Moje dzieciństwo i Szkoły

Nazywam się Wojciech Kazimierz Jeneralczyk. Urodziłem się w Łodzi na Chojnach przy ulicy Ignacego Jana Paderewskiego, znanej po wojnie jako ulica Koncertowa.

Było to 1 października 1944 roku, w czasie roku gdy wojna nadal trwała, Powstanie Warszawskie właśnie dogasało, wojska sowieckie zatrzymano na linii Wisły i Sanu. Ten moment dziejowy i dalsze tragiczne wydarzenia w rodzinie, otaczająca mnie od dzieciństwa atmosfera powojenna, rozmowy rodziców i rodziny z których początkowo niewiele rozumiałem ale wiele emocji do mnie docierało, myślę że to wszystko zdeterminowało trwale mój charakter i zainteresowania. Ojciec Władysław ostrzeliwany i ścigany przez Bahnschutz’ów wędruje wiele kilometrów wzdłuż szlaku kolejowego, do wsi Wiskitno po banieczkę mleka dla mnie i siostry. Tłumy ludzi pędzone przez hitlerowskiego okupanta do kopania okopów wzdłuż podmiejskich fortyfikacji obronnych, rabunki magazynów żywności z wojskowych zasobów przy ulicy Pryncypalnej, ojciec jadący dorożką na drugi koniec zajmowanej właśnie przez sowietów Łodzi, dla bezpieczeństwa uzbrojony w pożyczony od sąsiada rewolwer. Po latach opowiada mi tragiczne obrazy dogasającego więzienia na Radogoszczy, jedzie do Szpitala wojskowego DRK na obecnej ulicy gen. Kniaziewicza Karola. Jedzie do śmiertelnie chorej córki Danuty przewiezionej tam ze szpitala Bonifratrów. Szpital zbombardowały sowieckie samoloty w odwecie za spalenie Radogoszczy. Wszędzie leje po bombach i wszechobecne ciała i fragmenty ludzkich ciał. Znajduje Danusię nieprzytomną ale całą poranioną, leżącą na potłuczonych szybach w korytarzu piwnicznym jednego z pawilonów szpitala. Wracają dorożką na Chojny. Danusia wkrótce 21.01.1945 umiera w wieku niespełna 7 – miu lat. Rodzina przeżywa wielką tragedię, jeszcze jedną z wielu jakie spotkały Nas podczas II Wojny Światowej.

Powyżej ocalały fragment rodzinnej kolekcji widokówek Łodzi czasu wojny (Litzmannstadt 1939-1945). Takie widokówki Mama wysyłała do Beton Werke Hanower, gdzie Ojciec był dwa lata na przymusowych robotach. Poniżej mój biały kruk, fotokopia Świadectwa Chrztu z wiosny 1945 roku, pochodzi z Kościoła Przemienienia Pańskiego przy Rzgowskiej 88. Do chrztu dorożką konną wiozła mnie chrzestna, Ciocia Józia (starsza siostra mamy) i Staś Michalski (mąż cioci Zosi, starszej siostry mamy). Jak widać jestem czworga imion – Wojciech, Kazimierz, Antoni a z bierzmowania Władysław. Wojciech to mój patron parafialny, Kazimierz pochodzi administracyjnie od okupanta, dla rocznika 1944 obowiązywało to imię nadawane jako pierwsze lub drugie imię chrzcielne. Antoni to imię po starszym bracie mamy, zgładzonym w Mauthausen-Gusen. Imię dojrzałości przyjąłem sam, po moim rodzicu Władysławie.

Po wojnie 1945 – 1946 Ojciec Władysław został Naczelnikiem Wydziału Lokalowego Urzędu Miasta Łodzi. Wówczas nasza rodzina dostała przydział kwaterunkowy na połowę domku jednorodzinnego na Żabieńcu Przy ulicy Helskiej 58. Drugą połowę (od północy) tego poniemieckiego domku z 1936 roku, zajmowało małżeństwo – kapitanostwo Izabella i Maksymilian Janczewscy. Pochodzili z Kresów, on zdemobilizowany kapitan WP, uczył języka rosyjskiego w łódzkich Szkołach Średnich. Ten dom wówczas na peryferiach Łodzi, to było miejsce gdzie spędziłem całe dzieciństwo aż do wieku dojrzałości, potem mieszkaliśmy tam z żoną Jadwigą w latach 1967 – 1970 tuż po studiach politechnicznych.

Następny blok fotogramów z dzieciństwa, wieku przedszkolnego i szkolnego 1950 – 1962.

Następny blok fotogramów pochodzi również z okresu 1951 do 1963 a więc dekadę lat pięćdziesiątych, okres Szkoły Podstawowej i Technikum. Albumy szkolne będę dodatkowo bardziej szczegółowo omawiał poniżej w blokach tematycznych, teraz to są zdjęcia ukazujące fakty poza ściśle szkolnymi czy społecznymi. Pokazuję np. ulubione zwierzęta, rower oraz pasję strzelecką czy inne zamiłowania.

Pierwszą Komunię mieliśmy razem z Joasią w 1953 roku, w Parafii św. Antoniego padewskiego na łódzkim Żubardziu. Parafię moją erygował biskup Wincenty Tymieniecki 5 sierpnia 1924 roku. Dekret ten wszedł w życie 1 stycznia 1925. Jeszcze w 1924 r. na posesji przy ul. Św. Antoniego 13 postawiono drewniany kościół, który przetrwał do 1950 roku. W okresie międzywojennym, za kadencji ks. prałata Romana Rajchera, zaczęto budować według projektu Aleksandra Ranieckiego mury drugiej monumentalnej świątyni, które w 1941 roku zburzyli Niemcy. Po II wojnie światowej, w latach 1946-1952, dzięki ofiarności wiernych, odbudowano świątynię na murach zburzonej. Budynek zaprojektował warszawski architekt Alfons Emil Gravier. W 1952 r. kościół poświęcił bp dr Michał Klepacz. Jako dziecko chodziłem z Mamą do kościółka drewnianego ale obok pięły się mury nowej świątyni. Salka katechetyczna bez podłogi, mieściła się nad kaplicą kopulastej prawej nawy. Wchodziło się tam po surowych betonowych i krętych schodach. Wieży kościół jeszcze przez wiele lat nie mógł się doczekać. Na pięknej ceramicznej mozaice posadzki w której układaniu uczestniczyłem społecznie podczas przygotowań do I Komunii, przy pachnących świeżym lakierem balaskach przyjąłem JHS z rąk proboszcza Parafii ks. Franciszka Patynowskiego. Sakrament bierzmowania przyjąłem także w tej świątyni z rąk bpa Michała Klepacza w 1959 roku.

Pierwszy raz do Szkoły pojechałem sam 1 września 1951 roku, odkrytym peronem wagonu doczepnego Herbrand tramwaju z wagonem motorowym typu Lilpop III. Mama dała mi chyba 5 zł. na podróż do i ze Szkoły. Jechałem 3 przystanki, wsiadałem przy Narodowej potem była Pułaskiego, Mokra i Hipoteczna gdzie wysiadłem. Moja szkoła w której ukończyłem I klasę SP, to była Ogólnokształcąca Szkoła Stopnia Podstawowego nr 118, Hipoteczna 3. Szkoła zajmowała dwa budynki, ten z boiskiem przy Hipotecznej 3 a drugi w narożnej kamienicy Limanowskiego 121. Właśnie w tej kamienicy odbywały się lekcje dzieci klas 1 – 4 mojej Szkoły. Klasę 1a OSSP 118 ukończyłem w czerwcu 1952 roku z Dyplomem Przodownika Nauki, wręczonym na boisku Szkolnym podczas Apelu Szkoły.

Pierwsze wakacje w tym Kolonia Letnia (w koszalińskim nieopodal Białogardu, siedziba Kolonii mieściła się w pięknym starym dworku przylegającym do Pałacu stanowiącego siedzibę Dyrekcji ówczesnego PGR Gruszewo). Na wycieczki po okolicznych lasach czy do Białogardu, wożono nas odkrytymi przyczepami wyposażonymi jedynie w ławeczki, ciągniętymi przez traktory Ursus albo Zetor. Po wakacjach Mama 1 września 1952 roku wzięła mnie za rękę i nic nie tłumacząc podwiozła tramwajem do zupełnie innej Szkoły, II Szkoły Stopnia Podstawowego i Licealnego TPD przy ulicy Bolesława Limanowskiego 124 w Łodzi. Budynek szkolny stanowi zespół budynków złożony ze skrzydła frontowego z dziedzińcem (plac apelowy) przylegającego do sąsiedniego w pierzei ulicy od strony wschodniej oraz potężnego, 3 – piętrowego, gmachu głównego. SzPLimanowskiego124

W ramach skrzydła frontowego wzniesiono dom mieszkalny dla nauczycieli (tworzący wraz z murowanym parkanem z ażurowym przęsłem, dwiema furtami i bramą fragment południowej pierzei ulicy) oraz budynek sali gimnastycznej i parterowy łącznik z gmachem głównym. Dziedziniec frontowy był na tyle obszerny że w dobrą pogodę spokojnie mieścił Apel całej 11 – oddziałowej Szkoły. Boisko szkolne na tyłach budynku zajmowało pozostałą, wielką część działki prawie do zabudowań uliczki Wolnej. Gdy wchodziliśmy do budynku Szkoły była przerwa, niesamowita krzątanina wielkiej ilości uczniów w bardzo różnym wieku, od małych pierwszaków do klas maturalnych z chłopcami pod wąsem i prześlicznych panienek. Podczas gdy wchodziliśmy po schodach wielu starszych zjeżdżało na wyścigi po poręczach nie zważając na nikogo i na nic. Hałas był tak wielki że nie usłyszałem co mówi Mama gdy staliśmy przed Pokojem Nauczycielskim. Po chwili Mama wyszła z Panem nauczycielem który zlustrował mnie wzrokiem a następnie zadał kilka pytań życzliwie i z uśmiechem, to dodało mi otuchy i pewności siebie. Potem zamienił kilka zdań z Mamą a następnie powiedział do mnie, Wojtuś od jutra przychodzisz do mojej drugiej klasy, nazywam się Jarociński do zobaczenia. Ta Szkoła to moja wielka przygoda dzieciństwa, tam poznałem bardzo wiele kolegów i koleżanek o których pamiętam oraz wspominam do dnia dzisiejszego, miałem wielu wspaniałych i oddanych swej pracy i powołaniu nauczycieli z panem Władysławem Jarocińskim na czele. Tam poznałem jak istotne jest nauczanie początkowe (klasy 1 do 4). Wówczas to Pan Jarociński uczył nas prawie wszystkiego, Polskiego, Rachunków, Rysunku, Śpiewu i Muzyki. Nie wiem czy wszystkie przedmioty zapamiętałem ale na pewno dobrze pamiętam lekcje Rysunku, pierwszą godzinę nauczyciel wykonywał na czarnej tablicy kolorowymi kredami prawdziwy obraz a na drugiej godzinie my uczniowie, mieliśmy ten obraz odtworzyć na białych kartonach bloków rysunkowych. Pierwsza godzina to nasze zapatrzenie na każdą kreskę i kolorowe wypełnienia na tablicy. Panowała cisza jak makiem zasiał, wszyscy byliśmy oczarowani. Druga godzina to twórczość własna, próby bardziej lub mniej udane rysowania i zamalowywania całej przestrzeni rysunku, zaglądanie do rysunków kolegów i koleżanek, gwar i męki twórcze zdawały się nie mieć końca. Wreszcie koniec, oddawanie prac a za tydzień przedstawianie ocen i komentarzy wybranych prac. Raz do roku na wiosnę odbywał się w Łódzkim Muzeum Sztuki na ulicy Więckowskiego Konkurs Otwarty Rysunków Dziecięcych na zadany temat. Wtedy to całe dwie godziny lekcyjne rysunku poświęcano na rysowanie Prac Konkursowych, to było wielkie przeżycie zwłaszcza dla mnie, ponieważ rysowanie stało się kolejną moją pasją. W naszej klasie dwukrotnie byli laureaci czołowych miejsc w tym Konkursie. Na zmianę Ja i Mietek Kolasa zajmowaliśmy pierwsze i drugie miejsce a w roku następnym vice versa. Pan Jarociński był niesłychanie dumny że byliśmy Jego uczniami a my że tak pięknie potrafił ujawnić nasze ukryte talenty. Pierwszy Konkurs odbył się w 1953 roku, zdobyłem II Nagrodę za pracę na temat „Nasze Miasto”. Pamiętam że mój rysunek przedstawiał trwające wówczas prace, budowy kanalizacji miejskiej w ulicy Bolesława Limanowskiego. Pinokio Collodi wyd. 1948, z piękną dedykacją kaligrafowaną gotykiem czarnym tuszem na stronie zerowej – „II Nagroda w I Konkursie Rysunków Dziecięcych MS w Łodzi za pracę „Moje Miasto” 1953 r.”. Książka ta wraz z dedykacją zaginęła. Było to prawdopodobnie podczas przeprowadzki po sprzedaży domu na Helskiej. W następnym Konkursie otrzymałem album reprodukcji malarstwa Aleksandra Orłowskiego z dedykacją I Nagrody w II Konkursie Rysunków MS w 1954 roku. Natomiast w III Konkursie otrzymałem DYPLOM i piękny Album reprodukcji malarstwa „Realizm w malarstwie polskim” z dedykacją Nagrody. Załączam zdjęcie Albumu jedna z reprodukcji została oprawiona przez mojego Tatę, był to jego ulubiony obrazek zawieszony na ścianie mieszkania.

Moja szkoła II TPD przy Limanowskiego 124, powstała wkrótce po zjednoczeniu RTPD (1919) oraz ChTPD (1946) w 1949 roku. Wtedy Towarzystwo staje się elementem wpływu na młodzież i pedagogię ze strony obowiązującego systemu politycznego. Hasło Towarzystwa „Wszystkie dzieci są nasze”, spopularyzowane zostało z okazji MDD (Święta Dziecka 1 czerwca), którego było przez wiele lat inicjatorem i organizatorem. Towarzystwo organizowało w Szkole bardzo wiele imprez kulturalnych jak koncerty muzyczne, estradowe z udziałem znanych artystów sceny i estrady łódzkiej, wieczorki taneczne dla dzieci oraz niedzielne imprezy świetlicowe. Świetlica w II TPD zaczynała się w niedzielę o godzinie 8:00. wtedy bardzo wiele klas lekcyjnych na potrzeby imprez było kompletnie przebudowywane, było wiele ciekawej rozrywki dla dzieci które miały wstęp wolny aż do wieczora, chyba do 15:00. Pamiętam sale kinową, teatralną z przebieralnią, rysunkowo – plastyczną, czytelniczą, szachową i gier planszowych, montażu i konstrukcji dowolnych z klocków i elementów metalowych, bilardową, kręgielnię i wiele których nie pamiętam. Wiele razy bywałem na tych świetlicach zwłaszcza w porze jesieni, zimy oczywiście po Mszy w kościele dokąd chodziłem mamą i siostrą o godzinie 10:00.

1 września 1957 roku przychodzimy na otwarcie roku szkolnego w VI klasie, moja szkoła nosi nazwę Szkoły Podstawowej nr 17, mamy nową wychowawczynię panią Kornelię Masłowską i zaplanowane lekcje religii katolickiej. Odziały VIII do XI zostały przeniesione jako XXII Liceum Ogólnokształcące, zorganizowane tymczasowo w budynku przy ulicy Antoniego Mackiewicza. Szkoła w 1960 roku, została przeniesiona do właśnie ukończonego budynku I Tysiąclatki na Pojezierską 45/51. Moja siostra Joanna ukończyła tą Szkołę w 1961 roku.

Z perspektywy lat i późniejszych doświadczeń związanym z edukacją, jestem pełen podziwu dla tych powojennych działaczy TPD którzy poświęcali wiele starań, pasji i środków aby wypromować świecki model edukacji. Ostatecznie okazało się że tytaniczna praca, pasja i zaangażowanie nie wystarcza aby przebudować wielowiekowy tradycyjny model edukacji w Polsce. Bilans nowej powojennej władzy okazał się ujemny, także na wielu innych polach przebudowy gospodarczej i społecznej. Podaję przykłady które znam dotykalnie z przeżyć mojej rodziny. Wczesne lata pięćdziesiąte to kilkudniowe wyjazdy taty jako dyrektora handlowego PSS na „akcje ziemniaczane” czyli masowe skupy ziemniaków od gospodarzy w okolicznych Gminach i Gromadach ziemi łódzkiej, nocne kopcowanie tych ziemniaków a potem ich dystrybucja do dzielnic i sklepów miasta. Ten przykład pokazał że „obowiązkowe dostawy” i PGR’ y czyli upaństwowione folwarki ziemian, nie dostarczają wystarczającej ilości żywności.

Wczesne lata ery Władysława Gomułki tj. 1957-1961, to uruchomienie małej prywatyzacji drobnego handlu i usług tzw. ajencji handlowych. Mama, jako że my Wojtuś i Joasia wyrośliśmy już z okresu opieki domowej, podjęła pracę sklepowej. Najpierw był to sklep spożywczy na Łagiewnickiej 237, ca 300 metrów za wiaduktem i krańcówką tramwaju nr 8. Bywałem tam kilka razy u mamy po szkole… dla przygody. Po około roku mama podpisała umowę ajentki pasmanterią w MHD Różne, podnajmując duży całoroczny kiosk handlowy postawiony na Rynku Bałuckim. Znała się na guzikach, igłach, zatrzaskach, zamkach, haftkach, wstążkach, niciach, włóczkach, taśmach, sutaszach, mulinach i wielu, wielu innych drobiazgach pasmanterii jak nikt inny. Doskonale potrafiła wybrać dobry towar w hurtowni i osobiście dowozić do kiosku dwa, trzy razy w tygodniu. Dzięki wiedzy, uprzejmości, pracowitości oraz jakości oferty – zyskiwała coraz większe obroty i zarobki, niebawem okazały się większe od dochodu taty na stanowisku dyrektora MHD Obuwiem. Ten przykład pokazuje że handel tzw. uspołeczniony będący formą państwowych regulacji, nie sprostał konkurencji z inicjatywą i kupiecką pomysłowością oraz pracowitością.

Ja miałem także obowiązki domowe, przywoziłem po szkole część zakupów które mama dokonała na rynku. Inną część wykonywała Joasia w drodze ze szkoły. Po powrocie do domu latem zawsze miałem jakieś zajęcie w ogródku albo u kolegów albo na polu czy ulicy. Piszę polu, bo po drugiej stronie Helskiej było pole orne, żyto, kartofle, rżysko, kartoflisko albo ugór jeśli gospodarz dawał ziemi odpocząć. Zimą było to przyniesienie drewna do rozpałki, podpalenie pod płytą kuchenną aby zrobiło się ciut cieplej. Odgrzanie posiłku dla nas, który mama przygotowała po powrocie około 19:00 dnia poprzedniego. Potem odrobienie lekcji, potem oczekiwanie na powrót rodziców, na kolację. Tata po powrocie przynosił węgiel i palił w piecach kaflowych w pokoju stołowym i sypialni. Po kolacji paciorek książeczka i lulu – spać. Takie życie nieco zmieniło się, gdy w domu pojawił się telewizor Szafir. Wieczory były dłuższe i ciekawsze o dawkę codziennej rozrywki z okienka ekranu. Filmy animowane Walt Disney Pictures, taneczne i rewiowe z Fredem Astairem i Ginger Rogers, komedie Braci Marx i Charliego Chaplina, później Kabaret Starszych Panów itd. itp., słowem cudowne lata sześćdziesiąte na małym ekranie, scenie, estradzie oraz literaturze i muzyce. Lata chwały polskiego sportu kolarstwa, lekkoatletycznego wonder teamu, sukcesu polskiego kina, teatru i estrady muzyki młodzieżowej. To najwspanialsze, niezapomniane lata mojej młodości.

Ten wyjątkowy obiekt to pierwsza łódzka „tysiąclatka” – szkoła wybudowana przez władze PRL w ramach obchodów Tysiąclecia Państwa Polskiego. Szkołę 19 stycznia 1960 roku otwierał Władysław Gomułka. Kompleks o bardzo ciekawej architekturze Tadeusza Herburta. Posiada taras na dachu najwyższego budynku oraz podziemny schron, w którym natkniecie się na pamiątki z epoki. Działały tutaj podstawówka, liceum, technikum mechaniczne, współcześnie Hospicjum Łódzkie.

Piszę o tej Szkole bo ukończyła ją w 1961 roku moja siostra Joanna a także bardzo wielu moich kolegów i koleżanek z którymi ukończyłem Szkołę Podstawową nr 17 na Limanowskiego 124. Z wieloma z nich spotkałem się ponownie na uczelni, Politechnice Łódzkiej. Oto poniżej zamieszczam kilka zdjęć Joanny z kolegami, koleżankami oraz profesorami klasy maturalnej XXII LO w Łodzi z 1961 roku. Autorem zdjęć jest Janusz Kupiecki kolega z mojej klasy Szkoły 17 a wówczas uczeń klasy III licealnej XXII LO.

Wybór kierunku dalszej nauki nie stanowił u mnie większego problemu. Jak tylko pamiętam zawsze bardzo interesowała mnie technika, a szczególnie to co odbywa się dyskretnie poza zasięgiem ludzkiego postrzegania przyczyn, kiedy widoczne są ewidentne skutki techniczne jakże dyskretnego działania. A ta ciekawość wiodła mnie do elektryczności a szczególnie do radia i elektroniki szeroko pojmowanej. Za drobne kieszonkowe kupowałem Młodego Technika i Radioamatora, początkowo niewiele rozumiałem ale stopniowo ta lektura podkręcała moje ukierunkowanie, wiele z otoczenia technicznego stawało się coraz przyjaźniejsze i zachęcało do dalszego poznania, z czasem do praktykowania. Mój wujek Stanisław Michalski był elektrykiem monterem telefonów w powstałych 1948 roku przy ulicy Kątnej (od 1951 Wróblewskiego) Zakładach ZWAT (T-4, ŁZR, Fonica), później warsztatowcem w fabrykach włókienniczych. Jego szuflady komody wypełnione były kupowanymi na Czerwonym Rynku (Rzgowska) za grosze – przedwojennymi lampami radiowymi, cewkami, kondensatorami, kryształkami, słuchawkami, próbnikami napięcia (lampkami i neonówkami). Wujek wszystko mi opisywał i tłumaczył na tyle ile potrafił, z czasem stwierdził że ja już więcej wiem od niego, zachęcał do dalszej nauki. Pewnej niedzieli Wujek demonstrował mi praktycznie odbiór radiowy odbiornikiem kryształkowym DETEFON na dwie pary słuchawek. Słuchaliśmy transmisji radiowej nadawanej na falach średnich lokalnej rozgłośni PR II (nadajnik obok budynku rozgłośni przy ulicy Narutowicza 130 tzw. Radiostacji), meczu rozgrywanego przez ŁKS Włókniarz Łódź a CWKS Legia Warszawa. Odbiór był bardzo dobry, słuchaliśmy doskonałej relacji znanego sprawozdawcy Witolda Dobrowolskiego. Kiedy ŁKS stracił bramkę, zerwałem się na równe nogi i strąciłem aparat na podłogę, ponieważ nie miałem nawyku zdejmowania słuchawek. Bakelitowa obudowa DETEFONU rozpadła się, obudowa kryształka potłukła a kryształek przepadł gdzieś w szczelinie drewnianej podłogi z malowanych desek. To było dla mnie 12 – to latka traumatyczne przeżycie, obiecałem że zrobię wszystko aby Wujkowi tą stratę wynagrodzić. Nieco ponad dwa lata później sprezentowaliśmy Wujostwu, nasze pierwsze radio lampowe (superheterodynę), bakelitowego PIONIERA z DIORY. Na Helskiej pojawiło się wówczas PRELUDIUM z DIORY, z magicznym oczkiem i gramofonem produkcji ŁZR. To przykre doświadczenie dodatkowo zmotywowało mnie, do jeszcze intensywniejszej nauki, celem poznawanie pasjonującej techniki radiowej oraz elektroniki. 

Gdy byłem w 7 klasie Szkoły Podstawowej nr 17, byłem całkowicie zdecydowany wybrać dalsze kształcenie w kierunku radia i elektroniki. Łódź nie posiadała Technikum Radiotechnicznego czy Elektronicznego. Pierwsza klasa o takim profilu pojawiła się w moim Technikum Energetycznym w 1962 roku jako Technikum Łączności nr 2. W 1962 roku byłem w klasie przedmaturalnej, za późno by decydować zmianę kierunku. Wówczas zdecydowałem się na długoletnie samokształcenie aż doczekam czasu, gdy będę mógł sformalizować zdobytą wiedzę. Okazało się to możliwe dopiero w 1975 roku. Ukończyłem Studium Podyplomowe Urządzeń Półprzewodnikowych, Instytutu Elektroniki PŁ.

Wtedy w 1958 roku, wybrałem Technikum Energetyczne Ministerstwa Energetyki w Łodzi, ulica Jana Kilińskiego 172. Na egzamin wstępny w czerwcu 1958 roku pojechałem tramwajem nr 5. Z Żabieńca to było około 40 minut. Także jeżdżąc do Wujostwa Michalskich, jechałem tramwajem nr 5, wysiadałem przy Abramowskiego (Gubernia), potem szedłem pieszo uroczym pasażem Abramowskiego, dalej Brzeźną i Piotrkowską do Worcella (Skorupki) 13. Budynek Technikum Energetycznego znajdował się vis a vis wylotu Abramowskiego do Kilińskiego, był nowy i okazały. Nieraz udało mi się wmieszać w grupkę uczniów i poznawać wnętrza Szkoły. Było tłoczno ale sympatycznie i zachęcająco. Wybrałem – to będzie moja Szkoła. Dobrze wybrałem, było super mimo wielu nie łatwych przedmiotów. Dawałem spokojnie radę dzięki zamiłowaniu i przyjaznemu otoczeniu. Wybrałem kierunek Elektroenergetyka (klasa B), klasa A miała kierunek Energetyka Cieplna. Do mojej klasy przyjęto 31 chłopców i jedną dziewczynę, Jadzię Wysocką. Po wakacjach okazało się że rozpoczęcie roku szkolnego 1958/59 nastąpi na placu apelowym w nowej siedzibie Szkoły przy ulicy inż. Skrzywana 11. To było jeszcze dalej niż na Kilińskiego. Jechało się dwoma tramwajami, najczęściej nr 5 lub 44 potem przesiadka na ulicy Zachodniej do nr 11 lub 6. Potem pieszo ulicą Czerwoną (z gazowymi latarniami), Wólczańską i Skrzywana. Podróż zajmowała łącznie ponad 45 minut a nieraz ponad godzinę. Zawsze dochodziliśmy całą gromadą uczniów różnych klas, ponieważ nauka zawsze zaczynała się o godzinie 8:00, przed wejściem do budynku oczekiwała „komisja”, wicedyrektor Stefan Cezary Przybysz i woźny pan Stanisław Stępień, dokonywali przeglądu uczniów pod względem stroju, fryzury, obuwia na zmianę i tornistrów z przyborami i zeszytami. Potem szatnia w piwnicy i do klasy po naukę.

Latem do jesieni 1958 roku Szkoła przenosi się do nowego budynku (byłego hotelu E.C. – II) przy ulicy Skrzywana 11, w zespole budynków pod adresem Al. Politechniki 38. Szkoła istnieje do chwili obecnej. Budynek skrzydła zachodniego nie był wtedy przystosowany do odbywania w nim zajęć lekcyjnych. Uczniowie i nauczyciele uczestniczyli w pracach adaptacyjnych, w przenoszeniu z gmachu przy ulicy Kilińskiego 172 do budynku przy ulicy Skrzywana 11, wyposażenia Szkoły. W latach 1958 – 1961 pod kierunkiem ówczesnego dyrektora Jana Wrońskiego następuje znaczny rozwój szkoły. Powstaje wówczas wiele nowych pracowni i laboratoriów oraz w roku 1961 zostają oddane do użytku nowe Warsztaty Szkolne, które w znacznej części zostały wybudowane dzięki wysiłkowi uczniów i nauczycieli skupionych w Społecznym Komitecie Budowy Warsztatów. W roku 1958 powstaje szkolna orkiestra dęta, którą kieruje przez około 20 lat wspaniały dyrygent i pedagog Mikołaj Stanisławski. Orkiestra bez przerwy w funkcjonowaniu istnieje do dzisiaj.

Klasa Vb Technikum Energetycznego ME, rok maturalny i mała rewolucja poprzedzona wielką sensacją, do naszej klasy włączono część klasy Va. Klasę Va zlikwidowano, zweryfikowaną część włączono do naszej Vb, znaczną część męskiej młodzieży Va uczestniczącej w rzekomym spisku „narodowo-socjalistycznym” relegowano, tylko części umożliwiono kończenie szkoły i zdawanie Egzaminu Dojrzałości w innej placówce oświatowej. Wtedy to właśnie do naszej bardzo spokojnej i zrównoważonej emocjonalnie społeczności Vb, trafiło grono ca 10 młodzieńców z Va, inteligentnych, zaangażowanych społecznie i towarzysko „nowych” kolegów. Wówczas to zaprzyjaźniłem się z Wojtkiem Frontczakiem, jednym z tych spadochroniarzy. Zachęcił mnie do pracy społecznej przy obsłudze radiowęzła szkolnego. Wojtek układał repertuar, zdobywał płyty i taśmy. Ja zajmowałem się techniką, potężnym audio wyposażeniem. Organizowaliśmy nagłośnienie imprez szkolnych takich jak akademie, występy zapraszanych solistów i zespołów, wieczorków tanecznych i klubowych. Spotykaliśmy się na prywatkach, urodzinach i imieninach, stanowiliśmy zgrany duet Quickstep’owy „Łyse Konie”. Gdy nadszedł czas przygotowań do egzaminów wstępnych na Politechnikę Łódzką, Wojtek przyjeżdżał na Helską codziennie z wyjątkiem niedziel przez cały czerwiec 1963. Musieliśmy przerobić i nauczyć się całego kursu licealnego z fizyki. Szczególnie optyki, mechaniki, termodynamiki i magnetyzmu. Zrobiliśmy wielką ilość zadań i przykładów. Wspieraliśmy się wzajemnie przez cały okres egzaminów, razem też cieszyliśmy się po ich ukończeniu i przyjęciu w poczet studentów Wydziału Elektrycznego PŁ. Ś. P. Wojtek Frontczak był dla mnie ważną osobą, dlatego poświęcam Mu ten podrozdział.

Innym jakże bliskim przyjacielem lat młodzieńczych był Bogumił Forjasz, Boguś pseudo Tatuś. Tak, to prawda. Myślę, że ten przydomek zawdzięczał zaawansowanym zatokom po obu stronach młodzieńczej czupryny. Z Bogusiem byliśmy w wielkiej przyjaźni od 1962 roku gdy z grupą kolegów z klasy Va dołączyli do naszej Vb, po dramatycznym rozwiązaniu jego klasy. Przez cały ostatni rok szkoły, razem jeździliśmy tramwajami powracając ze Szkoły. Od ul. Czerwonej do Żabieńca (ul. Brukowa) gdzie ja wysiadałem a Boguś wyruszał dalej tramwajem międzymiastowym 44 do Aleksandrowa. Często go odwiedzałem w Aleksandrowie, bywaliśmy na tamtejszym lotnisku szybowcowym Areoklubu Łódzkiego, pokazywał mi tamtejsze rozlewiska i okoliczne tereny łowieckie. Tata Bogusia polował, raz nawet udało mi się wystrzelić z dubeltówki w powietrze – niezapomniane wrażenie, podobnego kopa miał kbk wz.44 Mosin z którego strzelaliśmy pod  dowództwem kpt. Szuby, podczas dwutygodniowego Obozu PW – Przygotowania Wojskowego. Odbywał się Tomaszowie Mazowieckim w wakacje 1962 roku. Boguś miał niezłą nawijkę, o mało nie zwerbował mnie i całej grupy chłopaków do Oficerskiej Szkoły Łączności. Już na studiach wraz z Jagódką, Wojtkiem i Jego narzeczoną, byliśmy na ICH ślubie i weselu w Aleksandrowie. Potem drogi się rozeszły, spotkaliśmy się jeszcze raz w Zegrzu ok 1966 roku. Bardzo mi przykro, smutno, źle bo piszę to w 2022, tuż po tym jak dowiedziałem się o Jego odejściu. Załączam zdjęcie z tamtych czasów Ś. P. Bogumiła, na czele grupy Vb przy ulicy Kopernika przed portiernią zakładu ELTA -Z3.

Dyplom zdałem w kwietniu 1963 roku. Obszerną Pracę Dyplomową nt. „Stacja redukcyjna średniego napięcia 30/15 kv o mocy 2*1600kVA”, prowadził i promował prof. Kazimierz Rudziński. Wykonywałem ją długo i mozolnie ale starannie na tyle że Promotor gratulował zakresu i jakości wykonania projektu. Było to wkrótce po nagłym zgonie mojej Mamy Heleny (15 stycznia 1963 roku). Ocena Dyplomu i wyniki egzaminów maturalnych zdaniem dyrektora i Komisji Egzaminacyjnej, świadczyły o dużej mobilizacji organizmu skutkiem doznanej tragedii rodzinnej. Maturę zdałem z doskonałymi wynikami, lecz świadectwo maturalne opiewało na wynik dobry z uwagi na średnie poziomy poprzednich okresów oceniania. Postanowiłem zdawać egzaminy na Wydział Elektryczny Politechniki Łódzkiej.

Po wielu latach niebytności w budynkach i atmosferze mojej Szkoły Średniej, postanowiłem przyjąć zaproszenie na Uroczyste Obchody 70 – lecia Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych nr 9. Taką nazwę w roku Jubileuszu 2016, nosiła moja stara buda Technikum Energetyczne ME. To było bardzo miłe i znaczące życiowo przeżycie. Zobaczyć znowu te korytarze, sale lekcyjne, pracownie, laboratoria, salę widowiskową otwartą na salę gimnastyczną (to było w tamtych latach sześćdziesiątych bardzo nowatorskie i skutecznie wykonane połączenie ścianką ruchomą, dwóch dużych kubaturowo pomieszczeń funkcjonalnych szkoły). Ujrzeć siedmiu obecnych kolegów i dwóch profesorów po 53 latach to było duże przeżycie. TEwspominam

Zamieszczam blok fotogramów z oficjalnych i prywatnych wspomnień z dnia Jubileuszu 21 października 1916 w budynkach Zespołu Szkół Politechnicznych im. Komisji Edukacji Narodowej w Łodzi w Alejach Politechniki 38.

© copyright by Wojciech Kazimierz Jeneralczyk