Kronikę Rodziny opieram głównie na przekazie ustnym otrzymanym od mojego ojca Władysława ale także od matki Heleny de domo Rulczyńskiej, ciotki Zofii Michalskiej de domo Rulczyńskiej oraz ciotki Józefy Rulczyńskiej tj. starszych sióstr mamy.
Dziadek : Marcin 29.10.1872 – 14.11.1950 syn Tomasza i Franciszki de domo Tórz
Babcie : Marianna z Łagodzińskich, 24.07.1872 – 12.09.1914, przybyła z Marszewa – Pleszewskie, od 1921 Eleonora ze Spławskich, 21.02.1895 – 14.06.1931, przybyła z Murowanej Gośliny – Obornickiej.
Ich dzieci : I Marianny – Kazimierz, 13.02.1900 – 11.09.1976, Czesława, 24.06.1903 – 16.02.1928, Józef, 23.02.1908 – zamordowany w kwietniu 1940, Władysław, 9.05.1911 – 24.11.1991 (mój tata), Leon, 16.01.1914 – poległ we wrześniu 1939; II Eleonory – Maria Teresa, 8.09.1924 – 15.08.1989
Mieszkali : Poznań : Starołęka – Forteczna 33, Jeżyce – Jeżycka 33.
Marcin – Dziadek występuje w moich zbiorach tylko na jednym zdjęciu z pogrzebu drugiej żony Eleonory de domo Spławskiej, mamy Marii Teresy w 1931 roku. Dzieci wtedy przepuszczano zwykle do przodu, aby dobrze widziały w czym rzecz a tym samem były spokojne. Marysia 7 letnia dziewczynka i Leon 17 latek na prawo Marysi. Marcin stoi za Leonem a za nim brat Szczepan. Moje jedyne widzenie z dziadkiem Marcinem było chyba 1950, w Poznaniu. Kazimierz zawiadomił rodziców że Marcin zaczyna słabnąć, że chce zobaczyć wnuka. Mama spakowała nas z Joanną i pojechaliśmy do Poznania. Ojciec zaparł się że nie pojedzie, nigdy mi nie wyjaśnił dlaczego, na liczne i natrętne zapytania kierowane do mamy, dowiedziałem się tyle że dziadek wyrzucił dorosłego Władka z domu na Jeżyckiej. Zrobił tak aby Władek sam na własnej skórze doświadczył skutków swojego „hulaszczego życia”. Marcin był bardzo surowy i wymagający, dzieci zwracały się do niego „panie ojcze” a na Wigilię przy opłatku, obowiązkowo całowały w rękę. Ten obyczaj obowiązywał również na przeprosiny ale po uprzednim uroczystym wyznaniu winy i naprawieniu szkody. Jako ciekawostkę podam jak Marcin zwalczał nocne powroty Władka z licznych hulanek, stawiał mianowicie za drzwiami, wielką michę z wodą, w miejscu takim aby zakradający się nocą hulaka wpadł i narobił hałasu. Wracając do mojej wizyty, czy też widzenia z dziadkiem Marcinem. To było w domu starców, prowadzonym przez siostry zakonne (Szarytki w białych kornetach na głowie ze stójką na szyi oraz półkolistym kołnierzem opadającym na ramionach). Taki los był przez dziadka wybrany, miał dobrą emeryturę państwową, miejsce na starość sam sobie wybrał, nigdy nie wymagał łaski od dzieci i do końca sam sobą zarządzał. Dziadka zapamiętałem jako niedużego, miłego w aparycji staruszka z siwą jak gołąbek czupryną (to znaczy miał taki wianuszek białych włosów wokół łysinki), takie chłopięce skojarzenie – wyglądał jak święty w aureoli. Mama podeszła przywitała się, przedstawiła najpierw mnie i Joannę a potem dziadek chwycił moją dłoń i cały czas ją trzymał, pytał o wiele rzeczy niestety nie pamiętam o co, ale sprawdził nas z modlitwy O Bożym Aniele, którą zmówiliśmy wspólnie z Joanną. Pamiętam że wizyta skończyła się niespodziewanie szybko gdyż w pewnym momencie dziadek się wyłączył…, mama poszła po siostrę która powiedziała „…to Mu się zdarza..”.
Kazimierz – pierworodny Marcina i Marianny – harcerz, działacz drużyny skautowej „Unia” oraz POW, (aresztowany przez Prusaków za udział w demonstracji patriotycznej w 1918 roku), Powstaniec Wielkopolski, przemysłowiec, wybudowali wraz z żoną Heleną z Wojnowskich (z cegieł kupionych z rozbiórki fortów poznańskich), fabryczkę korków WARKO (byłem tam z mamą podczas odwiedzin u dziadka Marcina). Któregoś dnia o świcie w latach 50 tych, ta dobrze funkcjonująca fabryczka została zajęta przez panów w skórzanych płaszczach (UB), podjechali czarnym Citroenem Traction 11 CV, zablokowali konta i złożyli propozycję nie do odrzucenia (Zakład upaństwawiamy, może pan zostać kierownikiem), coś tam mu zapłacili, za te sumy stryjostwo kupili ogród na Dąbrowskiego. Zawsze poruszali się samochodem, kupowanym na giełdzie albo z ogłoszenia. Stryjek znał się na autach, zawsze wybrał tanią i dobrą ofertę. Zmarł we wrześniu 1976 roku. Kazimierz to ojciec najstarszego kuzyna Edwarda (Edy). Więcej o dramatycznym udziale Kazimierza w Harcerstwie RP, napisałem w opracowaniu opartym o bloga autorstwa Mariana Lissowskiego DuchIKierunek (fragment na powyższym zdjęciu SkauciUnii). O udziale stryjka Kazimierza w Powstaniu Wielkopolskim, gdzie uczestniczył w zdobyciu Fortu Grollman, Dworca Głównego, Lotniska Ławica a także na froncie pod Lesznem, Osieczną i Poniecem, zawarłem w poniższym opracowaniu BillionGraves , które sporządziłem korzystając z materiałów zawartych na wspomnieniowej witrynie o światowym zasięgu : KazimierzJeneralczykPowstaniecWielkopolski
Czesława opiekowała się młodszym rodzeństwem po śmierci Marianny, zmarła w lutym 1928 roku.
Józef posterunkowy PP RP, ukończył w 1932 r. N. Sz. F. w Mostach Wielkich powiat żółkiewski, województwo lwowskie), skierowany został do Komendy Powiatowej w Łodzi i tam służył do września 1939 r.(mieszkali z żoną Leokadią i dwoma córkami Wandą i Bożeną w Aleksandrowie k/Łodzi), pojmany w okolicach Łucka, województwo wołyńskie, więziony w Ostaszkowie, zamordowany w Kalininie (Twerze) a pochowany Miednoje w Rosji. Więcej relacji z historii poszukiwania śladów po Józefie Jeneralczyku, policjancie posterunkowym PP, starszym bracie ojca, podaję w własnym opracowaniu pod linkiem StryjekJózefJeneralczykOdnaleziony. Prezentowane powyżej i poniżej fotografie pochodzą w niewielkiej części ze zbiorów własnych moich rodziców Heleny i Władysława. Zdecydowanie większa część, to zbiory zachowane i wiele lat pieczołowicie przechowane, przez Leokadię wdowę po Józefie, Leokadię Jeneralczyk a teraz uprzejmie przekazane przez wnuczki Józefa : Izabellę i Anitę, dziękuję.
Ojciec mój Władysław do śmierci w 1991 roku, nie przypuszczał, że stryj zginął w stalinowskiej machinie śmierci. Był przekonany że Józef zginął z rąk nacjonalistów żydowskich, ukraińskich lub w inny przypadkowy sposób, nie miał też nadziei że Józef żyje np. na Syberii. Moi rodzice tam na Kresach żyli kilka lat, widzieli jak zachowywali się nacjonaliści różnych nacji oraz komuniści (żydokomuna), w stosunku do Polek a zwłaszcza do Polaków. Te impertynencje, wyzwiska w szczególnie napastliwy sposób, nasiliły się po wkroczeniu Sowietów. Wówczas to usilnie prosili Józka o zdjęcie munduru. W zwartym plutonie mógł być względnie bezpieczny – atoli i z tym różnie bywało, natomiast wędrówką w pojedynkę podpisywał na siebie wyrok śmierci.
Władysław mój Tata, ukończył Gimnazjum Handlowe w Poznaniu (mała matura) z językiem niemieckim oraz francuskim, handlowiec – obuwnik, w 1937 roku ukończył Kurs Kierowników Sklepów Fabrycznych BATA w Chełmku powiat Chrzanowski, Małopolskie, w latach 1936 – 1939 kierował sklepami firmowymi BATA najpierw we Lwowie a potem w Łucku, województwo Wołyńskie na ówczesnych obszarach kresowych Rzeczypospolitej Polskiej. Losy wojny rzuciły moją rodzinę do Łodzi gdzie na skutek tragicznych wydarzeń końca wojny, osiadła na stałe. W latach 1940 – 1942 roboty przymusowe w Beton Werke w Hanowerze, 1943 – 1944 praca w zespole dekoratorów Mittnacht Werbung w Łodzi, Piotrkowska 73. Po wojnie 1945 – 1946 był Naczelnikiem Wydziału Lokalowego Urzędu Miasta Łodzi, 1947 – 1948 był dyrektorem Hotelu Polonia, Kilińskiego 52, 1949 – 1950 kierował sklepami obuwniczymi przy Traugutta 6, Piotrkowskiej 56 i Obrońców Stalingradu 22, 1951 – 1952 był dyrektorem handlowym PSS, 1953 – 1957 dyrektorem nowo powołanego, komunalnego MHD Obuwiem, Piotrkowska 154, 1957 – 1968 kierował sklepem firmowym Chełmek (dawniej BATA) przy Pomorskiej (Nowotki) 10.
Leon żołnierz KOP, w 1939 r. służył w elitarnej Centralnej Szkole Podoficerów KOP w Osowcu, twierdzy nad Biebrzą, zginął prawdopodobnie we wrześniu 1939 roku, miedzy 7 a 10 września w bitwie nad Wizną zwaną „Polskimi Termopilami”, bądź po 11 września 1939 r. w ostatnich walkach kampanii wrześniowej SGO ”Polesie” gen. F. Kleberga. Więcej o poszukiwaniu śladów materialnych stryjka Leona, przedstawiam w moim opracowaniu. StryjekLeonJeneralczykPoszukiwany
Maria z męża Tymoszewska, Ciocia „Myszka”, byliśmy jako dzieci na ślubie i weselu w Dębnie Lubuskim, dotarliśmy o dwudniowej podróży z trzema przesiadkami w 1952 r. Maria to mama Waldemara Tymoszewskiego, mojego młodszego kuzyna. Potem wielokrotnie odwiedzała naszą rodzinę przynajmniej raz na dwa lata. Moja ulubiona Ciocia z rodziny Jeneralczyk.
Najstarsze chronologicznie relacje Ojca pochodzą z wczesnych lat dziecinnych. Władysław urodził się w znaku byka (9 maja 1911 roku) w Poznaniu. W wieku pięciu lat stracił mamę. Początkowo młodszymi dziećmi opiekowała się siostra Czesława i ciocia Wiktoria (niebawem wstąpiła do Klasztoru). Ojciec opisywał w swoich opowieściach rok 1916 jako bardzo ciężki, zwłaszcza w zimie 1916/1917. Wielu ludzi wybierało obierki po ziemniakach i inne przydatne do jedzenia odpadki ze śmietników. Na ulicach Poznania na Jerżycach gdzie mieszkali, pojawiło się wielu żebraków i matek proszących o wsparcie lub nakarmienie głodnych dzieci. Z tego roku 1916 pochodzi zdjęcie małego Władka z siostrą Czesławą (zmarła w 1928 roku) i ciocią Wiktorią. Z lat dziecinnych a następnie młodzieńczych wspominał szkołę najpierw powszechną a następnie Gimnazjum Handlowe ukończone z małą maturą i podstawową umiejętnością języków niemieckiego i francuskiego. W kościele parafialnym śpiewał w chórze i zalecał się do dziewcząt w ciemnych zakamarkach kościoła. Wspominał również zamiłowanie do sportu zwłaszcza w okresie młodzieńczym i w wojsku. Uprawiał wszystkie sporty piłkarskie tj.; koszykówkę, siatkówkę, piłkę ręczną, piłkę nożną i tenis. Podawał również nazwy klubów sportowych z których zapamiętałem KS ”Sparta”. Obok zamieszczam fotografie z okresu młodzieńczego. Pierwsze to drużyny koszykówki „Sparty” i „Warty” Poznań po meczu w 1932 r., drugie to drużyna siatkówki a kolejne dwie to drużyny piłki nożnej Sparty i klubu wojskowego podczas służby w Poznaniu. Pierwsza praca mojego ojca to obowiązki subiekta w sklepie „Delikatesy Woźniak & Kosicki”. Pamiętam opowiadania o cukrze w „głowach”, pralinach Lindt i sposobach palenia kawy. Czasy kawalerskie Ojca to zawody i treningi sportowe, spotkania z kolegami, zabawy karnawałowe i potańcówki w Klubie lub na Malcie, no i nadzwyczaj ulubione związane z nimi „randki”. Kolejny blok foto to witryna pierwszego dużego i klasowego sklepu, Delikatesy Woźniak & Kosicki. Ojciec szybko awansował ponieważ opanował asortyment, przyciągał eleganckie klientki oraz co nie bagatelne, doskonale dekorował witryny. Ten fach wykonywał w czasie okupacji w Łodzi. Po powrocie z robót przymusowych w betoniarni Beton Werke – Hanower, wrócił do Łodzi ponieważ konwojował do Pabianic chorego kolegę o nazwisku Woźniak. Lekarz odesłał pana Woźniaka do domu jako niezdolnego do ciężkiej pracy. To dowodzi że Niemcy nie zawsze gazowali, niezdolnych do pracy niewolników. W Łodzi Tata zgłosił się na ogłoszenie niemieckiej firmy Mittnacht Verbung, trafił do zespołu dekoratorów. To wystarczyło aby nie wracać do Beton Werke w Hanowerze.
Na śniadanko po wędlinę Władek udawał się do pobliskiego sklepu rzeźniczo-masarskiego „Henryk Przybyła”, gdzie ekspedientką była moja przyszła Mama Helenka Rulczyńska (Lunia). Nocne powroty Władka z tych hulanek do domu na Jeżyckiej, kończyły się nieraz przykrą niespodzianką. Po niezwykle cichym otwarciu zamka, nie zapalając światła, wpadał w napełnioną wodą dużą miskę, postawioną przez dziadka Marcina, dokładnie o drugi krok za drzwiami. Cały dom na równych nogach, następuje ojcowskie przepowiadanie, po czym synowskie „panie ojcze to nigdy już się nie powtórzy”, ale z tym dalej różnie bywało.
Przez wiele lat wspólnie z moim kuzynem Edwardem, synem stryjka Kazika z Poznania, staraliśmy się dowiedzieć coś więcej o naszych przodkach, historii nazwiska, zainteresowaniach, profesjach i rodowodach Jeneralczyków i Generalczyków. Z przekazu rodzinnego wiem że moja linia wywodzi się od Tomasza z Pleszewa który pochodząc z mieszczaństwa przeniósł się w latach 1850-1870 do Poznania. Był to mój pradziad. Moim dziadkiem był Marcin a ojcem Władysław. Dziadek Marcin miał dwóch braci Wojciecha i Szczepana Generalczyków. Z przekazów rodzinnych poznałem przyczynę spotykanej w rodzinie rozbieżności nazwisk – otóż Pruska administracja Wielkiego Księstwa Poznańskiego a następnie Prowincji Poznańskiej Królestwa Prus, złożona w dominującej części z Niemców, w różny sposób administracyjnie czy z nieuctwa, zmieniła pisownię nazwiska w licznych dokumentach z Jeneralczyk na Generalczyk. Spośród braci Wojciecha, Szczepana i Marcina synów pradziadka Tomasza, jedynie mój dziadek Marcin, woźny Sądu Grodzkiego w Poznaniu, doprowadził do prawnego przywrócenia pierwotnej pisowni i fonetyki nazwiska, po odzyskaniu niepodległości Państwa Polskiego w 1918 roku. Interpretacja etymologiczna nazwisk Jeneralczyk i Generalczyk jest zupełnie inna, choć w zakresie wykonywanej „służby” wielce zbliżona. Otóż „jeneralczyk” to w znaczeniu staropolskim służba publiczna, sądowa bądź trybunalska polegająca na doręczaniu pozwów lub innych pism urzędowych. Wtedy opcjonalnie „generalczyk” może przystawać od funkcji adiutanta generalskiego a więc od wykonywania rozkazów czy zadań służby wojskowej. PochodzwnieNazwiskaJeneralczyk
Ślub Heleny i Władysława i Heleny odbył się w sierpniu 1937 roku. Jesienią tego samego roku Władysław po ukończeniu Kursu Kierowników Sklepów Fabrycznych BATA w Chełmku, wraz rodziną wyjechali do Lwowa, delegowani do objęcia sklepu Fabrycznego Bata przy ulicy Halickiej. Danusia urodziła się 9 maja 1938 roku we Lwowie. Fotografie ślubu Heleny i Władysława, uczestników Kursu Kierowników Sklepów BATA w Chełmku koło Chrzanowa w Małopolsce. Tamże mieściła się Fabryka Polskiej Spółki Obuwia BATA, Helena z dwulatką Danusią, w ogrodzie na ulicy Jagielońskiej w Łucku, także z mamą Heleną i ciocią Zofią w sierpniu 1939 roku.
Łuck_Lwów_Bata Losy II Wojny Światowej rzuciły moją rodzinę do Łodzi, gdzie na skutek tragicznych wydarzeń końca wojny (śmierć 8-mio letniej córeczki Danuty w 1945), osiadła na stałe. Poniższy dokument to metryka Zofii, starszej siostry mamy Heleny, wystawiony w UG Ryczywół, rodzinnym mieście Heleny w dniu 4.10.1938 roku. Zofia zabrała ten dokument z sobą w podróż na wakacje latem 1939 roku w Łucku na Kresach na zaproszenie Heleny i Władysława. Dokument jest ciekawy z wielu powodów „Dokument Urodzenia” sporządzony w języku niemieckim, poświadczenie zgodności z oryginałem po polsku, oryginalne polskie pieczęcie i znaczki skarbowe oraz najważniejszy szczegół po lewej stronie, dolnej części dokumentu pieczęć Sowiecka, cyrylicą o brzmieniu „Комитет помощи LЕЖЕНЦIМ, Луцък Nr 5521”. Dwie litery L oraz I są łacińskie (myślę że polski zecer nie posiadał pełnego asortymentu wersalikowych czcionek w cyrylicy), powinno tutaj być „Комитет помощи БЕЖЕНЦАМ, Луцък Nr 5521 tzn. Komitet Pomocy UCHODŹCOM Łuck nr 5521. To pieczęć kwalifikująca i upoważniająca do przekroczenia linii demarkacyjnej na Bugu w kierunku zachodnim. ExodusZŁucka
Jedyną osobą blisko związaną z Danusią poza mamą, była jej starsza siostra Zofia, była w Łucku, razem odbywali wielką ucieczkę, razem zamieszkała z rodzicami i Danusią na Chojnach u pani Skupińskiej na ulicy Beliny (Białostocka), po powrocie Władka z przymusowych robót, przeprowadzili się na Paderewskiego, gdzie urodziła się Joasia i ja, bardzo mamie pomagała w domu i z dziećmi, była bardzo związana emocjonalnie właśnie z Danusią. Wyszła za mąż za Stasia Michalskiego, syna Jana – majstra budowlanego z ulicy Polskiej na Chojnach. Zosia i Staś poznali się „przez płot” dzielący posesje Michalskich przy Polskiej i Skupińskich przy Beliny (Białostockiej).
W następnym bloku fotogramów przedstawiam absolutny hit, zdjęcie KODAKA z 1946, pokazujące pieczarki które ojciec pełen inicjatywy, na wykonanych własnym sumptem regałach, wspólnie z szefem kuchni hotelowej, zaczęli hodować w rozległych piwnicach hotelu Polonia. Okresowo były zbierane i podawane w hotelowej restauracji. To zadziałało, dochody hotelu w tych trudnych czasach zaczęły rosnąć, świeża pieczarka przyrządzana na kilka sposobów, przyciągała okolicznych klientów.
W końcu lat 50-tych kieruje firmą komunalną MHD – Obuwiem jako dyrektor naczelny. Siedziba na pierwszym piętrze okazałej kamienicy przy Piotrkowskiej 154 mieściła administrację, księgowość etc. Firma administrowała i zaopatrywała kilkanaście sklepów obuwniczych różnej wielkości. Wszystko szło gładko puki kilkoro kierowników sklepów nie rozpoczęło organizacji zakupów i sprzedaży w drugim obiegu. Miłośnicy łatwych pieniędzy i chodzenia na skróty. Bolesnym ciosem był fakt że szajką kierował, zastępca ojca (były zaufany z BATY w Łucku). Na szczęście, ojcu nie udowodniono odpowiedzialności za brak nadzoru i porozumienia z zastępcą do spraw handlowych. Osobiście wpadł na ślad przestępczej działalności i zgłosił fakty organom PIH. W tym samym czasie pojawiła się fala „Gomułkowskiej małej stabilizacji” tj. powoływania sklepów firmowych w każdej branży handlu. Ojciec skorzystał z okazji, złożył rezygnację, podjął się organizacji i kierowania w przyszłości bardzo znanym w całym kraju, sklepu fabrycznego CHEŁMEK w Łodzi. Oczywiście tak jak u BATY, wprowadził pedicure, repasację pończoch, promocyjne wyprzedaże ale także indywidualne mierzenie obuwia co znamienitszej i piękniejszej klienteli. On to potrafił jak nikt inny, personelowi powtarzał o stosowaniu takich zabiegów, aby klient tutaj wrócił a sklep polecał znajomym. Wprowadził również stare, sprawdzone metody logistyki, osobiście jeździł do Fabryki Chełmka wybierał obuwie a znał się na tym doskonale, ładowali kartony do wynajętej ciężarówki transportowej ŁĄCZNOŚĆ, wracali do Łodzi gdzie do późna w nocy, wraz uprzedzonymi o dostawie pracownikami, rozładowywali i układali asortymentami. Następne dni po tym to szalone obroty oraz ciągłe kontrole PIH. Lecz On wiedział jak się obronić aby następnie średnio raz w miesiącu wyruszyć po nową dostawę. W wakacje kilka razy Im towarzyszyłem w tych wyprawach. Wyruszaliśmy ca 16.oo, docieraliśmy do Trzebini. Tam nocowaliśmy w hotelu kolejowym, świtem pobudka i od razu pod rampę zakładu aby być pierwszy a najdalej drugi. To była fajna przygoda a kierowca to przemiły kawalarz i humorysta. W latach 70-tych, odgórnie zmieniono system kontraktacji na gorszy, odbywały się targi krajowe, wiosenne i jesienne w Poznaniu. Pobyty były zwykle dwa dni, tam następował wybór towaru na podstawie wzorów nowych serii, podpisywano kontrakty na dostawy, tak więc ponownie omnipotentne państwo PRL, obejmowało kontrolę nad obszarem działalności wymagającej zdrowych zasad i konkurencji. Jeździłem kilka razy z ojcem na Targi Krajowe kiedy było wiadomo że wrócimy do dnia wieczorem, zjadaliśmy pyszne parówki na gorąco z bułką i musztardą na papierowym talerzyku, po czym zawsze odwiedzałem ciocię Klocię (Helena de domo Wojnowska, żonę Kazimierza) na ulicy Grottgera 10 (obok przepięknego Parku Wilsona z Palmiarnią). Wypijałem tam pyszną herbatę, rozmawialiśmy, a potem szedłem na spacer po Poznaniu. Lubiłem to miasto i zawsze zadawałem sobie pytanie, dlaczego nie urodziłem się i nie mieszkam w Poznaniu ale w Łodzi.
Potem, już na Żabieńcu była hodowla drobiu na jaja (kury pasione sorgo), byliśmy już wtedy „wspólnikami”, ja pracowałem ojciec zarządzał. Następna była hodowla tchórzofretek, potem kilka lat norek amerykańskich w naszym przydomowym ogródku. Sami budowaliśmy klatki. Ja jeździłem po mieszankę mięsną do punktu prowadzonego przez ZHDI, 45 min w jedną stroną tramwajem. Pod koniec sezonu (listopad) to już tego co nam sprzedawali nie starczało, więc ojciec dokupował drobiowe łepki i nóżki w żydowskich jatkach drobiowych na Wschodniej obok CHEŁMKA, razem mieliliśmy w ręcznej maszynie, karmiliśmy pokaźne stadko, w listopadzie do późna i to po ciemku. W grudniu ubijaliśmy na piękne futerka elektrycznością, następnie oprawianie i dostawa do garbarni (była niedaleko na Limanowskiego). Dochody z tych futerek były całkiem pokaźne. Oczywiście również takie niewielkie inicjatywy poddawano stopniowym kontrolom i regulacjom. W końcu wyprzedaliśmy wszystkie zwierzęta łącznie z klatkami, nieco pochopnie – właśnie tego wyzbycia żałowaliśmy w chudych latach 80.
Władysław to był bon vivant, prawdziwy król życia, dziecko szczęścia od urodzenia (astralny Byk), aż do śmierci. Podam kilka faktów z jego życia których jeszcze nie znacie, w wieku 21 lat był śmiertelnie chory, namaszczony i pogodzony z Bogiem, wyzdrowiał i miał się dobrze. Potem kupił motocykl, rozbił go jadąc do Żnina, ale sam wyszedł bez szwanku (do końca życia już więcej nie kierował motocyklem ani samochodem). Uprawiał czynnie wszystkie sporty piłkarskie, nożną, siatkową, ręczną, koszykówkę, tenis, nigdy nie odniósł kontuzji. Zawsze otoczony kolegami, również z powodu szalonego powodzenia u kobiet. Dzięki niemu, tym kolegom znacznie łatwiej było nawiązywać znajomości i organizować podboje. Niebywale sprawny organizator i wodzirej zabaw, rautów, kotylionów itp. W 1962 z sukcesem zorganizował studniówkę i bal maturalny w łódzkim XXII LO, które wtedy właśnie kończyła Joanna. Tam brawurowo poprowadził poloneza w parze z wicedyrektor Szkoły. Jeśli pamiętacie poloneza z filmu „Pan Tadeusz” Andrzeja Wajdy, to wtedy tak wyglądało. To było na rok przed śmiercią Mamy. Nie raz płakała spierając ślady szminek z koszul i … spodni Ojca. Był zawsze na czele wielu zespołów, przedsiębiorstw, sklepów, klubów, drużyn. W wieku 55 lat rozgrywał mecze piłkarskie i to On strzelał bramki.
© copyright by Wojciech Kazimierz Jeneralczyk
