Moja młodość i studia na PŁ.

Egzaminy wstępne pisemne z matematyki, fizyki i rosyjskiego zdawałem w lipcu 1963 roku w Audytorium Andrzeja Sołtana. Audytorium zachowało się w jednopiętrowej hali biurowej (prawa strona zamieszczonego zdjęcia), historycznego Zespołu Tkalni Szai Rosenblatta. Cały wielki obiekt przemysłowy mieszczący się w kwadracie obecnych ulic : Radwańskiej, Żeromskiego, Żwirki, Gdańska (obecnie Bohdana Stefanowskiego), został przejęty przez Łódzki Magistrat po upadłości Przedsiębiorstwa w 1930 roku. Po II Wojnie Światowej teren wraz z infrastrukturą, został przekazany w posiadanie i władanie, powstałej w 1945 roku Politechnice Łódzkiej. Widoczny w lewej części zdjęcia, kilku kondygnacyjny budynek pofabryczny z więżą, został w latach siedemdziesiątych wyburzony a teren przeznaczony pod nowe obiekty Wydziałów Uczelni. W tym właśnie starym pofabrycznym budynku z podłogami z desek, intensywnie pachnący konserwacją drewna, odbywały się w znacznej swej części zajęcia specjalistyczne studiów naszego rocznika 1966 – 1969. To tutaj na drugim piętrze, mieściły się obok siebie Katedra Elektroenergetyki i Katedra Aparatów Elektrycznych, sekretariat i gabinet profesora Stanisława Dzierzbickiego, kierownika Katedry ale także od 1962 roku, Dziekana Wydziału Elektrycznego Politechniki Łódzkiej. Tutaj mieściły się sale wykładowe, seminaryjne i laboratoria. Założycielską rolę dwóch Wydziałów, Mechanicznego oraz Elektrycznego, pełnił główny budynek pofabryczny. Uczelnia dynamicznie się rozbudowywała, powstawały licznie nowe obiekty w których także mieliśmy znaczną część zajęć, wykładów, ćwiczeń, laboratoriów i seminariów.

75LatPolitechnikiŁódzkiej Piszę te wspomnienia studiów w Politechnice Łódzkiej w 2022 roku. Od ukończenia studiów na kierunku magisterskim o specjalności Aparaty Elektryczne, Wydziału Elektrycznego – minęło 52 lata. To długo i niewiele zważywszy na fakt podtrzymywania kontaktu z moją Uczelnią, wykonywanie licznych prac zleconych na potrzeby Zespołu mojego promotora, prof. dr hab. Zdzisława Jana Tarocińskiego, dzieł z zakresu wykonywanego całe 40 lecie zawodu inżyniera energoelektronika. Ostatnie 12 lat pracy zawodowej to etatowy powrót do Uczelni oraz praca specjalisty IT w moim Instytucie potem Katedrze Aparatów Elektrycznych. Zdecydowałem, nie będę zanudzał czytelnika nadmiarem szczegółów dotyczących procesu, zakresu i przedmiotów nauczania. Nie będę pisał o liczbach godzin wykładów, ćwiczeń, seminariów czy laboratoriów, nie będę podawał liczb egzaminów, zaliczeń, sprawdzianów itp, podkreślę jednak pewne zapamiętane, interesujące fakty oraz przeżycia które moim zdaniem zasługują na wspomnienie. Opiszę pokrótce najwyższe bariery w procesie studiowania, które decydowały o wykruszaniu się większej liczby spośród 180 koleżanek i kolegów rozpoczynających studia w październiku 1963 roku.

Zdecydowałem aby na wstępie nawiązać do tego, co z nami licznymi absolwentami PŁ WE 1969, dzieje się obecnie w 2022 roku. Wielu z nas nadal ciesząc się niezłym zdrowiem, uczestniczy w corocznych spotkaniach koleżeńskich naszego rocznika. Bezpośrednim impulsem do takiego kształtu moich krótkich wspomnień było kilka rozmów z lublinianinem Staszkiem Bielakiem oraz spotkanie z okazji jubileuszu 50 – lecia naszych Dyplomów Łódź PŁ 2019. Ostatecznie przyjmujemy z Jagódką zaproszenie Staszka na kolejne 22 spotkanie koleżeńskie rocznika które będzie organizował – Kazimierz Dolny 2020. Tutaj duża kropka. Spotkanie odwołane. Wybuch pandemii Covid 19, nasza osobista tragedia rodzinna we wrześniu, potem dalsza w lutym 2021. Umiera wielu ludzi z naszego otoczenia w tym także koledzy z naszego rocznika. Wysłaliśmy z Jagódką życzenia Noworoczne do całej listy mailingowej aktywnych towarzysko koleżanek i kolegów, także informując o odejściu kolejnego łodzianina, bliskiego nam kolegi Jarka.

Historycznie pierwsze spotkanie koleżeńskie absolwentów WE PŁ 1969 odbyło się jako 40 – lecie, w listopadzie 1999 roku w Łodzi – byłem jego współorganizatorem. Przybyło 53 uczestników – koleżanek i kolegów z całego kraju i zagranicy. Ostatnie to właśnie Jubileuszowe 2019, nomen omen….oby tym ostatnim nie pozostało. Poniżej prezentuję zbiór fotogramów z tego bardzo uroczystego spotkania 55 uczestników!.

Powracam do roku 1963, rozpoczęcia naszych studiów. Właśnie nasz rocznik rozpoczynał studia półroczną praktyką robotniczą, z tego powodu studia trwały 5,5 roku. Pierwszy semestr nauki, przez pięć dni tygodnia pracowaliśmy w Fabryce Transformatorów i Aparatury Trakcyjnej ELTA na ulicy Aleksandrowskiej 67/93. Praktyka miała w założeniu projektowym, wyrobić u przyszłych inżynierów szacunek do pracy i pracowników fizycznych. Moim zdaniem efekt wychowawczy praktyki był daleki od zamierzonego. Pracodawcy kierowali grupy studentów kolejno do różnych działów fabryki. Przyglądaliśmy się wykonywanym pracom ale także kierowano nas do najprostszych, względnie bezpiecznych czynności manualnych, bez wymaganych umiejętności. Dla mnie po technikum, licznych praktykach i warsztatach, nie stanowiło to żadnego problemu. Absolwentom licealnym kontakt z halą warsztatową, maszynową czy montażową stanowił graniczące z szokiem wyzwanie. Nie potrafili stosownie się przywitać ani rozmawiać, zwłaszcza przy full contact’cie z łaciną podwórkową czy robotniczą grypserą. To wymagało czasu i cierpliwości instruktorów, aby względnie łatwo przystosować nas do warunków i otoczenia pracy. ELTA to był wówczas zakład różnorodny, względnie dobrze wyposażony oraz nieźle zorganizowany. Posiadali specjalistyczny dział kadr i szkolenia, to dzięki temu nasze grupy praktykantów były całkiem nieźle zarządzane oraz programowo prowadzone po zaprojektowanej ścieżce praktyki.

Jeden cały dzień i jedno popołudnie trwały wykłady i ćwiczenia z trzech przedmiotów matematyki, technologii i instalacji elektrycznych oraz języka obcego. Technologii i instalacji elektrycznych mieliśmy pięć godzin wykładów tygodniowo z adj. mgr. Lutym, do tego godzina ćwiczeń z mgr. inż. Cieplińskim. Matematyki dwie godziny wykładów oraz dwie godziny ćwiczeń. Dwie godziny tygodniowo mieliśmy lektoratu języka obcego, wybrałem niemiecki. Matematykę na poziomie wyższym mieliśmy cztery semestry. Wykłady przez trzy semestry prowadziła doc. dr. Danuta Sadowska (Danusia) a ostatni semestr dr Edward Kącki (Edek). Ćwiczenia z matematyki prowadzili początkowo mgr. Edward Guz a następnie dr Edward Kącki. Egzaminy pisemne po nich bezpośrednio ustne, były trudne, wyczerpujące do granic wydolności. Pierwsi podchodzili do ustnego po 5 godzinach pisania a bywało że ostatni po 8 godzinach. Wyznaczano zwykle trzy terminy a pisało je każdorazowo kilkadziesiąt osób. Egzaminowały trzy osoby Sadowska, Kącki i Czapliński a czterech młodszych asystentów na zmianę czujnie pilnowało sali egzaminacyjnej. Najlepiej lubiliśmy zdawać ustny u Kąckiego potem Czaplińskiego a do Sadowskiej asystenci musieli wyznaczać kolejnego ochotnika. Matematyka właśnie była pierwszą wysoką barierą, powodowała znaczny odsiew studiującej młodzieży.

Od marca 1964 ja i Jagódka byliśmy już parą. Męska przyjaźń oraz zabawne imprezowanie także działalność społeczna wespół z Wojtkiem Frontczakiem, okazała się nie do pogodzenia z naszą osobistą sytuacją. Wojtek bardzo związał się z polityką młodzieżową ZMS (Związek Młodzieży Socjalistycznej). Nam z polityką w takim wydaniu było zdecydowanie nie po drodze. Spotykaliśmy się teraz częściej z przyjaciółmi naszych środowisk szkolnych oraz studenckich, Oni także tworzyli pary. Jednak zdecydowanie częściej my wspólnie, uczyliśmy się do ćwiczeń, zaliczeń i egzaminów. Tworzyliśmy całkiem zgrany zespół wzajemnej pomocy. Jagódka bardzo dobrze radziła sobie z matematyką, fizyką teoretyczną oraz chemią, niezwykle mi pomagając. Ja pomagałem jej w przedmiotach technicznych i konstrukcyjnych (rysunek techniczny, geometria wykreślna, technologia metali oraz podstawy konstrukcji mechanicznych).

W drugim semestrze doszły jeszcze kolejne liczne przedmioty – fizyka, chemia, mechanika, geometria wykreślna, rysunek techniczny oraz w.f. Fizykę wykładał Karniewicz a egzaminowali doc. Wrzesińska i wykładowca Karniewicz. Nie wspominam tego przedmiotu w sposób szczególny. Wykłady ponadprzeciętne, egzaminy poza morderczym nakładem przygotowań, nie zapisały się w naszej pamięci znaczącym epizodem poza jednym, zaskakującym. Podczas egzaminu doc. Wrzesińska lubiła parzyć mieloną kawę w zlewce laboratoryjnej, napar uzupełniała sokiem z połowy cytryny, brr… Chemii mieliśmy dwie godziny wykładów oraz jedną godzinę laboratorium ze st. wykładowczynią Klukowicz. Geometrię wykreślną „kreski” prowadził adj. mgr. Luty a na trudnym wielogodzinnym egzaminie z tego przedmiotu, najgroźniejszym dla braci studenckiej był mgr Bartosiewicz (Cyklop). Z racji rozbieżnego zezowania, nie było pewności gdzie patrzy i co widzi. Mechanikę wykładał adj. dr Grossman w wymiarze trzech godzin tygodniowo, ponadto dwie godziny ćwiczeń obliczeniowych. Niemieckiego miałem się uczyć, bagatela – czwarty rok. W Technikum Energetycznym miałem każdego roku innego nauczyciela, początkowo był to pastor parafii Ewangelicko Augsburskiej Herr Minkner. Potem nauczał mnie pan Kowalski, miłośnik ciszy i muzyki klasycznej z czarnych płyt gramofonowych. Mieszkał w części frontowej kamienicy przy ulicy Piotrkowskiej, ulicy po której jeździły wtedy tramwaje, autobusy oraz inne pojazdy m.in. konne dorożki. Jego opowieści o męczarniach jakie przeżywał słuchając muzyki w takim hałasie, możecie sobie wyobrazić. Mimo więc znaczącego stażu w nauczaniu niemieckiego niewiele umiałem, postanowiłem kontynuować ten język. Pełne rozczarowanie, moim lektorem okazał się doc. Arno Will ówczesny dziekan Germanistyki UŁ. Ćwiczenia były pobieżne, ukierunkowane na gramatykę języka, niewiele wnosiły do tego co już umiałem. Podjąłem więc metodę którą jako szybką ścieżkę wiodącą do zaliczenia i egzaminu, zaproponował lektor A.W. (pamiętna postać, syn Gruzinki i Niemca z Odessy). Ten projekt zaliczający lektorat, to tłumaczenie tekstów technicznych z książek lub periodyków technicznych. Wybrana w bibliotece książka o trakcji elektrycznej, okazało się nie lada wyzwaniem. To co miało być łatwym skrótem okazało się wielkim problemem. Gdy na koniec lektoratu przedstawiłem efekty mojej translacji, nie otrzymałem zaliczenia. Groziło mi wyeliminowanie z uczelni, ponieważ nie zaliczyłem także chemii.

Cofnę się nieco w czasie. Któregoś dnia latem 1964 roku siedzieliśmy z Jagódką w ogródku tarasowym kawiarni Balaton na Alejach Kościuszki obok ulicy Andrzeja Struga. Obiekt Balaton składał się z Baru Szybkiej Obsługi na parterze oraz kawiarni na piętrze. Parter to była praktyczna realizacja koncepcji zbiorowego żywienia. Zakładano krótki oraz podstawowy standard spożycia. Zastosowano obowiązek samoobsługi przy pobieraniu posiłku na tacę oraz odniesienia naczyń do zmywalni po spożyciu. Dwa rzędy długich wysokich stołów wieloosobowych do konsumpcji na stojąco. Nie lubiliśmy tego miejsca, może dwa razy jadłem tam, aby ocenić że to miejsce przeznaczone dla marginesu społecznego. Spotykało się licznie rezydujących tam kloszardów wyjadających resztki pozostawione na tacy. Kawiarnia na piętrze prezentowała zupełnie przyzwoity standard.

Zajmowaliśmy stolik w pobliżu balustrady tarasu i mieliśmy świetny ogląd sytuacji na pobliskim przystanku tramwajowym. W tym momencie rozlega się głośny pisk hamulców oraz męskie przekleństwo dobiegające z ulicy przed przystankiem. Rzut oka wystarczył aby rozpoznać docenta A.W. w białym lnianym garniturze i stylowej panamie na głowie. Przytrzymując młodą elegancką dziewczynę, drugą ręką usiłował ścierać błoto z nogawki białych spodni chusteczką. Dziewczyna chyba się spieszyła do tramwaju, mało nie wpadła pod auto, docent ją powstrzymał ale sam zarobił błotem z pobliskiej kałuży pozostałej po wczorajszej burzy. Odprowadził Ją do tramwaju podając rękę do wsiadania, po czym sam przeszedł na drugą stronę idąc w kierunku południowym. Teraz widziałem go dobrze bez odwracania głowy. Wszedł do nowej kamienicy sąsiadującej z budynkiem PZU. Nie wiedząc wówczas dlaczego, postanowiłem że po odprowadzeniu Jagódki do domu na Zachodniej, przejdę pieszo i rozpoznam sytuację mieszkaniową docenta A.W.. Po tym co wydarzyło się w przyszłości, upewniłem się że nic w życiu nie dzieje się przypadkowo lecz wiedzie nas duch Opatrzności. Gdy nadszedł wrzesień i terminy poprawkowe, miałem dwa zadania do wykonania – zaliczyć chemię i lektorat niemieckiego. W chemii bardzo pomogła mi Jagódka. W Technikum miałem chemię przez dwa lata z prof. Domagałową. Kondycja psychiczna tej kobiety była nie najlepsza, delikatnie określając skutki traumy po przeżyciach Powstania Warszawskiego. Wiele płakała, bardzo niewiele wiedzy była w stanie nam przekazać. Jagódka miała talent pedagogiczny, po doświadczeniach praktyki korepetycji z matematyki, fizyki i chemii, utwierdziła się w wyborze zawodu nauczyciela – i tak się stało.

Egzamin z mechaniki zwłaszcza po trzecim semestrze, był dla wielu bardzo dużą przeszkodą – drugim poważnym progiem przesiewowym dla przyszłych inżynierów elektryków. Nam z Jagódką po intensywnym i długotrwałym przygotowaniu udało się go pokonać za pierwszym podejściem. Wielu nie rozumiało roli mechaniki dla elektryków. Ja po wielu latach praktyki konstruktorskiej a następnie serwisowej, nakreśliłem następującą dewizę : „nie ma dobrej energoelektroniki bez bardzo dobrej mechaniki oraz chemii”. Działalność serwisowa w zakresie utrzymania ruchu maszyn i urządzeń produkcyjnych, dowiodła słuszności tej maksymy w zdecydowanej większości przypadków awarii czy niedomagań. Niemal zawsze zawodziło niedopracowanie technologiczne czy materiałowe, uszkodzenie przewodu, zanieczyszczenie zestyków, przekroczenie parametrów elementów elektronicznych itp. Wniosek jest następujący – zachowanie najwyższej jakości elementów mechanicznych i chemicznych elementów obwodu elektrycznego, gwarantuje długotrwałą bezusterkową eksploatację.

Chemię zaliczałem w głównym Laboratorium Budynku Chemii Nieorganicznej. Dostałem chyba pięć tematów, zdawało kilka osób każdy przy innym stole laboratoryjnym. Po godzinie oddaliśmy prace, potem przepytywała nas kolejno pani adj. Klukowicz w trybie seminaryjnym, lubię tak zdawać i powiodło mi się nieźle na 3+. Teraz niemiecki ale tutaj były same pytania bez odpowiedzi. Sekretariat Lektoratów w gmachu Wydziału Włókiennictwa, nie miał żadnych terminów ani wiadomości czy w ogóle będą jakieś terminy. Wrzesień mijał a ja odbijałem się codziennie od tablicy ogłoszeń oraz sekretarki bez żadnych pozytywnych wieści. Wtedy nie miałem zielonego pojęcia że docent A.W. to także Dziekan Germanistyki UŁ. Wtedy nadeszło olśnienie, przypomniałem sobie gdzie mieszka, widziałem przecież Jego personalia na tabliczce domofonu przy Al. Kościuszki 55. Około 10:00 następnego dnia nacisnąłem przycisk domofonu mieszkania docenta A.W.. Szczęśliwie był w domu, przedstawiłem się i poprosiłem o wyznaczenie miejsca i terminu mojego zaliczenia. Podał nazajutrz godzinę 11:00 w Dziekanacie Germanistyki, mieszczącym się w budynku Rektoratu UŁ przy Narutowicza 65, róg Williama H. Lindleya. Punktualnie zameldowałem się w sekretariacie dziekana, oczekiwał także jeszcze jeden nie znany mi delikwent. Czekaliśmy jeszcze około 20 minut. Docent poprosił nas do gabinetu, mnie posadził z boku biurka a drugiemu wskazał miejsce przy stoliku gościnnym. Przydzielił nam po trzy tematy do opracowania i wyszedł na około pół godziny. Po powrocie zajął miejsce przy stoliku, gestem wskazał mi miejsce obok. Pobieżnie sprawdził nasze notatki i zadał pytanie konkurentowi, ponieważ się zająknął, pytanie przeszło na mnie z pełnym powodzeniem. Następne pytanie skierował do mnie i odpowiedziałem bez wahania. Poprosił mnie o indeks wpisując zaliczenie. Nie muszę mówić jaką ulgę odczułem całą moją osobowością, WOW!.

Pomyślałem wtedy że nic nie dzieje się przypadkiem, bo przypadki chodzą po ludziach. Ten scenariusz „finiszowej końcówki”, powtarzał się u mnie wielokrotnie do końca studiów. Sądzę że mój organizm potrzebował silnych bodźców aby wspiąć się na wyżyny spokoju i maksymalnej wydolności. Na pierwszym roku studiów swoistą atrakcją, oderwaniem od  codziennej orki na wykładach i ćwiczeniach, była wycieczka autokarowa zorganizowana przez adj. mgr. Lutego w ramach Technologii Metali. Zwiedzaliśmy hutę Częstochowa (wtedy im. Bieruta) w Częstochowie. Ostatni etap pierwszego roku studiów, dla mnie oraz dla wielu innych była kluczowy dla oswojenia z materią, poznania mechanizmów oporu materii, oraz sposobów pokonywania trudności w procesie studiów wyższych. Kolejne lata studiów przynosiły kolejne bariery. Takie przedmioty jak Podstawy Konstrukcji Mechanicznych, Podstawy Elektrotechniki, Elektrotechnika teoretyczna, Materiałoznawstwo Elektryczne, Miernictwo Elektryczne, Wytrzymałość Materiałów, Projektowanie Części Maszyn, Termodynamika czy Ekonomia Polityczna, Maszyny Elektryczne, Aparaty Elektryczne, Technika Wysokich Napięć, Podstawy Automatyki oraz Elektronika były kolejnymi wysokimi stopniami wtajemniczenia, dla wielu studentów nie do przebycia. Skład osobowy w miarę lat studiów zmieniał się z roku na rok. Nasi dotychczasowi koleżanki oraz koledzy odpadali lub spadali na niższy poziom, inni z lat wyższych zasilali nasze szeregi. C’est la Vie, nic więcej.

Drugi rok studiów to rozpoczęcie 1,5 rocznego Wojskowego Szkolenia Studentów w Studium Wojskowym PŁ, Piotrkowska 266 w dawnym Pałacu Scheiblerów (obecnie Wydział Zarządzania PŁ). O godzinie 7:00 meldowaliśmy się na Apelu Studium w mundurze polowym (zimą w długim płaszczu sukiennym), butach podkutych gwoździami, opięci pasem głównym oraz nakryci rogatywką wielosezonową. Stawaliśmy kompaniami w dwuszeregach na placu apelowym. Rytuał obejmował odliczanie, regulaminowe meldunki składane Oficerowi Dyżurnemu Studium, meldunek Oficera Dyżurnego składany Dowódcy Studium w randze Pułkownika, wciągniecie flagi narodowej na maszt oraz odegranie przez sygnalistę odpowiedniego rozkazu do rozpoczęcia zajęć. Studenci Wydziału Elektrycznego szkoleni byli z zakresu elektronicznej kontroli powietrznej obszaru Kraju, popularnie zwanej Radiolokacją. W drugim roku także z powodzeniem wykorzystałem możliwość zmiany Lektoratu na język angielski. Pani mgr Lendzion stała się moim ulubionym lektorem. Pasował mi ten język, robiłem nadspodziewane postępy, głównie dzięki nowoczesnym metodom ćwiczeń.

W czerwcu 1965 roku otrzymałem kurierem, rozkaz stawienia się 2 sierpnia w Oficerskiej Szkole Radiotechnicznej w Jeleniej Górze. W połowie szkolenia odbyła się przysięga wojskowa poprzedzona intensywną musztrą, wzmacnianą zupackimi popisami podoficerów zawodowych niskiego szczebla. Otrzymaliśmy nowiutkie juchtowe buty z wysoką cholewką, na gumowej olejoodpornej i antypoślizgowej podeszwie oraz opinaczem na sprzączki. Każdy otrzymał pudełko szuwaksu oraz szczotkę. Do butów dołączono dwie pary białych onuc bawełnianych. Otrzymaliśmy broń, kbk AK47 z kolbą składaną. Kluczowe było zapamiętanie litery stojaka i cyfry swojego gniazda w kompanijnym magazynku broni. Po przysiędze 15 sierpnia 1965 roku był obiad na który podano śledzie moskaliki, praktycznie prosto z beczki. Po kilku minutach śledzie zaczęły fruwać nad głowami biesiadujących i ten rodzaj buntu zaczął być zauważalny dla kadry. Do stołówki wkroczył Oficer Dyżurny z dwoma wartownikami pod długą bronią. Rozkazał „batalion powstań, na placu apelowym, kompaniami w dwuszeregu zbiórka”. Po rytuale z odliczaniem i meldunkami, Oficer ogłosił że do 22:00 udziela batalionowi studentów przepustki należnej po złożeniu przysięgi.

Kazimierz Wirpszo (stoi w środku, ja kucam poniżej, moja czapka nieco poniżej Jego wspartej na pasie ręki), okazał się drugim po Karolu Trzecińskim, uprzejmym recenzentem moich wspomnień. Kolega z czasów studenckich, bliski mi podczas pobytów „przy wojsku” podczas dwóch miesięcznych obozów ćwiczebnych – Jeleniej Górze oraz Zgierzu. Kazikowi zawdzięczam skan powyższego zdjęcia którego w moich zbiorach z niewiadomych przyczyn zabrakło. Zawdzięczam mu również przypomnienie eskapady do Perły Zachodu podczas pierwszej przepustki po przysiędze w Jeleniej Górze. Poniżej opisuję w szczegółach pośpieszny i zarazem śmieszny powrót do koszar przed capstrzykiem.

Jagódkę zaraz po obiedzie, odprowadziłem na dworzec skąd wyjechała do Wrocławia, gdzie spędzała wakacje. Wracając spotykam rozbawionych, wyposzczonych dwutygodniową koszarową izolacją kolegów. Ad hoc po krótkiej naradzie, większą grupą rekrutów idziemy 4 km ucztować do znanej, popularnej, krajobrazowej knajpki – Gościńca Perła Zachodu. ZbierajSie

Bawiliśmy się tam doskonale, w tak pięknym otoczeniu – krajobrazu oraz balsamicznego powietrza, wypiliśmy każdy po kilka (bliżej -naście!) przezacnego piwa Zamkowego. W pewnym momencie ktoś spojrzał na zegarek podnosząc alarm. W koszarach mamy być najpóźniej na capstrzyk o 22:00. Zaczęliśmy momentami nie najłatwiejszy ale i zabawny marszobieg wzdłuż Bobru, leśną drożyną Borowym Jarem. Mieliśmy wszyscy nieźle w czubach, jedni śpiewali, inni w zapadającej ciemności w lesie potykając się o liczne korzenie, siarczyście przeklinali. Do granic miasta utrzymaliśmy marsz w grupie, każdy kroczył pośpiesznie nieco się zataczając ale wszyscy byliśmy w doskonałych humorach poza Emilem, naszym sympatycznym kolegą śpiewakiem. Teraz kroczył zygzakiem, wyraźnie powłócząc nogami, z głową zwieszoną, w milczeniu. Chwyciliśmy Go wraz z Kazikiem mocno pod ramiona aby nie ponosząc kontuzji, próbować nadążyć za oddalającym się czołem grupy. Przez te ostatnie kilkaset metrów przed bramą, unosząc jego bezwładne ciało, ciągnęliśmy Emila który szorował czubkami butów wojskowych po chodniku. Co parę minut wydawaliśmy komendę „baczność” potrząsając jednocześnie ciałem. O dziwo, na moment, na kilka kroków ciało ożywało i kroczyło krokiem defiladowym – takim sposobem udało się przeprowadzić ożywionego kolegę przez posterunek wartowniczy, potem na kompanię. Emil zwisał na ramionach kolegów w drugim szeregu, dowódca rozkazał zaprowadzić ciało na pryczę celem spoczynku. Do dziś pamiętam wykrzyczane z mocą „czołem obywatelu kapitanie” przez zgromadzone na capstrzyku trzy plutony, kompanię studentów. Jelenia Góra, 15 sierpnia 1965 roku.

Rozważny Dowódca Szkoły buntu nie eskalował natychmiastowymi represjami. Niebawem okazało się jaką dozwoloną regulaminem i programem szkolenia lekcję pokory zaplanował studentom. W trzecim tygodniu obozu, o 1:00 w nocy z czwartku na piątek, syrena budzi nas do alarmu Batalionu. Zerwaliśmy się zaspani, półprzytomni, niektórzy ze śpiących na pierwszym piętrze sypialni wojskowej – spadają z łóżek na podłogę. Łapiemy ułożone w kostkę mundury, siadamy na stołkach, niektóre się przewracają, słychać przekleństwa i złorzeczenia. Teraz okazuje się jak ważne były ćwiczenia prawidłowego owijania stóp w onuce. Ci którzy dobrze opanowali tą czynność, ubrali się szybciej, mieli więcej czasu na zapięcie pasów, założenie tornistrów z przypiętą pałatką, pobranie broni i hełmów ze zbrojowni oraz wybiegnięcie do zbiórki na placu apelowym. Prawidłowe owinięcie onuc, gwarantowało wytrzymanie długiego marszu z pełnym wyposażeniem w hełmie i pod bronią. Żołnierze którzy nie zmieścili się w limicie czasu do wyjścia na zbiórkę alarmu, byli zatrzymani na kompanii przez dyżurnego podoficera. Oni w czasie naszego marszu, kilkakrotnie aż do rana powtarzali ćwiczenia ubierania, pobierania broni i wyposażenia, po czym trwała musztra na placu apelowym – padnij, powstań, naprzód biegiem marsz, tak w kółko przez czas odwrotnie proporcjonalny do kolejnego spóźnienia się na zbiórce. Wyznaczono nam marsz początkowo pod górę w terenie bez zabudowań, nawierzchnia była kamienista. Te warunki marszu bardzo dawały się we znaki. Wielu słabło jeszcze podczas pierwszej części marszu. Nie znaliśmy ani celu marszu ani zasięgu tego marszu, nie czytaliśmy dostatecznie wnikliwie regulaminów aby znać wymogi dotyczące marszów. Pierwsze pół godziny to był marsz forsowny w miarę zwartym szykiem pod górę. Teren się wyrównał ale tempo marszu wyraźnie spadło. Szyki się rozluźniły, utworzyły się grupy marszowe. Gdy kadra zorientowała się że dogorywamy, zarządzono 15 minutowy odpoczynek na poprawę umundurowania, głównie poprawy owinięcia stóp w onuce. Mieliśmy suchary i manierki z wodą, nikt nie potrafił prawidłowo spożyć sucharów, mocząc je w wodzie. Najbardziej nierozsądni po prostu wypili prawię całą wodę a na sucharach łamali sobie zęby. Potem kolejny odcinek marszu po kamienistych ścieżkach ale już w miarę równym terenie. Grupy natychmiast się rozproszyły, wytworzyło się czoło nadążających za prowadzącym oficerem, potem dwie grupy kolejnych żołnierzy spoconych, z hełmami na pasach, porozpinanych mundurach, niedbale przerzuconą przez plecy bronią. Na końcu grupa maruderów których straciliśmy z oczu. Odpoczynek, tym razem dłuższy, pokrzepiamy się także nadzieją, bowiem zejście rysuje się przed naszymi oczyma. Trzeci odcinek z górki, po terenie nadal kamienistym ale już z nadzieją powrotu do koszar.

Szpica marszu dociera do asfaltowej szosy, domyślamy się że to będzie ostatni odcinek marszu. Jestem w drugiej grupie, dobijamy do czołówki, krótki odpoczynek. Wody nikt już nie ma. Trzymamy się właściwie siłą nadziei, którą stanowi powrót do koszar a tam odpoczynek oraz posiłek. Ruszamy dalej, ulga – idziemy po asfalcie, nic nie uwiera ani nie ociera. Na górce widzimy grupy maruderów, wielu idzie na boso albo w onucach, buty i hełmy na pasach. Zaczynamy doceniać rolę mocnego pasa wojskowego. Nadjeżdża ciężarówka od strony Jednostki. Zatrzymuje się u podnóża, domyślamy się że załaduje najbardziej poranionych. Taki to „survival race” zgodny ze sztuką wojskową oraz regulaminem, wyznaczył dowódca niepokornym studentom. Okazało się że zasięg marszu to prawie 15 km, w jednostce byliśmy wszyscy dopiero o 8:30 (pierwsi o 7:30). Tempo marszu nie było powalające, raczej odbiegało od osiąganych przez wojska 2,5 km/godzinę. Ważne że wygraliśmy konkurencję z batalionem studentów Politechniki Warszawskiej. WOW!

Obóz końcowy w lipcu 1967 – ostatni Obóz Wojskowego Szkolenia Studentów, Egzamin na Podoficera w Chełmach (las Okręglik koło Zgierza). Armijna Jednostka Łączności Układu Warszawskiego. Odbywał się w miesiąc po III wojnie izraelsko-arabskiej, po „..sześciu dniach które zmieniły Świat”, 5 – 10 czerwca 1967 roku. W naszym roczniku mieliśmy kilku kolegów judejskiej narodowości, byli niesłychanie dumni z wyczynu nowoczesnej armii izraelskiej oraz jej wodza naczelnego Mosze Dajana. Szkolenie na obozie w Zgierzu niczym szczególnym się nie wyróżniało. Odbywało się bardzo blisko Zgierza i tramwaju międzymiastowego do Łodzi. Po godzinie 15:00 zawodowa kadra oficersko – podoficerska kończyła pracę, odbijała kartę zegarową i wychodziła do domu. W jednostce pozostawali niezbyt liczni żołnierze służby zasadniczej oraz podoficerowie nadterminowi niskiego szczebla oraz my – kompanie studentów. Studenci szybko się zorganizowali co do tzw. dyżurów w koszarach a pozostali licznymi grupami wychodzili na lewiznę, poprzez znaną wszystkim w jednostce, dziurę w płocie zlokalizowaną w pobliżu ścieżki wiodącej do przystanku tramwajowego Kurak (osiedle wojskowe) w Zgierzu. W tramwaju było bezpiecznie. Wymagana była czujność i pilna obserwacja ewentualnych patroli WSW (żandarmerii) na przystankach. Bywałem na Helskiej lub Zachodniej przynajmniej raz a niekiedy dwa razy w tygodniu. Pozostający w koszarach mieliśmy czas na zajęcia własne, lektury, karty, sport i „bar Karola”. Karol Trzeciński jako czynny kolarz kadry, zawodnik słynnego klubu Społem Łódź, przechowywał sobie tylko znanym sposobem kolarkę w nieczynnej podstacji energetycznej, wykorzystywał każdą wolną chwilę nie tracąc kontaktu z siodełkiem i kierownicą. Gdy wyjeżdżał na codzienny trening, przyjmował zamówienie na piwo które następnie wydawał w „barze”. To taka ciekawostka, ona nam bardzo odpowiadała, stanowiła jedną z atrakcji, studenckim kolorytem w żołnierskiej codzienności. Egzamin na podoficera (kaprala podchorążego) był końcową formalnością szkolenia – potwierdzenie tożsamości, uścisk dłoni pułkownika Dowódcy i wręczenie patentu podoficera. Dalsze kontakty z wojskiem, już podczas pracy zawodowej bywały uciążliwymi zmaganiami ale niekiedy ciekawymi urlopami, swoistym oderwaniem od codzienności : praca, dzieci, dom – na okrągło.

Praktyki wakacyjne od połowy lipca do połowy sierpnia 1966. Odbywały się w budowanych wówczas od paru lat Zakładach Azotowych Puławy. Zakłady zajmowały wielki obszar, w znacznej części zalesionej przestrzeni. Wyglądało to jakby teren pod budowę zakładów wyrąbano z dużego kompleksu Lasów Gołębskich na północy miasta. Grupa mężczyzn, praktykantów PŁ zamieszkiwała w Hotelu w pobliżu centrum Puław, grupa kobiet dostała pokoje w wygodnym Hotelu Robotniczym nieopodal Zakładu. Autobus miejski dowoził nas do bramy nr 5. Portiernia, przepustki oraz przesiadka do autobusu linii wewnętrznych, były trzy takie linie. Poruszanie piesze po terenie Zakładu było zabronione ze względów bezpieczeństwa. Ponieważ nam nie wyjaśniono jakie względy bezpieczeństwa brano pod uwagę, zaryzykowaliśmy przejście piesze około 500 metrów aby dojść do przystanku innej linii. W połowie drogi owiała nas maleńka chmurka pary z pobliskiego reaktora chemicznego. Zabrakło nam natychmiast oddechu, oczy zapiekły niemiłosiernie, to były opary amoniaku. Na szczęście wszyscy odruchowo zachowali się prawidłowo, zamknęliśmy oczy także nos zacisnęliśmy dłonią. Dalej biegiem do przodu, po to by jak najszybciej wyjść poza zasięg obłoku oparów. Teraz już wiedzieliśmy dlaczego nie wolno poruszać się pieszo, przekonaliśmy się na własnych oczach i płucach. Praktyki były rutynowe – rano o 9:00 dojechać do baraków ekip montażowych Elektromontażu Lublin, podpisać się na listach, pół godziny obserwacji czynności podczas robót warsztatowych, rozglądnięcie się po terenie lasu, obserwacja biegających zajęcy oraz fruwającego ptactwa. Sprawdzenie czasu najbliższego autobusu powrotnego, wyjazd do bramy. Po wyjściu najczęściej pieszy spacerek do Hoteliku naszych Pań. Tam następowała narada co do planów na dalszy przebieg dnia. Powrót panów do Hotelu a tam : transmisje z Mundialu’66 w Londynie, gry w karty, lektury albo spacery główną ulicą miasta od kiosku do kiosku. Przyjemna konsumpcja dobrego lubelskiego piwa Lipcowe Pełne a w sierpniu Sierpniowe Full Light. Niekiedy plaża nad Wisłą albo zwiedzanie wybranych barów czy knajpek z wyszynkiem. Podczas koncertu rocznicowego zorganizowanego przez Dom Kultury 22 lipca 1966 roku Manifest_PKWN_22.07.1944, wystartowałem w quizie wiedzy ogólnej, zdobyłem pierwszą nagrodę, portfel skórzany z wytłoczonym herbem Lublina.

Któregoś dnia była tam zabawna sytuacja, wchodzimy do malutkiej knajpki bistro. Za witryną bufetowa prowadzi taki dialog z klientem : „..poproszę setkę!”, „..nie ma zakąski, to nie naleję!”…”..a cebula jest, to na zakąskę, proszę cebulę..”, gestem wskazuje na kuwety z cebulką po śledzikach w oleju. Trwał ten dialog jeszcze kilka minut, setka i cebula były w ciągłym słownym obrocie, nabierając ostrego łacińskiego kolorytu. Poszliśmy dalej naśmiewając się z tego dialogu, chichocząc i markując pijacki bełkot. Opuszczaliśmy Puławy z przekonaniem że Lubelszczyzna wyróżnia się jakością, zacnością piwa oraz pięknymi po magnackimi zabytkami.

Wiosną każdego roku z wyjątkiem 1968, organizowane były łódzkie Juwenalia Akademickie. Powyżej kilka zdjęć korowodu na ulicy Piotrkowskiej. Przemarsz rozpoczynał się z Pasażu Schillera gdzie po symbolicznym wręczeniu kluczy do Miasta przed Ratuszem, kolorowe grupy orszaku pozdrawiane przez mieszkańców miasta dochodziły do Placu Wolności. Zawsze staraliśmy się z naszymi przyjaciółmi uczestniczyć tzn. bywać aktywnymi obserwatorami juwenaliów. Piotrkowska nie była tak piękna, odrestaurowana i wypełniona gwarem turystów i gości jak obecnie w 2022 roku. Była jednak mimo całej swej szarości czasów PRL, ulicą gdzie zawsze było tłumnie mimo dozwolonego ruchu kołowego, hałasu, kłębów kurzu i spalin. Łodzianie zawsze kochali Pietrynę niezaprzeczalnie i bezwarunkowo. Aby umożliwić przejście korowodu Juwenaliów, trzeba było decyzji włodarzy Miasta na wstrzymanie ruchu kołowego, na zamknięcie ulicy na kilka godzin. Zawsze wszystko było doskonale zorganizowane przez wytypowany Komitet Juwenaliów złożony z porozumień grup działaczy Organizacji Studenckiej ZSP z Łódzkich Uczelni. Każdego roku juwenalia były kolorowe i radosne.

Jesień 1967 roku rozpoczęliśmy z Jagódką, ośmioma kolegami z akademika oraz małżeństwem Anią i Kajetanem oraz Elżbietą, Studia na kierunku specjalizacji – Aparaty Elektryczne. Od początku dr Zdzisław Jan Tarociński dał się poznać od najlepszej strony. Okazał się przyszłym naszym z Jagódką wspólnym promotorem oraz wieloletnim guru, opiekunem i przyjacielem na drodze zawodowej. Zaprosił naszą grupę na wycieczkę inauguracyjną a zarazem integracyjną do Doświadczalnej Zautomatyzowanej Kopalni „Jan” w Katowicach, Janowie – Nikiszowcu. Poniżej broszura reklamowo promocyjna kopalni : KWK_Jan_150_30. Ubieranie kompletnego stroju górniczego w szatni łańcuszkowej stanowiło samo w sobie życiowe wrażenie. Zakładanie onuc, grubych ciężkich kaloszy, kombinezonu, hełmu z lampą i akumulatorem. Następnie zjazd z dużą prędkością, stłoczeni w ciasnej klatce skipu, prawie w ciemności, niebywałym przeciągu, te warunki dawały każdemu uczestnikowi mocnych wrażeń. Dzwonek i jesteśmy na poziomie 280, znaleźliśmy się w nadspodziewanie przestronnym, szerokim i wysokim chodniku komunikacyjnym z półkolistym stalowym stropem. Sztygar prowadzi nas dalej do chodnika komunikacyjnego gdzie czeka elektryczna kolejka kopalniana z małymi wagonikami, wsiadamy – ledwo mieścimy do wagonika cztery przewidziane miejscami osoby. Podczas jazdy czujemy się bardzo dobrze, mimo że chodnik staje się coraz węższy i coraz niższy. Podczas ruchu kolejki oddychamy jeszcze swobodnie. Po ca 5 minutach szybkiej jazdy osiągamy przystanek końcowy kolejki. Od razu odczuwamy przytłoczenie i duszność. Dalej idziemy zwykłym chodnikiem kopalnianym o niewielkiej wysokości oraz szerokości. Bardzo dużo jest gęsto rozstawionych drewnianych stempli, podpierających stropy wykonane z desek. Liczne stemple są mocno sprasowane przez siły górotworu. Słychać od czasu do czasu huki i trzaski, robi się nieco nieprzyjemnie. Idziemy w ciszy tak jak zalecał sztygar. Mamy do przejścia około kilometra w trudnym, wąskim, dusznym oraz gorącym chodniku. Wszyscy jesteśmy już spoceni, totalnie czarni na twarzach i dłoniach. Dochodzimy do szerszego ale nadal niskiego chodnika transportowego, tutaj biegnie taśmociąg przenoszący urobek z pracującego na przodku wydobywczym – kombajnu. Jeszcze 300 metrów i jesteśmy na przodku wydobywczym ze ścianą kroczącą, sterowaną izotopowo. Duże wrażenie robi rząd mocarnych stempli napędzanych hydraulicznie. Kombajn nie pracuje, całość oprzyrządowania ściany wydobywczej robi na wszystkich wielkie wrażenie. Sztygar robi krótki wykład i fragmentaryczną demonstrację. Zaczynamy już intensywnie myśleć o powrocie na powierzchnię. Jeszcze marsz, jazda kolejką, skipem i już na powierzchni. Teraz następna atrakcja, prysznic w łaźni górniczej, szatnia łańcuszkowa. Koniec – dzień pełen przeżyć kończymy drzemką w hotelu w Parku Kultury i Wypoczynku w Chorzowie.

Wieczorem jedziemy do Katowic na kolację…do słynących marką śląskich restauracji. Niestety nie mamy przygotowanego planu, odwiedzamy kilka lokali wysyłając emisariuszy serwowanego menu. W końcu jesteśmy już tak głodni że podejmujemy solidarną decyzję, zdecydowanie siadamy w pierwszej napotkanej restauracji. Nie pamiętam nazwy lokalu ale spełnił nasze oczekiwania. Zjedliśmy ze smakiem obfity obiad, posłuchaliśmy pianisty i solistki. Powiem krótko, dobrze że przed obiadem prawidłowo oszacowaliśmy nasze finansowe zasoby, bowiem to był lokal I kategorii (wiadomo – górnicze miasto Katowice).

Nasz ślub odbył się 16 grudnia w Adwencie 1967 roku. Najpierw cywilny w Pałacyku USC Śródmieście, Piotrkowska 151, wieczorem w Kościele Podwyższenia Świętego Krzyża na Sienkiewicza 38. „Niniejszym zawiadamiamy że za namową wrogów, wbrew radom najlepszych przyjaciół, postanowiliśmy wstąpić w związek małżeński na dobre, złe i niewiadome w dniu….” takie przewrotne w treści zawiadomienie, pisaliśmy odręcznie, czarnym tuszem na białym brystolu, pismem technicznym, solidarnie z Jagódką w niepamiętnej ilości egzemplarzy. To było nasze postanowienie, uhonorowanie zaproszonych osobistym wkładem pracy, podkreśleniem podejmowania życiowego trudu, odrzuceniem banału oraz chodzenia na skróty. Zaczynaliśmy skromnie z pełnym namysłem, przeświadczeniem że może się powiedzie, że dobijamy do swojej daj Boże, właściwie wybranej drogi. Tradycji wesel zwłaszcza w Adwencie, w naszych rodzinach nie praktykowano. Był jedynie wielogodzinny, uroczysty obiad na Zachodniej. Nasze rodziny poznały się i zaprzyjaźniły. To było dla nas bardzo ważne aby do obecnie formalnie wspólnego życia, nie wkraczać w atmosferze żalów czy kwasów.

ŁódźMarzec1968 W marcu 1968 roku najpierw studenci Uniwersytetu Warszawskiego zorganizowali protest przeciwko Państwowej Cenzurze. Następnie do akcji protestów, kolejno dołączały Komitety Strajkowe prawie wszystkich Uczelni Wyższych w Polsce, także na Politechnice Łódzkiej. Lublinianin Staszek Bielak który wówczas pełnił funkcję w Radzie Uczelnianej ZSP, wspomina pamiętną Uchwałę podjętą wtedy przez studentów z inspiracji działaczy ZSP, o przystąpieniu studentów PŁ do strajku solidarnościowego. Ja pamiętam te kilka dni kiedy chodziliśmy w czapkach studenckich. Czapka studencka PŁ była znakiem rozpoznawczym umożliwiającym wejście przez strajkowy Check Point, na teren Uczelni do odbywających niekiedy tu i ówdzie zajęć. A działo się wtedy wiele dziwnych rzeczy. Organizacja Uczelniana PZPR wymusiła uchwałę zarządzoną przez KC PZPR, o powołaniu w Jednostkach Organizacyjnych Uczelni wymienionych na liście dołączonej do Uchwały, pracowników naukowych na stanowiska docentów, niezależnie o habilitacji czy niekiedy doktoratu. Natychmiast pojawiło się w przestrzeni publicznej Uczelni, nowe określenie „docent marcowy” adekwatne do trybu oraz sposobu powołania. Wiele działo się w Łodzi. Wiece studentów 12 i 19 marca 1968 przed Biblioteką Uniwersytecką BUŁ, dają podjętymi rezolucjami poparcie postulatom studentów Warszawy ale także studenci Łódzkich Uczelni zwracają się do Łodzian z apelem o poszanowanie wolności przekonań oraz swobody dyskusji. Wiec 19 marca 2,5 do 4,5 tysiąca uczestników, są obserwowani z pewnej odległości przez 2,5 tysiąca zmobilizowanego przez ORMO tzw. aktywu robotniczego. Wielu harcowników w grubych kufajkach, grubych czapkach uszankach. Są uzbrojeni w pałki sporządzone z 70 centymetrów pociętego w Zakładach INSTAL, kabla elektrycznego zakupionego za dewizy (dolary). Oczekują także oddziały MO w kaskach, z długimi pałkami i tarczami. Strajk wygasa po 22 marca 1968 roku. To początek represji na Uczelniach ale także w środowiskach inteligencji, artystów, w Instytucjach Łodzi, także w partii PZPR. Rada Uczelniana ZSP PŁ została zmuszona do podjęcia Uchwały o skróceniu swojej kadencji, podobnie postąpiono z Radami Wydziałów PŁ. Wkrótce ZSP w tej nazwie przestaje istnieć. Na jego miejsce władze powołują SZSP (Socjalistyczny Związek Studentów Polskich), indoktrynacja aktywnej części środowisk studenckich postępuje w zastraszającym tempie.

W maju 1968 nasza specjalnościowa Katedra Aparatów Elektrycznych w osobie dr Zdzisława Jana Tarocińskiego,  organizuje wycieczkę techniczną autokarem do Zakładów Aparatów Elektrycznych APATOR w Toruniu. Tam nocleg w hotelu robotniczym a drugiego dnia jedziemy do Kombinatu Energetycznego – Pątnów, Adamów, Konin. Zwiedzamy kolejno Hutę Aluminium, Zespół Elektrowni i Kopalnię odkrywkową węgla brunatnego. Oczywiście oglądamy wybrane najbardziej interesujące dla naszej specjalności fragmenty. W Koninie zwiedzamy potężną stację zasilania hali pieców łukowej elektrolizy aluminium. Ze stacji prostowników diodowych, wypełnionej kilkuset szafami prostowniczymi wielkiej mocy, przechodzimy do hali elektrolizy, po drodze mijamy pakietowe aluminiowe szyny zbiorcze o wymiarach 60 x 60 centymetrów. Przechodzimy w niewielkiej odległości od tych potężnych szyn zbiorczych, które wiodą kilkaset kiloamperów prądu stałego. Wtedy zrozumieliśmy dlaczego proszono w autokarze o pozostawienie zegarków naręcznych, pasków ze stalowymi klamrami, scyzoryków, kluczy i wszelkich większych oraz mniejszych przedmiotów z żelaza lub stali. Pole magnetyczne w pobliży szyn głównych jest tak silne, że mogło spowodować przyciągnięcie a w następstwie, nieszczęśliwy wypadek. W elektrowni Pątnów zwiedziliśmy napowietrzną stację energetyczną najwyższych mocy. Z bezpiecznej odległości zademonstrowano nam czynności, przełączania sekcji roboczej oddawanej do remontu na sekcję po remoncie. Niektórzy z nas pierwszy raz doświadczali takiego widoku, łuk elektryczny zapalający się między stykami wyłącznika polowego o długości początkowej kilku centymetrów, osiągał długość kilku metrów przed wygaszeniem. Ja obserwowałem już kiedyś takie zjawisko, było to podczas praktyki dyplomowej w napowietrznej stacji transformatorowo rozdzielczej 220 kilowoltów w podłódzkim Janowie. W kopalni węgla brunatnego Adamów z tarasu widokowego, oglądaliśmy olbrzymie wyrobisko kopalniane. Gigantyczne koparki pokładów węgla brunatnego, z tarasu widokowego na krawędzi wyrobiska (głębokości 30 do 55 metrów), wyglądały jak niewielkie zabawki. Zwałowarki oraz kilometry przenośników taśmowych, uzupełniały całościowy obraz kopalni. Zabawnym spostrzeżeniem był kicający zając, skakał po jednej z kilku szerokich półek wyrobiska, sprawiał wrażenie że czuje się tam bezpiecznie.

Jesienią 1968 jedziemy wraz z łódzkim środowiskiem akademickim, na obóz „szkoleniowo – wypoczynkowy” niedawno powołanego SZSP. Poznajemy tam, już w czasie podróży pociągiem, kilkoro bardzo ciekawych ludzi, studentów Uniwersytetu Łódzkiego. Tworzyliśmy Grupę Lemurów z zawołaniem „..lej na mur.” (olej to). Staraliśmy się nie dostrzegać, banalizować propagandowe usiłowania, których doświadczaliśmy co dzień w obozowym „szkoleniu”, radiu, prasie, telewizji czy estradzie. Widać wyraźnie że młodzież własną inicjatywą, twórczością, pomysłowością tworzy intelektualną odrębność, kulturową niezawisłość. Studenci, boleśnie odczuliśmy anty wolnościową postawę środowisk robotniczych w marcu. Historia PRL pokazała że środowisku robotniczemu potrzeba było lat 10, w tym roku 1970, roku 1976, aby dostrzec oraz docenić postulaty wolnościowe studentów z 1968. Już wtedy nachodziły mnie wątpliwości jak postąpić gdy komendant obozu, zwrócił się o pomoc przy naprawie radiowęzła obozowego Ośrodka. Zwyciężyła ciekawość, wyzwanie dające sposobność nauczenia się czegoś nowego. Miałem doświadczenie, zajmowałem się techniką radiowęzła w Technikum Energetycznym, potem w radiowęźle Środowiskowego Ośrodka Młodzieżowego TPD, na Łódzkich Bałutach przy Berka Joselewicza. Podjąłem wyzwanie, bardzo wiele mnie nauczyło. Gdy zobaczyłem to cudo, oniemiałem. Nowoczesny ośmiokanałowy pulpit mikserski. wzmacniacz pół kilowata mocy akustycznej w klasie B, wyjście transformatorowe na triodach nadawczych typu militarnego, napięcie anodowe 850 Voltów (boleśnie mnie doświadczyło, w miejscu dotknięcia powstał krater o średnicy 2 mm). Komendant podwiózł mnie Nysą do Jednostki Łączności w Gorzowie, mieli lampy. Wymiana była skuteczna, pełne powodzenie naprawy.

Bardzo nam z Jagódką odpowiadało że dr Zdzisław Jan Tarociński, zastał naszym promotorem Prac Dyplomowych. To obok profesora była najlepsza marka w Katedrze Aparatów, swobodnie posługiwał się kilkoma językami, cechowała Go wysoka kultura oraz przyjazne obycie osobiste. Dzięki swobodzie porozumiewania, dysponował licznymi kontaktami z Uczelniami w Europie oraz USA. Te szerokie i owocne kontakty z placówkami naukowymi skutkowały najlepszym, najnowocześniejszym warsztatem badawczym którym dysponował zespół naukowy dr Tarocińskiego. Najnowocześniejsze na świecie oscyloskopy amerykańskie Tektronix z przystawką do fotografowania także z Polaroidem (odbitki natychmiastowe na papierze fotograficznym). Zjawiska gaszenia łuku elektrycznego prądu stałego, pojawiającego się miedzy stykami wyłącznika (anodą i katodą), to ułamki sekund. Naukowcy czy specjaliści Aparatów Elektrycznych opierają się wyłącznie na eksperymencie. Podbudowa teoretyczna powstanie tylko wtedy, gdy znajdzie  wielokrotne eksperymentalne potwierdzenie podczas Ich badań. W 1969 roku nikt nie posiadał takiego warsztatu jakim dysponują współcześni badacze zjawiska gaszenia łuku elektrycznego, czyli ultraszybki zapis filmowy oraz oprogramowanie badawcze z ultraszybkimi analizatorami. Wtedy podstawowym wyposażeniem badacza zjawiska gaszenia łuku elektrycznego, był aparaty i kamery fotograficzne. Łuk elektryczny to zjawisko dynamiczne, krótkotrwałe. Aby uchwycić poszczególne fazy łuku poruszającego się na rożkach wydmuchowych, stosowano metodę aparatu Brona. To była kamera fotograficzna o wydłużonej ekspozycji, dopasowanej do średniego czasu zjawiska. Przed obiektywem kamery aparatu Brona, umieszczona była obrotowa, skierowana w stronę aparatu gaszeniowego, optycznie czarna tarcza. W tarczy nacięte były promieniście 24 szczeliny ekspozycyjne. Obroty tarczy dopasowywaliśmy silniczkiem prądu stałego, do prędkości poruszania się łuku elektrycznego na rożkach układu gaszeniowego. Oscyloskopy nawet najlepsze, jak nasze – wtedy, nie posiadały wówczas pamięci analogowej, tym bardziej cyfrowej. W dzisiejszych oscyloskopach pamięć cyfrowa jest standardem. Aparat fotograficzny mocowano specjalnym tubusem o długości minimalnej ogniskowej kamery, wprost do ekranu oscyloskopu. Podstawa czasu oscyloskopu była wyzwalana w trybie zewnętrznym jednokrotnym. Okres podstawy czasu bywał dopasowywany do zakresu fazy badanego zjawiska, wybrany tzw. lupą z całego obszaru rejestracji łuku elektrycznego. Reasumując : zjawiska optyczne procesu gaszenia łuku w układzie badawczym rejestrowała kamera aparatu Brona, zjawiska elektryczne zachodzące w procesie gaszenia łuku rejestrowała kamera fotograficzna oscyloskopu. Jak dowodzi powyższy opis, niesłychanie ważną rolę w pracy naukowej Katedry Aparatów Elektrycznych odgrywało własne, profesjonalne Laboratorium Fotograficzne z Panią Krystyną Krajewską, dyplomowaną technik fotograf / fotolaborant w jednej sympatycznej osobie.

Temat mojej pracy jeśli dobrze pamiętam, obejmował badanie zjawisk katodowych w łuku prądu stałego, gaszonego na rożkach prostych wydmuchem magnetycznym. Trzeci dyplomant zespołu badawczego, Pan Bajraszewski kończył studia w trybie wieczorowym. Jego zadaniem było wykonanie, modelu układu gaszeniowego na rożkach prostych oraz pierścieniowymi cewkami wydmuchowymi o średnicy 80 cm, w metalu. Każdy badacz naszego zespołu miał swoją rolę do wypełnienia. W przygotowaniu wariantu badań brał udział cały zespół, po kierownictwem promotora dr Zdzisława Jana Tarocińskiego. Po wyborze wariantu oraz konfiguracji i parametrów elektrycznych układu, następowały nieraz dość długie solidarnie wykonywane, czynności manualne przy użyciu kluczy, mierników, schematów oraz mięśni. Badania odbywały się w największym Laboratorium Uczelni – Zwarciowni Generatorowej. Dr Tarociński zasiadał jako operator rejestracji pomiarów w pobliżu oscyloskopu i aparatu Brona, wykonywał w określonej sekwencji czynności przygotowawcze obu aparatów oraz przygotowania startu pomiaru. Jagódka miała za zadanie uruchomić czerwony przycisk bezpieczeństwa, gdy wystąpi zatrzymanie sterownika cyklu pomiaru, bądź gdy zajdzie inna niebezpieczna sytuacja. Ja zaopatrzony w bardzo ciemne okulary, obsługiwałem fizycznie model pomiarowy – rożki z cewkami wydmuchowymi. Po zatrzymaniu cyklu próby, zgaśnięciu czerwonej lampy „POD NAPIECIEM”, zakładałem drut topikowy między elektrodami rożków, zaczynając od elektrody uziemionej. Pan Bajraszewski zajmował miejsce w sterowni pomiarów tzw. impulasatorze. Wykonywaliśmy każdego dnia zdjęciowego po kilkadziesiąt klatek, zdarzało się nawet 120 do 150 klatek. Oczywiście nie każdy dzień był zdjęciowy, laboratorium wykonywało potem odbitki, one były bieżąco analizowane celem wprowadzania zmian i poprawek. Zaplanowany cykl pomiarów laboratoryjnych zakończyliśmy w połowie lutego 1969 roku. Potem analiza kilku tysięcy wybranych do prac fotogramów. Pisanie rękopisów tekstów i rozdziałów pracy. Ocena fragmentów pracy wraz zamieszczonymi fotogramami. Maszynopisanie gotowych rozdziałów pracy. Tworzenie podsumowania w nawiązaniu do tez wyjściowych pracy. Bieżąca ocena i nanoszenie poprawek. Opracowanie wniosków pracy. Akceptacja wniosków oraz formy graficznej pracy. Złożenie Pracy na początku marca 1969. Egzamin Dyplomowy 24 marca 1969. 30 marca 1969, jest DYPLOM!. Od 4 kwietnia 1969 roku zaczynam staż pracy w Biurze Konstrukcyjnym Przekształtników Fabryki Transformatorów i Aparatury Trakcyjnej ELTA w Łodzi.

© copyright by Wojciech Kazimierz Jeneralczyk

Nieznane's awatar

Autor: wojweb

Emerytowany inżynier energoelektronik, badacz-pasjonat dziejów rodzin Jeneralczyk i Rulczyński. Urodzony w Łodzi 1.10.1944 roku.

Dodaj komentarz