Moje prace i pasje

ELTA : Jeszcze przed ukończeniem studiów politechnicznych, pojechałem tramwajem 44 do FTiAT Elta przy Aleksandrowskiej 67/93 do pana Andrzeja Klamuta, kierownika działu Kadr i Szkolenia celem podpisania umowy przedwstępnej na staż w Dziale Konstrukcyjnym Przekształtników. Dzięki temu miałem zapewniony staż pracy w firmie która była mi zawodowo najbliższa. Moim inżynierskim zamiłowaniem podczas studiów, stało się konstruowanie, wykonywanie oraz badanie nowych rozwiązań energoelektroniki. Nie pociągała mnie na tamtym etapie startu zawodowego, radiotechnika czy elektronika powszechnego użytku (radioodbiorniki, telewizory, szafy grające etc.). Pasją stała się elektronika przemysłowa i energoelektronika.

Pierwszy angaż otrzymałem na stanowisko konstruktora stażysty w Pracowni Sterowania i Regulacji Biura Konstrukcyjnego Przekształtników, kierowanej przez dr inż. Bogdana Łapińskiego. Pracę zaczynałem w dniu 4 kwietnia 1969 roku o godzinie 7:00. Okazało się że wiele osób personelu inżynieryjnego Laboratorium Aparatów Elektrycznych i Przekształtników w tym kierownik inż. Jędrzejewski czy mgr inż. Ostrowski, inż. Wasiak, inż. Czechowski – pamiętają mnie z czasów praktyki laboratoryjnej, odbytej podczas półrocznego kursu praktyk robotniczych 1963/ 1964 roku. Z tego okresu także ja dobrze zapamiętałem niezwykłego fachowca mgr inż. Stanisława Sakowicza, konstruktora układów sterowania i regulacji, mojej pracowni Biura Konstrukcyjnego Przekształtników w której odbywałem staż inżynierski. To była dla mnie niezwykle korzystna sytuacja, Staszek Sakowicz stał się moim cicerone i guru w jednej osobie. Mój staż zaczynał się w bardzo ważnym momencie bowiem zbliżały się a nawet trwały techniczne i laboratoryjne próby oraz odbiory konstruktorskie, dwóch prototypów ważnych dla Pracowni SiR. Projekty nowatorskich opracowań dotąd nie produkowanych wyrobów energoelektroniki. Pierwszy USR – układ samoczynnej regulacji, stanowiący element pierwszoplanowy systemu sterowania natężeniem prądu w procesie elektrolizy zimnej metali nieżelaznych. Drugim niezwykle interesującym całkowicie nowatorskim opracowaniem prototypowym był przekształtnik tyrystorowy do zasilania uzwojeń wzbudzenia silników synchronicznych dużej mocy (wzbudnica statyczna) PT 0,3 (0,5)/ 0,51 przeznaczonych dla kompresorowni wielkich mocy. Gdy zaczynałem staż w kwietniu 1969 roku kierownik Pracowni dr inż. Bogdan Łapiński, kończył staż doktorski w Instytucie Brown – Boveri w Austrii. Dopiero w czerwcu 1969 roku po Jego powrocie do kraju, miałem okazję Go powitać oraz rozmawiać jako z moim przełożonym. Dr inż. Bogdan Łapiński był niezwykle przyjazny w obyciu, zainteresowany wszelkimi nowinkami techniki, szerokim spektrum kultury i historii, osobą niezwykle dociekliwą oraz pragmatyczną. Bardzo odpowiadał mi Jego styl kierowania zespołem, pozostawienie indywidualnej swobody w działaniu, działaniu zmierzającym do osiągania uzgodnionego wspólnie celu. Pan Bogdan bardzo szybko zorientował się w moich możliwościach i umiejętnościach. Sprawdzałem się zwłaszcza w pracach badawczych, pomiarach elektroniki, automatyki. Cechowała mnie innowacyjność oraz kreatywność w działaniach konstruktorskich – określił mnie zabawnym mianem „szamana elektroniki”. Prace nad odbiorami i usprawnieniem obu ww. prototypów prowadzone były na terenie Laboratorium Aparatów i Przekształtników ale w osobnej wydzielonej salce nr 7. Mówiłem idę do „siódemki” i spędzałem tam całe dnie robocze poza posiłkami oraz przekazywaniem osiągniętych rezultatów z szefami zespołów konstruktorskich. Często sam siadałem za deską kreślarską, wprowadzałem zmiany w rysunkach złożeniowych oraz rozrysowywałem podzespoły czy detale. Był to okres niezwykle intensywnej pracy badawczo – konstruktorskiej. Praca moja niebawem przyniosła pozytywne rezultaty, wyniki rokujące szybkie wdrożenie prototypów do prób obiektowych. USR skierowano do procesu regulacji wielkiej mocy za pośrednictwem amplistatów, halą prostowników elektrolizy cynku oraz ołowiu w Hucie Metali Nieżelaznych Szopienice w Katowicach. Wykonanie modelowe PT 0,3 (0,5)/ 0,51 skierowano do prób wdrożeniowych jako alternatywny zasilacz statyczny wzbudzenia silnika synchronicznego 0,5 MW, kompresorów wielkiej mocy w Zakładach Farmaceutycznych POLFA w Pabianicach. Zespół wdrożeniowy ELTY – układu i sposobu regulacji wzbudzenia silników synchronicznych dużej mocy, wspólnie z twórcami projektu przekształtnika PT 0,3 (0,5)/ 0,51 z Instytutu Energetyki w Gdańsku, uzyskaliśmy patent UP PRL 52910. W 1974 roku, przekształtnik PT 0,3 (0,5)/ 0,51 otrzymał wyróżnienie w corocznym konkursie NOT w Łodzi.

W tym miejscu pragnę czytelnikowi przybliżyć przesłanki świadczące o szczęśliwym momencie w którym startowała moja praca zawodowa. W elektrotechnice pierwsza generacja regulatorów prądu i/lub napięcia w układach przemysłowych, oparta była o zespoły maszyn wirujących zwanych regulatorami dynamicznymi prądu i/lub napięcia. W 1903 gdy opatentowano w USA – REGULATION OF ELECTRIC CIRCUITS, rozpoczęła się druga generacja – statycznych regulatorów prądu i/lub napięcia. Gdy zaczynałem pracę w zawodową właśnie dokonywała się druga w historii elektrotechniki lecz pierwsza w moim życiu zawodowym – zmiana generacyjna statycznych układów sterowania i/lub regulacji z układów opartych o wzmacniacze magnetyczne czy dławiki nasycane (amplistaty), na sterowanie i/lub regulację opartą na  elementach półprzewodnikowych mocy – tyrystorach (diodach sterowanych bramkowo). Zaczynała się era energoelektronicznego procesu sterowania i/lub regulacji wielkością prądu i/lub napięcia. W szerszym aspekcie całej techniki – po erach mechanizacji potem elektryfikacji, na moich oczach rozpoczynał się proces elektronizacji, praktycznie wszelkich procesów technologicznych oraz wyrobów przemysłowych zasilanych prądem elektrycznym.

Pierwszy pobyt w Pradze stolicy CSRS był w 1973 z wycieczką techniczną SEP przy FTiAT Elta. Praga mnie zachwyciła mimo że byliśmy krótko, intensywnie zwiedzaliśmy cudne zabytki i delikatesy (nawet Warszawskie nie robiły na mnie tak dużego wrażenia jak te praskie). Przywiozłem wtedy pneumatyczne zabawki z folii nylonowej, rewelacyjnej czeskiej jakości, były to kolorowe, połyskliwie błyszczące; duży pływający łabędź, duża piłka plażowa oraz dziecięce rękawki do pływania. Także słodkie pomarańcze, rewelacyjne, nie takie kwaśne jak sprowadzano do PRL z Kuby dwa razy do roku na święta, do tego banany, mandarynki, kawior, czeskie wino gronowe oraz inne delikatesowe przysmaki jak sardynki czy anchois.

Podczas pracy w FTiAT Elta stałem się wynalazcą i racjonalizatorem, pasjonowałem się zwłaszcza procesem oraz układami do natychmiastowego wyzwalania bramkowego tyrystorów. Dociekałem również praktycznego potwierdzenia sposobów najszybszego przejścia tyrystorów, ze stanu blokowania do stanu przewodzenia. Jednocześnie badałem praktycznie, bardzo intrygujący technicznie proces – wymuszonej komutacji tyrystora. Poznawany oraz badany dzięki opracowanym metodom sprowadzenia natężenia prądu odbiornika do wartości zerowej. Na Politechnice Łódzkiej ukończyłem specjalność Aparaty Elektryczne czyli specjalność zajmującą się procesami łączenia prądu elektrycznego. Łączniki prądu elektrycznego dotąd stosowane, oparte były o zestyki metalowe, układy gaszeniowe łuku elektrycznego, elektryczno-mechaniczne napędy zestyków. Tyrystor to półprzewodnikowy łącznik prądu – z pozoru materia inna ale procesy skutków bardzo podobne, niemal analogiczne. W 1975 roku ukończyłem Studia Podyplomowe z Układów Półprzewodnikowych na Politechnice Łódzkiej. W sposób wypełniłem formalny wymóg do wykonywania zawodu energoelektronika.

Pan dr inż. Bogdan Łapiński kierownik PSiR, mój przełożony o którym wspominałem powyżej, w 1971 złożył a w 1972 roku na rozprawie publicznej obronił doktorat, z procesów komutacji wymuszonej w energoelektronicznych impulsowych układach trakcyjnych. Wtedy to właśnie rozpoczęła się moja zawodowa przygoda z energoelektronicznymi układami trakcyjnymi o komutacji wymuszonej. W latach 1973 – 75 pracowałem w dwóch zespołach konstrukcyjnych, zespole napędów hutniczych wielkiej mocy oraz w zespole trakcyjnych napędów impulsowych. W pierwszym z nich pracowaliśmy nad dwoma projektami wynalazczymi finansowanymi ze środków fabrycznego funduszu wynalazczości i racjonalizacji w wysokości nieco ponad 1 mln zł (obecnie w 2022 roku ca 1o mln zł). W drugim zespole prowadziliśmy intensywne prace badawcze i konstruktorskie oraz laboratoryjne nad układem impulsowego rozruchu tramwaju miejskiego 600 V DC. Jednocześnie zespół ten opracowywał dokumentację konstrukcyjną celem wykonania wdrożeniowego fabrycznego modelu napędu impulsowego. Pierwszy niskonapięciowy dla akumulatorowych wózków widłowych, zamówiony przez Zakład Wózków Elektrycznych, Huty Stalowa Wola. Druga to rozwiązanie wdrożeniowe, modelu napędu impulsowego tramwaju miejskiego 600 V DC na zamówienie Zakładu Taboru KONSTAL w Chorzowie. Dokumentację projektu oraz badania modelu, wykonano w Instytucie Elektrotechniki w Warszawie z siedzibą w Międzylesiu. To właśnie tam w 1974 roku po zalesionym terenie Instytutu po Jego licznych asfaltowych alejkach, jeździłem pierwszy raz ówczesnym polskim hitem eksportowym, elektrycznym wózkiem golfowym MELEX. Ta najnowsza modelowa wersja napędzana z akumulatorów silnikiem tarczowym najnowszej generacji, za pośrednictwem impulsowego układu rozruchu i hamowania opracowanymi i wyprodukowanymi prototypowo w IEL. To doświadczenie bardzo zadziałało na moją twórczą wyobraźnię.

Wtedy w 1974 roku, nie przypuszczałem że dopiero za ca 25 lat ukażą się pierwsze hybrydowe samochody osobowe w produkcji seryjnej. Aby energoelektroniczny układ sterowania rozruchem, jazdą oraz hamowaniem szerokiej gamy bateryjnych pojazdów trakcyjnych, stał się możliwy do przemysłowego stosowania – elektrotechnika musiała dokonać rewolucji jakościowej na bazie szalonego wzrostu inżynierii materiałowej (magnesy neodymowe, silniki tarczowe, akumulatory bezkwasowe), oraz znacznego podniesienia sprawność procesów sterowania i/lub regulacji napędami. Znaczny wzrost sprawności zagwarantował minimalizację zużywanych zasobów energii elektrycznej. W przypadku sieciowych pojazdów trakcyjnych takich jak tramwaje, trolejbusy, pociągi czy metro, impulsowe układy oparte o tyrystory zostały zarzucone. Stało się tak ponieważ układy tyrystorowe prądu stałego wymagały do prawidłowego działania rozbudowanych, wysokonapięciowych układów komutacji wymuszonej, specjalnych, zaawansowanych technologicznie filtrów, układów przeciwprzepięciowych itd. itp. Ponadto zauważono wiele innych problemów, w tym nie dopasowania generacji systemów składowych jak silniki, przetwornice, aparatura sterownicza i łączeniowa itp. Tutaj dalsze prace aplikacyjne umożliwiło opracowanie a potem produkcja seryjna tyrystorów wyłączanych impulsem bramki GTO (gate turn off). Tyrystory GTO osiągają współcześnie zdolności łączeniowe do 10 kV przy prądzie do kilku kA. Równolegle ale dopiero w końcu dwudziestego wieku, pojawiły się seryjnie produkowane energoelektroniczne tranzystory MOSFET oraz IGBT. Aplikowaniem tego typu elementów półprzewodnikowych do łączenia prądu w układach trakcji 3 kV, zajmowałem się na Politechnice Łódzkiej w latach 1996 – 2009, gdzie w macierzystym Instytucie Aparatów Elektrycznych na stanowisku specjalisty IT pracowałem aż do emerytury.

W pierwszym zespole napędów hutniczych, pracowaliśmy nad dwoma projektami wynalazczymi finansowanymi ze środków fabrycznego funduszu wynalazczości i racjonalizacji w wysokości nieco ponad 1 mln zł (obecnie w 2022 roku ca 1o mln zł). W 2022 roku minęło 50 lat od sztandarowej decyzji partyjnej ekipy Edwarda Gierka, budowy kombinatu metalurgicznego Huta Katowice w rejonie Ząbkowic Będzińskich. Surowiec do produkcji to rudy jaspilitowe ubogie w żelazo 20 – 25%, wydobywane odkrywkowo w rejonie Krzywego Rogu a dostarczane do kombinatu dedykowaną szerokotorową linią kolejową z Ukrainy (ZSRR). FTiAT ELTA na poczet dostarczenia regulatorów tyrystorowych dla potężnych zespołów napędowych walcowni średniej, otrzymała wielki kontrakt w aspekcie zarówno ilościowym także finansowym. Wtedy właśnie w PSiR powołano wyspecjalizowany zespół konstruktorski napędów hutniczych. Szczęśliwie mogłem uczestniczyć w obu zespołach ponieważ prace planowe realizowałem w zespole napędów impulsowych, natomiast projekty wynalazcze w zespole napędów hutniczych. Te ostatnie wykonywane były w trybie prac zleconych w dodatkowym czasie pracy. Dokumentacja na dwa projekty wynalazcze została opracowana w przeciągu miesiąca na każdy z nich, następnie po sprawnym opracowaniu technologicznym, skierowana do prototypowni. Pierwszy z tych  projektów to TYSTER, jednostka sterowniczo – regulacyjna do usprawnienia procesu odbiorów produkcyjnych oraz prób wyrobu.

Drugi wielki rangą projekt UNISTER + T6-UNIMASTER, to całkowita przebudowa dotąd stosowanej koncepcji wyrównywania obciążeń równoległych tyrystorów w gałęzi mostka prostowniczego, modułowych szaf tyrystorowych. Z układu gałęzi równoległych tyrystorów, znikają zwijane spiralnie z płaskownika miedzianego dławiki wyrównawcze (oszczędzamy 90% miedzi). Gałąź równoległych tyrystorów zmienia punkty rozpływu, zacisk wejściowy jest w pobliżu pierwszego tyrystora gałęzi a zacisk wyjściowy w pobliżu ostatniego z tyrystorów gałęzi (dynamiczna symetria impedancji gałęzi). Ponadto następuje diametralna zmiana koncepcji ideowej oraz konstrukcyjnej elektroniki sterowania bramkami tyrystorów. Projekt prezentował nowatorski pomysł zalecający odejście od przekazywania całej mocy potrzebnej do wyzwolenia wszystkich tyrystorów w wielomodułowej szafie tyrystorowej T6, z kasety zbiorczej wieloelementowego (wsuwki), sterownika dużej mocy JANTAR, za pośrednictwem wieloprzewodowej wiązki ekranowanych przewodów. To rozwiązanie jako materiało – energo – oraz praco – chłonne zostanie zastąpione lekkim, niewielkim, wyspecjalizowanym jedno lub wielofazowym, jednopłytowym  sterownikiem małej mocy UNISTER, zgodnie z wynalazkiem UP PRL 88708. Źródłem pokaźnych oszczędności była koncepcja pobierania mocy niezbędnej do wyzwolenia tyrystorów, z układu anodowego każdego z tyrystorów w szafie T6-UNIMASTER, zgodnie z wynalazkiem UP PRL 79980. Niewielkiej mocy impulsy pośredniczące, przenoszone były do bramek tyrystorów,  przez wysokonapięciowe transoptory (optyczne separatory impulsów). Impulsy wejściowe do tranoptorów były wytwarzane, kształtowane oraz synchronizowane w jednopłytowym sterowniku UNISTER w układzie opartym na zastosowaniu najnowszych scalonych wzmacniaczy operacyjnych 2709C. UNISTER umieszczono na wewnętrznej powierzchni drzwi szafy T6-UNIMASTER, stąd przekazywano impulsy przewodami dołączonymi do istniejących wiązek sterowania. Badania szafy tyrystorowej T6U (UNISTER+UNIMASTER) wykonywał Instytut Elektrotechniki Odział Łódzki w roku 1974/75. Wnioski z badań IEL-T6U , potwierdziły poprawność koncepcji wynalazku UP PRL 88708 oraz zdolność projektu do produkcji.

Drugi pobyt w czeskiej Pradze, najkrótszy w 1974 roku, był w zasadzie przejazdem w drodze do docelowego Budapesztu. Wyjechałem prywatnie, turystycznie na kilka godzin w Budapeszcie (wiza nie była potrzebna), koszty pokrywała FTiAT Elta a dokładnie dyrektor mojego pionu Przekształtniki, inż. Edmund Borowski. Plan produkcji Przekształtników był zagrożony nierytmicznością dostaw podstawowych komponentów energoelektronicznych, diod i tyrystorów krzemowych dużej mocy, produkcji praskiego zakładu CKD w CSRS. Poproszono mnie „..panie inżynierze zna pan rosyjski na tyle dobrze, by przedstawić dyrekcji CKD w Pradze, prośbę o przyspieszenie dostaw najbliższej partii diod o dwa tygodnie. Nie mamy innego sposobu aby to osiągnąć, jak tylko prywatny kontakt z dyrekcją producenta”. Była to propozycja z gatunku „prośba nie do odrzucenia”. Spodziewałem się ciekawej przygody i na pewno taką był fragment – podróży nocnym ekspresem międzynarodowym relacji Berlin – Belgrad przez Drezno, Pragę, Bratysławę Budapeszt. Do Pragi dojechałem wygodnie kuszetkowym pociągiem bezpośrednim Łódź Kaliska – Praha. W Pradze musiałem się żwawo uwijać, na szczęście nie miałem bagażu zjadłem w barze szybkie śniadanie i tramwajem dojechałem do CKD. Tam szybko zeszła do mnie posłanniczka dyrektora i wkrótce dotarliśmy do salki konferencyjnej gdzie oczekiwali na mnie dyrektorzy. O dziwo, jakoś wszystko udało mi się przedstawić po rosyjsku – byłem przygotowany co i do kogo mam powiedzieć. Wręczyłem także adresatowi pismo osobiste od mojego dyrektora, napisane po niemiecku. Po wymianie grzecznościowych formułek o podróży, zdrowiu i pogodzie, otrzymałem adres Hotelu Robotniczego na przedmieściu Pragi gdzie mogłem stawić się na nocleg o godzinie 20:00, pożegnałem się szarmancko z moją przewodniczką, byłem nareszcie wolny od spraw służbowych. Podjechałem tramwajem czy metrem do Dworca Głównego, oddałem teczkę do skrytki przechowalni, zakupiłem bilet do Budapesztu i miałem kilka godzin na spacer po śródmieściu Pragi które mocno się zmieniło. Waclawskie Namesti wypiękniał, pojawiła się tutaj główna stacja pierwszej linii metra tuż obok Muzeum i pomnika Św. Wacława. Poszedłem jeszcze na most Karola, stary rynek do knajpek i na Mala Strana. Czas było jechać do hotelu na przedmieścia. Tam po zakwaterowaniu podjąłem towarzyskie rozmowy z dwoma Czechami pracownikami CKD. Wypiliśmy dwa piwa, wymieniłem okazyjnie 100 złotych na korony. Oni mówili po czesku a ja po polsku mimo to całkiem nieźle się bawiliśmy. Rano jazda tramwajem do śródmieścia spacer po centrum idę do knajpek na obiad i piwo, potem spacer po Waclawskim, małe zakupy w delikatesach i czas był na Dworzec. Odjazd i zaczyna się przygoda, przedział wypełniony internacjonalnie, ośmiu mężczyzn, rozmownych ale każdy w swoim języku, przedstawiciele wielu „demoludów”, Czech, Słowak, Rumun, Chorwat, Serb, Rumun, Albańczyk i ja Polak. Wszyscy zgodnie to zauważyliśmy że choćby ktoś bardzo się starał, to trudno by było w jednym przedziale taki skład zestawić, wszyscy radośni, z humorem i talentami. Przypadek i chaos rządzi światem taka była nasza konkluzja. Przegadaliśmy a właściwie to prześpiewaliśmy całą noc bez odrobiny alkoholu a to była chyba największa sensacja. O ile pamięć mnie nie myli to Rumun wymyślił tą zabawę z obiegiem pieśni – zanucił taką znaną wielu narodom którą podchwyciliśmy i tak potoczyło się przez wiele godzin z przerwą na kontrolę graniczną. Ja ochoczy zapiewajło, podczas licznych obozów studenckich czy spotkań „eltowskich swoleżerów”, wyszkolony bez tremy, wyśpiewywałem kolejno gdy nadeszła moja kolej : ulubiony fragment arii z kurantem Skołuby ze Strasznego Dworu, potem „Czapajew gieroj”, fragment arii Jontka „szumią jodły..” z Halki, romanse „Sudba bradiagu”, „Oczi cziornyje”, czy też ulubione fragmenty arii Barin Kaya z Barona Cygańskiego oraz fragment romansu „Graj cyganie” Kalmana z Hrabiny Maricy. Potem troszeczkę drzemki jak chwilka, niespodzianie już wjeżdżamy na dworzec Keleti w Budapeszcie. Ta podróż to wprost niebywała przygoda, opowiedziana przeze mnie nieskończoną ilość razy, coś co może wydarzyć się przypadkiem raz w życiu, słowem jestem szczęściarzem. Wychodzę na peron i natychmiast podbiega do mnie Węgier i łamaną polszczyzną pyta „ty Polak?”, potwierdzam „pościele masz?, zaprzeczam, „obrusy, koszule, krem Nivea, Być Może”, zaprzeczam, „to co masz?, NIC! , „ty Polak?, TAK, „..to ja już zupełnie nic nie rozumiem??” po czym zrywa się i biegnie za ostatnimi wysiadającym aby jeszcze może dobić targu z kimś innym z Polski.

W lutym 1975 roku zebrała się zakładowa komisja wynalazczości pod przewodnictwem inż. Rajmunda Kiliańskiego RKiliański, Głównego Konstruktora Przekształtników w FTiAT Elta w Łodzi. Gdy Komisja uzgodniła werdykt poproszono mnie jako przedstawiciela zespołu twórców wynalazku. Znając pozytywne wyniki badań wchodziłem pełen nadziei na radosny finał projektu po niespełna dwóch latach pracy oraz oczekiwań. Bardzo szanowałem inż. Kiliańskiego znając Jego dorobek, uprzejmość i racjonalność. To co powiedział nie owijając w bawełnę „..Panie inżynierze – nie możemy przyjąć tego projektu do realizacji, ponieważ byłby samobójczy dla Zakładu !”, było dla mnie oraz praktycznie wszystkich, wielkim zaskoczeniem. Dopiero uzasadnienia decyzji, uświadomiło nam w jakiej rzeczywistości PRL’u żyjemy. Oto skrót tekstu uzasadnienia, tak  ja to zapamiętałem „..państwa projekt przynosi tak wielkie oszczędności że ujmując w każdym aspekcie, wycena pojedynczego zespołu szaf napędowych z wliczonym segmentem sterowania, musiała by spaść o dwie trzecie w ujęciu wartościowym..”. Jako konstruktorzy oraz ludzie ceniący sprawność i efektywność, nie zdawaliśmy sobie sprawy jak są wyceniane oraz sprzedawane były nasze produkty finalne. Kilogramy surowców oraz materiałów konstrukcyjnych plus wartości zakupu innych komponentów, decydowały o cenie finalnego produktu. Skoro więc cena szaf T6 U musiała by spaść do ca jednej trzeciej ceny uprzedniej, to zawali się PLAN finansowy Zakładu Przekształtników FTiAT Elta. Żaden dyrektor państwowego przedsiębiorstwa w PRL na taki projekt nie mógł się zgodzić. Plany w każdej dziedzinie miały rosnąć, dlatego np. w Zakładach Porcelany przyjmowano kolejne projekty racjonalizatorskie polegające na pogrubianiu talerzy obiadowych do monstrualnej grubości niemal 10 mm!. Pogrubiano talerze ponieważ przy tej samej ilości wyprodukowanego asortymentu, zapewniony był systematyczny wzrost planu w aspekcie finansowym!! (takie racjonalizacje były przyjmowane bo efektem było więcej ton porcelany w jednostce czasu). Budowano Hutę Katowice aby zwiększyć plan produkcji stali, plan wydobycia węgla – topimy rudy niskoprocentowe (do 20% Fe, a więc plan wydobycia węgla dla hutnictwa wzrośnie o 100%), plan pozyskiwania żużla wielkopiecowego (wzrost także o 100%) itd. itp. Widać tu jak na dłoni, że ekonomia polityczna socjalizmu, pozbawiona była podstawowej logiki oraz sensu. Zderzyliśmy się ze ścianą.

W drugim zespole ZINT – impulsowych napędów trakcyjnych, intensywnie pracowałem nad projektem własnym oraz nad dokumentacjami projektów IEL Międzylesie. Pan dr inż. Bogdan Łapiński siłą argumentów przekonał kierownika Laboratorium Aparatów Elektrycznych inż. Jędrzejewskiego oraz Głównego Konstruktora Aparatów Trakcyjnych inż. Dobiecha, aby za oknami Laboratorium wystawić poligonową stację napędów tramwajowych. Na specjalnie wykonanych mocnych, żelbetonowych fundamentach, posadowiono dwa kompletne wózki napędowe wozu motorowego 600V oraz połączono układem kabli z tablicową rozdzielnicą laboratoryjną na głównej hali Laboratorium, nieopodal „siódemki”. Dr inż. Bogdan Łapiński powierzył mi błyskawiczne zaprojektowanie, jak najszybsze konstruowanie w jednoczesnym procesie wykonywania w metalu przez Prototypownię Aparatów Elektrycznych, sterownika oraz wersji tablicowej chopper’a 600V, wraz z kondensatorami komutacyjnym oraz zespołem filtrującym. Kondensatory impulsowe wysokiego napięcia, sprowadzono z TELPOD Kraków, (po znajomości z puli zamówionej i przeznaczonej dla Pracowni Laserów Wielkiej Mocy WAT, kierowanej przez prof. Sylwestra Kaliskiego). Wtedy to znowu na całe dnie przeniosłem się do „siódemki”, gdzie osobiście montowałem sterownik z zakupionych ad hoc modułów logicznych LOGISTER (wówczas nowość w Polsce) w łódzkiej FONICE. Sterownik chopper’a miał wytwarzać impuls START (inicjujący) proces rozruchu, uruchamiał logiczny układ generatora impulsów bramkowych tyrystorów głównych. [1] Prąd w silnikach zaczynał rosnąć wykładniczo, sygnał napięciowy z bocznika prądu był wzmacniany w przetwornikowym, separacyjnym wzmacniaczu sygnału (x1000). Po osiągnięciu założonego górnego poziomu prądu rozruchu, proporcjonalny do prądu sygnał napięciowy uruchamiał komparator, dalej układ generatora impulsów bramkowych tyrystorów układu gaszącego. Przeciwprąd z kondensatora powoduje wyzerowanie wartości prądu w tyrystorach głównych. Prąd w silnikach opada wykładniczo dzięki diodzie zerowej. Gdy jego wartość osiągała założony dolny poziom, sygnał napięciowy za wzmacniaczem uruchamiał komparator oraz układ generatora impulsów bramkowych tyrystorów głównych. Cykl choppera’a wraca do punktu [1]. Kiedy układ zmontowałem oraz sprawdziłem działanie przy użyciu symulatora procesu rozruchu oraz oscyloskopu, sterownik przeniesiono do hali prób obiektowych. Nie od razu było dobrze lecz do trzech razy sztuka. Gdy silniki ruszyły gładko i cicho a nie głośno i gwałtownie jak poprzednio, pan Bogdan mnie wyściskał nazywając „wielkim szamanem elektroniki”.  Do Laboratorium zbiegali się liczni konstruktorzy oraz laboranci, wszyscy radośnie zachwyceni. To był piękny dzień, ale przysłowie mówi „pierwsze śliwki to robaczywki”. Potem była awantura w gabinecie inż. Kiliańskiego. Po wyjściu pan Bogdan wzburzony zaczyna demonstracyjnie pakować rzeczy do kartonów. Mnie proszą wraz z kierownikiem zespołu napędów hutniczych mgr inż. Andrzejem Pyziakiem do gabinetu Głównego. Kolejny raz w krótkim przedziale czasu, usłyszałem Jego wyrok zawodowy, wygłoszony grzecznie i beznamiętnie, przez inżyniera którego szanowałem i nadal szanuję. Dlaczego szanuję jego pamięć ?. Jego postawa wynikająca z dewizy „głową muru nie przebijesz, głowę zachowaj, poszukaj drzwi albo okna” – pomogła mi niebawem podjąć życiową decyzję. Jaki był wyrok?, „..dr inż. Łapiński odchodzi z połową swojego zespołu do Biura Konstrukcyjnego Aparatów. Nasze Biuro ma na ukończeniu Umowę z KONSTALEM, na prototypowy układ impulsowy UNIPOT 600/1 dla tramwaju 105N. Liczymy wraz z inż. Andrzejem Pyziakiem któremu powierzyłem kierowanie Pracownią, że pan zostanie z nami do czasu ukończenia tej pracy”. Miałem ochotę powiedzieć, odchodzę – ale nie byłem małostkowy. Andrzej Pyziak oraz Mirosław Krawczyk także Sławomir Misiński, byli moimi najbliższymi kolegami oraz udziałowcami wspólnie realizowanych wielu projektów wynalazczych, nie mogłem Im zrobić takiej przykrości. Musieli by przejąć mój temat, zapoznać się i poprowadzić słabo znane zagadnienie w sytuacji bardzo napiętego planu realizacji napędów hutniczych. Powiedziałem że zostaję do czasu zamknięcia tematu UNIPOT dla tramwaju 105N. W sumie kolejne niepowodzenie w krótkim przedziale czasu. Dokumentacja konstrukcyjna na impulsowy zespół napędowy UNIPOT 600/1 dla KONSTALU była ukończona, pozostał nadzór konstruktorski nad wykonaniem dwóch kompletów zestawów w Prototypowni Przekształtników. W połowie września 1975 roku, prototypy wysłano do badań typu w Zakładzie Trakcji Elektrycznej Instytutu Elektrotechniki w Międzylesiu. Aneks do umowy zaplanował ich zakończenie na dzień 30.1.1976 roku.

PRASA : Podczas wakacji 1975 roku wiele się wydarzyło. W czerwcu zadzwonił do mnie kolega inż. Zbigniew Nagórka. Pracowaliśmy z Nim wraz z mgr. inż. Stanisławem Sakowiczem o którym już wspominałem, w jednym zespole PSiR d/s opracowania oraz wdrożenia ulepszonej wersji USR dla Huty Szopienice w Katowicach w latach 1969 – 1973. Zbyszek wtedy studiował w trybie wieczorowym na Wydziale Elektrycznym PŁ. Ja byłem świeżo po studiach, chętnie Zbyszkowi pomagałem ilekroć byłem w stanie mu pomóc, najczęściej z dobrym skutkiem. Okazało się że wkrótce po ukończeniu studiów odszedł z Elty. Dowiaduję się że trafił na szczęśliwą sytuację, możliwość natychmiastowego awansu na stanowisko Głównego Energetyka w Drukarni Prasowej RSW „Prasa- Książka- Ruch”. Mówię do Zbyszka „..to na przeciw wyjścia z Uczelni na Żwirki ?”- pamiętałem ten widok wyjeżdżających ciężarówek z nakładem Expresu Ilustrowanego ok 13:00 gdy wychodziliśmy z uczelni w kierunku Baru „Zachodni”. Zbyszek się uśmiał „…..to prasy codziennej nie czytasz ? – już kilka lat jak nową, wielką drukarnię wybudowano na dawnych składach węglowych przy Armii Czerwonej 28 (Al. Piłsudskiego 82)”. „Wojtuś wpadnij do mnie na kawę, oprowadzę Ciebie po zakładzie….a może jeszcze coś ciekawego zaproponuję”. Zainteresował mnie bardzo – nigdy nie byłem w drukarni. Umówiliśmy od razu konkretny termin spotkania, przedpołudniem w następnym tygodniu. Zbyszek wprowadził mnie przez portiernię i prowadzi na drugie piętro przyległego, frontowo biurowca. Przechodzimy korytarzem wzdłuż całego biurowca prawie do końca, po drodze spotykamy wielu pracowników ciekawych mojej osoby (pomyślałem – Zbyszek przygotował inscenizację). Po lewej stronie przed końcem korytarza w drzwiach gabinetu czeka sympatyczny pan w okularach, serdecznie zapraszając na kawę. Pan okazał się wicedyrektorem d/s technicznych. Trzeba przyznać że przygotowali strategię. Pan Aleksander Znosko był kulturalnym, miłym w obejściu, wizjonerskim ale także konkretnym menadżerem. Dla mnie ważne, lubił i umiał słuchać ale i bardzo ciekawie mówił, opowiadał. Powiedział : „Panie inżynierze, ważne jest aby nasza propozycja wybrzmiała, zanim pójdziecie zwiedzać drukarnię. Odczuwamy brak specjalisty, fachowca elektronika-automatyka który zorganizuje dział Głównego Specjalisty d/s Automatyki…”. c. d. n.

Pomińmy konkrety tych propozycji, były bardzo atrakcyjne finansowo. To dobry moment aby opisać co było przedtem. W 1970 po ukończeniu stażu otrzymałem najwyższą podwyżkę (1000 zł brutto) przewidzianej dla stażystów w historii Elty. W następnych latach otrzymywałem corocznie znaczące podwyżki, do tego premie, wynagrodzenia za prace zlecone oraz znaczące kwoty z tytułu wdrożonych patentów. W Elcie, po ukończeniu, przekazaniu UNIPOTU do badań, byłem na out’ cie. Mogłem wybierać tylko między złym i gorszym kierunkiem. Pierwsze : zostać w pracowni Napędów Hutniczych pod kierownictwem mgr inż. Andrzeja Pyziaka – tutaj byłbym maszyną do adaptacyjnego przerysowywania formatek rysunkowych z dokumentacji Akademii Górniczo Hutniczej w Krakowie, na formatki sygnowane Działem Głównego Konstruktora Przekształtników. Jak już pisałem to dla mnie zbyt mało nowatorskie. Co prawda przez najbliższe 3 lub 4 lata, tej monotonnej pracy będzie pod dostatkiem, także ekstra-płatnych zleconych, ale o wynagrodzeniach patentowych musiałbym zapomnieć z racji odrzucenia projektu UNISTER+UNIMASTER. Drugie : przenieść się do Głównego Konstruktora Aparatów Elektrycznych – Pracowni Impulsowych Napędów Trakcyjnych pod kierownictwem dr inż. Bogdana Łapińskiego. Ten wybór gwarantował ciekawą, nowatorską pracę lecz bez perspektyw na prace zlecone czy wynagrodzenia patentowe. Przez kilka najbliższych lat pracowałbym intensywnie, w ciekawej materii ale jedynie za pensję plus premię regulaminową.

C. d. – wracam do relacji. Zwiedzam w asyście Zbyszka Nagórki oraz montera elektronika, pana Ryszarda Kulejowskiego – wielką nowoczesną Drukarnię Prasowych Zakładów Graficznych, RSW „Prasa-Książka-Ruch” przy Armii Czerwonej 28 (Piłsudskiego 82) w Łodzi. Proces technologiczny przygotowania form drukarskich w tym fotografii reprodukcyjnej oraz wytrawiania klisz cynkowych, składu zecerskiego oraz wierszowego, montaż stron wraz z kopią szczotkową, przygotowanie metalowych form rotacyjnych czy płyt offsetowych, druku w różnych technologiach – arkuszowej oraz rotacyjnej, procesu składania egzemplarzy prasy czy zeszytów gotowego produktu papierowego, zszywanie lub sklejanie broszur oraz książek – zrobił na mnie wielkie wrażenie. Po tym nawale wiedzy gdy trochę ochłonąłem, Zbyszek poprowadził wycieczkę w stronę potężnego zaplecza technicznego, transportowego oraz utylizacji odpadów papierowych, to dopiero była jazda bez trzymanki. Potężne stacje zasilania WN i NN. Agregat diesla z generatorem rezerwowym dużej mocy, szynoprzewody, stacja uzdatniania wody, pompy, zbiorniki, schrony, samochodowa baza transportu, automatyczna prasa odpadów papierowych, boksy redakcyjne, centrala oraz łącznica telefoniczna także alarmowa. Wracamy do gabinetu pana Aleksandra Znosko, mówię „..nawet to co już widziałem jest wyzwaniem !. Najbardziej interesuje mnie to co będzie. Przypomnę że opowiedział pan o planach koncernu RSW w zakresie decentralizacji druku prasy codziennej. Zapowiedź związanej z tym kierunkiem, niezbędnej elektronizacji przekazu sieciowego na kilka kierunków jednocześnie. Potem naświetlania klisz oraz obróbki płyt offsetowych w procesorach fotochemicznych. Ale najbardziej intryguje mnie wielka, pierwsza po tej stronie Sprewy, wielokolorowa, pełnoformatowa, rotacyjna amerykańska maszyna offsetowa Goss Metro, wyposażona w liniowe, łańcuchowe, chwytakowe transportery gazetowe, liczniki egzemplarzy, zasypowe formowanie paczek (sztaplarki) wszystko marki Ferag AG oraz końcowy  zautomatyzowany proces dystrybucji paczek prasy. To dopiero duże wyzwania… jeśli uzgodnimy szczegóły, będę gotów je podjąć !”. Po kilku dniach oraz spotkaniach, uzgodniliśmy warunki pracy, płacy, socjalne oraz lokalowe. W lipcu tradycyjnie wyjechaliśmy z dziećmi na letnisko w Przygłowie. Stamtąd z placówki pocztowej w Sulejowie wysłałem listem poleconym do Elty prośbę o rozwiązanie umowy w trybie porozumienia. Byłem po uzgodnieniach z Drukarnią odnośnie pisemnego wystąpienia z dniem 1 października 1975 roku o porozumienie między Zakładami. Po powrocie z urlopu, odbyłem rozmowy z inż. Kiliańskim a następnie z dyrektorem Przekształtników inż. Edmundem Borowskim. Oboje żałowali ale wykazywali zrozumienie dla mojej argumentacji. Rozstaliśmy się w pełnym porozumieniu.

O urzędowaniu w biurowcu Drukarni nie było mowy. Zawsze lubiłem być blisko ludzi z którymi będę pracował oraz być blisko miejsca akcji. Okazjonalne zaglądanie do warsztatu było nie do pogodzenia z moim stylem kierowania ludźmi i pracą. Zgłoszony problem usterka czy awaria, musiała być osobiście rozpozna, zakwalifikowana i powierzona do wykonania. Wytypowaliśmy wspólnie z pierwszym pracownikiem panem Ryszardem Kulejowskim, miejsce tymczasowego Warsztatu Elektronicznego. To ostatni w szeregu boks redakcyjny, zlokalizowany tuż obok głównego ciągu komunikacyjnego zakładu, na pierwszym piętrze budynku Drukarni. Teraz plan działania na pierwsze miesiące. Dokładne zapoznanie się z maszynami poligraficznymi a zwłaszcza z elementami elektronicznego sterowania, pomiaru oraz bezpieczeństwa pracy. Odbyliśmy kilka narad z elektrykami warsztatowcami. Wynikiem tych narad był umowny podział maszyn oraz technicznego uzbrojenia na elektryczne i elektroniczne. Kryterium była czytelna dla obu stron, zawartość układowa elementów głównych czy pomocniczych o charakterze elektronicznym. Klasyczne układy napędowe, silniki, grzałki, piece, styczniki, wyłączniki należały do elektryków. Rozpoznanie wstępne zgłoszonej usterki czy awarii w maszynie z zawartością elektroniki (fotokomórki, czujniki magnetyczne, zespoły przekaźnikowe, programatory cyklu) wykonywali elektronicy. Jeśli rozpoznanie wskazało przyczynę w elektronice to ją usuwaliśmy. Jeśli rozeznanie wstępne przynosiło wynik po stronie układów zasilania i/lub sterowania napędem np. zabezpieczeń prądowych, grzałek to sprawę finalizowali elektrycy przy udziale elektroników. Niektóre działy jak maszyny rotacyjne i stereotypia, całkowicie były w gestii elektryków jako pozbawione elektroniki. Układami regulacji temperatury w dużej zecerni maszynowej (Linotypy) zajmował się wydziałowy konserwator pan Feliks Rogoś, był na etacie wydziału. Natomiast aparaty reprodukcyjne, procesory obróbki płyt offsetowych czy cynkowych w chemigrafii, całością należały do elektroników. Wkrótce dział rozrósł się o Feliksa Rogosia, Adama Bujaka, oraz Jarosława Pławskiego. Od 1 listopada 1976 roku, zmieniono mi obowiązki oraz stanowisko na Głównego Elektronika. Uszczegółowiono zakres zadań oraz regulaminy pracy. Elektronicy jako pracujący w otoczeniu warunków szkodliwych dla zdrowia, będą pracowali w skróconym, 7 godzinnym wymiarze czasu pracy. W 1976 roku rozpoczęto zapowiadaną wcześniej wielką inwestycję gazetową. Rozpoczęto dostarczanie z firmy Rockwell MGD Graphic Systems/Goss Community Printng – Chicago, zespołów maszyny Goss Metro. Przyjechała także ekipa monterów z przedstawicielstwa MGD w Hamburgu. To przełomowa inwestycja zarządu koncernu RSW, pierwsza w RWPG pełnoformatowa, offsetowa maszyna rotacyjna do druku wielobarwnych wydawnictw m.in. gazetowych czy tygodników takich jak „Przyjaciółka”. Zapowiedziano także przybycie montera elektronika Johna Kubita z MGD Chicago. W lutym 8.2.1977 wyjechaliśmy kilkuosobową delegacją do Wielkiej Brytanii. Ja, Zbyszek Nagórka oraz przedstawiciel Techniki Zarządu Głównego RSW na dwu etapowe szkolenie techniczne. Najpierw 2 tygodnie w Manchesterze w firmie PPD (Paper & Printing Drive) jako dostawcy napędów tyrystorowych oraz szaf sterowniczo regulacyjnych maszyny Goss Metro, potem tydzień w Londynie w Brytyjskiej Filii MGD Graphic Systems.

John Kubit okazał się Jankiem Kubitem z Sosnowca, wyemigrował z rodzicami do Chicago gdy miał 11 lat. Ten fakt bardzo mi pomagał w zapoznawaniu się z dokumentacją oraz montażem elektroniki. Janek bardzo dobrze mówił po polsku bo mój angielski przedstawiał wiele do życzenia. Oczywiście wykorzystywałem ten czas współpracy, aby doskonalić technical english oraz uskuteczniać darmowe konwersacje. Montaż maszyny przebiegał bardzo sprawnie, do tego stopnia że w końcówce listopada 1977 roku, dokonywano pierwszych rozruchów technologicznych. W tym czasie dostarczano także oraz dokonywano montażu, czterech łańcuchowych, chwytakowych transporterów gazetowych, zakończonych zespołami licząco układającymi (sztaplarkami). Najnowszy typ wielomodułowy TTL, maszyn liczących i układających w stosy gazety, wyposażono w automatyczny synchronizowany z maszyną offsetową cykl pracy – całość szwajcarskiej m-ki Ferag AG. Rozruch całego zestawu drukarsko – ekspedycyjnego był imponujący, nastąpiła spontaniczna owacja oklaskami dla zespołu montażystów. Wtedy zrozumiałem że dokonałem dobrego wyboru. Trafiłem do zakładu – drukarni w której moja wiedza oraz umiejętności będą w stałym rozwoju. Niebawem zapowiedziano ukończenie oraz oddanie do użytkowania, dwóch analogicznych zestawów teletransmisji (100% rezerw) oraz naświetlarki z procesorem obróbki kompletnych stron gazetowych. Rozpoczęto kompleksową przebudowę Działu Przygotowalni Offsetowej oraz zapowiedziano pierwszą w Polsce instalację fotoskładu. Wkrótce miały nadejść tutaj następne urządzenia poligraficzne najnowszej generacji – wszystkie renomowanych zachodnich producentów.

W maju 1978 roku wyjechaliśmy w składzie trzyosobowym na techniczne oraz technologiczne szkolenia w Hinwil/Szwajcaria u producenta transporterów i sztaplarek gazetowych Ferag AG. Byliśmy tam dwa tygodnie w tym weekend pośrodku. Właśnie weekend był najciekawszy. Instruktor prowadzący naszego kursu zaprosił nas na całodniową wycieczkę samochodem po Szwajcarii. Z okolic Zurychu drogą przez Rapperswill-Jona przeprawą mostową nad Obersee, potem drogą nr 8 i nr 4 częściowo nad brzegiem Lauerzersee do Goldau. Stąd zębatą kolejką wysokogórską na szczyt Rigi Kulm. Tam podziwialiśmy przecudne widoki ośnieżonych alpejskich szczytów dobre 45 minut aż do powrotu kolejką. Z Goldau okrążając zatokę Schwyz Nidwalden See, dojeżdżamy do drogi nr 2 obok Alpnachersee. Dojeżdżamy do drogi nr 8. Potem nad cudnymi brzegami jezior Brienzersee oraz Thunersee. Tam jemy obiad w restauracji Möve – podano upieczoną świeżo złowioną rybę z pysznymi warzywnymi dodatkami oraz sokami. Potem w Wimmis wjeżdżamy na wąską drogę kantonalną nr 11. Tutaj wśród malowniczych górskich krajobrazów czasami krętymi serpentynami jedziemy około trzech godzin. W Aigle wjeżdżamy na drogę nr9 którą wzdłuż brzegów jeziora genewskiego, poprzez Lozannę dojeżdżamy do Genewy. Tam spędzamy półtorej godziny spacerując zadrzewionym bulwarem sąsiadującego z Quai du Mount-Blanc. Idziemy od Ritz Hotel aż do La Console. Tam przechodząc obok ogrodów zachwycamy się drzewiastymi palmami, rosnącymi tuż przed ogromną szklaną oranżerią. Obserwujemy dalekie ośnieżone szczyty masywu Mount Blanc (Mountain Viev). Wracamy inną także malowniczą trasą. Najpierw drogą nr 1 obok jeziora genewskiego, potem wzdłuż jeziora Lac de Neuchötel oraz Murtensee, omijamy Berno od północy jedziemy dalej autostradą nr 1 aż do Zofingen. Tam wjeżdżamy na autostradę nr 2. Dalej obok Sursee, brzegiem Sempachersee do Lucerny.

Przechodzimy słynnym mostem Kaplicznym z XIV wieczną od kaplicy św. Piotra, przez wieżę wodną do Ratusza i kościoła Jezuitów, najstarszych perełek szwajcarskiego baroku. Tutaj jemy kolację w włoskiej knajpce Rossini, było pysznie. Wyjeżdżamy drogą nr 2 nad Jeziorem Czterech Kantonów (Vierwaldstättersee), dalej obok Zugersee oraz Lauerzersee, następnie kantonalną drogą nr 8 do przeprawy nad Obersee. Potem to już powrót do Hinwill tą sama drogą nr 15, jak rano. Powyżej prezentuję pobrane z sieci, cudne zdjęcie wykonane z mostu współczesnej przeprawy przez jezioro Obersee (Zürichsee). Widok który zachwycił mnie wówczas gdy go na własne oczy widziałem. Myślę że także na tym fantastycznym zdjęciu, wypada przecudnie. W oddali dobrze widoczny alpejski krajobraz zaś na pierwszym planie, przyczółek z kapliczką historycznej drogi św. Jakuba – Rapperswil, Sankt Gallen, mostu drewnianego Holzsteg z XII wieku (foto : Roland Zh 2001-2009).

Tak wiele czasu poświęcam tej krótkiej ale intensywnej podróży po Szwajcarii, ponieważ to było takie szokujące dla młodego człowieka urodzonego i wychowanego za Żelazną Kurtyną w kraju o sowieckim systemie społecznym czy gospodarczym. Już podczas pierwszego wyjazdu do Londynu i Manchesteru zauważyłem wielką różnicę zarówno w otoczeniu materialnym ale przede wszystkim u ludzi. Wszyscy, nawet Ci przypadkowo napotkani na ulicy byli pogodni, uśmiechnięci, przyjaźni – uprzejmi, to bardzo urzekało nas oswojonych z szarością twarzy, obojętnością, unikaniem wzroku i nieuprzejmością. Tam w Anglii to były metropolie z przepychem sklepów, aromatem Dunhili pachnącymi Hotelami, błyszczącymi biżuterią oraz wytwornymi kreacjami eleganckich par, stąpających po rozciągniętych czerwonych dywanach od taksówek do rozświetlonych lokali bankietowych, klubowych czy karnawałowych. Tutaj w Szwajcarii była cudowna przyroda, spokój i dostojeństwo bogatego kraju. Nikt nie zamyka samochodów, nie chowa rowerów, nie zabrania wejścia – uprzejmie, przyjaźnie wita. W drodze na szczyt Rigi Kulm, z okien kolejki zębatej podziwiamy pięknie utrzymane skomunalizowane pastwiska wysokogórskie. Widzimy pasące się „czekoladowe krowy” uroczo wydzwaniające melodie dzwonkami wiszącymi na szerokich obrożach. Doskonale widać całą infrastrukturę pastwisk, schroniska z poidłami oraz paśnikami, dojarnie oraz chłodnie mleczne połączone napowietrznym systemem rurociągów z gminnymi przetwórniami mleka. To było takie urzekające a zarazem naturalnie rozumne. Jeszcze jedno zaskakująca obserwacja, dotycząca napotkanych w drodze upraw. Za Wimmis jechaliśmy wąską drogą kantonalną nr 11 około 3 godzin. Wśród malowniczych górskich krajobrazów czasami krętymi serpentynami jechaliśmy głównie terenami rolniczymi. Obserwujemy ciekawą agrokulturę nastawioną w zasadzie na dwie uprawy – kukurydzy oraz koniczyn. Wnioskujemy z tego że hodowla bydła oraz przemysłowe przetwórstwo mleka (serowarstwo), z pewnością stanowiło wtedy dominującą gałąź produkcji rolniczej Szwajcarii.

Rok 1979 oraz rok 1990 to szczególnie ważne moje daty. Daty które najpierw (1979) boleśnie naznaczyły moje życie zawodowe wpływem polityki, lecz na końcu (1990) ostatecznie wyzwoliły mnie od tego wpływu NaznaczPolityk. Wtedy właśnie w połowie lutego 1979 roku, doszło do katastrofalnego wybuchu w rotundzie banku PKO w centrum Warszawy (Marszałkowska, Aleje Jerozolimskie). Niesłychana ilość ofiar śmiertelnych oraz rannych, to największa tragedia warszawiaków po drugiej wojnie światowej. Ta wielka katastrofa oraz nieporadność władz i służb ratunkowych uświadomiła Polakom że coś niezwykłego nadchodzi do naszego życia. W kwietniu następuje próba wysadzenia pomnika Lenina w Nowej Hucie a w czerwcu kończy się pierwsza pielgrzymka Jana Pawła II. Karol Wojtyła, papież Polak wypowiada modlitwę błagalną do Ducha Świętego. W grudniu Sowiety wkraczają do Afganistanu a sytuacja gospodarcza Polski stawała się już dramatyczna. Zadłużenie zagraniczne w twardej walucie przekraczało 22 mld dolarów. W lutym 1980 roku premier Jaroszewicz został zmuszony do dymisji, zastąpił Go nieznany szerzej polityk PZPR Edward Babiuch. 14 marca 1980 roku w lasach kabackich pod Warszawą rozbił się samolot pasażerski PLL Lot, IŁ-62 „Kopernik”, lecący z Nowego Jorku; zginęli wszyscy znajdujący się na pokładzie: 77 pasażerów i 10 członków załogi; wśród nich piosenkarka Anna Jantar oraz bokserska reprezentacja USA. W kwietniu ukazało drogą ulotną Oświadczenie KSS KOR w 40. rocznicę Zbrodni Katyńskiej. Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy z moich przyszłych doświadczeń oraz znaczenia tematu Katynia dla mnie i rodziny. W lipcu rozpoczyna się fala strajków w różnych zakładach, wielu regionach, różnym zasięgu oraz czasie trwania. Początkowo komunistyczne władze skutecznie gaszą te „pożary” o lokalnym znaczeniu. Dopiero gdy 16 sierpnia następuje powołanie Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego w Stoczni Gdańskiej, ogłoszenie strajku okupacyjnego 17 sierpnia, powołanie Lecha Wałęsy na przewodniczącego strajku i MKS, akcja strajkowa zostaje racjonalnie skoordynowana szybko nabierając charakteru ogólnopolskiego już około 20 sierpnia. Władze zaczynają rozmowy które szybko nabierając tempa, kończą porozumieniami najpierw w Szczecinie a następnie w Gdańsku. Wkrótce powstaje ogólnopolski NSZZ Solidarność, także w PZGraf Łódź bardzo szybko powstaje Komisja Zakładowa tego związku. Sytuacja polityczna i społeczna w Kraju i Zakładzie staje się napięta, niejasna. Momentami radość „karnawał Solidarności” a z drugiej, wielki werbunek kadr „tajnych współpracowników” TK SB. W moim zakładzie było to bardzo widoczne, wizytacje „stałego opiekuna SB” odbywały się już dwa razy w tygodniu, pojawiło się wielu nowych pracowników w różnych działach zakładu, zupełnie nie wiadomo było co i komu można było swobodnie wypowiedzieć. Drukarnie RSW „Prasa-Książka-Ruch” podjęły druk oraz dystrybucję ogólnopolskiego Tygodnika Solidarność obok dotąd wydawanych dzienników Trybuny Ludu, Głosu Robotniczego, Dziennika Łódzkiego, Expresu Ilustrowanego itp. itd.

Nastał przełomowy rok 1981, sytuacja w Kraju i w Zakładzie bardzo się komplikuje. Strajki i protesty różnych grup zawodowych oraz społecznych zdają się nie mieć końca, na jaw wychodzą wszystkie sprzeczności komunistycznego systemu zarządzania gospodarką przy jednoczesnym braku swobód obywatelskich wraz z niewydolnością pomocy społecznej i zawodowej. 11 lutego generał Wojciech Jaruzelski zostaje premierem rządu PRL.

Nie lubię pisać o polityce lecz powyższy akapit tekstu był niezbędny aby ukazać tło polityczne oraz społeczne w którym dalej toczyło się moje życie zawodowe. W dniach 7 – 18.09.1981 roku w składzie czteroosobowym (dyrektor techniczny i główni specjaliści), uczestniczyłem w szkoleniu technicznym oraz serwisowym w przedmiocie krajalnic papieru „PERFECTA”. Odbywało się w Bautzen DDR, (Budziszyn-Serbołużyce) na terenie zakładu, wytwórni tych urządzeń. Mieliśmy stale obok siebie przewodnika czy opiekuna, inżyniera wyznaczonego przez dział szkolenia celem realizacji wszelkiej pomocy zwłaszcza aprowizacyjnej czy też turystycznej. Zakwaterował nas w historycznej gospodzie Mönchschof, na pięterku z widokiem na podwórzec dla pojazdów. Trzeba przyznać że zajmował się nami życzliwie, dokładnie wypełniając zadania powierzone przez kierownictwo VEB Perfekta. Do południa szkolenia w salce konferencyjnej, następnie wspólny obiad, przykładowo w restauracji Kaninschen Topf serwującej dania królicze. Popołudnia mieliśmy dla siebie lub wypełnione programowo turystyką. Zwiedzaliśmy w tym czasie Zamek Ortenburg, postawiony w XV wieku przez króla Węgier Macieja Korwina. Zamek na skalistym brzegu Sprewy, postawiono na miejscu IX wiecznej warowni, znanej z zawarcia pieczętującego powodzenie Bolesława Chrobrego w wojnach z Niemcami cesarza Henryka II, Pokoju w Budziszynie z 1018 roku. Zamek mimo zniszczeń przedstawiał się całkiem okazale, weszliśmy na szczyt kwadratowej baszty wartowniczej, pamiętam do dziś przepiękną panoramę, widok na stare miasto z wielką ilością baszt, wież kościelnych i obronnych. Z innej strony cudny widok na pobliską dolinę Sprewy wraz z przerzuconym nad nią malowniczym Mostem Pokoju, odbudowanym na kamiennych filarach z XIX wieku. Przy jednym ze starych rynków Fleischmarkt (rynek mięsa) zwiedziliśmy najstarszy kościół św. Piotra z XV wieku, gotycki kościół halowy (nawy są równej wysokości), od 1980 jest konkatedrą. Począwszy od czasów reformacji 1430 roku, świątyni używają symultanicznie zarówno katolicy jak i protestanci (prezbiterium jest katolickie, a nawy luterańskie). Ratusz, który posiada średniowieczny zegar słoneczny a nad nim dwa kolejne, mechaniczne. Znajduje się naprzeciw katedry i otoczony sklepami oraz restauracjami. Ponadto zwiedzaliśmy – rynek główny z licznymi sklepikami gdzie zaopatrzyliśmy się w obrusy nieplamiące, termosy szklane, cytrusy inne delikatesy czy alkohole. W NRD nie odczuwało się jeszcze wtedy kryzysów czy braków w zaopatrzeniu, ulice były pełne Trabantów, Wartburgów ale i Polskich Fiatów czy bardzo widocznych Fiatów 126p. Pierwszy weekend był bardzo atrakcyjny, dyrektor VEB Perfecta zaprosił nas na całodzienny pobyt i zwiedzanie miasta i zabytków Drezna (Saksonia). Naszą cicerone była niesłychanie kulturalna, pełna wszechstronnej wiedzy Pani Izabella, asystentka oraz tłumaczka polskiej ambasady w Berlinie. Zwiedziliśmy Galerię Drezdeńską oraz pełne przepięknych pamiątek po Elektorach Saksonii (Wettyn’owie) – Grüne Gewerbe. Zwiedzanie Galerii sztuki z przewodnikiem, znawczynią sztuki oraz malarstwa to niezapomniane przeżycie. Przed zakończeniem naszego pobytu nasz opiekun zaprosił nas w nieco dalszą podróż swoim Wartburgiem do prywatnego, urządzanego własnym sumptem, niemal wszystko własnymi rękoma właściciela, Parku Dinozaurów. To było duże przeżycie zważywszy na fakt że w Polsce takie wystawy zaczęto urządzać dopiero po 2000 roku, czyli w XXI wieku.

Od połowy czerwca 1080 do połowy maja 1981 roku, na zlecenie moich macierzystych jednostek tj. Zakładu Aparatów Elektrycznych FTiAT Elta oraz Instytutu Transformatorów Maszyn i Aparatów Elektrycznych Politechniki Łódzkiej uczestniczyłem aktywnie w pracy zespołu badawczo rozwojowego nad dwuetapowym tematem dotyczącym analizy stanu istniejącego w zakresie zabezpieczeń od zwarć doziemnych układów trakcyjnych DC oraz przedstawienia propozycji oraz wykonania modeli badawczych, nowych rozwiązań elektro mechanicznych zabezpieczeń od zwarć doziemnych w układach trakcji DC. We wrześniu 1981 roku rozpocząłem roczny kurs wieczorowy, nauki języka angielskiego w zakresie komunikacyjnym wg metodyki Aleksandra, prowadzony przez MPiK (Międzynarodowy Klub prasy i Książki RSW „Prasa-Książka-Ruch” w Ośrodku przy ulicy Roosevelta w Łodzi). Ukończyłem dwa semestry tego kursu a potem chorowałem…po czym nie wznowiłem studiów z uwagi na zaległości w praktyce nie do nadrobienia.

13 grudnia 1981 roku ogłoszono Stan Wojenny który powszechnie ale nie od razu nazywaliśmy „wojną Jaruzelską”. Nie będę się tutaj silił na opisy czy analizy wydarzeń politycznych czy społecznych, zaś o skutkach napiszę na końcu przy omawianiu przemian lat dziewięćdziesiątych XX wieku. W tym miejscu przedstawię szereg fotogramów linków i opisów sytuacji w bezpośrednim otoczeniu tzw. centrum wydarzeń tj. Piotrkowskiej między Radwańska (Świerczewskiego)- Brzeźna a Skorupki (Worcela) czyli okolic siedziby Zarządy Regionu Łódzkiego Solidarności (dawniej budynek rady wojewódzkiej CRZZ) Piotrkowska 258/260. Poniższy blok fotogramów wykonałem w grudniu 2011 podczas prezentacji Łódzkiej Rekonstrukcji w 30-lecie wydarzeń w/po 13 grudnia 1981 roku.

Udzieliłem także wtedy 13 grudnia 2011 roku, krótkiego wywiadu filmowego reportażystom Maskacjusz TV :WCentrumWydarzeń oraz WspomiOpozycjo. 13 grudnia 1981 roku to była niedziela. Adam miał 11 lat a Ania lat 8, Teleranek na 1 TVP miał zacząć się o 9:00. Był wtedy u nas niedawno kupiony na raty, kolorowy Neptun 501A umieszczony na specjalnym stoliku w dużym pokoju dziennym, od zawsze był również sypialnią nas czyli rodziców. Niedziela to zagwarantowana pobudka o porze teleranku, dzieci wpadały bez żenady do telewizora przy okazji robiąc nam pobudkę, niby ściszały ale to nie pomagało, wstawaliśmy …a tu czeka niespodzianka bo 13 grudnia 1981 roku nie było Teleranka!!. Telefonujemy do teściowej na Dąbrowę, w telefonie brak sygnału. Trochę niepokoju. Była piękna słoneczna pogoda, jak to było w naszym niedzielnym zwyczaju, zjadamy w miarę szybko rodzinne śniadanie, potem  zaczęliśmy szykować się do spaceru. Ania z mamą zostały w domu a my z Adasiem wyszliśmy na Piotrkowską, patrzymy w lewo skrzyżowanie zablokowane SKOTEM, patrzymy w prawo, ruch kołowy na ulicy zamknięty, na chodnikach tłum przed siedzibą Solidarności, na jezdni stoją liczne radiowozy, gaziki MO a nawet STAR do transportu ZOMO, dalej przed Katedrą widoczna armatka wodna z obrotową wieżyczką w otoczeniu szpalerów zomowców. Przechodzę na drugą stronę Piotrkowskiej trzymając mocno Adasia za rękę, po chwili słyszę od tył dobiegające powitanie „serwus Wojtek, nie odwracaj się, idź wolno, będę wykonywał zza twoich pleców zdjęcia dokumentujące aresztowania Słowika i Kropiwnickiego…”. Poznałem po głosie to był Poldek (Apolinary Przybyłowski), przewodniczący KZ Solidarności w mojej drukarni PZGraf w Łodzi. To uświadomiło mi grozę sytuacji, obok szli inni całą szerokością chodnika, tłum gęstniał przed Solidarnością, wylewał się także na jezdnię na tyle ile to było możliwe aż do lin i szpaleru milicjantów. Doszliśmy na odległość nieco ponad 80 metrów od wejścia do budynku, byliśmy na wysokości stacji CPN, przedzierając się z duszą na ramieniu o bezpieczeństwo Adasia. Widzieliśmy jak zomowcy wyrzucają stosy dokumentów, także flagi biało czerwone, podobno także powielacze, maszyny do pisania  z balkonu pierwszego piętra. Potem na rozkaz utworzyli szpaler brutalnie rozpychając tłum. Słowika i Kropiwnickiego dostrzegliśmy dopiero gdy weszli na jezdnię do podstawionego radiowozu, nie byli skuci pokazując skandującym zebranym gest wiktorii. Wkrótce cała kolumna pojazdów asekurujących zatrzymanych, szybko ruszyła używając sygnałów dźwiękowych i „kogutów”. Wtedy rozległy się megafony a po kilku minutach od strony katedry ruszyła armatka wodna. Podwójny szpaler zomowców w zbrojach z tarczami i długimi pałkami rozwinął się do szyków ukośnych względem środkiem jadącej armatki. Apolinarego (Poldka) Przybyłowskiego już za nami nie było, zrobiłem w tył zwrot i szybkim krokiem prawie ciągnąc Adasia, wracałem w stronę parku i naszego budynku.

Wtedy po 13 grudnia 1981 roku, przez około trzy miesiące ten właśnie odcinek Piotrkowskiej od Brzeźnej do Worcela (Skorupki) czy katedry, to było centrum wydarzeń. Codziennie około 15:00 gromadziły się tłumy protestujących demonstrantów z flagami białoczerwonymi, niektórzy chowali coś jeszcze w kieszeniach czy za pazuchami kurtek. Przed Solidarnością przeważnie ktoś przemawiał i rozrzucano w kilku miejscach a nawet z dachów ulotki. Po około półgodzinie z ulicy Wólczańskiej między Świerczewskiego (Radwańska) a Worcela (Skorupki) ruszał ciężki sprzęt do rozpędzania czy tłumienia demonstracji. Ten odcinek Wólczańskiej był wtedy przez bardzo długi czas, stałym miejscem operacyjnego postoju ciężkiego sprzętu do rozpędzania demonstracji SKOT’ów – każdy z 10 zomowcami wyposażonymi w automaty miotające granatami gazowymi, ciężkich armatek wodnych, dużych więźniarek jako baz postojowych dla zomowców oraz gromadzenia ewentualnych zatrzymanych demonstrantów. Wszystkie te pojazdy pozostawały tam dyżurując całą dobę – okresowo wymieniały się załogi pojazdów i zomowcy dyżurujący 12/12 godzin. Gdy dostali rozkazy wymarszu na interwencję tłumienia czy rozpędzenia demonstrantów, wszystkie te pojazdy ruszały wg planu, napierając na demonstrantów z jednej ale najczęściej z obu kierunków. Odziały piesze ZOMO stacjonowały na terenie Studium Wojskowego PŁ w Pałacu Scheiblerów przy Piotrkowskiej 266. Pojazdy ciężkie stanowiły osłony taktyczne planowanych manewrów oddziałów pieszych ZOMO. Najpierw zomowcy maszerowali ścisłym szykiem zwartym miarowo uderzając pałkami o tarcze, gdy tłum manifestantów był już dostatecznie stłoczony, górne pokrywy SKOT’ów otwierano i przystępowali do silnego ataku granatami łzawiącymi bez ładu i składu aby tylko wywołać jak największą panikę wśród demonstrantów. Zomowcy przystępowali do pościgów i pałowania najczęściej w okolicznych bramach i podwórkach. Bardzo często widzieliśmy przez nasze okna wychodzące na Piotrkowską, z jaką zajadłością a nawet zaciekłością gonili w kilkoro jednego uciekającego nawet na klatki schodowe naszego budynku. Z czasem manifestanci szykowali pułapki odwetowe, wciągali zomowców i dotkliwie pobili. Zaczęli także przynosić ze sobą maski gazowe, gazrurki, kostki brukowe, kamienie a nawet granaty hukowe czy rakietnice. Dochodziło wtedy do lokalnych walk a następnie licznych aresztowań. Wszystkie sklepy i zakamarki służyły jako azyle dla uciekających demonstrantów, z upływem czasu cały ten odcinek Piotrkowskiej, sklepy, bramy i klatki schodowe kamienic pierzei, wypełnione były przejmującym odorem gazów łzawiących. Długo jeszcze po ustaniu demonstracji które z codziennych stawały się cotygodniowe a w końcu sporadyczne, ten odór pozostawał na miejscu, przypominając mieszkańcom i przechodniom o tych bolesnych zmianach politycznych i społecznych. Społeczeństwu odebrano poczucie wolności oraz sprawczości.

Święta 1981 były bardzo smutne, skromne oraz naznaczone strachem a miejscami terrorem zaś Nowy Rok wcale nie zapowiadał się optymistycznie. Zderzyliśmy się z codziennymi ograniczeniami, wzrosły ceny ale wzrosły także coraz liczniejsze braki wielu artykułów głównie spożywczych ale i przemysłowych. Musiałem mieć specjalną przepustkę aby w razie konieczności dojechać nocą do zakładu na wezwanie do awarii. W kluczowych miejscach miasta pojawiły się stałe patrole wojska i milicji. W telefonie pojawił się sygnał oraz dźwiękowa repetycja „rozmowa kontrolowana”. W pierwszą delegację służbową w stanie wojennym wyruszyliśmy do Zarządu Głównego RSW w Warszawie dopiero na początku lutego 1982 roku. Jechaliśmy Ładą 1600 dyrektora naczelnego w składzie 5 osobowym. Piątą osobą była żona naszego technologa produkcji offsetowej inż. Pikuły. Poznali się w Leningradzie (Petersburgu) podczas studiów na tamtejszym Instytucie Poligrafii. Ona (Inna) nie mogła przyjąć polskiego obywatelstwa mimo zawarcia małżeństwa w Polsce, tutaj wieloletniego zamieszkania, doskonałego opanowania języka oraz zwyczajów, nadal pozostawała obywatelką ZSRR. Wtedy w tej podróży w śniegu i mrozie Inna była bardzo zestresowana, bała się że wezwanie do stawiennictwa w Ambasadzie ZSRR w Warszawie, może oznaczać dla niej deportację. Opowiadała że całą noc spędziła płacząc przy łóżkach swoich dzieci, nad ranem sztucznie opanowała emocje i nic nie mówiąc żegnała się z bliskimi jak zwykle..na chwilkę. Pierwsza rogatka z dyżurującymi żołnierzami z długą bronią opuszczoną na pasach ramieniowych, była tuż przed Nowosolną. Zatrzymaliśmy się i zebraliśmy dowody i delegacje a Inna (Inka) podała swój czerwony paszport jako ostatni na wierzchu. Gdy podoficer posterunku zobaczył godło i CCCP to zasalutował, odwrócił się na pięcie jednocześnie dając znak do otwarcia rogatki. To taka ciekawostka warta opisania, świadczyła że w całym otaczającym nas wtedy systemie strachu, nakazów i zakazów, istnieją magiczne furtki poprawiające nastrój, ułatwiające podróż do celu nawet podczas wojny Jaruzelskiej.

W lutym 1982, dokładnie w tłusty czwartek 18 lutego, polityka znowu dotyka mnie namacalnie i dotkliwie. Od kilku dni byłem wtedy na zwolnieniu lekarskim, cierpiałem z racji bolesnych problemów z kręgosłupem lędźwiowym. Około 18:00 rozlega się dzwonek do drzwi mieszkania, byłem na chodzie (nie mogłem ani leżeć ani siedzieć), podszedłem i zerkając przez judasza, nieco zamarłem. Za drzwiami stał mundurowy podoficer Milicji Obywatelskiej. SabotProwok . W ten sposób na ponad dwa lata, kolejny raz w moim życiu dotyka mnie osobiście polityka za sprawą przypadkowego udziału jako naocznego świadka, głośnej wtedy w Łodzi aż do połowy lat 90-tych, prowokacji Służby Bezpieczeństwa Milicji Obywatelskiej, dokonanej na osobie przewodniczącego KZ Solidarności PZGraf. Był Nim bliski kolegi elektryk Apolinary Przybyłowski, ten sam który zza moich pleców wykonał fotoreportaż z zatrzymania przez ZOMO Andrzeja Słowika i Jerzego Kropiwnickiego w dniu 13 grudnia 1981 roku.

Pierwsze sankcje w stosunku do reżymu generała Jaruzelskiego ogłoszono jeszcze w grudniu 1981, a od wiosny 1982 roku ogłosiło je wiele krajów Zachodu. Sankcje dotyczyły głównie finansów ale również w znacznym stopniu wymiany gospodarczej, także bojkotu dyplomatycznego. Istotny wpływ na dotkliwość tych sankcji miało uzależnienie PRL od głównych państw kapitalistycznych w sferze eksportu i dostaw, jak i dostępności do kredytów czy gwarancji kredytowych. Branża poligraficzna była niesłychanie mocno uzależniona od importu dewizowego surowców, materiałów, części zamiennych, maszyn, urządzeń czy technologii. PZGraf i całe RSW „Prasa-Książka-Ruch” musiało się przestawić na socjalistyczne odpowiedniki czy nawet substytuty z NRD, ZSRR, CSRS..itp. – niebagatelną stała się rola Austrii jako kanału dozwolonego dla handlu strefowego czyli zapewnienia potrzeb ludności oraz podziemia społecznego czy politycznego. Tam właśnie zrodziła się koncepcja pośrednictwa handlowego autonomicznych urządzeń fotoskładu stron tekstu CRTronic 100, 150, 200 niemieckiej marki Linotype-Hell AG, która opracowuje, produkuje i sprzedaje produkty elektroniczne, oprogramowanie i maszyny do przetwarzania i reprodukcji tekstu, druku, zdjęć i grafiki. Zarząd Główny RSW podpisał kontrakt oraz wytypował do aplikacji fotoskładu, PZGraf w Łodzi oraz ZG w Ciechanowie. Ta wiadomość bardzo mnie uradowała. Nareszcie nadeszła możliwość fizycznego i mentalnego kontaktu z techniką DTP (Desktop Publishing) o której dużo czytałem literatury, widziałem karty katalogowe, poznawałem aplikacje oraz rozszerzenia (interface). Przypomnę że w 1981 roku, ukazał się pierwszy mikrokomputer klasy PC, to był amerykański „blaszak” IBM PC 5150.

W kwietniu 1982 roku uczestniczyłem w 3 dniowej ogólnopolskiej delegacji wynalazców i racjonalizatorów Poligrafii SEWDRUK’82 w czeskiej Pradze. Wystawa odbywała się w dużym ośrodku wystawienniczym, podobnym do Miasteczka Targowego w Poznaniu. Mieliśmy również wycieczkę w ramach wymiany doświadczeń do praskich drukarni i studiów graficznych. Czesi mieli się czym pochwalić, po bratnim najeździe 1968 roku, bardzo zyskali w sensie urynkowienia poligrafii, dzięki otwarciu na zachodnie maszyny oraz głównie niemieckie technologie. Zwiedzanie było do południa a po obiedzie fundowanym przez Organizatorów, mieliśmy wolne popołudnia i wieczory. Był to mój trzeci pobyt w czeskiej Pradze. Czułem się tam bardzo dobrze, znałem śródmieście, lubiłem tam przebywać, bywałem w swoich knajpkach „U Fleku” czy „U Kelicha”, zjadałem knedliki z gulaszem w pysznym sosie popijając czeskim piwem. Odwiedzałem znane miejsca i sklepy, przed wszystkim miałem zadanie kupić dla mojej córci Ani „śliczne”, białe półbuciki do pierwszej komunii. Potem sklepy delikatesowe oraz techniczne z narzędziami oraz elektroniką.

W styczniu 1983 roku otrzymaliśmy cztery autonomiczne urządzenia do składu i naświetlania kolumn tekstów graficznych Linotype CRTronic 200 o których powyżej wspominałem. Już w lutym tamtego roku otrzymałem delegację na szkolenie techniczne oraz serwisowe u producenta w Eschborn RFN na okres 4 tygodni poczynając od 28.02.1983 roku. Kurs w języku angielskim odbył się w Linotype-Hell AG – Serviceamt am Taunus Tower, Mergenthalerallee 73-75, 65760 Eschborn, Main-Taunus-Kreis, Hesja RFN. Zakłady Graficzne w Ciechanowie reprezentował Waldek nie znany mi młody inżynier, sympatyczny oraz kontaktowy. Dolecieliśmy samolotem Lotu do olbrzymiego portu lotniczego Flughafen Frankfurt am Main. To był szok, skala lotniska, rozeznanie systemu informacji wizualnej, wiele czasu zajęło nam dotarcie przez wiele poziomów tego portu lotniczego do peronów dworca kolejki S-bahn. Okazało się że wtedy wybraliśmy niewłaściwe połączenie i dojechaliśmy jedynie do peronów końcowych na najniższym poziomie wielokondygnacyjnego podziemnego Dworca Frankfurter Haupt Banhof czyli Dworca Głównego, to było wielkie zaskoczenie. Okazało się niebawem że język angielski w kontaktach z przeciętnymi Niemcami na wiele się nie przydaje. Wysiliłem mocno swoją niemczyznę i sylabizując odnalazłem właściwą kolejkę dojazdową z Frankfurter Haupt Bahnhoff do Bad Soden przez Eschborn Sud. To właśnie tam mieliśmy dojechać, bo tak napisano w naszym podręcznym planie podróży. Gdy wreszcie z kolejnymi kłopotami nawigacyjnymi dotarliśmy do siedziby Firmy w Taunus Tower, było już bardzo późne popołudnie. Na szczęście instruktor kursu ing. Joachim Lupe, na nas czekał i poprowadził kurs wstępny, wręczył nam plan dojazdu do hotelu oraz plan zajęć jutro i cały plan kursu. Wręczył nam pierwszą tygodniową dietę, po czym krótko pozdrowił, bye, bye tomorrow morning. Dostaliśmy pokoje pojedyncze z wewnętrzną ale wygodną kabiną prysznicową oraz umywalką i lustrem. Mieliśmy bezprzewodowy czajnik elektryczny oraz hotelowej klasy kolorowy telewizor i radioodbiornik. Okna naszych pokojów wychodziły na stronę głównej ulicy miasteczka Koenigstrase. Współcześnie z okien tej strony Hotelu widać jedynie ściany nowszej zabudowy. Początkowo po codziennym kursie który kończył się o 16:00, wracaliśmy koleją regionalną z Eschborn Sud do Bad Soden, wysiadaliśmy na piątej końcowej stacji trasy, nasz hotel Rheinischer Hoff znajdował się tuż obok dworca na ulicy Dworcowej (Am Bahnhoff 3). Po dwóch dniach Waldek zaproponował aby zaoszczędzić na biletach i drogę powrotną pokonywać pieszo. Zgodziłem się chętnie i przez kilka dni udoskonalamy rodzaj i jakość trasy pieszej. W końcu udało nam się ustalić optymalną i ciekawą trasę powrotnego spaceru. Od Taunus Tower przez okolicę biurowo industrialną do okolic Camp Fenix, wtedy w 1983 na tamtym terenie stacjonowały wojska amerykańskie (współcześnie w 2024 teren zajmują hipermarkety z towarzyszącą infrastrukturą), dalej przez ścieżki obecnego Arboretum, przez most na rzeczce Schwalbach, dochodziliśmy do skraju miasteczka Sulzbach, pod linią kolejową poruszamy się obok lasu Eichwald. Gdy las się kończy skręcamy do Bad Soden, stąd jeszcze kilkaset metrów do naszego hotelu. Kilka pierwszych dni było deszczowe więc jeździliśmy kolejką, potem już do końca była piękna pogoda bez deszczu czy wiatrów. Te spacery były dużą przyjemnością i zajęciem czasu do wieczora, potem nieraz wychodziliśmy do śródmieścia idąc tu i tam ale raczej bez celu. Weekendy były najgorsze, graliśmy w karty, chodziliśmy na niedzielne targi gospodarcze tzw. handel obwoźny, mieli fantastyczne kampery wyposażone jak małe sklepy także w wodę bieżącą i ogrzewanie. Soboty były handlowe więc odwiedzaliśmy sklep z elektroniką położony blisko od Dworca Głównego we Frankfurcie. Tam był prawdziwy szok, zawrót głowy ile można było kupić części oraz zupełnych nowości np. panele fotowoltaiczne, przemienniki częstotliwości, masę innych atrakcyjnych dla elektroników gadżetów. Pobrałem dostępny od ręki cały plik katalogów, które później wiele razy wykorzystywałem w praktyce.

Zaraz na początku pobytu w pierwszą niedzielę, napisałem list po polsku do rodziny Boese.  Teresa Boese była kuzynką mojej Cioci nieboszczki Zofii Michalskiej w linii żeńskiej, od mojej Babci Alwiny Gehrke. To właśnie po zmarłej Cioci przejąłem zdjęcia, adres i korespondencję z Teresą Boese. Dowiedziałem się stamtąd że Teresa & Vincent mają syna Heinricha i siostrzeńca Heinza Ristok, który jeszcze w 1956 roku służył w polskim wojsku w Katowicach. Mieszkali w Plettenberg Ohle w Kraju Północnej Westwalii. Byłem pewny że Heinz na pewno odczyta mój list po polsku, skoro był dorosłym mężczyzną gdy wyemigrowali ze Śląska do rodziny w RFN. Któregoś wieczoru zadzwonił telefon na moim biureczku w pokoju hotelowym. „Halo, tutaj Heinz Ristok, dobry wieczór…”, rozmowa potoczyła się bardzo sprawnie po polsku, nieco gwarowo po śląsku. Powiedział że ma obok całą rodzinę Boese, w swoim oraz Ich imieniu zapraszają mnie na weekend 18 – 20 marca, przyjadą z Heinrich’em po mnie samochodem w piątek 18 około południa a odwiozą w niedzielę 20 wieczorem. „Iz Plettenberg’u cu Bad Soneden, jadzie sie drei godzin autobana A5, wyjadziemy rano a bydziemy kole połdnia nach” , tak mówił – myśla że to tako ślonsko gadka była!!. Waldek aby się nie zanudzić postanowił, tamten weekend spędzić u siostry. Od dwóch lat żyła jako uchodźca w Niemczech. Była w trakcie starań o pobyt stały z tytułu tzw. represji politycznej. Heinrich i Heinz przyjechali rocznym Audi GTE z silnikiem 1.8i 112KM. Jazda takim wozem i to po niemieckich autostradach to była prawdziwa przyjemność, widoki i krajobrazy mijanych okolic robiły niesłychane wrażenie. Szczególnie przerzucone nad całymi dolinami wieloprzęsłowe wiadukty podporowe w Północnej Westfalii, robiły największe wrażenie. Jechaliśmy godzinę dłużej gdyż moi tubylcy pogubili drogę zjazdu z autostrady, nadłożyliśmy ponad 35 km drogami okrężnymi. Mieszkali w domach szeregowych z dużym ogródkiem, w przepięknej górzystej okolicy Sauerland’u. Heinz z żoną mieszkali w domku z Teresą Boese. Mąż Vincent zmarł w 1976 roku, wtedy Teresa cierpiąca na poważne niedowłady nóg, poprosiła Heinz’ów aby wprowadzili się do Jej domu i zajęli parter jako Jej dożywotni opiekunowie. Niemieckie prawo opiekuńcze bardzo sprzyja sytuacjom dożywotniej opieki rodzinnej. Najpierw poprosili mnie do mojego pokoju gościnnego sąsiadującego z łazienką i toaletą na parterze. Po umyciu rąk i twarzy, poproszono mnie na piętro na spotkanie z Teresą Boese, kuzynką mojej mamy Heleny i ciotek Józefy oraz Zofii. Teresa była już trwale niechodzącą ale ciepłą i pełną humoru osobą. Pamiętała dobrze polską mowę i dobrze mi się rozmawiało o rodzinie, Łodzi i Polsce Ludowej. Potem była bardzo rodzinna kolacja, rozmawialiśmy o rodzinie Rulczyńskich z którą Teresa była spokrewniona po kądzieli. Całe życie utrzymywała stały kontakt z Zofią Rulczyńską moją ciocią oraz Felicją Mytykowską najstarszą córką Antoniego Rulczyńskiego, wujka z Poznania o którym pisałem rozdziały bloga rodzina Rulczyński oraz wujek Antoni Rulczyński. Rodzina Boese w owym czasie po zamknięciu ruchu pierwszej Solidarności w Polsce, włączyła się bardzo stanowczo w ruchy pomocy humanitarnej oraz społecznej dla Polski, poprzez kościelne organizacje świeckich Pflegedienst, Diakonie, Johanniter. Opowiedziałem Im szczegółowo o swoich osobistych doświadczeniach, z odbiorem leków dla mojego Taty w placówce Diakonii przy kościele Ewangelicko Augsburskim świętego Mateusza w Łodzi. Sobotę spędziłem całą u Hainz’ów, oglądałem ich ogródek, poszliśmy także na spacer po Ich przepięknym miasteczku Plettenberg. Heidrich zawiózł nas z Heinzem, na krótki wypad samochodem w okolicę historycznej Mennicy w której pracował od kilkunastu lat. Pokazał mi także swoje albumy monet które otrzymywał po dwie sztuki, jako bonus pracowniczy w każdej produkowanej serii. W niedzielę cała rodzina przeniosła się do pobliskiego domku rodziny Heidricha, tam spędziliśmy cały dzień aż do mojego wyjazdu. Powrót był późnym wieczorem, nie mogłem więc podziwiać krajobrazów, za to był bardzo szybki ponieważ nie było żadnych pomyłek. W dwie godziny dotarliśmy do hotelu Rheinisher Hoff w Bad Soden.

W przeddzień wyjazdu, jak zwykle kolację jedliśmy razem z Waldkiem w pokoju hotelowym. Śniadania mieliśmy w serwisie hotelowym opłacone przez firmę Linotype, podobnie obiady jadaliśmy w kantynie firmowej Taurus Tower, natomiast kolacje mieliśmy w serwisie własnym i to z zapasów przywiezionych z Polski konserw albo zakupionych niedrogich produktów w pobliskim sklepie samoobsługowym czy w niedzielę na lokalnym ryneczku. Wylot samolotu mieliśmy koło południa, pociągi odchodziły z pobliskiego dworca dosłownie co pół godziny. Pociąg do Flughafen odchodził o 8:30, umówiliśmy się na 8:15 na peronie dworca. Jak wyżej wspominałem, wtedy w 1983 roku z naszych okien hotelowych wychodzących na zachód, doskonale widoczna była ulica Koenig Strasse. Właśnie dopakowywałem ostatnie rzeczy do walizki leżącej na okrągłym stoliku hotelowym, gdy zobaczyłem dobrze zapamiętaną po sylwetce i charakterystycznych ruchach chodu, Waldka idącego chodnikiem Koenig Strasse w kierunku przeciwnym do dworca. Czas było wychodzić więc postanowiłem zapukać po drodze do pokoju Waldka. Długo i mocno pukałem, nie otwierał. Pomyślałem że pewnie będzie na dworcu, była już 8:25, Waldka nie było widać na peronie ani w pociągu. Wsiadam i z mocnym postanowieniem oraz wewnętrznym przekonaniem że sam sobie poradzę. Ruszam więc sam jeden, pociągiem na lotnisko Frankfurt Flughafen. Zajechałem bez problemu bo to była stacja końcowa. Poczułem się jak w mrowisku, wielki ruch bardzo wielkiej liczby ludzi przemieszczających się w różnych kierunkach. To był najniższy poziom Portu Lotniczego a właściwie Terminala komunikacji S-bahn. Informacja wizualna była bardzo dobrze pomyślana oraz bardzo przyjazna dla początkujących podróżnych. Szczęśliwie mogłem posługiwać się wersją niemiecką i weryfikować angielską. Trwało to dość długa ale bez problemu odnalazłem właściwą bramkę i podstawiony samolot TU 154 B LOT’u. Waldka ani na lotnisku ani w samolocie nie zobaczyłem, wtedy pierwszy raz pomyślałem że „wybrał wolność” jak wielu przed nim i wielu po nim Polaków PRL. Zaraz też pomyślałem ile i jakie przesłuchania czekają mnie po oznajmieniu tej wiadomości przełożonym. Jak tylko oznajmiłem nowinę dyrektorowi Bogusławowi Kucabowi, zaraz podniósł słuchawkę czerwonego telefonu, bezpośredniego łącza z prezesem RSW „Prasa-Książka-Ruch” Wiesławem Rydygierem. Rozmawiał przy mnie aby dopytać oraz mieć świadka. Po rozmowie polecił mi dokładnie w szczegółach opisać całą delegację, proces i sposób szkolenia, sposób bytowania, miejsca które odwiedzaliśmy, z kim rozmawialiśmy….dosłownie kompletne zeznanie, spowiedź!!!. Na szczęście to wystarczyło, SB nie wzywało mnie osobiście na auto-konfrontację z moim zeznaniem. Po dwóch czy trzech miesiącach otrzymałem poufną wiadomość że staranie Waldka o pozostanie w Niemczech u siostry, zakończyło się Jego deportacją do Polski PRL. Później straciłem Waldka z oczu i słuchu, nie znam Jego dalszych losów.

Powyższe zdjęcia stanowią wstęp do następnego dużego tematu którym zajmowałem się technicznie oraz organizacyjnie. Wszystko co ważne dla przeciętnego czytelnika, podano w tekście zamieszczonym na żółtym zdjęciu. W 1980 roku Drukarnia PZGraf zakupiła oraz wdrożyła do eksploatacji pierwszy profesjonalny skaner bębnowy Magnascan 540 m-ki Crosfield Electronics. Magnascan pozwalał z oryginału fotografii na negatywach barwnych, slide’ach lub zdjęciach, przeznaczonych do druku wielobarwnych gazet oraz wydawnictw w technice offsetowej, uzyskiwać za jednym cyklem analizy (skanowania oryginału), naświetlać tzw. wyciągi w czterech podstawowych barwach drukarskich: yellow, magenta, cyan, black na monochromatycznych błonach negatywowych. Tutaj podam najważniejszą informację która przybliży skomplikowaną technologię offsetowego druku wielobarwnego. W odróżnieniu od druku w technologii typograficznej, gdzie potrzebna była tylko jedna drukarska forma graficzna drukująca w jednym tylko kolorze czarnym na białym papierze. W technologii wielobarwnego druku offsetowego, potrzebne są cztery formy graficzne wykonane na cienkiej blaszce aluminiowej dla każdego z kolorów drukarskiej triady oraz czarnego. Maszyna drukarska offsetowa musi być czteroagregatowa. Pierwszy agregat do którego podajemy biały papier drukuje z formy dla kolory żółtego, drugi nakłada obraz z formy dla koloru magenta, trzeci nakłada obraz z formy dla koloru cyan a czwarty nakłada obraz z formy dla koloru czarnego. Tak więc, aby Drukarnia mogła wejść z fasonem do elitarnego grona poligrafii wielobarwnej (multichromatycznej), konieczne było dokupienie oraz wdrożenie techniczne i technologiczne, profesjonalnego skanera bębnowego. W PZGraf, naszej drukarni szybko okazało się że aby obsłużyć rosnące nakłady oraz asortyment wydawnictw wielobarwnych, potrzeba zakupić i wdrożyć drugi skaner bębnowy a w bliskiej perspektywie rozbudować technologię do studia dyskowej obróbki obrazów SDT 600. Nie był to łatwy proces z uwagi na poważne sankcje gospodarcze nałożone przez świat Zachodu na polityczne kierownictwo PRL, jako swoisty odwet za Stan Wojenny, likwidację Solidarności oraz niebywałe represje dotykające boleśnie politycznych opozycjonistów. Pomocna po raz kolejny okazała się Austria i jej rola łączenia Wschodu z Zachodem. Firma Gebrueder Henn w Wiedniu, zaproponowała tymczasowe ale również wyprzedzające rozwiązanie. Ujawniono że zakupy używanych maszyn poligraficznych oraz szkolenia techniczne fachowców, prowadzone za Ich pośrednictwem, będą ominięciem sankcji nałożonych na PRL. Zarząd Główny RSW „Prasa-Książka-Ruch” w kwietniu 1984 roku, wydelegował wicedyrektora pionu inwestycji inż. Czesława Wajraka, czasowo-przymusowo bezczynnego sędziego kolarskiego klasy międzynarodowej oraz mnie jako rzeczoznawcę technicznego do siedziby Gebrueder Henn w Wiedniu. Celem delegacji był udział w czterodniowym objeździe handlowo-technicznym, skanerów Magnascan 540 wystawionych do sprzedaży dewizowej, ocena przydatności skanerów do dalszej efektywnej, bezawaryjnej eksploatacji w PZGraf w Łodzi oraz ZGraf w Ciechanowie. To była intensywna podróż oraz praca polegająca głównie na ocenie stanu technicznego skanerów, warunków technicznych, środowiskowych oraz okresu ich dotychczasowej eksploatacji. Dokonaliśmy wyboru trzech z pośród dziewięciu oferowanych do odsprzedaży skanerów, umowa pośrednictwa Gebrueder Hen z RSW mogła być szybko finalizowana. Zakupiony wraz z usługą montażu i uruchomienia skaner, niebawem trafił do naszej drukarni. Wkrótce zaczęto dopinać także drugą część porozumienia, technik który montował i uruchamiał zakupiony skaner, przywiózł dla mnie z Wiednia obszerny tekstowo-graficzny w części testowy, egzamin kwalifikacyjny. Materiał miałem w przeciągu dwóch tygodni wypełnić odpowiedziami, obszernie wypowiedzieć swoje opinie w kilku kwestiach, zapakować starannie plombując, po czym wysłać bezpośrednio do Londynu. To było dla mnie pierwsze tak osobiście kierowane wyzwanie. Wieczorami wypełniałem dostarczone testy, powtarzałem lekcje: technical and communication English; z magnetofonu taśmowego w mieszkaniu a z kasety w samochodzie. To były moje najbardziej intensywne intelektualnie dwa tygodnie w dotychczasowym życiu. Do Londynu wyleciałem w końcu maja 1985 roku.

Pobyt w Watford i cztery tygodnie w Anglii to było przełomowe wydarzenie w moim życiu zawodowym. To tak jak w naszym życiu rodzinnym, kupno pierwszego samochodu Trabanta 601 w 1976 roku. Tutaj wydarzyło się wiele wydarzeń zupełnie nowych, byłem językowo zdany prawie całkowicie na siebie, po tygodniu samodzielności, na równoległy kurs trafił kolega Andrzej Modzelewski z Wiednia. To był dla niego kolejny z kilkutygodniowych kursów doskonalenia. Andrzej pełnił funkcję serwisanta okręgowego obejmującego kilka Państw centralnej Europy. Tym razem przybył z mamą i na czas pobytu Andrzeja wynajęli sobie dom w Londynie. Zaraz zaprosili mnie na kolację do Londynu. Miałem fantastyczny wieczór (podano baraninę „handmade Mum dishes”-pyszności), ale potem trudny powrót do Watford. Za późno zebrałem się do powrotu, tamtejsza końcowa stacja metra była 5 pięter pod ziemią a winda już była wyłączona. Zbiegałem po stalowych schodach biegnących wokół szybu windy, szybko niemal na złamanie karku. Gdy wbiegłem na peron to w kanale tunelu zobaczyłem czerwone latarnie odjeżdżającego pociągu. Nie było odwrotu, czekałem na następny który był tego dnia ostatni. Dojechałem do stacji Kings Cross skąd odchodziły pociągi do Watford. Ostatni pociąg w tamtym kierunku już odjechał a pierwszy poranny miał być o 4:30. Zauważyłem że punkty gastronomiczne dworca z trzaskiem są zamykane. Pomyślałem że skoro mam tutaj nocować to trzeba się migiem zaopatrzyć w jadło i napoje. Jakoś udało mi się jeszcze kupić napoje i kanapki. Bezdomni w wielu miejscach hali dworca, właśnie rozkładali swoje posłania. Czekało mnie cztery godziny czekania oraz dojazd do hotelu a potem biegiem na śniadanko, po czym równie szybko do Ośrodka Szkolenia. W tych dniach wezwano mnie do Sekretariatu bossa J. F. Stock’a. Zgłosiłem się tam po obiedzie, przyjęła mnie bardzo miła pani sekretarka, mówiła wolno i wyraźnie, oznajmiła mi że ma dla mnie tygodniową dietę. Dodała że co tydzień mam zgłaszać się do Niej, po odbiór tygodniówki za pokwitowaniem. Spytała czy wiem że moi koledzy z krajów zachodnich otrzymują diety prawie dwa razy większe?. Odpowiedziałem że to możliwe, „….ponieważ ekonomia socjalizmu pochodzi z księżyca więc różne paradoksy są normą za żelazną kurtyną”. Roześmiała się i w tym momencie z gabinetu szefa wyszedł bardzo miły pan, moja rozmówczyni zwróciła się do Niego per Jan po czym od razu mnie przedstawiła jako przybysza z Polski „wodżtek dżeneralczek”. Jan uśmiał się, podając dłoń powiedział ” Jan Salomon z Grudziądza, miło Ciebie widzieć..”. Okazało się że Jan to szef tutejszej grupy Press Controls (PCD) czyli spec-menager od urządzeń kontroli i sterowania barwą druku Webatron oraz Autotron. Znałem te urządzenia od kilku lat styczności technicznej w pół formatowej maszynie offsetowej Goss Suburban. Jan zaprosił mnie w imieniu małżonki Lindy i swoim, do odwiedzin w ich pobliskim domu w najbliższą sobotę a w niedzielę na męską wyprawę po „polskim Londynie”. Nieświadomy skutków, wchodząc na lotnisku zielonym przejściem bezcłowym, przemyciłem 1 + 1/2 oryginalnej polskiej Wyborowej. Pierwszą butelczynę i kwiaty wręczyłem Andrzejowi i Jego Mamie w Londynie. Teraz kupiłem bukiet kwiatów dla Lindy i wraz z drugą buteleczką dla Jana, wybrałem się w sobotę do Salomonów. Spędziłem u nich kilka godzin od lunch’u do wieczornej herbaty a na diner udaliśmy się do pobliskiej włoskiej knajpki na „diner daily specials and chianti”. Rozmowom nie było końca zwłaszcza że wojenne losy Jana były niezwykłe. On polski emigrant wojenny podzielił się ze mną historią swojego życia w czasie II Wojny Światowej. W 1943 roku, mieszkających w Grudziądzu polską rodzinę Salomonów, nawiedził patrol werbunkowy hitlerowskiego Wehrmachtu. Wydali Janowi bezwarunkowe polecenie – ubrania się i natychmiastowego opuszczenia mieszkania wraz z patrolem do oczekującej przed kamienicą więźniarki. Jana zawieziono do zamkniętego ośrodka szkolenia dla wcielanych do wojskowej służby liniowej Wehrmachtu. Szybko trafił na front zachodni do Italii w rejon walk pod Ankoną. Tutaj dygresja – Jan z rozpoznanym jako Polak kolegą (jeśli pomnę Wernerem), podczas szkolenia rekrutów skutecznie ukrywali swoją polską narodowość. Dzięki temu że nie zostali rozpoznani, mogli przeprowadzić swój plan, przejścia na polską stronę do Armii generała Władysława Andersa. Nie muszę dodawać że to było trudne zadanie, zwłaszcza opuszczenie pozycji niemieckich, po czym znalezienie się w strefie dwustronnego ostrzału. Gdy usłyszeli polską mowę, podjęli ryzyko rzucenia broni i z białą szmatą podejścia do polskiej pozycji. Udało się, potem niekończące się przesłuchania i konfrontacje z kolegą. Wreszcie skierowanie do armijnej Szkoły Oficerskiej. Jan uzyskał stopień podporucznika, lecz wojna wtedy się skończyła a On stanął kolejny raz przed wyborem, wracać do Polski „radzieckiej” czy szukać szansy na obczyźnie. Co wybrał było jasne, żył w Anglii – miał dobry, poszukiwany zawód elektrotechnika, łatwo opanował język oraz zwyczaje, ożenił się z Lindą zadomowioną Angielką. Utrzymywał kontakty z organizacjami polonijnymi – Klubem Orła Białego oraz środowiskiem POSK czy Instytutu Generała Sikorskiego.

Szkolenie w siedzibie Crosfield Electronic w Hemel Hempstead składało się z dwóch kursów, pierwsze dwa tygodnie to był kurs wstępny którego egzamin końcowy kwalifikował do dalszych cykli szkoleń. Następne dwa tygodnie to był właściwy kurs na który byłem skierowany czyli „Skanery serii 600-dyskowy proces obrazowy SDT oraz elektronika powiązana z procesem skanowania”. Skład kursantów był międzynarodowy Francuzi, Włosi, Szwedzi, Anglik i Polak. Pierwszy tydzień był trudny, drugi tydzień przybył Andrzej na równoległy kurs wyższego stopnia. Spotykaliśmy się na obiadach w kantynie Ośrodka oraz na korytarzach w czasie przerw. Na drugim kursie był już ze mną na tym samym szkoleniu. Czas wolny po 17:00 był czasem tylko dla mnie na poznawanie miasta, oglądania wystaw, zwiedzania sklepów oraz dyskontów. Prawie od razu zdecydowałem na zakup w dyskoncie – mikrokomputera ZX Spectrum w zestawie z materiałami szkoleniowymi i kasetami audio z przeznaczeniem dla Adama oraz kasetowego walkmana z bateriami i słuchawkami przeznaczonego dla Anny. To było przemyślane, pokój hotelowy wyposażono w kolorowy telewizor 16 cali, mogłem więc w łatwy sposób połączyć gniazdo antenowe telewizora z wyjściem modulatora TV mikrokomputera a wejście połączyć kabelkiem audio in-out z walkmanem, załadować programy dostarczone na kasetach i bawić się godzinami w programistę Basic.

Jednocześnie studiowałem ogłoszenia w popularnej londyńskiej prasie codziennej. Miałem jeszcze jedno poważne zamierzenie zakupowe związane z prężnie rozwijającym się wówczas w PRL rynkiem pirackich kaset filmowych VHS. Zapragnąłem zakupić nowoczesny magnetowid dobrej marki, od polskiego sprzedawcy aby dobrze się z Nim porozumieć oraz skutecznie  dopełnić zwrotu VAT’u, należnego w przypadku eksportu poza granicę Zjednoczonego Królestwa czyli „VAT cash back”. Znalazłem taką firmę South Ken Radio in London Ealing. Gdy podjąłem decyzję wyboru dostawcy zatelefonowałem do firmy licząc na łatwe porozumienie. W ogłoszeniu sprzedawca w dopisku po polsku, oferował swoje rzetelne usługi sprzedaży i obsługi handlowej markowego sprzętu radio oraz video. Andrzej objaśnił że Ealing to historycznie pierwsza od czasu wojny tzw. polska dzielnica Londynu, poczujesz się tam jak w przedwojennej Warszawie mimo że to 1985 rok. Gdy znalazłem się na ulicy gdzie była polecona mi firma, zauważyłem szyldy po polsku sklepów, kawiarni, barów a nawet różnorakich warsztatów usługowych – szewskich, krawieckich, ślusarskich czy zegarmistrzowskich. Wszedłem do niewielkiej kawiarenki, poprosiłem o kawę i ciastko. Stolik obok wejścia zajmowali trzej starsi panowie którzy w ożywiony sposób gestykulując prowadzili rozmowę po polsku używając tytułów panie rotmistrzu, panie majorze, panie pułkowniku. Pomyślałem że fajnie trafiłem mogąc posłuchać i obserwować tak zacne towarzystwo. Rzeczywiście czułem się na pewno nie w PRL, myślę że chyba… jak w przedwojennej Warszawie. Poszedłem potem do sklepu pana Beniamina, niestety nie pamiętam nazwiska, wyłożyłem fachowo co potrzebuję magnetowid PAL-SECAM z europejską wtyczką zasilania i dobrej marki producenckiej. Polecił mi Panasonic NV 430 eu, którego aktualnie nie miał na składzie ale sprowadzi, przygotuje wszystkie dokumenty eksportowe i przed moim wyjazdem do Polski, będę mógł odebrać sprzęt przygotowany do transportu. Podałem Mu telefon do mojego Hotelu i z prospektami magnetowidu wyruszyłem w drogę powrotną do Watford.

Pobyt w Anglii w 1985 to przełomowy moment zawodowy. Dla mnie liczy się zwłaszcza jako początek mojej pasji do mikrokomputerów. Pasja głównie w sensie ich inżynierskiego programowania, osiągania celów ułatwiających organizację pracy, administrowania Działem Głównego Elektronika oraz rozpoczęcie dużej przygody informatyzacji całego Zakładu PZGraf a od 1991 roku Drukarni Prasowej S A w Łodzi. Ale to tylko moje myśli i strategia na przyszłość, mogłem zostać jeszcze na następnym kursie, kolejne dwa tygodnie. Ale ja już po czterech tygodniach byłem zmęczony angielską słodkawą w smaku kuchnią, jedzeniem jajek na bekonie, też już byłem zmęczony (kiełbaski czy owsianka były nie do przełknięcia). Zaplanowałem wiec ostatni weekend w Anglii, wycieczkę do Londynu – w programie, kawa oraz odbiór magnetowidu w sobotę na Ealingu u pana Beniamina, zwiedzanie okolic Trafalgar Square, niedziela pożegnanie z państwem Lindą i Janem Salomonami a w poniedziałek wylot do Polski na Okęcie. Zadzwoniłem międzynarodową (00 48 42 etc.) do Jagódki z biura Crosfield’u gdzie właśnie wykonywałem rezerwacje lotu. Poprosiłem aby miała przygotowaną gotówkę na wypadek koniecznych opłat cła z tytułu przywozu elektroniki. Jagódka zachowała się bardzo sprytnie, niezwłocznie skontaktowała się z Ewą i Mariuszem Protasami, kuzynostwem z Warszawy. Mariusz Protas warszawski spryciarz, ucieszył się – On już wiedział co zaplanować,”..Jadziu przyjeżdżaj z dziećmi do Warszawy a ja wszystko jak trzeba ogarnę..”. W hali obsługi celnej, akurat przed stanowiskiem które wybrałem, utworzyła się kolejka, denerwowałem się, ale jeszcze bardziej denerwowali się Ci którzy na mnie czekali na zewnątrz. Nie bardzo wiedziałem początkowo o co tam chodzi, widziałem starsze małżeństwo z kilkoma wielkimi walizkami. Oni właśnie byli przedmiotem szczególnej „troski” funkcjonariuszy celnych. Co chwila przychodzili nowi, coraz wyżsi rangą funkcjonariusze, żywo nad czymś debatowali. Na szczęście puszczali co pewien czas kilka osób z kolejki bez szczególnej kontroli. Gdy byłem już zupełnie blisko, zacząłem słyszeć dyskusję między przybywającym z emigracji starym małżeństwem a celnikami. Byłem już drugi do przepuszczenia i dokładnie już słyszałem o czym trwała debata. Otóż jedna z walizek zawierała pamiątkowe książki które małżeństwo pragnęło mieć tutaj w kraju w swoim nowym domu. Teraz wszystko było jasne, literatura była zawsze najbardziej niebezpieczna dla systemu komunistycznego. Małżonków reemigrantów wraz z bagażami, przeprowadzono do ad hoc zorganizowanego stanowiska, gdzie doraźny zespół „cenzorski” miał bardzo dokładnie zweryfikować pozycje książkowe, na te które będą dozwolone do przekroczenia granicy PRL i na te które zostaną aresztowane. Dla mnie sytuacja stała się korzystna, celniczka która objęła właśnie posterunek, kiwnęła do mnie abym przechodził bez kontroli. Radość moich oczekujących była wielka pomimo iż czekali ponad godzinę dłużej. Podziękowałem najserdeczniej jak tylko potrafiłem Mariuszowi. Ponieważ zaoszczędziliśmy na cle, postanowiliśmy wracać taksówką do Łodzi. Takim gestem rozpoczynaliśmy w naszej rodzinie zupełnie nową erę, erę mikrokomputerów, wideofilmów na kasetach VHS. Na pierwszym planie było hobby ale także nowa pogłębiona profesja, programowanie (software) oraz praktyczne stosowanie zawodowe mikrokomputerów PC (hardware).

Rok 1987 też jest pamiętny mimo że nie mam żadnych własnych zdjęć z Moskwy, to bardzo szczegółowo pamiętam wiele przeżyć, to były niepowtarzalne chwile. W tym akapicie będzie dużo tekstu, trochę przykładowych fotogramów, myślę że czytelnik będzie miał satysfakcję z poznania wielu faktów, one nawet dzisiaj oraz po 2024 roku będą interesujące. To była delegacja wynalazców i racjonalizatorów z wielu Polskich zakładów poligraficznych RSW „Prasa-Książka_Ruch”, wyprawa na odbywającą sie tamtego roku w Moskwie, cykliczną wystawę SEWDRUK’87. Wylądowaliśmy na lotnisku Wnukowo, wówczas to lotnisko dopiero zaczynało swoją perspektywiczną rolę. W skromnej hali przylotów czekał na nas przedstawiciel organizatorów Moskiewskiego Instytutu Poligrafii. Tutaj pierwszy szok, przed lotniskiem nie czekał na nas autokar, to była ciężarówka do przewozu pracowników, „gruzawik” coś podobnego do polskiego OSINOBUS’a. Jechaliśmy bardzo długo niemiłosiernie potrząsani na wyboistym Prospekcie Lenina. Potem kawałeczek Wałem Krymskim i Wałową w okolice Metro Stacji Paweletskaya do naszej kwatery w trzypiętrowym Hotelu Robotniczym. Parter budynku zajmowały sklepy, spożywczy oraz przemysłowy. To był początek bardzo upalnego lipca, nad środkową Rosją rozciągał się bardzo stabilny wyż kontynentalny, temperatura bezwietrznego upalnego powietrza sięgała 36 stopni Celsjusza. Na czele delegacji stał Jacek Gorecki, dyrektor Techniki Zarządu Głównego RSW. Pan Jacek biegle władający niemieckim i rosyjskim oraz mój dyrektor techniczny, sympatyczny Aleksander Znosko, znał biegle język niemiecki którego jako młodzieniec uczył się samodzielnie podczas wojny, posługiwał sie także zupełnie dobrze językiem rosyjskim, szlifując jego praktyczną znajomość podczas dwuletniego wcielenia do Ludowego Wojska Polskiego w latach 1945 d0 1947. Pan Aleksander skutecznie wprowadzał nas młodszych, niedoświadczonych w arkana rosyjskiej gościnności oraz specyfiki obyczaju. Uprzedzał że wszystkie radzieckie hotele które znał i przebywał, mają wejście i klatkę schodową w centralnym punkcie dłuższej ściany budynku. Na każdym piętrze Hotelu, na korytarzowym podeście klatki schodowej, znajduje się posterunek funkcjonariuszki o nazwie „etażnaja” (piętrowa), tak usytuowany aby miała doskonałą widoczność całej klatki oraz obu korytarzy hotelowego piętra. Cóż co kraj to obyczaj, przy ubogim technicznym wyposażeniu tamtejszych hoteli przy jednoczesnej swobodzie spożycia alkoholu w kwaterach i tylko w kwaterach (obowiązywała wówczas prohibicja swobody nabywania oraz publicznego spożycia alkoholu wprowadzona przez Michaiła Gorbaczowa w czerwcu 1985 roku, popularnie nazwany „suchoj zakon”). „Piętrowa” pełniła tutaj bardzo ważną rolę bezpieczeństwa oraz kontroli gości hotelowych. Ten posterunek przypominał zaokrąglony kiosk RUCHU, przylepiony do ściany korytarza, wymiary miał dokładnie dopasowane do szerokości klatki schodowej a zajmował połowę szerokości podestu. Przechodząc obok tego kiosku zauważyłem dwa telefony; jeden z tarczą numerową a drugi induktorowy na korbkę. Musieliśmy każdy z nas przejść procedurę zakwaterowania przed Tą osobą z kiosku, okazać paszport i bumagę organizatora. Otrzymaliśmy pokoiki dwuosobowe wyposażone w umywalkę z lusterkiem, tapczaniki pokryte były błyszczącym skajem, pościel zobaczyliśmy ułożoną w kostkę w nogach leżanek. Pomyśleliśmy ze Zbyszkiem, że w polskich hotelach robotniczych wygląda to podobnie, no może z wyjątkiem szafy której tutaj nie było, zastępczo powieszono na ścianach mocne wieszaki z kilkoma hakami, nad lusterkiem nie było lampki ale było gniazdko do golarki.

Pierwsza noc biorąc pod uwagę zmęczenie, minęła bezproblemowo. Po umyciu i ogoleniu, wszedł pan Aleksander który z Tadeuszem zajmowali pokoik obok. Poinformował nas że śniadania są wydawane w kantynie na ostatnim piętrze hotelu, „..koniecznie zamówcie bułkę maślaną z masłem a do tego sagan śmietany, to takie typowe rosyjskie śniadanie, stawia prosto na nogi nawet po trudnej, przepitej nocy”. Zamówiłem to co polecono i muszę powiedzieć że to było pyszne, buła słodka z kruszonką, jeszcze ciepła i aromatyczna (masłem i kruszonką), była przepyszna, taka z mojego dzieciństwa. Śmietanę podawała bufetowa nalewając półlitrową miarką wprost do podstawionego sagana z dziubkiem (taki duży ciemny, ceramiczny kubek półlitrowy). No…!, „smietan” to dopiero była pychota, była tak doskonała jaką pamiętałem z dzieciństwa, gdy pierwszy raz piłem taką śmietanę otwierając kurek, blaszanego odstojnika na wielkopolskiej wsi w okolicach Kotlina. Ta rosyjska była lekko schłodzona, gęsta, słodka i tłusta, niesamowicie smaczna, „prosto skazat” – niebo w gębie. Imprezy wystawy SEWDRUK’87 odbywały w Pawilonie 57, centrum wystawienniczo-konferencyjnego na terenach WWOZR (Wszechzwiązkowej Wystawy Osiągnięć Związku Radzieckiego), współcześnie WOGN Wystawa osiągnięć Gospodarki Narodowej) WDNHMoskwa. Dojazd do wystawy był łatwy, dojście do stacji Metro Paveletskaya, obecną linią okrężną (Hanza) w kierunku Marksistowskaya, Kurskaya, Konsomolskaya, Prospekt Mira, przesiadka na linię WOGN w kierunku Ryżskaya, Aleksejewskaja i WOGN, tam wysiadamy, potem idziemy Prospektem Mira do głównej bramy Wystawy. Na terenach wystawy, spędzaliśmy codziennie około czterech godzin (wliczając spacery oraz gastronomię w wydaniu organizatora). Dostawaliśmy wysoką dietę coś około 45 rubli. Mogliśmy więc swobodnie korzystać z wolnego czasu, zwiedzać centrum miasta z Placem Czerwonym, Bulwarami czy krążyć po niezwykle oblężonym GUM (gławnyj uniwersalnyj magazin). Zapuszczaliśmy się także idąc bocznymi ulicami, również w stronę osiedli mieszkalnych czy parków. Pogoda była niezwykle upalna bo bezwietrzne 32 do 34 Celsjusza. Nad Rosją rozciągnął swe ramiona stabilny wyż kontynentalny, to zapowiadało że do naszego wyjazdu za 7 dni, nic w klimacie się nie zmieni. Jako pierwszą ciekawostkę podam że pewnego dnia popołudniu, postanowiliśmy odwiedzić rekomendowaną przez grupę stałych bywalców spośród naszej delegacji, położoną nieopodal Hotelu restaurację. Mimo zewnętrznego upału w sali lokalu panowała przyjemna wilgotność i chłód atmosfery. Gdy zajęliśmy miejsca przy stoliku domyśliliśmy się dlaczego. Stolik pokryty był kilkoma warstwami białych obrusów mocno nasączonych wodą!!. Ta „ruska klima” okazywała się niezwykle skuteczna. Ciekawostką i zaskoczeniem dla nas, był rachunek za wystawną, kilku daniową obiado-kolację z deserami oraz mołdawskimi winami i armeńskim koniakiem, wyniósł niespełna 10 rubli na osobę!!. Nasi rekomendujący ten lokal przyjaciele z delegacji, spędzali tam bardzo dużo czasu.  Wtedy stało się dla nas jasne dlaczego stać Ich było na taki codzienny luksus.

Spacery po śródmieściu Moskwy także przynosiły niesłychanie zaskakujące obserwacje. Najbardziej przerażające były liczne instalacje publiczne, blaszane, ohydnie śmierdzące wielostanowiskowe wodo-sodowe wodopoje. Nas odrzucał wygląd i zapach tych przybytków, natomiast moskwianie nawet tam ustawiali długie kolejki. Można było wtedy w 1987 roku, poruszać się kilometrami po ulicach śródmieścia stolicy CCCP, iść długo nie napotkawszy żadnego sklepu z czymkolwiek. Spotykaliśmy nieliczne kawiarnie czy restauracje a nawet kolejna ciekawostka – kolejki do zaplecza budynków!!!. Postanowiliśmy się bliżej przyjrzeć co tam podają. To były „punkty zaopatrzenia”…nabywano tam alkohole, głównie zwykłą wódkę. To właśnie ten wyżej opisany gorbaczowski „suchoj zakon”, który spowodował obserwowany paradoks. Powszechne potrzeby zaspakajano w cichości, od strony zaplecza. W osiedlach mieszkaniowych było nieco inaczej, tutaj na parterach były sklepy, weszliśmy do jednego z nich późnym południem – na pólkach sklepowych gościły jedynie zwiędnięte główki kapusty, nic więcej. Poszliśmy dalej, w okolicy przestrzeni między blokami mieszkalnymi, zauważyliśmy niezwykły ruch biegnących grupkami mieszkańców. Wszyscy gromadzili się na udeptanym placyku położonym między blokami mieszkalnymi, nieopodal dużej, ruchliwej ulicy. Po chwili stało się jasne na co i na kogo oczekiwali. Od strony ulicy wjeżdżały właśnie dwie ciężarówki wypełnione skrzynkami. Od przechodniów dowiedziałem się że to kołchoźnicy dostarczyli truskawki. Zaobserwowaliśmy że sprzedaż odbywała się błyskawicznie, każdy miał odliczone pieniądze, chwytał więc swoją kobiałkę i w nogi do domu. W przeciągu piętnastu minut wszystko zostało rozebrane, żadnego przebierania czy wybrzydzania nie było, kołchoźnicy mogli wrócić do zbierania plonów do kolejnej, jutrzejszej dostawy.

Następnego dnia po południu, postanowiłem zwiedzić sklepy na parterze naszego Hotelu. Były dwa duże sklepy, mięsno-spożywczy oraz ogólno-przemysłowy. Tuż za drzwiami obu sklepów, znajdowały się wewnętrzne wiatro-mrozołapacze, takie przedsionki służące do otrzepywania odzieży i butów ze śniegu czy błota. Ten w sklepie przemysłowym wypełniony kobietami w chustkach na głowach. Każda z kobiet którą mijałem sięgając do torby pytała „..rubaszku ty choczesz?”. Nic z tego nie rozumiałem bo dalej w sklepie widziałem wiszące na wieszakach koszule, sukienki, fartuchy oraz leżące na ladzie bele materiałów tekstylnych i niewiele co ponadto co by rzucało się w oczy, półki ścienne za ladą raczej świeciły pustkami. Nie chciałem oglądać oferowanych odręcznie koszul aby nie wchodzić w relacje kupieckie. Nie znając dokładnie języka potocznego, ani jakości towarów ani cen oferowanych koszul, było by to wielce ryzykowne. Poszedłem więc do drugiego sklepu tj. ogólnospożywczego. Szok! i niedowierzanie…. roje much kłębiących się wokół niedomytych lad czy wokół pieńka służącego do ćwiartowania tusz. Zaduch psującego się mięsa przyprawiał o mdłości. Nigdzie nie widać było lad chłodniczych czy skrzyniowych zamrażarek. To było już dobrze popołudniu, więc nie spodziewałem się że cokolwiek tutaj kupię, na półkach ściennych widoczne puszki, dosłownie kilka puszek chyba niechodliwych konserw, haki i lady świeciły pustkami ale trzy osobowa załoga tkwiła za ladami w pełnej gotowości do pracy. W bliższej wejścia części spożywczej – także pustki, nawet octu nie było. Myślę że coś tam z rana dostarczono ale błyskawicznie sprzedano. Potem już w blokach mieszkalnych następowała wymiana potrzebnych towarów z tych które różnym ludziom, udało się kupić w poprzednich czy kolejnych dniach porannego handlu. I tu mnie olśniło w sprawie odsprzedaży tych koszul, które oferowały mi kobiety w wiatrołapie sklepu przemysłowego. One kupiły więcej niż potrzebowały, bo akurat „rzucili” a ponieważ w okolicy zamieszkania nie udało Im się odsprzedać, przyszły do sklepu i dalej próbowały odsprzedawać.

W parku w okolicy mostków przerzuconych nad rzeczkami czy kanałami, stało kilkoro młodzieńców i zawsze ilokrotnie tam byliśmy mieli po kilka aksamitnych poduszeczek wypełnionych wpiętymi orderami, medalami, odznakami i wszelkiego rodzaju przypinkami w których kochali się Rosjanie, wszystko na sprzedaż lub do wymiany. Troszkę to przypominało polskie giełdy filatelistyczne w radzieckim wydaniu. W sobotę organizator zaprosił naszą delegację na wycieczkę do położonej 71 km na północ od Moskwy, Ławry Troicko-Sergiejewskiej, klasztoru w mieście Sergiejew Posad. SergiPosad Przewodniczką była Pani Nina, tłumaczka Polskiej Ambasady w Moskwie. Pierwszy poważniejszy remont po odzyskaniu obiektów przez Moskiewską Cerkiew prawosławną, przeprowadzono w 1983 roku. Pierwszy raz zwiedzałem kilka Cerkwi prawosławnych jednego dnia. Widać było puste jeszcze miejsca oraz pobieżność wykonywanych prac renowacyjnych. Ikonostasy świątyń, robiły niesamowite wrażenie. Spędziliśmy tam około godziny, nie było tam zbyt wielu zwiedzających ale nasze wrażenia były duże i satysfakcjonujące.

Pamiętam że zabrałem ze sobą nowiutkie dżinsy Blue Paris okazyjnie zakupione w Centralu. Wieczorem na dwa dni przed wylotem, przybyła do hotelu oswojona z „etażnoj” Rosjanka. Nasi obrotni przyjaciele Warszawiacy, zaprosili ją do swojego pokoju a nas powiadomili że mają kupcową na wszystko co mamy do sprzedania. Okazało się że dla bezpieczeństwa dziewczyna dokonuje tylko oględzin towarów oraz ich kwalifikacji, w aspekcie ich łatwego zbycia. Transakcje miały się odbyć nazajutrz na niewielkim targowisku oddalonym dwie stacje metrem w stronę śródmieścia. Ponieważ jutrzejszy dzień planowałem spędzić w GUM, nie byłem zainteresowany stratą czasu. Nie miałem pewności korzystnej sprzedaży dżinsów, one bardzo mi się podobały więc zamierzałem je nosić. Poprzedniego dnia po południu pojechaliśmy z kolegą po telewizor Rubin, który zamierzał kupić i zabrać do Polski. Prosił mnie o pomoc w komunikacji językowej i w poruszaniu się metrem czy autobusami. Dostał od kogoś adres gdzie „na bank” będą dostępne tego dnia Rubiny. Miały być dostarczone i dostępne od ręki, w takim dużym magazynie dzielnicowym, na peryferiach Moskwy. Dotarliśmy tam nie bez problemów ale skutecznie. Okazało się że owszem bywają tam w sprzedaży duże partie Rubinów, ale personel sklepu nigdy nie wie kiedy i w jakiej ilości zostaną do Ich sklepu przywiezione.

GUM jako wielka Galeria Handlowa wewnątrz sprawiał dobre wrażenie, tego typu sklepów często nie widywałem wtedy w Polsce roku 1987. Jedynie zespół warszawskich DT Centrum Junior, Sawa, Wars były obiektami o podobnej skali. Chodziłem tam kilka godzin wchodząc niemal do każdego sklepu. Byłem już zmęczony ponieważ nie udało mi się zobaczyć nic atrakcyjnego, co mógłbym kupić jako odręczne suweniry dla najbliższych czy rodziny. Byłem bardzo poirytowany i zawiedziony że nie przygotowałem jakiś wyjść awaryjnych, na wypadek niezdecydowania czy braku ciekawej oferty. W końcu kupiłem Jagódce i Anuli złote łańcuszki, Adasiowi okazałą matrioszkę z wilkiem i zającem a do domu czy sobie, cichobieżny wentylator kanałowy z czterostopniową nastawą prędkości oraz moją pierwszą elektryczną, ręczną wiertarkę o niedużych rozmiarach ale dużej mocy.

Ostatniego dnia pobytu zorganizowano naszej polskiej ekipie wynalazców i racjonalizatorów, wycieczkę do moskiewskich zakładów Drukarni Wydawnictw Oświatowych i Podręczników. W Polsce i DDR widziałem wiele drukarni o różnym profilach produkcyjnych. Ta moskiewska to było kuriozum, pomyślałem przez chwilę że tak musiały wyglądać zakłady a właściwie maszyny eksploatowane w XIX wieku. Wszędzie widoczne kręcące się wały, kółka pasowe i szybko poruszające się pasy parciane różnej wielkości, żadnych obudów czy osłon, żadnych płotków czy wyznaczonych ścieżek bezpieczeństwa. Podłogi pełne wyrw i nierówności, produkty i surowce stały gdzie popadło, bez ładu czy składu. Wszechobecny pył papierowy (z natury wybuchowy!) – bardzo dużo zalegało go na podłodze czy ścianach, tak że niemal unosił się w powietrzu!. Doprawdy nie wiedziałem co o tym myśleć a już naj mniej co o tym wszystkim mówić!!!.

W drogę powrotną na lotnisko Wnukowo udaliśmy się podstawioną przez organizatorów ciężarówką, przystosowaną do przewozu osób i bagażu. To ważne bagażu!. Okazało się że warszawiacy dobili interesu na targowisku i kupili trzy telewizory Rubin. Zajęło to trochę czasu zanim ładunek został ostrożnie umieszczony na tyłach pojazdu. Około południa wyruszyliśmy w drogę powrotną do PRL. Na lotnisku Wnukowo nie było dużego ruchu pasażerskiego więc odprawy bagażowo biletowe przebiegły sprawnie. Koło 14:00 byliśmy gotowi do wylotu który planowano na 16:30. Na tym stopniowo w miarę upływu czasu, opustoszałym lotnisku niecierpliwie poirytowani, spędzaliśmy godzinę po godzinie w zapadającej wokół nas ciemności (oświetlenie przestrzeni pasażerskiej także wygaszano do niezbędnego minimum). W końcu wyleciał ostatni planowany tego dnia samolot do Sofii a IŁ’a 62M dla naszej delegacji ciągle nie było. Mniej więcej co dwie godziny, personel lotniska zapraszał nas do baru na lampkę koniaku aby ukoić nasze nerwy czy niepokoje. Około 1:00 podano komunikat zapraszający na pożegnalną lampkę koniaku z jednoczesną dobrą wiadomością że nasz IŁ 62M właśnie wylądował z trasy Nowy York – Warszawa – Moskwa i po przeglądzie i tankowaniu z radością przyjmie nas na swój pokład. Rozległy się oklaski w hali odlotów, a podchmieleni pasażerowie ochoczo zbliżali do parkującego przy wyjściu autobusu. Na pokładzie było wesoło..oj, wesoło bo w ruch poszła kolejna lampka koniaku fundowana tym razem przez PLL LOT. Nie wiadomo kiedy wylądowaliśmy w Warszawie, tak szybko upłynęły trzy godziny lotu. Tutaj okazało się że „nasz” planowy IŁ 62M „Sienkiewicz”, nie wystartował z Warszawy do Moskwy z powodu awarii silnika. PLL Lot podjął decyzję że pasażerów z Moskwy zabierze IŁ 62M „Pułaski” po wylądowaniu, przeglądzie, wymianie załogi oraz tankowaniu w Warszawie. To była kolejna awaryjna przygoda tego nieudanego samolotu made in CCCP. Gdy solidnie zmęczeni ale i szczęśliwi schodziliśmy po schodach trapu, zauważyliśmy zrzucane z wysokości około 3 metrów, wprost z otworu bagażowego samolotu, pudła kartonowe z telewizorami Rubin. Spadały jak worki z ziemniakami, na podstawione przyczepki elektrycznego „pociągu” z bagażami i walizkami pasażerów. Zacząłem się śmiać gdy przypomniałem z jaką uwagą i ostrożnością wnosiliśmy te ciężkie pudła do naszej ciężarówki w Moskwie.

Jesienią 1987 roku od Zakładu Wiodącego Urządzeń Sportowych Polsport w Warszawie, otrzymałem formalne zlecenie projektu wynalazczego dotyczącego opracowania i/lub wdrożenia wykonawczego, wyświetlaczy tablicowych i/lub przenośnych do użytkowania na zawodach sportowych typu halowego ale i otwartego w wersji przenośnej. Opracowanie doprowadziłem do zamknięcia pierwszego etapu czyli rysunków ideowo montażowych, opisów technicznych i wykazu użytych części czy zastosowanych technologii i materiałów. Niestety kilkumiesięczna praca w czasie dodatkowym i zimowych weekendów nie miała ciągu dalszego w postaci umowy wykonania modeli czy prototypów.

We wrześniu 1989 roku zostałem delegowany wraz z moim współpracownikiem inż. Piotrem Neumanem do odbycia szkolenia zagranicznego w MAN Roland, Mühlheim nad Menem. Kurs będzie odbywał się w Ośrodku Szkolenia i Treningu w języku angielskim. Po raz pierwszy pełniłem na tym kursie rolę słuchacza ale i tłumacza dla Piotra Neumana. Instruktorem był inżynier Jucz Severin a słuchaczami siedmiu elektroników ; dwóch Amerykanów, dwóch Polaków, Anglik, Szwed i Francuz. Kurs rozpoczynał się o 9:00. O ile pamiętam to z Hotelu Kinnel odbierał nas osobówką, pracownik Zakładów MAN Roland po drodze dojazdu do pracy w Zakładach. Obiady jadaliśmy w przerwie na lancz około 12:30 w kantynie Ośrodka. Przez kilka dni miałem problemy w rozmowach towarzyskich, zwłaszcza z Amerykaninem z Chicago. Twardy dialekt amerykański sprawił mi duże trudności, natomiast Jucz mówił wolno w logicznych sekwencjach zdań, językiem technicznym, używał znanych zwrotów podręcznikowych, tłumaczenie Piotrowi nie nastręczało trudności więc w niewielkim stopniu wpływało na tempo wykładów czy prezentacji medialnych. Bardzo dziwili się że Piotr nie mówił po niemiecku, mimo ojca o niemieckich korzeniach etnicznych. Wyjaśniałem jak potrafiłem, że skład etniczny mieszkańców Łodzi z natury rzeczy był wielonarodowościowy. Łódź w XIX wieku to była Ziemia Obiecana dla wielu europejskich narodów. Największą grupę stanowili Polacy których Łódź ssała jak gąbka wodę ze wszystkich okolic bliższych i dalszych, ludzie ciągnęli tutaj furmankami, dwukółkami, ale i na pieszo, całymi gromadami jak na pielgrzymkę. Wielką grupę stanowili wyżej kwalifikowani osadnicy z Niemiec, Czech ale i z Francji oraz Szwajcarii czy Austrii. Bardzo liczną grupę stanowili Żydzi ściągający tutaj ze wszystkich krajów europejskich ale także Ich biedota z obszarów Rosji.

Amerykanin Bob z Chicago, podczas lanczu opowiedział ciekawostkę ze swojego Zakładu, wielkiej drukarni akcydensowej. Powiedział że w Ameryce, wszystko jest duże. Gdy kupuje sie maszyny tak dobre technicznie oraz tak bardzo wydajne jak MAN Roland, sprowadza się bez wahania maszyny do całej nowej hali produkcyjnej. Powiedział że management Zakładu twierdzi że na Halę 30 maszyn MAN Roland wystarczy 2 drukarzy, 1 technik oraz 10 „Indian” czyli pomocników obsługujących wejście i wyjście maszyn. Ci „Indianie” dowożą stosy czystych arkuszy (ryz) na ero-paletach, podstawiają te stosy pod wejście podajnika arkuszy a także odbierają stosy zadrukowanych arkuszy gotowego produktu na ero-paletach, od strony wyjścia maszyny czyli układarki (sztaplarki). Tak, to prawda co mówił Bob o wydajności tych maszyn. Na terenie Ośrodka szkolenia znajdował sie również Zakład Doświadczalny i Badawczy Drukarstwa. Zakład ten pełnił również rolę Ośrodka Szkolenia dla drukarzy i obsługi maszyn offsetowych arkuszowych. Ponadto zakład ten funkcjonował dokładnie tak jak niewielka drukarnia która mogła być wzorcem dla systemu zaopatrzenia zakładu w papier bez uprzedniego magazynowania. To był system odbioru ryz papieru przez wózki widłowe wprost pod wejście maszyny oraz ekspedycji gotowego produktu po błyskawicznym opakowaniu prosto na ciężarówki. Właśnie tam zwiedzając działający park maszynowy przekonaliśmy się jak wydajne i niezawodne są maszyny arkuszowe MAN Roland, Favorit, Parva, Record. Po krótkim, kilkunasto – minutowym procesie zakładania form, uzupełnieniu farb, roztworów i dopełnieniu procedur technologicznych, następował druk próbny w skali do 100 egzemplarzy z okresowymi niewielkimi korektami pasowań i nasycenia barw. Rozruch był natychmiastowy z bardzo szybkim dojściem do pełnej wydajności. Pierwszy raz w życiu widziałem na własne oczy jak w oczach maleje stos surowego papieru a rośnie w oczach stos gotowej produkcji. Wtedy zrozumiałem dlaczego wysokiej jakości wielobarwne akcydensy w wydaniu komercyjnym są tak niewyobrażalnie tanie, rozdawane za darmo. Kalkulacyjny słupek uprzednio znaczący (najwyższy) drogiej pracy osobowej znacznie malał, obniżka pozostałych kosztów własnych, surowców i zaopatrzenia a także zbytu, obniżano sukcesywnie wręcz systemowo. Efekt finalny stawał się coraz bardziej zgodny z oczekiwaniami konsumentów ulotek, folderów czy katalogów.

Trzecią ciekawostką były spacery z Piotrem po sąsiadującym z Ośrodkiem Szkolenia Cmentarzu Katolickim. To były dla nas przybywających z PRL (..tak to jeszcze był kraj komunistyczny mimo że już odczuwaliśmy wyraźne powiewy następujących zmian wolnościowych), niesamowite przeżycia estetyczne oraz także mentalne, choćby widok czynnego krematorium (C). W Polsce tamtego czasu o pochówkach urnowych, kolumbariach czy spalaniu ludzkich zwłok nie było i mogło być mowy. Szczególnie budynek krematorium budził naszą wielką ciekawość. Najpierw nie zdawaliśmy sobie sprawy że to krematorium, dopiero gdy z wystającego nad dachem szerokiego komina buchnęły czarne, gęste kłęby dymu a trwało to kilkanaście minut, zdaliśmy sobie sprawę że ten obiekt na uboczu Cmentarza to krematorium. W następnych dniach na dłuższych przerwach między zajęciami kursu, chodziliśmy po różnych częściach Cmentarza. Najciekawsze były kolumbaria sąsiadujące z zewnętrznymi ścianami czy stanowiące ogrodzenie Cmentarza oraz wielkie pola grobów urnowych. Nagrobki to płyty kamienne o wymiarach standardowych około 60/60 cm, wykonane z kamieni o różnych kolorach oraz przeróżnych gatunkach. W Polsce wówczas dominowały nagrobki sporządzane z lastriko czyli betonu wypełnionego grysem kamiennym oraz wyszlifowaną dokładnie powierzchnią czołową. Wszystkie płyty kamienne Mühlheim, wypełnione Inskrypcjami miały grubości około 5 cm, spoczywały wprost na trawiastej powierzchni pola lub na nieco widocznych krawędziach piwniczek urnowych. Między płytami nagrobnymi były regularnie rozmieszczone trawiaste, starannie wykoszone przejścia o szerokości około 50 cm. Któregoś dnia obserwowaliśmy nawet fragment ceremonii pogrzebu w Kaplicy krematorium. Ceremonię sprawował ksiądz z tamtejszej Parafii Św. Maksymiliana Marii Kolbego. Kaplica miała półkolisty kształt, fotele uczestników tworzyły półkola kilkunastu rzędów, część ołtarzową stanowiła trapezoidalna wnęka z centralnie usytuowanym krucyfiksem, trumna osoby zmarłej znajdowała się między krucyfiksem a stołem ofiarnym i księdzem. Ceremonia w której uczestniczyliśmy właśnie się kończyła, rozległa się melodia żałobna a katafalk z trumną osoby zmarłej bezgłośnie opuszczał się ku piwnicy. Wieka piwnicy również bezgłośnie zostały zasunięte. Jaki był przebieg dalszej ceremonii nie byliśmy w stanie ustalić ponieważ właśnie mijał czas naszej przerwy w zajęciach. Cmentarz był ładnie zorganizowany i świetnie utrzymany. Większość nagrobków była z kamienia naturalnego, wielobarwnych granitów. Formy wizualne czy konstrukcyjne były różnorodne, poczynając od bardzo okazałych i bogatych wystrojem, kolumnowych instalacji grobów Romskich (cygańskich), po bardzo skromne płyty urnowe czy kolumbaria ścianowe.

Współcześnie ulica między Ośrodkiem a Cmentarzem to Senefelder Allee, budynek Ośrodka został znacznie rozbudowany, stanowi obecnie kompleks uczelni Hessische Hochschule für öffentliches Management und Sicherheit, czyli coś na kształt niemieckiej Akademii Policyjnej. Kompleks budynków oraz hal produkcyjno-warsztatowych, dawnego Zakładu Doświadczalnego i Badawczego Drukarstwa, pozostaje nadal we władaniu potężnych Zakładów Maszyn Drukarskich MAN Roland. Pod koniec naszego dwutygodniowego pobytu, Jucz Severin nasz Instruktor, zorganizował wycieczkę do Głównego Zakładu produkcyjnego maszyny poligraficzne „MAN Roland Vertrieb und Service GmbH, Mühlheim a. Main, Germany”. Pierwszy raz mogliśmy zwiedzić tak olbrzymie hale produkcyjne wyposażone w „taśmę produkcyjną” o cyklu obrotu 1-miesiąc. Z natury rzeczy produkowano Tutaj zestawy modułowe wielkich maszyn rotacyjnych offsetowych Rotoman, Litoman, Polyman, Regioman. Zestawy wielkością dostosowane do montażu w całość ale również zapewniające łatwe opakowanie, zabezpieczenie i transport do odbiorców na wszystkich kontynentach. Proces technologiczny był zaplanowany na zasadzie liniowych dostaw, odcinkowej kontroli jakości montażu oraz etapowych elastycznych uzupełnień stanu montażu z dokładnością do kilku minut. Nikt tutaj nie biegał, nie poszukiwał osób czy części. Pracowało spokojnie około dwóch osób na każde 3 metry linii montażowej. Dwie, ponieważ elementy wymagały współpracy i kooperacji dwóch pracowników oraz zmieniającego się oprzyrządowania w zależności od miejsca do którego dotarła linia. Ta organizacja pracy budziła w nas podziw, dobrze odzwierciedlała łódzkie powiedzonko „..langsam, langsam aber sicher !.”

Rok 1989 był przełomowym rokiem w historii Polski. Kończył się PRL i PZPR a rozpoczął proces transformacji ustrojowej i ekonomicznej Rzeczypospolitej Polskiej – RP. Największego szoku doznałem w 1990 roku, wtedy POP PZGraf ulegało rozwiązaniu a dokumenty i pamiątki zabierano do depozytu archiwaliów. Gabinet POP obejmował Dział zaopatrzenia i zbytu, kluczowy w nowym modelu rynkowym Zakładu. Koniec był symboliczny, bowiem Janek ówczesny I sekretarz POP PZPR, wrócił do swojej pracy w Chemigrafii gazetowej, gdzie niebawem awansował na kierownika gdyż Kazimierz Małkiewicz odchodził na emeryturę. Dopełniło się przesilenie kłamliwej ideologii której gnicie długo ale bacznie obserwowałem po wstrząsie moralnym czerwca, lipca 1976 roku. Było to prawie na początku mojej pracy w Prasie, gdy po brutalnym stłumieniu robotniczych strajków w Ursusie i Radomiu władze PRL ukazały swe kłamliwe oblicze. Moje relacje z polityką i do polityki w całym okresie PRL, opisałem dokładnie w opracowaniu NaznaczPolityk

W 1990 przez zebranie delegatów załogi Zakładu, zostałem wybrany na przewodniczącego Rady Pracowniczej Prasowych Zakładów Graficznych. Rozpoczął się trudny niekiedy bolesny ale ostatecznie owocny proces modernizacji Zakładu. Ostatecznie po latach, brać drukarska Prasowych Zakładów Graficznych przyznała mi rację. Kiedy na Ich tezę „gazeta była, jest i zawsze będzie…”, odpowiadałem wówczas „..tak, ale jest pytanie jaka to będzie gazeta, w jakiej formie, jakiej technologii oraz na jakim nośniku..” . W 1991 roku na zwołanej at hoc po zebraniu RP masówce mówiłem : „..szanowni rycerze czcionki z metali ciężkich – za lat kilka z tych hal gdzie stoimy, wyjadą wszystkie maszyny i urządzenia technologii druku opartego na topieniu i odlewaniu wierszy czy całych stron z metalu. Wyjadą do huty na przetopienie. Ich miejsce zajmą klimatyzowane niewielkie biura wypełnione komputerami oraz elektroniką. Dopóki jest na to czas proszę Was na wszystko, przygotujcie swoją wiedzę i umiejętności do tej rewolucji..”. To bardzo nie się spodobało drukarzom. Aktywiści nowej partii Porozumienie Centrum (braci Kaczyńskich), tuż po masówce zorganizowali referendum o moje odwołaniem z funkcji Przewodniczącego RP, motywując inicjatywę koniecznością obrony zagrożonych miejsc pracy. Nie czekałem na wynik, złożyłem rezygnację wkrótce po wcześniejszej rezygnacji wicedyrektora Lecha Dorendy. Niebawem 22 marca 1990 roku w Sejmie RP inicjatywą grupy posłów PC, przegłosowano Ustawę o likwidacji RSW „Prasa-Książka-Ruch” której składnikiem była nasza drukarnia Prasowe Zakłady Graficzne w Łodzi. Motywacją generalną była potrzeba rozdysponowania majątku po PZPR, aby nie przypadł następczyni prawnej czyli partii SdRP. Rozpoczęła się wtedy złodziejska w swej istocie, zaś faktycznie mocno chaotyczna prywatyzacja całej RSW, w tym naszej Drukarni. W Łodzi powstała nowa Spółka Akcyjna Drukarnia Prasowa SA, która wykupiła Prasowe Zakłady Graficzne w Łodzi w istocie jako masę likwidacyjną Zakładu. Rozpoczęła się niejasna gra kapitałowa z początkową fazą tzw. Akcjonariatu Pracowniczego, gra o wpływ na składniki majątku wśród nowych podmiotów gospodarczych tj. organizacji biznesowych czy ugrupowań politycznych. Olbrzymi majątek RSW w istocie swej społeczny, ulegał rozproszeniu w wyniku patologicznego procesu prywatyzacji po likwidacji w 1990 roku – trafił w poważnej części głównie do partii politycznych w tym przeważającej części do Porozumienia Centrum (obecnie PiS). Ten majątek dobrze wybrany, korzystnie zarządzany i rozwijany, umożliwiał wieloletnie trwanie tej post PRL-owskiej formacji politycznej. Procesy tego typu trwały latami również o innym modelu działania np. poprzez upadłość układową itp., dotykały licznych, niemal wszystkich różnej wielkości Zakładów przemysłowych Łodzi, województwa i całej Polski. Procesy tym bardziej trudne a niekiedy bolesne z powodu skokowej zmiany modelu gospodarczego z centralnej regulacji tzw. modelu „nakazowo rozdzielczego”, na w pełni rynkowy. Szok społeczny, bezrobocie, galopująca inflacja, okresowe braki oferty w handlu czy dystrybucji, znacząco wyrównywane pomysłowością i przedsiębiorczością Polaków. Lawinowo powstawały prywatne i społeczne formy handlu, produkcji oraz niesłychanie potrzebnych usług. To było kilka, kilkanaście bardzo trudnych lat pełnych napięć politycznych, społecznych oraz wielkich problemów gospodarczych.

Tutaj wrócę o kilka lat wstecz. W 1987 roku podpisałem umowę zlecenie w Politechnice Łódzkiej, u mojego promotora prof. Zdzisława Jana Tarocińskiego z Instytutu Aparatów Elektrycznych, na wieloetapowe opracowania i badania pochodzące z Zakładu Maszyn Włókienniczych, Instytutu Konstrukcji Maszyn PŁ. To z całą pewnością był największy i najciekawszy w swej naturze, projekt jaki miałem zaszczyt realizować obok etatowej pracy zawodowej. Końcowe badania modelu bidła wysokoobrotowego krosna rapierowego w tkalni doświadczalnej ZMW IKM PŁ trwały do początku 1991 roku. Mimo bardzo pozytywnych wręcz obiecujących rezultatów badań, projekt nie miał szans na przemysłowe wdrożenie. Przemysł włókienniczy w Łodzi zamierał, zakłady produkcyjne, badawcze i wdrożeniowe były już na skraju bankructwa czy upadłości. Kolejny raz mój twórczy wysiłek, praca i umiejętności wynalazcze nie znalazły zastosowania. Cest’ la vie.

W Drukarni Prasowej SA natychmiast po starcie, okazało się że natura zastałych obyczajów nie znosi próżni, wkrótce po wyprowadzce partii PZPR z Zakładu jej rolę natychmiast zajęła Komisja Zakładowa Solidarności. K Z Solidarność miała nawet więcej do powiedzenia niż partia w swym schyłkowym wydaniu do 1990 roku. Dźwignia dziejów odbiła w prawą stronę. Zapotrzebowanie na materiały drukowane przez nowe wydawnictwa prasowe, organizacje rządowo samorządowe czy biznesowe rosło lawinowo. Natychmiast widoczne stało się braki inwestycyjne Drukarni Prasowej które spotęgował okres nasilonych sankcji gospodarczych 1982-89. Ujawniło się wielkie opóźnienie w zakresie nowoczesnych technologii oraz wydajnego parku maszynowego. Druk wielobarwny wysokiej jakości stał się naglącą potrzebą. Ponieważ wtedy w 1990 roku przekraczanie europejskich granic zaczynało być dużo łatwiejsze. Eksodus Niemców z NRD do RFN przez ambasadę RFN w Polsce rozpoczął się w latem i jesienią 1989 roku. Początkowo, na przełomie sierpnia i września 1989, pojawiali się pierwsi „nieproszeni goście” w ambasadzie RFN w Warszawie. 1 i 5 października 1989 roku, pierwsze około 2000 osób wyruszyło na Zachód z Dworca Gdańskiego w Warszawie. Trwało to całą wiosnę 1990, wtedy przez kilka miesięcy tą drogą emigrowało dzięki polskiej pomocy ponad 6000 Niemców. Ta rozsypka NRD, stwarzała pierwszą od dziesięcioleci okazję aby zarząd DP SA w osobach Lecha Dorendy i Bogusława Miareckiego oraz specjaliści mechaniki Tadeusza Kuśmirka i ja elektroniki, pojechali i wzięli aktywny udział w odbywających się raz na trzy do pięciu lat, największych światowych targach poligrafii DRUPA’90 w pięknym mieście Nadrenii Północnej Düsseldorf. W poniższym opisie szerzej zajmę się tą niezwykłą podróżą, moimi wrażeniami nie dotyczącymi zasadniczych, formalnych zadań tej delegacji. Z racji wielce skromnego budżetu jakim dysponowała nasza delegacja, postanowiliśmy podróżować autem osobowym Fiat 125 P, prezesa Lecha Dorendy. Do przejechania przez około 15 godzin było nieco ponad 1000 km. W Polsce głównie drogami krajowym które tylko w niewielu miejscach zapewniały wygodę nie mówiąc o dzisiejszym komforcie jazdy autostradami, teraz traktowanym jako norma. Postanowiliśmy że będziemy się zmieniać okresowo w prowadzeniu za kółkiem oraz odpoczywać jak tylko się da na parkingach. Wyruszyliśmy wczesnym świtem niedzieli 29 kwietnia aby być na miejscu w Düsseldorf’ie wieczorem, nocą wypocząć a rano po śniadaniu zacząć trzydniowe zwiedzanie wybranych pawilonów. Łatwo przekroczyliśmy granicę Polska – NRD (DDR), potem dość łatwo Berlin Wschodni (East Berlin) – Berlin Zachodni (West Berlin), najsłynniejszym przejściem granicznym w Berlinie – Checkpoint Charlie. Łączył on sektory radziecki i amerykański. Punkt kontrolny był otwarty tylko dla personelu wojskowego i ambasad alianckich, obywateli zagranicznych i pracowników Stałej Misji Republiki Federalnej Niemiec w NRD, a także urzędników NRD. Po lewej stronie słynnego pawilonu wjeżdżały samochody do Berlina Wschodniego (NRD) a po prawej pojazdy kierujące się do Berlina Zachodniego i tranzyt do RFN, pasy ruchu były podzielone na kierunek pojazdów militarnych oraz pozamilitarnych i turystycznych. Mimo że dalej jechaliśmy tranzytem autostradą eksterytorialną, przekraczanie granicy NRD – RFN wcale NIE było czystą formalnością. Tam były największe, fortyfikacje, wysokie ściany betonowe, ciężkie bunkry sześcienne, bunkry garnkowe „Einmannbunker”, dwie wysokie wieże strażnicze z prawej i lewej, na głowicach wież widoczne w okienkach strzelniczych, lufy ciężkich karabinów maszynowych. Wszędzie rozstawione były stałe oraz przewoźne zasieki z drutów kolczastych na konstrukcjach stalowych. Nigdy przedtem ani już nigdy po tym nie zobaczyłem czegoś równie przerażającego. Po raz kolejny w życiu byłem szczęściarzem bo dane mi było choć raz zobaczyć de facto „żelazną kurtynę”.

Targi Drupa Messe zrobiły na nas wielkie wrażenie, dla mnie to było coś podobnego do wrażenia które przeżyłem w 1960 roku zwiedzając pierwszy raz w życiu MTP w Poznaniu. Odwiedziliśmy wielką ilość Pawilonów Branżowych i Stoisk Firmowych znanych producentów czy oferentów usług handlowych oraz serwisowych poligrafii. Właśnie rozmowy z pośrednikami usług handlowych czy serwisowych były szczególnie owocne gdyż trafiały najbliżej w cele jakie przyświecały naszej delegacji.

W tych latach intensywnych przemian społeczno-ustrojowych, główni specjaliści brali aktywnie udział w opiniowaniu stanu technicznego i możliwości demontażu, transportu, montażu i uruchomienia na miejscu, wielu nowoczesnych maszyn czy urządzeń kupowanych z drugiej ręki głównie z obszaru Niemiec Zachodnich czy Austrii. Jako Główny Elektronik miałem wtedy zawodowo wielkie pole działania. Inicjatywnie wykorzystywałem wiedzę i umiejętności. Intensywnie wchłaniałem najnowsze zdobycze techniki i technologii zakresu osobistych komputerów (PC) m-ki IBM. Poznawałem soft & hardware oraz sposoby łączenia jednostek w sieci PC np. Novell NetWare, do których nareszcie miałem swobodny dostęp. Wtedy także wpadłem na pomysł zbudowania dwupoziomowej sieci komputerowej. Mój pomysł wydatnie rozwinął, zaprojektował i oprogramował wybitnie zdolny mgr inż. Wojciech Krupa, przedstawiciel kadry nowej generacji pracowników mojego pionu lat 80-tych i 90-tych. Poziom pierwszy sieci PC Novell, to wymiana danych czy korespondencji pomiędzy jednostkami zarządu, technologami produkcji czy księgowo-finansowymi, wykorzystująca dzięki oprogramowaniu obrobione dane przekazywane do pamięci systemu, dzięki sieci drugiego poziomu. Poziom drugi RS 485 Modbus czyli prosta i tania sieć łącząca mikroprocesorowe moduły zliczania produkcji na kluczowych maszynach zakładu oraz monitorowania stanu najprzeróżniejszych liczników energii elektrycznej, gazu, powietrza, wag produktów czy surowców oraz czujników bezpieczeństwa p.poż czy bhp. Tutaj istotne przypomnienie historii, początek polskiego Internetu jaki znamy współcześnie to rok 1991, wtedy wysłano pierwszego emaila w tak nazwanej sieci, dzięki oprogramowaniu protokółem TCP/IP (wówczas wyłącznie kablem telefonicznym dzięki wykorzystaniu modemów). Z wielkim zapałem, skutecznie utworzyliśmy fachowy zespół do oceny przydatności oferowanej wtedy do okazyjnego zakupu, dużej wieloagregatowej rolowej maszyny offsetowej Rotoman 20 w okresie bezpośrednio po tzw. zjednoczeniu Niemiec (a faktycznie wchłonięciu wschodnich Landów przez RFN). Maszyna pracowała dotąd w Zachodnim Berlinie, w likwidowanej właśnie prywatnej, usługowej drukarni prasowej, wykonującej druk gazety partyjnej Wschodnich Niemiec (NRD), Neues Deutschland Zeitung. To były wielkie, kolejne ze szczęśliwych przeżyć naszego pokolenia któremu dane było naocznie obserwować przemiany ustrojowe i gospodarcze tamtego czasu przełomu dziesięcioleci 80-90. Kilku dniowa delegacja, przejęła całą dokumentację techniczną maszyny w językach niemieckim i angielskim. Gdy wracaliśmy pełni satysfakcji z dobrze wypełnionych zadań, jadąc z Berlina w stronę polskiej granicy, zdumieni obserwowaliśmy przedsiębiorczych Polaków którzy przyczepkami różnej wielkości transportowali hurtowe ilości artykułów spożywczych, pralek, lodówek, telewizorów, sprzętu AGD a nawet samochodów osobowych i motocykli. W Polsce tamtego czasu rejestracja działalności gospodarczej i jej wdrożenie do realizacji, zajmowała kilkanaście minut nie licząc godzin spędzonych w Urzędach Skarbowych w kolejkach do okienek rejestracji. To był czas prawdziwej wolności gospodarczej nie ograniczonej żadnymi hamulcami. Ta prawdziwa wolność gospodarcza na skutek działania rodzącej się i umacniającej swe szeregi biurokracji, stopniowo zmieniała niekorzystnie sytuację podmiotów, nieskutecznym regulacjami. Społeczeństwo podzieliło się wtedy wyraźnie na dwie kategorie : pokrzywdzonych reformami transformacji czyli pracowników zatrudnionych w państwowych molochach produkcyjnych, dotkniętych słabą wydajnością i niską efektywnością działań oraz na : przedsiębiorczych, samodzielnych, efektywnych, pracowitych i wytrwałych, chwytających swój los we własne dłonie, stanowiących mechanizm napędowy nowych oszczędnych i innowacyjnych, szerokoprofilowych spółek różnego typu. Nasza DP SA powstała 24 czerwca 1991 roku gdy Prasowe Zakłady Graficzne RSW „Prasa-Książka-Ruch” w Łodzi zostały sprzedane Spółce Akcyjnej Drukarnia Prasowa SA w Łodzi, w wyniku likwidacji RSW „Prasa-Księżka-Ruch” Ustawą z dnia 22marca 1990 roku. Za mojej bytności w drukarni do 1995 roku, odbyły się dwie emisje Akcji, założycielska i pierwsza. W sumie nabyłem 11 Akcji, 5 pierwszej i 6 drugiej emisji. Te Akcje nie miały żadnego wpływu na moje losy zawodowe, społeczne ani ekonomiczne, przeleżały w naszych papierowych zbiorach dokumentów, do momentu gdy większościowy udziałowiec LKKruszona w 2024 roku, postanowił ostatecznie Ich całość skupić w swoim Portfelu Akcji. Jak się sumarycznie okazało, prywatyzacja mojej drukarni mimo zachowania pozorów legalności procesów, była przykładem patologii prawno-ustrojowych tamtego okresu czasu, okresu naznaczonego licznymi dziwnymi mechanizmami społeczno-ekonomicznymi. Zjawiska te były przeżywanymi w świecie XX wieku po raz pierwszy w historii nowożytnej, ale nie po raz ostatni. Ekonomicznie, to było przejście z centralnej, państwowej regulacji ekonomii komunizmu do mechanizmów wolnego rynku. Dotyczyły te przemiany wszystkich krajów OBOZU DEMOLUDÓW czyli tzw. „radzieckiej strefy wpływów” albo inaczej, protektoratu komunizmu typu radzieckiego czyli ZSRR plus cała Europa Centralna oraz Południowa w tym duży obszar wschodnich Niemiec.

Samodzielne zakupienie i wdrożenie do eksploatacji maszyny rolowej offsetowej Rotoman 20, było pierwszym bardzo znaczącym sukcesem nowej Spółki Akcyjnej Drukarnia Prasowa w Łodzi przy Alejach Piłsudskiego 82. Drukarnia w dużym tempie, zaczynała wdrażać technologie wielobarwnego druku offsetowego oraz towarzyszących temu budowy czy wyposażania zaplecza fotoskładu tekstów stron oraz łatwego, taniego i masowego przygotowywania offsetowych form do druku rolowego offsetowego. Jednocześnie rozpoczynał się nieuchronny proces likwidacji całych obszarów dotychczasowych maszyn i urządzeń pracujących na rzecz technologii „gorącego składu”, opartego na metalowych formach drukarskich – to była rewolucja którą zapowiadałem jako Przewodniczący RP w 1991 roku. Zarząd DP SA w końcu 1994 roku, podejmuje z rozpędu niejako na fali sukcesu, następną kluczową decyzję wychodzącą na przeciw lawinowo rosnącemu rynkowemu zapotrzebowaniu na prasę oraz wielostronicowe, wielobarwne, ilustrowane magazyny w tym wydawnictwa prasowe oraz reklamowe. Zarząd podpisuje pośpiesznie porozumienie z dużą niemiecką drukarnią Körner. Dotyczyło natychmiastowego zakupu, transportu, montażu i szkolenia drukarzy, dużej dwuwstęgowej, wieloagregatowej, rolowej maszyny offsetowej Rotoman 35 z produkcji 1981 roku. Maszynę dostarczono już w lutym 1995 roku, przybyła fachowa ekipa monterów i prace rozpoczęto na uprzednio przygotowanym miejscu na hali maszyn offsetowych. Jednocześnie ekipa naszych maszynistów offsetowych wyjechała do drukarni Körner’a aby zgodnie z umową odbyć praktyczne szkolenia. W końcu marca i kwietniu rozpoczęły się pierwsze próby uruchomienia a następnie druku. W maju wyruszyliśmy pięcioosobową ekipą specjalistów na kolejne światowe targi poligraficzne DRUPA’95 do Düsseldorf nad Renem w Niemczech. Ten pobyt znacznie różnił się od pierwszego w 1990 roku. Mieliśmy ścisły plan do zrealizowania podczas krótkiego, pracowitego pobytu. DRUPA-95

Po powrocie do polskiej rzeczywistości…wdrożenie do eksploatacji Rotomana 35 przebiegało niemrawo z ciągle nowymi przeszkodami, oględnie określając…..niepomyślnie. Poważne problemy techniczne i technologiczne pogłębiały już poniesione straty czasu pracy, materiałów drukarskich ale przede wszystkim drogiego papieru drukarskiego dobrej klasy. Wezwany do Zarządu wypytany o moją ocenę sytuacji oraz perspektywy rozwiązania narastających problemów wdrożeniowych Rotomana 35, skupiłem się na przyczynach które uważałem za kluczowe zaistniałych trudności. To nie spodobało się nikomu, mimo że bezpośrednio po tym oświadczeniu, podałem strategię szybkiego naprawienia sytuacji oraz sposoby skutecznej ich realizacji, wyczułem że Oni będą zmierzali do usunięcia mnie jako zbyt wiele wiedzącego i umiejącego nakreślić wyjście z sytuacji za którą Oni powinni odpowiadać. No cóż, „mleko się wylało, już nie nadaje się do picia”. Zarząd z konieczności zaczął realizować mój plan naprawczy, sporo kosztował ale zapewnił skuteczne pokonanie problemów. Jednocześnie odbywało się prawie jawne szukanie przyczyn formalnych na moje odwołanie z funkcji i zwolnienie z pracy. To R.W.D. w opcji Zarządu czyli znalezienie, wytypowanie przysłowiowego „ofiarnego kozła”. Ale ja także miałem przygotowany swój plan który zaboli nieprzyjaznych mi członków Zarządu. Trzeba przyznać że zachowali klasę postępowania, 1 sierpnia 1995 roku poproszono mnie na spotkanie Zarządu w pełnym składzie, wtedy wręczono mi trzy miesięczne wypowiedzenie stosunku pracy bez konieczności świadczenia pracy do upływu terminu. Skwitowałem to krótkim zdaniem „to draństwo !” i trzasnąłem drzwiami z całej siły. Moje dwudziestolecie stażu pracy w zakładzie mijało 1 października 1995, przysługiwała mi wtedy pełna nagroda jubileuszowa „na otarcie łez”. Nie zamierzałem się procesować z Zarządem gdyż poprosiłem o wystawienie opinii, która mogła nie zawierać pożądanych treści w przypadku rozstania się w nieprzyjaźni. Miałem bardzo dużo czasu na przemyślenie strategii „uczciwego moralnie odwetu”, który zamierzałem dokonać w ostatnim momencie, gdy już na pewno nie będą w stanie mi zaszkodzić czy odpowiedzieć podłością, na prawdziwe fakty które miałem zamiar opisać i ujawnić Radzie Nadzorczej Spółki Akcyjnej Drukarnia Prasowa w Łodzi. W końcu września odebrałem nagrodę jubileuszową i opinię końcową która była rzetelna OpinKońc, pożegnałem się serdecznie z moją załogą Działu Głównego Elektronika i tego samego dnia wysłałem listy polecone do przewodniczącego i członków RN DP SA oraz do ówcześnie większościowego udziałowca spółki ROK Corporation z Jarocina Depositum.

Początkowo w firmie POLITRONIC SERVICE działaliśmy po partnersku wspólnie z Adasiem, ja zajmowałem się sprzętem czyli hardware a Adaś opracowywaniem oprogramowania czyli software. Adam zaczynał działalność w niesłychanie ciekawy sposób, przyjmował się na miesiąc czy dłużej podczas wakacji do prowadzenia systemu informatycznego nadmorskiego miasteczka postojowo – kempingowego. Prowadził obsługę bieżącą i doskonalącą, wstępnie opracowanego w Łodzi podczas studiów Informatyki Ekonomicznej Uniwersytetu Łódzkiego, systemu informatycznego dla danego obiektu gospodarczego. Szybko zaczęło Adasiowi przybywać klientów którzy byli zadowoleni zamawiając stały serwis z obsługą upgrade’ ów, klientów z różnych branż i różnego typu sprzętów czy obsługiwanych interface’ ów. Bardzo szybko ustaliliśmy nowy stały podział i rejestrację dwóch niezależnych podmiotów o innych modelach i obszarach działania. Ja zająłem się dynamicznie rozwijającą się telekomunikacją elektroniczną w zakresie budowy sieci, dostarczania sprzętu wielonumerowych central elektronicznych oraz ich indywidualne oprogramowanie dostosowane do potrzeb klientów. Oczywiście zasadniczo i masowo zajmowałem się naprawami oraz wymianą aparatów tarczowych na elektroniczne w tym głównie marki Panasonic (stała współpraca ze sklepem Domsat). To było kilka wspaniałych lat koniunktury której nikt wcześniej nie podejrzewał. Polacy pokochali bezprzewodowe telefony radiowe oraz telefony z taśmową sekretarką dźwiękową Panasonic czy Uniden. Telefony te wówczas wycofywane z użytku w Stanach Zjednoczonych Ameryki gdzie wchodziła już generacja DECT i ISDN, kupowane były tam z wyprzedaży w hurtowniach czy supermarketach, były dostarczane wielkimi paczkami prywatną pocztą przez przedsiębiorczych Polonusów do rodzin w Polsce. Początek lat 90′ tych to wspaniały okres powszechnych wymian sprzętu audiowizualnego wszelkich typów i rodzajów z marek polskich czy radzieckich na przodujące marki krajów zachodnich w tym japońskie. Nareszcie ten dobry sprzęt można było nabyć w każdym sklepie a nie tylko za dewizy w Pewex’ ie. Tutaj niespodziewanie znowu nawiążę do polityki która wtedy zmieniała losy ludzi w tym życie i pracę naszych wieloletnich przyjaciół. W naszym życiu zdarzyły się takie przeżycia dwukrotnie. Dotykały one dramatycznie rodziny naszych najbliższych przyjaciół. Nawet przez moment nie wahaliśmy się aby udzielić naszym przyjaciołom pomocy, to był nasz moralny nakaz. W każdym z tych przypadków te rodziny dotknęła zawierucha dziejowa związana z wkroczeniem NSZZ Solidarność do polityki. Dźwignia dziejów odbiła w prawą stronę. W Drukarni Prasowej SA oraz w Jej Oddziałach Terenowych w Piotrkowie Trybunalskim czy Radomsku, okazało się że natura zastałych obyczajów politycznych nie znosi próżni, wkrótce po wyprowadzce partii PZPR z Zakładów jej rolę natychmiast zajęła Komisja Zakładowa Solidarności (KZ Solidarność), której komórki terenowe miały nawet więcej do powiedzenia niż partia w swym schyłkowym wydaniu do 1990 roku. W obu przypadkach dotyczących naszych przyjaciół, kierownika Oddziału DP SA w Piotrkowie Trybunalskim Sławomira Tworka oraz inż. Wiesława Troczyńskiego głównego mechanika Zakładów Gastronomii KASKADA, mechanizm zwolnienia z funkcji i pracy był jednoznacznie patologiczny i przebiegał w niemal identyczny sposób. Niesłychanym zrządzeniem opatrzności był fakt że nasza pomoc umożliwiła związanie losów obu rodzin z całkowicie nową na polskim gruncie, dziedziną działalności usługowo handlowej a mianowicie DTP (desk top publishing). Ponadto obu rodzinom szczęśliwie pomogli członkowie rodzi przebywających na emigracji Troczyńskim w Austrii a Tworkom w Paryżu. Obrotni Polacy nawiązali kontakty z odpowiednimi firmami które wtedy ekspansywnie nawiązywały stosunki handlowo usługowe z dynamicznie rozwijającym się rynkiem DTP w Polsce. Wiesław nawiązał stałe umowne kontakty handlowe, importował własnym transportem materiały z Wiednia, gdzie z czasem stał się znaczącym dystrybutorem na obszar Polski północnej, akcesoriów pieczątkarskich m-ki COLOP. Nasza pomoc finansowa umożliwiła sfinalizowanie pierwszego zakupu i transportu firmowego do Polski. Sławek początkowo wytwarzał pieczątki tradycyjną metodą zecerską oraz finalnie termicznego odcisku gumowego. Oczywiście On to doskonale potrafił wykonywać ponieważ Jego droga awansu w zawodzie poligrafa była tradycyjna od kaszty zecera i sprzątania warsztatu, kolejnymi szczeblami awansu, finalnie do kierownika Zakładu. Poczytuję sobie na plus że wielogodzinne rozmowy o nowych technologiach elektronicznych poligrafii zaszczepiły niesłychaną dynamikę działań Sławka na polu innowacji. Tą dynamiką nawet mnie zaskoczył gdy pewnego dnia przyjechali z Danusią do Łodzi a na stole wylądował plik prospektów, faktur i dokumentacji technicznej zakupionego w Paryżu zestawu DTP. Natychmiast poprosiłem Anię i Adasia do konsultacji językowych Ania z francuskiego a Adam z angielskiego. Wtedy to po raz pierwszy zetknęliśmy się z Adasiem z ikoniczną marką Atari TT, bo z ikonowym pulpitem typu APPLE. Wieloletni nasz przyjaciel Sławomir Tworek, poligraf z Piotrkowa Trybunalskiego przywiózł z Paryża zakupiony p. p. od Fine Printing zestaw DTP oparty o ATARI TT, Atari TOS 3.0x, ASV (Atari System V) z dyskiem twardym 50 Mb, stacją 3,5″ do składowania pracy. Zestaw grafiki oraz krojów pisma (fontów), budzi podziw do dzisiaj. Również cena po przeliczenie waloru do 2022 roku – 6750 $ budzi szacunek. Do tego drukarka laserowa do druku cyfrowego na foliach oraz urządzenie wyjścia Combine, do naświetlania żelowych form drukarskich pozytywowych m-ki 3M. Wspólnie z Adamem a właściwie dzięki niemu (poświęcił wdrożeniu studia pieczątek do eksploatacji, kilka tygodni swoich wakacji), ta inwestycja Zakład Pieczątek i Małej Poligrafii Sławomir Tworek w Piotrkowie Trybunalskim, zyskała pełne powodzenie. Zakład działa do dzisiaj (2026) i ma się dobrze – obecnie prowadzi GO córka Sławka, Joanna Adamczyk.

Lato – jesień 1995 roku. Pierwsze tygodnie przymusowego wypoczynku od pracy etatowej, czas w którym mogłem rozważać moje położenie zawodowe, mogłem swobodnie prowadzić firmową działalność usługową oraz poszukiwać nowego stałego zatrudnienia, psychicznie nie były łatwe. Dwudziestoletnie nawyki, rutyny czy raczej rytuały życia uległy całkowitej przemianie. Szybko musiałem przyswajać nowe obowiązki i nowe nawyki. Obecnie w 2026 sprawa byłaby dużo prostsza dzięki digitalizacji i obsługi wielu informacji online. Wtedy poszukiwania w różnych drukowanych informatorach czy katalogach a nawet ulotkach, zajmowało bardzo dużo czasu. Jestem profesjonalistą, podjąłem decyzję i udałem się 26 września 1995 roku, na badania oraz po poradę do profesjonalistów Biura Doradztwa Personalnego YES w Łodzi na Więckowskiego 118 do pani Elżbiety Strzeleckiej. Odpowiedziałem twierdząco lub przecząco na 305 pytań Kwestionariusza Osobowości Wyższej Szkoły Pedagogiki Specjalnej z Warszawy 1979 roku. Wykupiłem wynik badania i Opinię Personalną która bardzo podbudowała moje EGO !. Wiedziałem już że mimo dużych trudności na rynku pracy dla fachowców mojej dziedziny, wieku oraz umiejętności, nie powinienem przyjmować jak leci propozycji poniżej moich możliwości czy potencjału. Opracowałem także moje pierwsze w życiu CV wg. modelu europejskiego CV 1995, dotąd pisałem swój odręczny życiorys na żądanie pracodawcy lub Urzędów, co miało duże znaczenie dla pracodawcy który wtedy postrzegał charakter pisma jako cechy charakteru tak wyrażane.

Początkowo odpowiadałem na wezwania publicznie ogłaszanych castingów, przeprowadzałem wiele rozmów rekrutacyjnych a nawet jedną rozmowę kwalifikacyjną w Corning. Firma telekomunikacyjna która wtedy rekrutowała kadrę inżynierską a profil Jej działalności był bardzo nowoczesny, bardzo mi odpowiadał dlatego zdecydowałem się wystartować w castingu. Zaskoczyła mnie bezwarunkowa konieczność posłużenia się językiem angielskim. To wypadło słabo, sam to spostrzegłem i moje kontakty z tą firmą o specyfice telekomunikacyjnej, urwały się na kilkanaście lat. Powróciły po wielu latach około  2015 gdy pracowałem na Politechnice Łódzkiej w Katedrze Aparatów Elektrycznych, a było za sprawą młodszego kolegi doktora inżyniera Dariusza Smugały, zatrudnionego wówczas w Corning w laboratorium badawczo-rozwojowym. Poznaliśmy się bliżej w 2005 roku, wtedy na prośbę pełniącego wówczas obowiązki Kierownika Katedry dr inż. hab. Witolda Tarczyńskiego, zaprojektowałem B_Opracowanie oraz skutecznie wykonałem kompleksowe stanowisko badawcze do wykonania projektu „Analiza parametrów dynamicznych dwu przerwowego stycznika elektro magnesowego”, na którym Darek Smugała wykonał pomyślnie pełne badania obiektowe, następnie zaaprobowane przez recenzentów i komisję uczelnianą, jako wystarczające do zamknięcia Jego przewodu doktorskiego. Pomimo tamtych dobrych doświadczeń, propozycji współpracy z Corning w zakresie badań światłowodów nie podjąłem. Temat badań bardzo mnie zaciekawił ponieważ zdawałem sobie sprawę z roli jaką odegra przewodnictwo światła w przyszłości telekomunikacji, jednak zupełnie nie pamiętam przyczyn tego zaniechania (myślę że to był skutek urazu do Corning, tak u mnie zadziałało odpychające doświadczenie, dotyczące schematycznie działających kaperów personalnych z 1995 roku). To pierwsze niezbyt miłe doświadczenie, otwartego konfrontowania się z nieznanymi i nieakceptowalnymi metodami job recruiters, spowodowały zmianę mojej metody wyszukiwania, na rozsyłanie ofert mailowych do znanych mi drukarni na terenie Łodzi. Zauważyłem że z czterech Drukarni których specyfikę i kadrę w większości dobrze znałem, nie miałem żadnego kompletnie najmniejszego feedbacku. Po latach dowiedziałem się że był to znany i praktykowany przez kadry kierownicze PRL tzw. „wilczy bilet”, nie pisana umowa o osobach jednostronnie wykluczanych z rynku pracy, przez porozumienie dyrektorów branży. Rozumiałem, to był odwet za mój ruch przy rozstaniu z DP SA. Rozszerzyłem moje działania ofertowe na kierunek średniej kadry inżynieryjno-technicznej wielu branż produkcyjno-usługowych. Wtedy w połowie października 1995 roku, pojawiła się dość szybko odpowiedź z bezzwłocznym zaproszeniem do komunalnego Zakładu Wodociągów i Kanalizacji ZWiK na ulicy Wierzbowej. Przyjął mnie z przyjazną otwartością kierownik Zakładu Kanalizacji mgr inż. Marek Pater. Po krótkim wywiadzie dotyczącym dotychczasowej kariery inżynierskiej zaproponował mi nieźle płatne stanowisko inspektora technicznego, kierownika specjalistycznego zespołu do obsługi i konserwacji mobilnego studia telewizji przemysłowej, wykonującego ważne obowiązki inspekcji odbiorczych, dla nowo wybudowanych kanałów ogólno-sanitarnych oraz burzowych. Ponadto ruchome TV studio inspekcji kanałów, miało za zadanie wykonywać inspekcje kontrolne w kierunku nielegalnych przyłączy, inspekcje awaryjne oraz zapobiegawcze a także inspekcje przygotowawcze w miejscach planowanych remontów czy przebudowy istniejących kanałów oraz infrastruktury towarzyszącej. Bardzo mocno zaciekawił mnie nowoczesny, pasjonujący temat niejako lustracji „podziemi miasta”, zgodziłem się bez wahania. Dyrektor Pater zaprosił wtedy do naszej rozmowy swego zastępcę inż. Jerzego Kacperskiego, Szefa Brygad Nadzoru i Remontów Sieci, mojego przyszłego przełożonego. Wtedy w ZWiK mijały dwa lata od momentu zakupienia w Danii polecanego na start zestawu, montaż na podwoziu dokupionego Mercedesa Sprintera przez ekipę z Danii także zajął nieco czasu, także miesiące trwało szkolenia i odbiory techniczne zestawu. Mobilne studio inspekcji kanałów  składa sie ze specjalnej obrotowej a właściwie dookólnej głowicy optycznej z niewielkim kątem patrzenia wstecz, stanowiącej wejście do wielobarwnej kamery TV o zmiennej ogniskowej, umieszczonej  wraz naświetlaczami halogenowymi na wózku napędowym o wymiennym podwoziu z kołami małymi lub dużymi. Wózek napędowy kamery połączony był ze studiem wielożyłowym kablem wideo plus sterowanie i zintegrowany poprzez specjalny łańcuszek ze stalową linką transportową, kabel z linką zwijany czy rozwijany z półmetrowej średnicy bębna wysuwanego z pokładu samochodu kątowym ramieniem windy kablowej nad właz kanału. Do zasilania całości przewidziano agregat benzynowy Honda o mocy 4,5 kW przy napięciu 230 V, 50 Hz. Pokład Mercedes Benz Sprinter 2,3 D, wersja z odsuwanym bocznym przedziałem ładunkowym i dwuskrzydłowymi drzwiami tylnymi, podzielony był na tylny pokład operacyjny z bębnem i windą kablową, agregatem prądotwórczym i rozdzielnicą tablicowa energii elektrycznej zasilania 230 V 50 Hz oraz na trzymiejscową studyjną przestrzeń roboczą. Na tylnej ścianie przedziału roboczego studia, umocowano stół operatora kamery oraz krzesełko obrotowe TV operatora. Wyposażenie elektroniczne studia składało się jeśli dobrze pamiętam z magnetowidu VHS Panasonic, kolorowego telewizora 14″, mikrokomputera Amstrad CPC 664, Joystic’ a operatora, interface kamery zbudowane przez dostawcę z Danii zawierał specjalny układ przekaźnikowy połączony z wyjściem RS232 komputera zaś kabele wideo oraz audio także za pośrednictwem tablicy interface łączyły się z magnetowidem VHS. Wszystkie trzy funkcje operacyjne były wymienne miedzy członkami trzyosobowego składu załogi mobilnego studia TV. 1. kierowca, operator zasilania, wózka i windy kamery, 2. operator ruchu wózka obrotu głowicy i ogniskowej kamery oraz zasięgu oświetlenia, 3. operator zapisu audio i wideo (mikrofony były dwa : na kamerze i w kabinie operacyjnej – oba uruchamiane w razie potrzeby przez operatorów). Sterowanie zapisem wykonywał operator zapisu obserwujący ekran monitora i w razie potrzeby dogrywał audio komunikat. Dołączyłem jako kierownik do doświadczonego zespołu Dariusza i Janusza, techników od kilku lat wprawionych do wykonywania zadań do których ja miałem się włączyć praktycznie od zaraz. Sytuacja ta w najmniejszym stopniu mnie nie deprymowała. Nigdy nie bałem się pracy manualnej ani konieczności ubierania pomarańczowego kombinezonu i obuwia funkcyjnego. Brudna robota fizyczna nie była dla mnie nowością, sam własnoręcznie demontowałem, naprawiałem a następnie montowałem części i podzespoły mojego Trabanta a obecnie Poloneza Caro. Umiałem rozmawiać na zwykłe tematy, żartować a także stanowczo rzucić mięsem w razie potrzeby. Odbyłem bardzo dobre przygotowanie do takiej sytuacji najpierw podczas praktyk zawodowych w Technikum Energetycznym a następnie podczas półrocznych Praktyk Robotniczych na wstępie studiów politechnicznych. Na wstępie pracy otrzymałem i zaaprobowałem 22 punkty zakresu obowiązków, 6 punktów zakresu uprawnień oraz 7 punktów zakresu odpowiedzialności. Nie byłem nowicjuszem ani jako pracownik ani jako kierujący zespołem, zwłaszcza że tutaj miałem jedynie 2 współpracowników. W Prasie w szczytowym momencie przekształceń własnościowych kierowałem zespołem 8 pracujących na trzy zmiany współpracowników. Współpracowników ponieważ zawsze w całej karierze zawodowej pracowałem i/lub kierowałem w zespole czy zespołem. Biegle radziłem sobie z programowaniem, obsługą czy unowocześnianiem komputerów, telewizorów, magnetowidów czy kamer VHS. Do opisu załączam materiał firmowy zawierający opis i fotografie współczesnego zestawy służącego do wykonywania inspekcji kanałów IBAK TV. W ZWiK pracowałem od 16.10.1995 do 15.01.1996 to były trzy miesiące bardzo ciekawej pracy  pełnej satysfakcjonujących, nowych doświadczeń i zdobywania wiedzy w nieznanej mi dotąd dziedzinie utrzymania ruchu czy badania stanu technicznego oraz odbudowy sprawności technicznej sieci wodnej i kanalizacji miasta. Ponadto poznawanie specyfiki urządzeń towarzyszących jak zbiorniki wody pitnej, stacje uzdatniania, filtry, odstojniki, pompownie i oczyszczalnie ścieków. O moim dalszym stażu pracy pośrednio zdecydował, zarządzony przez inż. Kacperskiego mój test kwalifikacyjny do rozszerzenia moich obowiązków o funkcję kierowcy naszego Mercedesa Sprintera wożącego mobilne studio TV. Test odbywał się w styczniu 1995 roku na terenie Bazy Transportu ZWiK przy ulicy Granicznej. Na fotelu pasażera zasiadł kierownik Bazy a inż. Kacperski dał znak do rozpoczęcia sprawdzianu. Kierownik wydawał polecenia o rodzaju czynności i kierunku oraz szybkości jazdy czy wykonaniu manewrów. Czułem się dobrze i byłem pełen optymizmu. Szło mi zupełnie dobrze jechałem ostrożnie z wyczuciem długości i rozmiarów pojazdu, bowiem to była moja pierwsza jazda tak dużym pojazdem. Dojeżdżałem do przecznicy a po prawej widziałem już stojącego inż. Kacperskiego czyli koniec trasy i mam skręcić w prawo..skręcam spiesząc się końca jazdy, tylnym kołem wjeżdżam na krawężnik..OMG ! . Błąd, zatrzymuję się a kierownik widząc moją minę mówi „..nie martw się dostaniesz dodatkowe lekcje z instruktorem..”. Przeżyłem tą porażkę zwłaszcza że była zupełnie bliska sukcesu.

Nazajutrz niespodziewanie zadzwonił dawno nie widziany ani nie słyszany dr inż. Witold Tarczyński, kolega ze Studiów PŁ (Jagódka i my tworzyliśmy trzyosobowy zespół ćwiczeniowo-laboratoryjny) z macierzystego Instytutu Aparatów Elektrycznych Politechniki Łódzkiej. Długo rozmawialiśmy o pracy i życiu ponieważ znaliśmy się jeszcze z czasów studiów i późniejszych spotkań podczas wykonywania prac zleconych przez/na PŁ. Zaciekawiła mnie sytuacja o której wzmiankował w kontekście planowanego pogłębienia zakresu swojej habilitacji ale najbardziej  wręcz intrygująco zabrzmiały Jego słowa o dużym postępie w rozwoju tematyki wyłączników hybrydowych, prowadzonych w Zespole Energoelektroniki Trakcji Kolejowej, kierowanej przez dr hab. inż Marka Bartosika. Poprosiłem Witka o osobiste spotkanie z nim na PŁ z ewentualnym udziałem prof. Marka Bartosika w dalszej części naszej rozmowy. Za dwa dni oddzwonił z dobrą wiadomością o zaproszeniu na rozmowę z Kierownictwem Instytutu, nawet nie wiedziałem że ówcześnie Instytutem kieruje prof. Marek Bartosik a Jego zastępcami są dr inż. Franciszek Wójcik i  dr inż. Witold Tarczyński. Nie rozwodząc się zbytnio powiem że rozmowa ta zdecydowała o moim ostatnim etapie kariery zawodowej przed osiągnięciem emerytury. To była korzystna propozycja, widzą mnie w zespole wyłączników próżniowych, o ile prof. Marek Bartosik przełamie rektorską blokadę zatrudnienia etatowego. Za kilka dni zgoda i pismo rektora do ZWiK o porozumienie zakładów pracy. Uzyskanie zgody inż. Kacperskiego i dyr. Patera nie było wielkim problemem, ponieważ przez te trzy miesiące nie stałem się niezbędnym ogniwem układanki kadrowej Wydziału Kanalizacji, a to ułatwiło bezproblemowe odejście z końcem miesiąca pracy.

Zostałem zatrudniony w IAE PŁ, w Zespole prof. Marka Bartosika na stanowisku specjalisty IT. To dla mnie był powrót do mojej pierwotnej drogi kariery tj. do laboratoryjnych badań, projektowania kierunków badań, konstruowania prototypów oraz ich oceny badawczej, wnioskowania zmian i kierunków dalszej ewolucji oraz badań Energoelektronicznych Zespołów Trakcyjnych a konkretnie wysokonapięciowych wyłączników próżniowych czy hybrydowych dużych mocy. Trafiłem do tego kluczowego zespołu w czasie gdy byliśmy jeszcze Instytutem Aparatów Elektrycznych Politechniki Łódzkiej. To był moment przesilenia także dla polskiego, krajowego taboru kolejowej trakcji przewozów pasażerskich ale i towarowych. Bez ogródek można powiedzieć że jeśli jako Kraj RP, pilnie nie podejmiemy działań innowacyjnych to coraz więcej jednostek napędowych w zespołach trakcyjnych będzie trwale wypadała z eksploatacji liniowej, natomiast kolejki jednostek i lokomotyw stojących na bocznicach a oczekujących na pilne naprawy czy remonty będą rosły. Nowoczesne wyłączniki próżniowe DC WN w seryjnej produkcji to pilnie oczekiwany produkt, produkt który umożliwi naprawy i remonty ale co ważniejsze umożliwi wielokrotnie dłuższą pracę zespołów trakcyjnych silników napędowych bez konieczności ich wymiany czy przezwajania. Dosłownie gdy stałem się członkiem Zespołu, trwały końcowe prace projektowe i próby laboratoryjne pierwszej, prototypowej serii wyłączników próżniowych DCV-400.

W okresie próbnym prof. dr hab. inż. Marek Bartosik Biogram KAE PŁ 2024, zlecił mi pilne badania weryfikacyjne, nowo dostarczonej serii kilkudziesięciu sztuk wysokoenergetycznych warystorów tlenkowych. Domyślałem się że profesor rzucił mnie na głęboką wodę, aby w zderzeniu z tematyką, powierzonym zakresem badań oraz koniecznością ożywienia przez lata nie używanego Laboratorium Prób Trwałości Łączeniowej Warystorów Tlenkowych, sprawdzić moje inżynierskie i naukowe umiejętności, możliwości fizyczne (manualne) oraz inwencję w rozwiązywaniu bieżących zadań. Chciał poznać moje umiejętności edytorskie w zakresie opracowania wyników badań czy formułowania wniosków, zasugerował użycie edytora Word Perfect 6.1 for DOS. Troszkę mnie to zaskoczyło ponieważ powszechnie używanym wtedy edytorem był MS Word 7.0 for Windows. Dowiedziałem się od informatyków IAE że profesor umiejętnie posługując się środowiskiem Corel’a wbrew powszechnie obowiązującym modom, stał się fanem edycji tekstów w WP oraz uzupełniającej teksty grafiki także w tym środowisku. Ja oczywiście znałem przynajmniej z widzenia czy słyszenia, większość typów Laboratoriów zaaranżowanych w nowym budynku IAE PŁ, posadowionym od strony ulicy Wólczańskiej w latach 80’tych XX wieku. Wiele razy odwiedzałem moją macierzystą placówkę naukową w całym okresie od 1969 do 1996 (..ach ta numerologia!). Potrzeba taka wynikała najczęściej z racji badań konstruktorskich czy badań laboratoryjnych prototypów w trakcie wykonywania prac zleconych dla różnych Zespołów naukowych IAE PŁ.

To jednak nie oznaczało że Laboratorium Prób Trwałości  Warystorów Tlenkowych znałem na tyle aby z kopyta tam wystartować z badaniami. To było laboratorium o cyklu zautomatyzowanym dzięki elektronicznemu sterownikowi czasowo-funkcyjnemu SL-1. Sterownik ten kilka lat wstecz, zaprojektował i wykonał zespól własny IAE pod kierunkiem dr inż. Ryszarda Lasoty. Była to konstrukcja kasetowa, wielopłytkowa wykonana  technologią TTL o średniej skali integracji, zbudowana w typowej konsoli laboratoryjnej z lat 80’tych. Urządzeniem wejścia był moduł klawiatury MKL a w nim : numeryczny dwurzędowy display, zestaw A – dwupozycyjny oraz B – sześciopozycyjny. Ponadto MKL zawierał typową dekadową klawiaturą numeryczną, uzupełnioną o klawisze P – parametr, F – funkcja, A – akceptacja. Urządzeniami wyjścia były zintegrowane z zespołem sterownika trzy płytki dualnych generatorów impulsów bramkowych. Lista komend sterowania oraz informacji zwrotnych, stanowiła integralną część laboratorium którego wydzielony pokój sterowni, zapewniał separację od wysokonapięciowego laboratorium warystorów z wyłącznikiem drzwiowym i auto wyładowaniem kondensatorów 10 kV pneumatycznymi odłącznikami OG. Pokój sterowni zawierał jeszcze pulpit klasyczny tuż za szybą z plexiglasu oraz układ regulacji napięcia ładowania baterii kondensatorów impulsowych wysokiego napięcia 10 kV. Składał się z autotransformatora 2 kVA, transformatora separacyjnego jednofazowego 3oo VA, transformatora WN 380 VA i prostownika mostkowego WN oraz kilowoltomierza.

Podstawowym instrumentem pomiarowym był cyfrowy oscyloskop dwustrumieniowy Tektronix 2220, był wyposażony w sondę wysokiego napięcia 10 kV oraz połączenie BNC z koncentrycznym (mikro-indukcyjnym) bocznikiem pomiarowym natężenia prądu. Oscyloskop posiadał wyjście komunikacyjne klasy GPIB, które było połączone z kartą GPIB osadzoną w komputerze desktop klasy PC 2 pod DOS 6.22PL i Windows’95. Mało że wykonywałem zlecone badania weryfikacyjne dość znacznej partii warystorów tlenkowych, to również w ich trakcie pisałem i opracowywałem autorskie oprogramowanie odczytu i archiwizacji danych pomiarowych w języku BORLAND Turbo Basic 2.0 na dostępnym desktopie PC2 DOS, wykorzystując instrukcje i procedury przewidziane dla sprzęgów IEEE-488 przez Tektonix i Advantech, jako dostawców urządzeń współpracujących w układzie. W efekcie tej wielomiesięcznej pracy oraz stopniowego, etapowego udoskonalania, powstał blok programowy t-lab z łatwym wywołaniem pod Nortonem t.bat. Wówczas, w kieszeni A powinna być dyskietka kontrolna z odczytywalnym plikiem identyfikacyjnym. Brak znajomości tej wstępnej procedury uniemożliwiał uruchomienie odczytu danych z oscyloskopu, archiwizację oraz dalszą obróbkę ekranową, przetwarzania danych czy uruchomienia wydruku grafiki na ploterach. Próba pojedyncza polegająca na na odczytaniu charakterystyki dynamicznej U(t), J(t) warystora, zaczynało kliknięcie podstawy czasu oscyloskopu na strumień jednokrotny. Następnie sprawdzamy napięcie naładowania baterii kondensatorów do założonego poziomu, wtedy na klawiaturze sterownika wybieramy sekwencję próby jednokrotnej pamiętając o wybraniu numeru stanowiska probierczego, po ustawieniu oraz sprawdzeniu parametrów prób, dajemy A – akceptując, wtedy następuje uruchomienie załącznika tyrystorowego, impulsowego wybranego gniazda probierczego warystora. Na ekranie oscyloskopu ukazuje się obraz przebiegów, na CH1 napięcia a na CH2 prądu warystora, jednocześnie SO oscyloskopu, wczytuje dane cyfrowe kanałów do pamięci oscyloskopu. Wtedy następuje kluczowy moment : odczytywanie pełnych 2 x 2kB danych cyfrowych za pośrednictwem mojego oprogramowania t-lab, wybieramy „Oscyloskop TEK2220” – Enter, system t-lab – wczytuje dane z pamięci oscyloskopu, najpierw strumień CH1 potem automatycznie CH2 poprzez GPIB do pamięci operacyjnej programu t-lab w PC2. Po wczytaniu danych do pamięci program archiwizuje plik automatycznie, indeksując pomiary a następnie zapisuje założoną ilościowo grupę wyników do przygotowanego uprzednio katalogu, oznaczonego datą pomiaru, na dysku systemowym oraz opcjonalnie na dyskietce. Dane można dzięki programowi t-lab (opcja : „Zmiana formy-zapis”), przeliczać do formy odpowiedniej dla przeniesienia do tabelek formatu MS Excel. Na koniec już tylko dla porządku rzeczy, zdając sobie sprawę z trudności zagadnienia technicznego, przedstawiam opisowo w postaci załączników PDF temat warystora tlenkowego w teorii Elektroenergetyki VarWstOpis oraz szczegółowy opis obiektu i schematów Laboratorium Warystorów VAR_PAR_LAB oraz dwuetapowej procedury badań. Dlaczego badania warystorów były i są tak szczególnie ważne? : otóż warystor to kluczowy element ochrony systemu napędowego elektrycznych zespołów trakcyjnych, ochrony sieci oraz wnętrza układów elektrycznych jednostki, od pojawiających się przepięć w momencie wyłączenia energii zasilającej prądu stałego DC, wyłącznikiem próżniowym czy hybrydowym nowej generacji. Wszystkie warunki prób, sposoby i metody wykonania, wnioski i uwagi po badaniach zawierało szerokie niemal 60-cio stronicowe Opracowanie IAE PŁ nr 1435/B/96, wówczas przyjęte i podpisane przez prof. Marka Bartosika jako kierownika badań. Załączam wyciąg tego Opracowania zawierający niemal wszystkie punkty z plikami tekstowymi, które udało mi się odzyskać z zapisanych w Word Perfect 6.1 wykorzystując archiwalną instalację Word Perfect 6,0 for Windows na muzealnym już FUJITSU SIEMENS for Windows 2000 oraz dzięki współczesnemu systemowi biurowemu Open Office 4.1.16 z 2025 roku. Udało mi się również odzyskać nieliczne rysunki sporządzone w środowisku AUTODESK AutoSketch 2.0, dzięki instalacji  AutoSketch 10 na moim ACER Tower PC 5  IAE PŁ 1435/B/96.

© copyright by Wojciech Kazimierz Jeneralczyk

Nieznane's awatar

Autor: wojweb

Emerytowany inżynier energoelektronik, badacz-pasjonat dziejów rodzin Jeneralczyk i Rulczyński. Urodzony w Łodzi 1.10.1944 roku.

Dodaj komentarz