojennego okresu stalinizmu, kartek i złodziejskiej wymiany słabej waluty tzw. Bierutówek. Pamiętny 1992 to rok maturalny Ani w XIII LO im. Marii Piotrowiczowej przy Eliasza Chaima Majzela 4 (Zuli Pacanowskiej 4) w Szkole którą sama wybrała z uwagi na rozszerzony program języka francuskiego, obowiązkowymi godzinami zajęć w języku francuskim oraz z maturę rozszerzoną z języka francuskiego. Doskonale poradziła sobie z tymi wyzwaniami zdając maturę na 6. Zdała egzamin wstępny, rozpoczynając studia wyższe magisterskie na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego zamierzając dyplomować się na kierunku Prawo Unii Europejskiej. Adaś po ukończeniu XXI LO im. Bolesława Prusa przy Mikołaja Kopernika 2, zdał egzamin i został przyjęty w 1989 roku na studia magisterskie w Wydziale Ekonomicznym Uniwersytetu Łódzkiego, na kierunku Informatyka Ekonomiczna u prof. dr hab. inż. Jerzego Stanisława  Zielińskiego. Adaś i Ania oboje już dorośli i samodzielni, doskonale radzili sobie w nauce i w życiu.

Nasze plany wakacyjnego rodzinnego wyjazdu zostały przez Anię i Adasia zaaprobowane tylko dla tego, że pojedziemy pierwszy raz w długą trasę, naszym dużym samochodem Ładą Samarą i to do miejsca które doskonale znali oraz bardzo mile wspominali z poprzednich pobytów w Ustroniu Górskim, nad Wisłą w dawnym Ośrodku Wczasowym Komitetu Radia i Telewizji (obecnie Sanatorium Złocień przy Szpitalnej). Zaplanowaliśmy na nasz pobyt letni w Ustroniu krótki jednodniowy wypad do Cieszyna i Czech, chcieliśmy także zwiedzić słynną Kuźnię Ustroń (1772 za księcia sasko-cieszyńskiego Albrechta Kazimierza, Muzeum Huty Klemens) KuźniaUstroń i odnaleźć legendarną willę Edwarda Gierka położoną w centrum Ustronia przy ulicy Zielonej WillaGierka. Ponadto wypad i spacer po słynnym, handlowym obliczu pobliskiej Wisły. Oczywiście także wjazd krzesełkami na Czantorię i spokojne zejście pieszym szlakiem wędrówek. Oczywiście gastronomia i handel samego Ustronia także była w naszych planach pobytowych. Podsumowaniem tego pamiętnego roku było nasze 25 lecie, 16 grudnia blisko przed Świętami.

© copyright by Wojciech Kazimierz Jeneralczyk

Nieznane's awatar

Autor: wojweb

Emerytowany inżynier energoelektronik, badacz-pasjonat dziejów rodzin Jeneralczyk i Rulczyński. Urodzony w Łodzi 1.10.1944 roku.

2 myśli na temat “Moja rodzina i nasze życie”

  1. Ciekawe zdjecia . czytalam zainteresowanie. Czy mozna podzie;lic sie niektorymi zdjeciami i informacjami z Lodzi na Lodzkim Wehikule Czasu ?

    Polubione przez 1 osoba

    1. Tak, bardzo proszę, dziękuję za zainteresowanie. Zdjęcia pokazują skany oryginalnych kart pocztowych (widokówki z tamtych lat).
      Zapraszam do pozostałych rozdziałów bloga. Pozdrawiam Wojtek

      Polubienie

Dodaj odpowiedź do wojweb Anuluj pisanie odpowiedzi